Rok: 2011

  • Orka na ugorze

    Orka na ugorze

    Nie rozumiem. Nie wiem, czy jestem w stanie intelektualnie dorównać tytanom, którzy utrzymują tak zbudowany system. Zresztą, nie wiem, czy chcę. Odejście Pauli Goryckiej z grupy CCC wyciągnęło na wierzch chore zasady na jakich funkcjonuje polskie kolarstwo górskie w wydaniu wyczynowym. A właściwie brak zasad.

    Miało być nowe otwarcie. Zwolnienie Andrzeja Piątka ze wszystkich możliwych posad, zarówno w grupie CCC jak i w Polskim Związku Kolarskim teoretycznie wywróciło stary system. Marek Galiński miał lub ma budować nowy. Nigdy nie uważałem, że to, co przez lata funkcjonowało pod opieką Piątka było co do zasady dobre, czy też zdrowe. Sprawdzało się, bo regularnie Polacy przywozili z ekip mistrzowskich medale. Mimo różnych teorii, argumentów merytorycznych lub osobistych trudno polemizować z tym, że był skuteczny. Andrzej Piątek był twórcą tego systemu, który powstał jeszcze gdy nasi zawodnicy większość punktów zdobywali na Grand Prix MTB, które wówczas sponsorowała Skoda a zawodników grupy zawodowej Piątka Lotto wraz z PZU. Trudno się dziwić, że go bronił. Być może na tamte czasy to miało sens. W międzyczasie sporo się zmieniło, np. nie mamy Grand Prix MTB, a Polacy po punkty UCI jeżdżą za granicę.

    Zmieniło się coś jeszcze. Orliczki i juniorki, które wówczas trenował Piątek dorosły (bo powiedzieć że się postarzały nie wypada). Są zawodniczkami światowej czołówki elity lub do niej aspirują. Mają, przynajmniej w teorii, zawodowe kontrakty. Są zawodowymi sportowcami zatrudnionymi w firmie. Powinny, przynajmniej w teorii, jeździć na swoje konto, zarabiać swoim wizerunkiem pieniądze dla sponsora, który pensją i premiami odwdzięcza się za ich pracę. By to osiągnąć jest ekipa która je wspiera, sponsorzy wspomagający dostarczający sprzęt i tak dalej. Sport zawodowy na tym polega. Raz lub dwa razy do roku profesjonalny, dorosły sportowiec ubiera narodową koszulkę i nie reprezentuje sponsora a kraj.

    Gdybym był sponsorem, chyba bym nie chciał, by ktoś z zewnątrz ingerował w przygotowanie moich zawodników. Chciałbym, by wyścigowe konie z mojej stajni były obecne w mediach i zdobywały laury. Regularnie, w dobrym stylu by potem ładnie o tym opowiedzieć i w pobudzający wyobraźnię widzów pojawić się w telewizorku. W końcu po to utrzymuję grupę, zawodową, czyż nie?

    Tymczasem w naszych realiach o przygotowaniach profesjonalistów z grupy zawodowej ma decydować centrala. W imię czego powiedzcie mi? Dlaczego, obecnie, Marek Galiński jako pracownik PZKol ma decydować o tym, jakie obowiązki wykonuje Maja Włoszczowska zatrudniona przez Dariusza Miłka? Ach, zapomniałem Dariusz Miłek jest sponsorem zarówno Kadry jak i Grupy. Ups. No dobrze, ale wygląda na to, że Andrzej Piątek będzie miał swoją grupę ze swoimi sponsorami. A możliwe, że nie grupę zawodową a klub. To różnica.

    Szkolenie przez Trenera Kadry Narodowej należy się jednej, może dwóm osobom. Pauli Goryckiej i być może jeszcze jakiejś zawodniczce. Dlaczego? Ponieważ są „orliczkami”, zawodniczkami kategorii U-23 i nie mają kontraktów zawodowych. Maja Włoszczowska, Anna Szafraniec, Aleksandra Dawidowicz (CCC), ale też Marek Konwa (Milka) czy zawodnicy JBG2 (Adrian i Piotr Brzózka, Kornel Osicki, Bartłomiej Wawak) jeśli mają kontrakty z zawodowymi grupami UCI, powinni sami troszczyć się o swoje przygotowanie. Ze strony PZKol powinni dostać opiekę co najwyżej logistyczną, ewentualnie, jeśli będą na to pieniądze, mogliby być objęci systemem stypendiów. Za wyniki lub „na zachętę”, to już jest kwestia wtórna.

    Trener Kadry powinien się zajmować juniorami i młodzieżowcami i być może dokonywać selekcji na imprezy mistrzowskie. Jak? Nie według widzimisię, ale wedle jasno określonych i podanych do publicznej wiadomości minimów. Wyobraźmy sobie hipotetyczną sytuację związaną z Igrzyskami w Londynie. Maja Włoszczowska ma koszmarny sezon, dobrze prezentuje się Anna Szafraniec. Mistrzynią Polski zostaje Paula Gorycka. Kto pojedzie na Igrzyska? Włoszczowska jako obrończyni medalu i Dawidowicz jako jej wsparcie i przyjaciółka? Czy najlepsze zawodniczki, które mają szansę na medal? I kto o tym zadecyduje? 

    Polski Związek Kolarski powinien obowiązujące zasady po pierwsze przemyśleć. Po drugie spisać w pliku doc i wyeksportować do pdf. Następnie podać do publicznej wiadomości. Zasady, finansowanie, objęcie szkoleniem centralnym, minima kwalifikacji. Niezależnie od tego, jakie układy panują wewnątrz grup zawodowych. A jeśli grup będzie więcej niż jedna (jedna „damska” – CCC i jedna „męska” – JBG2) selekcję zlecić człowiekowi niezależnemu. Czy to tak trudno wymyślić?

  • Przegrywali aż miło

    Przegrywali aż miło

    Alberto Contador, Mark Cavendish, Philippe Gilbert, Bradley Wiggins, Vicenzo Nibali. O Andym Schlecku i Fabianie Cancellarze nie wspominając. W minionym sezonie wielcy faworyci mieli swoje chwile chwały, ale równocześnie zdarzało im się ponosić dotkliwe porażki. Jeśli się zastanowić – to po prostu piękne.

    Tak, sezon 2011 zaskakiwał od początku do końca. Skupiając się na najważniejszych wyścigach trzeba zacząć od Mediolan – Sanremo. Na podium stanęli Fabian Cancellara i Philippe Gilbert. Czyli murowani faworyci wiosennych klasyków. W jednej z licznych kraks odpadła z rywalizacji większość sprinterów. Okazało się, że team HTC ma w rękawie więcej niż jednego asa. Mark Cavendish, który nie zdołał dogonić czołówki został godnie zastąpiony przez Mathew Gossa. Zawodnika, który wcześniej nie wygrał tak wyścigu lub choćby pojedynczego etapu znaczącej imprezy. Zatem faworyci polegli po raz pierwszy.

    Klasyki północy miały być domeną Fabiana Cancellary. Szwajcar był zmotywowany nowym otoczeniem. Team Leopard na papierze prezentował się jak idealna maszyna zaprojektowana do wygrywania. Pierwsze starty sugerowały szokująco wysoką dyspozycję Cancellary. Podczas E3 Prijs zniszczył a wręcz upokorzył konkurentów odjeżdżając im, jak gdyby nigdy nic, na płaskiej, szerokiej szosie. Nie wiadomo czy to tak wstrząsnęło peletonem czy też wszyscy mieli w pamięci jego jazdę z zeszłego roku. Dość powiedzieć, że podczas Dookoła Flandrii i Paryż – Roubaix praktycznie każdy z faworytów wraz z pomocnikami jechał przeciwko niemu. We Flandrii Szwajcar dał się sprowokować Boonenowi na czym skorzystał Nuyens, w Roubaix przegrał z lepszą taktyką ekipy Garmin. Wyniki w klasykach musiały być dla niego naprawdę dotkliwą porażką, tym większą, że fizycznie wydawał się o klasę przewyższać rywali. By tego było mało podczas Tour de France mimo naprawdę ciężkiej pracy nie był w stanie doprowadzić żadnego z braci Schleck do zwycięstwa. Idąc dalej, wydawało się, że zbudował dobrą formę podczas hiszpańskiej Vuelty. Na ostatnich górskich etapach mocno trenował i stając na starcie mistrzostw świata w jeździe na czas był jednym z faworytów. Tony Martin okazał się rywalem nie do pokonania a Bradley Wiggins miał więcej szczęścia i Szwajcar musiał zadowolić się zaledwie brązowym medalem.

    Będąc już przy braciach Schleck i ekipie Leopard, to cóż, przegrali wszystko co było do przegrania. „Wielka Pętla” ułożona była pod możliwości Andy’ego jednak liczne błędy taktyczne uniemożliwiły mu wypracowanie należytej przewagi nad lepiej jeżdżącym na czas Cadelem Evansem. Cancellara, o czym wspomniałem wyżej poległ w klasykach brukowanych, natomiast w Ardenach Andy i Frank Schleck mogli co najwyżej przyglądać się temu co wyprawia Philippe Gilbert. Belg swoją dominację udowodnił najdobitniej podczas Liege-Bastogne-Liege gdy w decydującej fazie wyścigu jechał sam przeciwko dwóm rywalom, braciom Schleck, których ograł w sposób perfekcyjny.

    Gilbert sezonu takiego jak 2011 może już nigdy nie powtórzyć. Wygrywając cztery ardeńskie klasyki, podwójne mistrzostwo kraju, etap Tour de France (niemal do końca był faworytem walki o zieloną koszulkę, co jest nietypowe, ponieważ nie jest sprinterem), Clasica San Sebastian, jednodniówkę w Montrealu czy Strade Bianche wpisał się do grona kolarzy wybitnych. Koniec końców okazało się, że jest tylko człowiekiem. Posługując się metaforą Joe Friela, Gilbert wypalił wszystkie zapałki i na jesienne klasyki oraz mistrzostwa świata sił już nie starczyło tym bardziej, że po genialnej pierwszej połowie sezonu był pod większą presją kibiców i mediów oraz baczną obserwacją rywali. Było to widczone szczególnie podcza Paryż – Tours i Giro di Lombardia, gdzie było mu równie ciężko jechać przeciwko koalicji konkurentów co Cancellarze wiosną.

    Skoro już wspomniałem o jesieni, to trudno nie napisać kilku zdań o Marku Cavendishu. Wydawać by się mogło, że ma za sobą, podobnie jak Gilbert, sezon – marzenie. Trzy wygrane w Giro d’Italia, pięć w Tour de France i koszulka najlepszego sprintera. Do tego wykorzystał szansę, jaką raz na jakiś czas kolarze jego specjalności dostają od UCI i wygrał mistrzostwo świata ze startu wspólnego na stosunkowo płaskiej, czyli przygotowanej de facto dla niego trasie. Co zatem było nie tak? Cóż, jeśli ktoś jest topowym sprinterem i ma na swoim koncie wygraną w Mediolan – Sanremo to brak obecności w czołowej grupie na mecie tego wyścigu jest porażką. Nawet jeśli spowodowaną przez kraksę. Co więcej zawodnik z wyspy Manx będąc w szczytowej formie w spekatkularny sposób poległ podczas innego sprinterskiego klasyku: Paryż – Tours. Być może na fakt, że jego pomocnicy nie opanowali peletonu i oddali zwycięstwo ucieczce wpłynęła sytuacja ekipy HTC dla której był to jeden z ostatnich występów w sezonie. Tyle, że to sam, nowo kreowany mistrz świata zaordynował zaprzestanie pogoni, bo był zwyczajnie zmęczony…

    Pozostaje jeszcze Alberto Contador. Zanim jednak o nim, słów kilka o Vicenzo Nibalim. Przegraną w Giro można by mu „wybaczyć” gdyby nie fakt, że poległ nie tylko w starciu ze znakomicie dysponowanym Hiszpanem, ale również z lokalnym rywalem, czyli Michele Scarponim. Na starcie Vuelta Espana stanął z kolei jako obrońca tytułu by po bezbarwnej jeździe zająć siódmą lokatę. Oba te rezultaty wciąż są niezłe i dobrze rokują na przyszłość. Nibali ma ciągle więcej przed sobą niż za sobą a fakt, że rok temu wygrał Vueltę nie jest argumentem który ma go stawiać w roli murowanego faworyta wielkich tourów. Zatem to z czym przegrał to nie tylko lepsza dyspozycja rywali ale przede wszystkim oczekiwania i PR grupy Liquigas. Podejrzewam, że dodatkowo nakręcane lokalnie, ponieważ traktujemy tę ekipę oraz jej liderów jako „swoich” ze względu na jeżdżących dla nich polskich gregario. Tak więc Nibali ma jeszcze czas by trafić do grona Wielkich Przegranych, podobnie jak Bradley Wiggins, który i tak z każdym kolejnym występem w wielkim tourze jedzie ponad to, czego w najśmielszych oczekiwaniach mogli mu życzyć najwierniejsi fani.

    Na koniec wspomniany Contador. „Pistolet” podjął pierwszą od czasów Pantaniego próbę wygrania dubletu Giro-Tour w jednym sezonie. Tour, choć z klasą, przegrał, zatem cały test został oblany. Tyle tylko, że nie wierzę, by tegoroczne podejście do dubletu było wcześniej planowane. Mordercze Giro i Tour który odbierał część atutów Hiszpanowi a dawał je braciom Schleck to nie były najbardziej optymalne warunki. Contador pojechał Giro, bo nie był pewny startu w Tourze a gdy mu na to pozwolono nie wypadało zdezerterować. Obronił pozycję najlepszego specjalisty wyścigów etapowych, to pewne. Do każdego kolejnego nadal będzie przystępował jako główny faworyt. To, że mógł w ogóle startować w sezonie 2011 już samo w sobie można uznać za sukces. Jeśli w najbliższym czasie UCI, WADA i CAS ostatecznie odstąpią od wymierzenia mu kary za ślady Clenbuterolu w organizmie podczas ubiegłorocznego Tour de France będzie zwycięzcą i w przyszłym roku prawdopodobnie znów stanie na podium w Paryżu w żółtej koszulce. Jeśli organy sportowej administracji zaskoczą nas wyrokiem skazującym, odbiorą Hiszpanowi zdobyte laury i zawieszą na dwa lata… cóż. Całą powyższą listę będzie można skasować. Największym przegranym będzie właśnie Alberto Contador.

  • Nie ma nic nad Klasyki

    Nie ma nic nad Klasyki

    Niech mi wybaczą marketingowcy z UCI, ale mogą sobie organizować dowolnie wiele wyścigów w Chinach, Australii czy nawet na księżycu. Mogą za to płacić uczestnikom wysokie startowe albo zmuszać ich do uczestnictwa szantażem. Ostatni prawdziwy akcent kolarskiego sezonu przed nami: jesienne klasyki.

    W moim prywatnym rankingu imprez kolarskich, wyścigi jednodniowe stawiam zdecydowanie przed etapówkami. Fakt, gdy przychodzi maj, z uwagą śledzę Giro. W lipcu, co oczywiste, fascynuje mnie walka o żółtą koszulkę Tour de France. Ale jeśli mogę powiedzieć, że z niecierpliwością oczekuję relacji a nawet planuję sobie popołudnie przed telewizorem, dotyczy to właśnie klasyków.

    Mediolan – Sanremo, Flandria, Paryż – Roubaix wiążą się z oczekiwaniem na wiosnę i prawdziwe ściganie na początku sezonu. Szczególnie u nas, gdy przy drogach często jeszcze leży śnieg, peleton finiszujący w popołudniowym słońcu na liguryjskim wybrzeżu rozpala wyobraźnię. Następnie przychodzi czas zmagań prawdziwych herosów. Chyba nic tak bardzo jak flandryjskie bruki nie łączy współczesności z historią kolarstwa. Łączność radiowa, gps, najnowsze technologie przestają się liczyć w konfrotnacji z sytuacją, gdy niemal stuprocentowy faworyt staje na poboczu z przebitą szytką a samochód techniczny nie może przecisnąć się do przodu w kolumnie wyścigu jadącej po wąskiej drodze pośród pól…

    Jesienią sprawa wygląda nieco inaczej. Jesteśmy po najważniejszych i najbardziej emocjonujących wydarzeniach sezonu. Najcenniejsze trofea zostały już rozdane. W Lombardii (a od niedawna również w Paryż – Tours) mistrz świata ma szansę zaprezentowania tęczowej koszulki. To zawsze jest okazja do zweryfikowania możliwości nowo mianowanego czempiona.

    Wygrana Paolo Bettiniego w Lombardii, kilka dni po zdobyciu mistrzostwa świata (2006) była chwilą szczególnie wzruszającą. W przerwie między dwoma prestiżowymi wyścigami w wypadku samochodowym zginął brat włoskiego kolarza. Bettini, choć w świetniej formie, musiał zmierzyć się z osobistą tragedią. Myślał nawet o zakończeniu sportowej kariery, ale podjął wyzwanie i w hołdzie bratu odniósł jedno z najpiękniejszych zwycięstw w swojej karierze.

    W tym roku stając na starcie Paryż – Tours w tęczowej koszulce, Mark Cavendish będzie zamykał pewien etap w historii kolarstwa. Dwudziestoletnia epoka grupy znanej najpierw jako Team Telekom a ostatnio jako Highroad dobiega właśnie końca. Sytuacja w której drużyna z najlepszym sprinterem, trzema kolarzami z podium mistrzostw świata i wieloletnim dorobkiem nie jest w stanie znaleźć finansowania pokazuje, jak trudną sprawą jest prowadzenie zawodowej grupy kolarskiej. Trasa z Paryża do Tours preferuje sprinterów i choć w końcówce długiego wyścigu trudno jest kontrolować peleton, Cavendish jest z pewnością jednym z faworytów. Jego ewentualna wygrana byłaby więc szczególnym symbolem.

    Takich historii, anegdot, nawiązań czy kontekstów można znaleźć bez liku. Wyścigi klasyczne tworzą klimat, legendę i atmosferę. Przez lata budowane są wokół miejsc, które stają się obiektami kultu dla kibiców. Nawet, jeśli wiadomo, że dany wyścig rozstrzygnie się w bardzo określonym miejscu, co roku dzieje się to w inny sposób. Nic więc dziwnego, że gdy postanowiono zmienić trasę Dookoła Flandrii, miejscowi fani urządzili symboliczny pogrzeb kluczowego podjazdu (Mur de Grammont). Klasyki to esencja kolarstwa: taktyki, siły, pracy zespołowej i niezbędnej odrobiny szaleństwa.

    Zawodowcy zaczynają dziś żegnać mijający sezon. Przed nimi Giro dell’Emilia (sobota, 08.10), Paryż – Tours (niedziela, 09.10), Giro del Piemonte (czwartek, 13.10) i wreszcie Giro di Lombardia (sobota, 15.10). Czy „Cav” wygra w Tours w koszulce mistrza świata? Czy Philippe Gilbert okaże się nadczłowiekiem i zakończy swój sezon życia kolejnym pięknym zwycięstwem? A może Samuel Sanchez triumfując w Lombardii w końcu wpisze do swojego portfolio jeden z kolarskich monumentów? Oglądajcie tegoroczne jesienne Klasyki. Naprawdę warto.

  • Licencje UCI – to już było (i się źle skończyło)

    Licencje UCI – to już było (i się źle skończyło)

    Grupy zawodowe chcące utrzymać się w gronie Pro Teams zaczynają polowanie na punkty. Niewątpliwie pomocny jest w tym Tour of Bejing, nowy wyścig w kalendarzu World Tour. Grupy bez sukcesów za to ze stabilnym budżetem szukają też swojej szansy na rynku transferowym. Podobny schemat był już przerabiany i zakończył się skandalem dopingowym.

    Mijający sezon kolarski można uznać za udany, jeśli weźmiemy pod uwagę walkę z dopingiem. Tour de France był wolniejszy, paszporty biologiczne działają, kontroli jest więcej, wpadek mniej. Sukces. Niestety, stan ten może trwać tylko chwilę, ze względu na system promowania zespołów. O miejscu wśród drużyn Pro Teams, zatem zapraszanych na najważniejsze wyścigi więc regularnie pokazywanych w telewizji, decyduje w dużej mierze miejsce w rankingu. OTo zależy od punktów, przyznawanych zawodnikom za miejsca w ścisłej czołówce.

    Cofnijmy się na chwilę o mniej więcej dekadę. Francuska ekipa Cofidis była zdecydowanie na fali wznoszącej. Mieli w składzie m.in. nową gwiazdę, Davida Millara, który zapowiadał się jako świetny a do tego bardzo popularny kolarz. Szefowie ekipy wymyślili, że wynagrodzenie kolarzy będzie zależało nie od pracy czy przydatności drużynie a od miejsca w rankingu UCI. Nie dość, że wprowadziło to niesnaski między zawodnikami (każdy próbował jechać na własne konto) to, może nie bezpośrednio, przyczyniło się do „Afery Cofidisu”, czyli ujawnienia na wpół zorganizowanych dopingowych praktyk w drużynie. Wspomniany już Millar wielokrotnie wspominał, że do sięgnięcia po EPO pchnęła go presja: własna, kibiców, mediów, ale też i drużny. Wszak punkty były najważniejsze i jakoś trzeba było je zdobywać.

    Przed końcem tegorocznego sezonu transferowego w trudnej sytuacji jest drużyna AG2R. Nie będąc w top15 ekip nie ma gwarancji, że pojedzie w przyszłym roku w gronie Pro Teams. Co z tego, że Gadret i Dupont świetnie jechali w generalce Giro d’Italia, podobnie jak Peraud w Tour de France a Roche nadal daje nadzieję na niezłą przyszłość. Punkty dla drużyny zbierali zawodnicy walczący o punkty w mniejszych imprezach. Nawet, jeśli AG2R w tym roku zdobyła sympatię kibiców dzięki naprawdę dobrej postawie w najważniejszych imprezach, musi walczyć o utrzymanie w elicie pozasportowymi metodami: kupić kogoś, kto w posagu przyniesie zdobyte w sezonie punkty.

    Rok temu do światowej elity weszła drużyna Vacansolei. Kolarze tego zespołu są waleczni, perspektywiczni i, tak jak zawodnicy AG2R spotkali się z bardzo przychylnym odbiorem mediów i kibiców. Nie byłoby ich jednak na wielu wyścigach, gdyby kierownictwo postanowiło trzymać się zasad etycznych. W imię awansu do grona Pro Teams zatrudniono umoczonych w doping Mosquerę i Ricco. Pierwszy z nich nie mógł startować przez cały sezon w związku z niejasną sprawą wspomagania przy pomocy HES, natomiast drugi dostał zapaści po nieudanej, nielegalnej transfuzji krwi. Poels, Marcato, Hoogerland czy nasz Michał Gołaś mogli podejmować liczne próby ataków i walki o zwycięstwa przez cały sezon m.in. dlatego, że drużyna zatrudniła punktodajnych doperów.

    Obecna sytuacja stawia pod znakiem zapytania także byt ekipy takiej jak Astana. Aleksander Winokurow postanowił nie kończyć kariery, ponieważ on i jego punkty są potrzebni by grupa utrzymała się w „najwyższej klasie rozgrywkowej”. By sprostać wymogom UCI, na papierze zakończono karierę mniej znanego zawodnika, Andreja Kirejewa (oficjalnie z powodu kontuzji).

    Gdy pojawiają się większe pieniądze, a przejście do grona Pro Teams wiąże się z dwu-trzykrotnym zwiększeniem budżetu oraz wpływów, kwestie etyczne lub zwykła przyzwoitość schodzą na drugi plan. UCI jest ciałem, które bardzo wolno reaguje na zmiany a wprowadzane, często nieżyciowe przepisy potrafi konserwować latami. Od drobnego wyszukiwania kruczków i lekkiego naginania zasad jest tylko krok, do pójścia na całość. Sukces w walce z dopingiem może więc być tylko tymczasowy, skoro pojawia się potrzeba bezkompromisowej walki o zwycięstwa. Nie wątpię, że w obliczu być albo nie być przynajmniej część zainteresowanych będzie chętna do uczestnictwa w kolejnym wyścigu farmaceutycznych zbrojeń. Wytłumaczenie będzie takie jak zawsze: „takie są realia i przecież wszyscy to robią”.

  • Wyzwanie dla Lang Teamu

    Wyzwanie dla Lang Teamu

    Tour de Pologne 2012 zostanie rozegrany w trakcie trwania Tour de France. W komentarzach dotyczących takiego układu kalendarza dominują obawy o obsadę wyścigu a co za tym idzie o poziom sportowej rywalizacji. Ja obawiam się czegoś innego.

    Tygodniowe etapówki nie muszą wcale tracić w konfrontacji z wielkimi tourami. Przez wiele lat Volta a Cataluna kolidowała z Giro d’Italia. Jako wyścig przygotowujący (głównie) Hiszpanów do Tour de France niejako znajdował się w innej kategorii imprez. Przeniesiony na wiosnę został w kalendarzu „wygryziony” przez Tour of California. Nocne relacje z Ameryki, zwłaszcza z górskich etapów były całkiem atrakcyjne, zwłaszcza w obliczu posuchy w programie TV. Andy Schleck, mocna ekipa RadioSchack, Peter Sagan oraz kilku, dobrze zapowiadających się kolarzy ze Stanów zrobili wystarczający show by przykuć uwagę kibiców. W trakcie samej „Wielkiej Pętli” swój wyścig mają Austriacy. Ponieważ jest górzysty, można na nim obserwować walkę zawodników, którzy z różnych powodów nie mogli ścigać się we Francji. A to ich ekipy nie dostały zaproszenia (jak np. w tym roku Geox) a to oni sami zostali pominięci przy wewnątrz teamowej selekcji (np. Cadel Evans w Telekomie, Fredrik Kessiakof w Astanie, Tom Danielson w Discovery). Impreza nie jest szczególnie prestiżowa, ale utrzymuje się w kalendarzu a dla zwycięzców często jest ważnym krokiem w rozwoju kariery. Wreszcie nasz Tour de Pologne przez kilka lat rywalizował z hiszpańską Vueltą. Wysoko punktowany, tygodniowy wyścig pod koniec sezonu sprzyjał walce o miejsca w klasyfikacji Pro Tour. Polskę zamiast Hiszpanii wybierali więc m.in Ballan, Evans czy di Luca.

    Ze względu na spory ruch transferowy, fuzje ekip i liczne przetasowania, z pewnością wielu znakomitych zawodników zostanie poza składami na Wielką Pętlę. Trudno się spodziewać, że faworyci zrezygnują z prestiżu TdF a conto ryzykownej inwestycji w medal na Igrzyskach. Dobrych kolarzy jest jednak dość, by do Polski przyjechała niezła grupa solidnych i utalentowanych kolarzy, którzy zadbają o atrakcyjne widowisko. Sagan, Martin, Kittel czy Poels, teoretycznie postaci drugoplanowe, w tym roku dali sporo emocji kibicom. Przy okazji sami potwierdzili klasę a kilka tygodni później, podczas hiszpańskiej Vuelty sprawdzili się w gronie ścisłej elity. O poziom sportowy za rok zatem nie ma się co martwić.

    Widzę za to problem o wiele poważniejszy. Etapy 69. Tour de Pologne będą się kończyły niespełna dwie godziny po etapach Tour de France. Będzie więc można porównać relację z jednego z największych sportowych i medialnych wydarzeń świata z… no właśnie, z czym?

    Vuelta Espana ma niezły poziom relacji TV, często to Hiszpanie wprowadzają innowacje do transmisji: dzielony ekran, dobre międzyczasy, informacje o tętnie zawodników. Poza tym całość prezentuje się podobnie jak w Polsce. Kibice (poza nielicznymi etapami w górach), oprawa, sponsorzy. Tak, Tour de Pologne dorósł do tego poziomu i był w stanie wytrzymać porównanie z trzecim wielkim tourem. Niestety, w porównaniu z rozmachem, budżetem i sławą Wielkiej Pętli, nasz wyścig z rundami wokół blokowisk wypada bardzo blado. O ile miesiąc po TdF można na to przymknąć oko, o tyle konfrontacja rozmiaru obu imprez niemal na żywo zakończy się klęską. Mit o kolarskiej lidze mistrzów upadnie z wielkim hukiem.

    Przed całą ekipą tworzącą Tour de Pologne: Lang Teamem, Telewizją Polską i samym Czesławem Langiem stoi wielkie wyzwanie. Największe od czasu przejęcia organizacji wyścigu na początku lat dziewięćdziesiątych. TdP, wbrew pozorom ma sporo zalet, nie są to jednak w większości te, na które stawiają oficjalne komunikaty. Biesiadny PR nie sprawdzi się, a wręcz przeciwnie, obnaży naszą małą biedę ze zdwojoną siłą. Tak naprawdę sytuację przyszłorocznego TdP można przełożyć na o wiele szerszy kontekst. Mamy produkt, własnego projektu, wykonany rękami naszych ludzi, który jest solidny, sprawdzony i ma niezłą markę na arenie międzynarodowej. Wybór jest prosty: w przyszłym roku możemy przedstawić się albo jako, może nie najbogatszy, ale sprawdzony fachowiec – specjalista, który przyjeżdża załatwić swoje interesy na targi w Niemczech a następnie wraca by zająć się swoimi sprawami, albo jako wulgarny kandydat na rosyjskiego oligarchę podczas wakacji w bułgarskich Złotych Piaskach.

  • Piętnastu dzielnych ludzi

    Piętnastu dzielnych ludzi

    Piętnastu mężczyzn w wieku 20-30 lat zostało sklasyfikowanych w „Top-5 Giga” serii MTB Marathon. Wynikałoby z tego, że tylu jest w kraju zawodników elity, którzy chcą lub mogą ścigać się górskich maratonach rowerowych. Mało? Dużo? W sam raz?

    Tymczasem na facebookowym profilu Bikemaratonu toczy się uroczy flejm w stylu sprzed niemal dekady. Poszło o frekwencję i o to kto ma dłuższego czyje maratony są lepsze. Czy te, które gromadzą na starcie więcej uczestników czy może te, które najbardziej zapadają w pamięć prowadząc trasę przez dzikie, leśne ostępy w mało znanych górskich rejonach. Jest też taka, którą oficjalnie wszyscy gardzą, bo jest do bólu komercyjna (a tak naprawdę zazdroszczą sukcesu) oraz taka, która może nie błyszczy w rankingach, ale za to ma relacje w telewizji.

    Będąc wewnątrz pewnej społeczności różnice, które oddzielają ją od otoczenia, stanowią o własnej tożsamości i wyjątkowości są dla zainteresowanych bardzo wyraźne. Tym bardziej, im bardziej samemu jest się zaangażowanym. Jeśli przez ostatnie dziesięć miesięcy ktoś wypruwał sobie żyły ciężko trenując, wydał przynajmniej kilka tysięcy złotych na dojazdy, noclegi i rekonstrukcję sprzętu a do tego spędził ten czas jeżdżąc na rowerze z po prostu fajnymi ludźmi, trudno odmówić prawa do pewnego rodzaju sentymentu. Sentymentu, nieco przygasającego, gdy spojrzeć na szkiełko z postrzępioną wstążką ozdobione przyklejoną na dwustronnej taśmie plastikową tabliczką, które bywa nagrodą za zajęcie premiowanego miejsca w niemal dowolnej serii imprez.

    A co, jeśli wyjść z grona krewnych i znajomych królika? Spojrzeć na maratony okiem zwykłego śmiertelnika? Mam znajomych, którzy regularnie odwiedzają krakowskie Błonia, gdy tylko jest tam jakaś rowerowa impreza. Kolega chce powspominać dawne czasy, zobaczyć, jak wyglądają współczesne rowery, przyglądnąć się zawodnikom. Jego partnerka dla odmiany traktuje to jako okazję do miłego spędzenia czasu i szansę na obserwację „ludzi z pasją”. Sama ma swoją, więc otoczenie różnego rodzaju freaków dobrze jej robi. Efekt? Nie widzą różnicy. Czy to Lang, Golonko, Grabek lub Zamana, wrażenia są te same. Jadą, jest ich dużo, nic się nie dzieje, wracają, wchodzą na dekoracje. Dziesiątki klasyfikacji, więc nie wiadomo, kto wygrał. Tak, brak kategorii open to spory problem. Dwudziestodziewięciolatek oddzielony w klasyfikacji od trzydziestojednolatka to absurd.

    Kolejna sprawa, to nieobecność gwiazd. Jeśli na starcie staje Maja Włoszczowska czy Marek Galiński, jest to traktowane w kategoriach wydarzenia. Często zresztą nasi kadrowicze maraton traktują towarzysko-treningowo. Trudno się dziwić, wszak to impreza masowa. Ale maratony nie kreują również swoich własnych bohaterów. Zarówno w top5 MTB Marathonu, czyli, docelowo najtrudniejszej a zatem najbardziej prestiżowej serii imprez, jak i w szerszej klasyfikacji tego cyklu a także na Bikemaratonie próżno szukać medalistów mistrzostw Polski. No dobrze, nadinterpretacją jest, że na maratonach ścigają się całkowici amatorzy. Ale nieliczna grupa zawodników – nazwijmy ich wyczynowymi –  rozpierzchła się po seriach, ligach, cyklach i edycjach. Jak zawsze najbardziej dotkliwe jest to dla kobiet, które chcąc się ścigać wkładają równie wiele pracy w przygotowania co mężczyźni a zdarza się, że nie są w stanie skompletować obsady na pełne podium. Więcej jest więc przygody, wyzwania, pasji niż sportu jako takiego.

    Zatem skoro są to imprezy dalekie od wyczynu, jak rozróżnić, która jest lepsza i ważniejsza? Argument „najbardziej prestiżowa seria maratonów, bo wjeżdża na górskie szczyty powyżej tysiąca metrów i oferuje prawdziwe mtb” trafia więc tylko do zainteresowanych. Jeśli gros startujących to i tak amatorzy a większość z nich nie aspiruje do bycia sportowcem wyczynowym (bo ich nie stać, bo nie mają czasu, bo mają inne priorytety a na rowerze zmęczyć się po prostu lubią), jaka jest różnica, czy wjadą na Śnieżnik czy na górkę pod Otwockiem? A w ogóle, to gdzie leży Śnieżnik? W tym kontekście wygrywa ten, kto zorganizuje imprezę bardziej masową, czyli z większą frekwencją.

    Rywalizację kolarzy górskich ogląda się fajnie. To niezły sposób na spędzenie dnia na świeżym powietrzu. Aby było co oglądać, potrzebna jest frekwencja nie mas a zawodników wyczynowych i ich wymierna, sportowa walka. Reaktywację Pucharu Polski w maratonie w ramach serii Skandia przyjąłem z cichym entuzjazmem. Bo choć przeprowadzona w najgorszym stylu Polskiego Związku Kolarskiego daje nikłą, ale jednak nadzieję, na odbudowę wyczynowego mtb na skalę szerszą niż kadra narodowa i Maja Włoszczowska. Do rozwoju pobudzają tylko silne i określone bodźce. Piknik, nawet zorganizowany na Evereście, wciąż będzie tylko piknikiem. Wyścig, nawet jeśli poprowadzony na osiedlu, będzie zawsze wyścigiem.

  • Co dalej, Panie Cavendish?

    Co dalej, Panie Cavendish?

    To fascynujące, gdy dwudziestosześcioletni sportowiec ma przed sobą jeszcze dekadę wyczynowej kariery a już jest postacią spełnioną. Przed Markiem Cavendishem stoi wiele pytań: który z rekordów spróbować pobić, skierować się w stronę nowych specjalizacji czy może nadal szlifować swój sprinterski kunszt?

    Brytyjczyk jest dwukrotnym mistrzem świata na torze oraz mistrzem świata ze startu wspólnego na szosie. Wygrał również „wiosenne mistrzostwa świata”, czyli Mediolan-Sanremo. Został najlepszym sprinterem Tour de France i Vuelta a Espana. Trzydzieści razy wygrywał etapy w wielkich tourach, z czego dwadzieścia w samej „Wielkiej Pętli”. Za rok będzie murowanym faworytem do złota w Londynie – trasa jest tam płaska jak stół, do tego zna ją bardzo dobrze –  wygrał tam przedolimpijski test. Ponieważ przyzwyczaił się, że jeśli staje na starcie i chce walczyć o wygraną, zazwyczaj to osiąga, ewentualna porażka może być pierwszym punktem zwrotnym w jego karierze.

    Zamiast wróżyć z fusów, można rozglądnąć się, co jeszcze, prócz olimpijskiego złota może przez najbliższe dziesięć lat osiągnąć Mark Cavendish. Pierwsze, co przychodzi na myśl, to pobicie rekordu zwycięstw etapowych w Tour de France. Eddy Merckx jest liderem listy rankingowej z 34. etapami na koncie. „Cav” ma ich 20. Jeśli utrzyma dotychczasowe tempo (po pięć triumfów rocznie), przed trzydziestką wyprzedzi „Kanibala” a następnie podniesie poprzeczkę na poziom nieosiągalny przez długie lata dla innych zawodników w przyszłości. Nawet, jeśli przydarzą mu się po drodze jakieś problemy, jako super sprinter w ciągu 5-6 lat powinien dać radę uzbierać 15 zwycięstw. Poprawienie jednego z rekordów najwybitniejszego kolarza wszech czasów to z pewnością duża rzecz a do tego realna do osiągnięcia.

    O wiele większym wyzwaniem byłoby wygranie klasyfikacji punktowej w tourze jeszcze sześć razy by poprawić osiągnięcie Erika Zabela. Choć Niemiec to mentor Cavendisha, ten zbyt często dostaje kary a nawet jest dyskwalifikowany za agresywną, nieprzepisową jazdę. Tym samym traci punkty i choć etapy wygrywa hurtowo, traci dystans do kolarzy bardziej regularnych. Z kolei by walczyć o rekordy w Giro d’Italia zwyczajnie za słabo jeździ w górach. Idąc tropem wielkich tourów, hiszpańska Vuelta jest po prostu za mało prestiżowa. Wszystko, co można na niej osiągnąć, da się zrobić niemal przy okazji.

    Ciekawie zapowiada się też koncepcja rozwoju Cavendisha jako kolarza klasycznego. W San Remo już triumfował, w jego zasięgu jak najbardziej leży Paryż – Tours. Jeśli zdecydowałby się poświęcić część swoich niebywałych możliwości sprinterskich, może spróbować zmierzyć się też z Paryż – Roubaix. Już teraz ma na swoim koncie cztery wygrane w brukowanym semi-klasyku Schledeprijs. Równie dobrze może spokojnie myśleć o wygranych w Gandawa – Wevelgem a kto wie, z odpowiednio mocną drużyną nawet w Dookoła Flandrii! To jednak bardziej melodia przyszłości.

    Jeśli miałbym obstawiać, jak potoczą się losy „Pocisku z Wyspy Manx”, celowałbym w scenariusz: złoto w Londynie, rekord etapów w Tourze i stopniowe przechodzenie w stronę walki w wiosennych klasykach. Chyba, że niszczenie rywali na finiszach jest dla niego na tyle ekscytujące, że postanowi skupić poświęcić się temu przez kolejne dziesięć lat.

  • Jak zbudować tęczowy system?

    Jak zbudować tęczowy system?

    Siedemnaście lat temu otwarto tor kolarski w Manchesterze. Jeden z najlepszych obiektów tego typu na świecie miał pomóc zbudować potęgę brytyjskiego kolarstwa. Udało się. Nowy mistrz świata, Mark Cavendish to tylko wisienka na torcie, który w całości prezentuje się imponująco.

    Od 1994r brytyjscy kolarze stali się główną siłą na torze, zaczęli liczyć się na szosie i utrzymali wysoki poziom w mtb. Niemal w każdej z rowerowych konkurencji odgrywają kluczową rolę. Organizują istotne imprezy, które przyciągają media i kibiców. Zbudowali topową grupę zawodową. Dają wsparcie młodym i perspektywicznym zawodnikom. Stworzyli system, który długofalowo powinien zapewnić ciągłość, także po Igrzyskach Olimpijskich w Londynie.

    Szkolenie i wsparcie opiera się na kilku poziomach, od juniora młodszego po elitę. Od lokalnych klubów po centralny ośrodek w Manchesterze. Zanim system przyniósł owoce, trzeba było nieco poczekać, ale Brytyjczycy byli konsekwentni. Najpierw zdominowali tor. Chris Hoy, Victoria Pendleton i Bradley Wiggins rozkręcili na dobre machinę sukcesu. Hoy doczekał się nawet tytułu szlacheckiego, Wiggins stał się specjalistą wielkich tourów z szansami na pierwsze brytyjskie podium w Tour de France. Powstała grupa Pro Tour, która ma wsparcie brytyjskiego koncernu medialnego. Docelowo ma być miejscem, gdzie zatrudnienie znajdować będą najlepsi krajowi kolarze. Jest w niej Wiggins, w następnym sezonie ma mu towarzyszyć nowy mistrz świata, Cavendish. Z myślą o tym duecie była z resztą budowana.

    Aby nie przynudzać, zobaczmy na efekty. Podczas tegorocznych Mistrzostw Świata na szosie reprezentanci Wielkiej Brytanii zdobyli sześć medali. Złoto Cavendisha ze startu wspólnego mężczyzn to oczywiście najważniejszy z nich, ale nie wolno zapominać o srebrze Wigginsa na czas i brązie Emmy Pooley w tej samej specjalności wśród elity kobiet.  W młodszych kategoriach brąz dołożył Andrew Fenn ze startu wspólnego młodzieżowców a wśród juniorek tęczową koszulkę zdobyła Lucy Garner. Elinor Barker była druga w tej samej kategorii w jeździe indywidualnej. Gdyby tego było mało, kilka tygodni wcześniej w Champery ścigający się na rowerach górskich Brytyjczycy zgarnęli w sumie pięć krążków. Nieco gorzej poddani Jej Królewskiej Mości wypadli na torze, gdzie wygrali dziewięć medali, przegrywając prestiżową rywalizację z Australijczykami i Francuzami. Do tego wszystkiego Cavendish wygrał zieloną koszulkę Tour de France a Wiggins i Froome stanęli na podium hiszpańskiej Vuelty. Krótko mówiąc, udany rok. Co więcej, apogeum sukcesów ma nadejść dopiero w sezonie 2012!

    Też mamy tor. Oddany do użytku w 2008r, czyli całkiem niedawno. W międzyczasie zorganizowaliśmy tam mistrzostwa Europy i mistrzostwa świata a także doprowadziliśmy do sytuacji, że nieomal zgnił, gdy zabrakło pieniędzy na ogrzewanie minionej zimy. Podczas rozmowy telefonicznej, którą komentatorzy Eurosportu przeprowadzili z prezesem Polskiego Związku Kolarskiego w trakcie trwania wyścigu elity w Kopenhadze, ten przepraszał zawodników za niedogodności w pierwszej połowie roku. Cóż, Związek jest w odbudowie, ciągle jeszcze można wiele wybaczyć.

    W tym miejscu pokuszę się o dość odważne stwierdzenie. Fakt, że Dariusz Miłek wycofał się ze wsparcia dla grupy kolarskiej klasy Pro Continental to dobry ruch. To nie czas i miejsce na pompowanie pieniędzy w ekipę bez przyszłości. Kilku niezłych gregario, którzy cieszą się uznaniem w zachodnich grupach zawodowych, to mało. Jeśli tylko przeniesienie części funduszy z budżetu ekipy zawodowej CCC zostanie dobrze spożytkowana, za kilka lat możemy mieć fundamenty, by powstał polski odpowiednik brytyjskiego Sky Team. Nie, nie po Londynie. Może po Rio de Janeiro. Z doświadczonymi i utytułowanymi Majką, Paterskim i Kwiatkowskim jako liderami i kilkoma medalistami mistrzostw świata młodzieżowców na torze lub w mtb w roli potencjalnych gwiazd światowego kolarstwa. Ktoś jest sobie w stanie wyobrazić sytuację, że zamiast podziwiać „dzielnych polskich uciekinierów walczących o koszulkę najaktywniejszego” będziemy się zastanawiać, który z Polaków wygra Tour de Pologne po śmiałym ataku na górskim etapie?

    To wszystko jest możliwe. Obawiam się jednak, że nawet, jeśli sponsorem PZKol zostałby brytyjski Sky, albo nasz PKN Orlen lub też inny mecenas z niemal nieograniczonym – jak na tę dyscyplinę – budżetem, wszystko zostałoby po staremu. Dlaczego? Bo aby sensownie budować i odbudowywać potrzebne są jasne i przejrzyste zasady. Sprzątanie po prezesie Walkiewiczu trwa już ponad półtora roku. W międzyczasie dokonała się także quasi-rewolucja związana z kadrą mtb. „Szkolenie młodzieży” pozostaje ulubionym hasłem, tak jak w przypadku rozważań o słabości polskiej piłki nożnej. Wygląda na to, że nadal nikt nie pomyślał nawet nie o szczegółach a o podstawach przyszłego systemu, który doprowadzi nie wybitnego indywidualistę a jednego z grupy zawodników do tytułu mistrzowskiego. Jeśli znacie kogoś, kto siedzi w biurze przy BGŻ Arena, może warto podesłać mu ten link: http://en.wikipedia.org/wiki/British_Cycling. Ot tak, na początek, by nie trzeba było za dziesięć lat przepraszać zawodników za chwilowe niedogodności „bo mamy przejściowe trudności”.

  • Tony Martin – mistrz najwęższej specjalizacji

    Tony Martin – mistrz najwęższej specjalizacji

    Mistrzem świata w jeździe indywidualnej na czas został Tony Martin. Zawodnik, który nie sprawdził się w wielkich tourach pokazał pełnię profesjonalizmu i zbudował szczyt formy na jesień. Dzięki temu mógł odnieść prawdziwe, cenne i prestiżowe zwycięstwo.

    Mówienie o tym, że Martin miał nieudany sezon to bzdura. Młody (wciąż raptem dwudziestosześcioletni) Niemiec wygrał Paryż – Nicea, Volta a Algarve, był drugi w Tour de Romandie a także wygrywał etapy podczas Dauphine Libere, Tour de France, hiszpańskiej Vuelty oraz Wyścigu Dookoła Kraju Basków. Imponujące, czyż nie?

    Niestety dla siebie, przed sezonem Martin, nie wiadomo na fali czego, zadeklarował, że jego głównym celem sezonu będzie „Wielka Pętla”. Gdy okazało się, że niemiecki kolarz jest jednym z pierwszych zawodników, którzy odpadają na podjazdach typu wiadukt, wzbudzało to najpierw zastanowienie by wkrótce przerodzić się w kpiny. Faktycznie, jeśli ktoś wygrywa wiosenne,  górzyste etapówki to można podejrzewać, że będzie dobrze sprawdzał się także w trzytygodniowych, najważniejszych imprezach sezonu. Co więcej, przykład Bradleya Wigginsa, zawodnika wywodzącego się z toru, a więc domyślnie ciężkiego i silnego pokazuje, że można być i świetnym czasowcem i dobrze radzić sobie w górach. Z kolei Fabian Cancellara pokazał, że możliwe jest łączenie dwóch a nawet trzech specjalności. Dominacji w jeździe na czas, brukowanych klasykach oraz pomocy liderom podczas wielkiego touru.

    Trzeba przyznać, że transformacja, jaką przeszedł Wiggins to prawdopodobnie jedno z największych wyzwań, z którym trzeba się zmierzyć. Pytanie, czy medal mistrzostw świata w jeździe na czas i bycie realnym pretendentem w wielkich tourach to poziom wyżej niż dominacja tylko w ITT? W mijającym sezonie „Wiggo” zaimponował wszechstronnością i po raz kolejny zadziwił, że jednak można z powodzeniem pójść obraną przez niego drogą. Martin za to jest zwycięzcą i przez rok będzie stawał na starcie każdej próby indywidualnej w tęczowej koszulce.

    Tak naprawdę tegoroczne Mistrzostwa pokazały pewien istotny fakt. Można z powodzeniem przejechać wielki tour, jako lider (Wiggins), pomocnik (Cancellara) lub tylko budując formę (Martin) by następnie móc walczyć podczas imprezy mistrzowskiej. Jest to niezmiernie istotne w kontekście przyszłorocznego Tour de France i następujących zaraz po nim Igrzysk Olimpijskich w Londynie. Dla każdego z trzech medalistów tegorocznego czempionatu: Martina, Wigginsa i Cancellary zarówno Tour jak i IO są niezmiernie ważne. Najbardziej dla „Wiggo”, wszak jest Brytyjczykiem to raz a dwa, że na osiągnięcie sukcesu w Tourze zostało mu zdecydowanie najmniej czasu. Martin, wbrew temu, że wielu postawiło go już na straconej pozycji jeśli chodzi o trzytygodniowe etapówki, wciąż może przejść podobną metamorfozę co Anglik. A póki co udowodnił, że jest świetnym kolarzem, choć w bardzo wąskiej specjalności. Pokonanie takich tuzów, z którymi rywalizował w Kopenhadze jest jednak jak najbardziej powodem do chwały. Zatem nawet jeśli nigdy nie stanie na podium Tour de France i tak ma pełne prawo, by czuć się spełnionym sportowcem.