Koen Mortier zaprasza do swojej fantazji na temat ostatnich godzin życia Franka Vandenbroucke’a. Upadłej gwiazdy “pokolenia epo”, kolarza który nieco ponad dziesięć lat temu zmarł samotnie w Dakarze po nocy spędzonej z prostytutką.
TL;DR To kiepski film i szkoda na niego czasu, obejrzałem go po to, abyście wy nie musieli.
Frank Vandenbroucke to jeden z przegranych szalonych lat ‘90 w zawodowym sporcie. On, Marco Pantani, Jose Maria Jimenez czy biegacz narciarski Mika Myllyla nie poradzili sobie z niewątpliwie toksycznymi warunkami, w jakich osiągało się wówczas sukcesy.
“VDB” był złotym dzieckiem belgijskiego kolarstwa, idolem kibiców i tematem dla mediów. Odważny i skuteczny na szosie, mocno zaburzony lub nawet chory w życiu prywatnym. Uzależniony od narkotyków, grożący żonie bronią, rozbijający samochody, zrywający kontrakty a równocześnie nie mogący żyć bez ścigania na rowerze.
Jego popisowym wybrykiem był start we włoskim gran fondo z podrobioną licencją z wklejonym zdjęciem Toma Boonena.
Równocześnie, mimo kolejnych porażek, zawodów i problemów co jakiś czas przypominał o sobie dającym nadzieję na powrót wynikiem, przez co zdobywał zaufanie kolejnych, coraz mniej znaczących drużyn.
W 2009r twierdził, że po odwyku i terapii jest gotowy by po raz ostatni sprawdzić się w zawodowym peletonie. Pojechał jednak do Senegalu, gdzie w jednej z turystycznych miejscowości nieopodal Dakaru zmarł z powodu zatoru tętnicy płucnej po imprezie spędzonej w towarzystwie prostytutki.
Trudno stwierdzić, dlaczego belgijski filmowiec, Koen Mortier postanawił sfabularyzować ostatnie godziny życia Vandenbroucke’a. Bez wchodzenia w dyskusję o aspektach postkolonialnych, rasistowskich czy seksistowskich, które tu i ówdzie pojawiają się jako zarzuty względem tego obrazu, trzeba być uczciwym i stwierdzić, że faktycznie tak ów wieczór mógł wyglądać.
Nie ma to jednak szczególnego znaczenia, ponieważ po pierwsze całość niezmiernie się dłuży, po drugie jest sfilmowana wyjątkowo chaotycznie. A po trzecie, i to jest mój największy problem z “Un Angel”, do niczego nie prowadzi.
Mortier snuje swoją fantazję (bo nie jest to dokumentalne odwzorowanie sprawy jak w przypadku Pantaniego i książki Matta Rendella) tylko z jednego powodu. Film powstał dlatego, że Vandenbroucke był gwiazdą.
Popularność, zainteresowanie mediów i fanów wiązały się w równym stopniu z wynikami sportowymi co z jego skomplikowaną konstrukcją psychiczną. Kolejne ekstrema, w które popadał, napędzały szum męczący zawodnika. A ten, co wynika z wielu wywiadów, chciał głównie wygrywać wyścigi kolarskie. Nic więcej.
Mortier żywi się więc zaburzeniami, próbami samobójczymi, depresją i agresją Vandenbroucke’a, kolarstwo, doping czy inne aspekty sportu kompletnie marginalizując.
Wychodzi więc z tego nieudolna opowieść siląca się na zaangażowane kino, która sama w sobie jest mocno generyczna. Nie ma bowiem znaczenia, czy z powodu mieszanki stresu, alkoholu i narkotyków w Senegalu umiera Gwiazda Kolarstwa, Rocka, Wypalony Biznesmen czy Zwykły Kowalski.
Być może miał to być hołd, próba zrozumienia, wyjaśnienia lub cokolwiek innego. Wyszła, niestety, kiepska eksploatacja.
W lutym 2021 film obejrzałem w HBO Go
“Un Ange” (“Anioł”) Reż. Koen Mortier Belgia 2018 101’
W ogromie reporterskiej pracy, którą wykonał Matt Rendell opisując życie, karierę i śmierć Marco Pantaniego największą wartość mają te słowa, które nie przekonają nieprzekonanych, ale są rzadko spotykane w kolarskich mediach. Te, które boleśnie nazywają rzeczy po imieniu.
Wydawnictwo SQN specjalizujące się w sportowych biografiach tym razem sięgnęło po obszerną i gatunkowo ciężką biografię Marco Pantaniego.
Matt Rendell pierwszą edycję tej opowieści ukończył w 2006r, następnie rozszerzył ją o fakty związane z wynikami śledztw po śmierci kolarza w roku 2016. Polskie tłumaczenie ukazuje się w 2020, 21 lat po słynnym wyrzuceniu kolarza z Giro d’Italia i 16 po jego tragicznym odejściu.
W tym momencie większość zawartych w niej informacji trudno uznać za szokującą, natomiast niewątpliwie, tak jak w swoim posłowiu pisze Adam Probosz, nagromadzenie takiej ilości trudnych informacji jest zwyczajne bolesne, zwłaszcza dla kogoś, kto wciąż uważa Pantaniego za sportowego idola.
Rendell prowadzi swoją opowieść chronologicznie nie tylko podążając za losami Pantaniego, ale też w najmniej chwalebne części biografii kolarza wprowadza nas równolegle z tym, jak sam odkrywał kolejne fakty.
I tak pierwsze triumfy “Pirata” poznajemy jako wydarzenia o wadze stricte sportowej by dopiero w dalszej części dowiedzieć się, że stał za nimi najpoważniejszy doping, który towarzyszył Włochowi niemal od początku zawodowej kariery (a możliwe, że nawet wcześniej).
Najcięższe działa autor wytacza w epilogu, nazywając wprost sukcesy herosów “ery epo” fantomowymi a emocje, których dostarczał nam Pantani podobnie poddanymi terapii dopingowej jak sam kolarz.
Obcowanie z detalami upadku człowieka zmagającego się z zaburzeniami psychicznymi, nałogiem jak i przedstawionego bez szczególnie pozytywnych cech charakteru może być dla wielu fanów szokiem.
Osobiście od wielu lat podzielam większość poglądów Rendella, ale nie spodziewam się, by licząca 400 stron lektura zdobyła wielką popularność na naszym rynku. Dlatego tym bardziej składam wyrazy uznania dla wydawnictwa za pochylenie się nad docenionym przez krytykę, jednak niełatwym w odbiorze materiałem.
Matt Rendell, “Marco Pantani. Ostatni Podjazd”
408 stron Wydawnictwo SQN, Kraków 2020 Książkę kupiłem w formacie .mobi na stronie wydawnictwa w maju 2020 za 27,51zł
Każdy kryzys przynosi zmiany. Kolarstwo zawodowe, jak większość świata zamarło w czasie pandemii koronawirusa. Ucierpi także z powodu kryzysu gospodarczego. Co zatem powinno zmienić się w naszym ulubionym sporcie, by ten trudny okres przekuć w długoterminowy sukces?
Epoka “marginal gains” i wielkich budżetów
Odwołane wyścigi w pierwszej części sezonu 2020 to wydarzenie bez precedensu. Na masową skalę do tej pory imprezy kolarskie nie odbywały się właściwie tylko z jednego powodu: globalnych konfliktów zbrojnych. Zresztą nawet pierwsza i druga wojna światowa nie wyłączyły kolarstwa w 100%.
Niewątpliwie rok pandemii będzie cezurą dla kronikarzy wielu dziedzin życia, wliczając w to kolarstwo zawodowe.
Jedną z dat, kiedy rozpoczęła się poprzednia “era” był sezon 2011. To wtedy zaczęły działać paszporty biologiczne, a Cadel Evans wygrał Tour de France podczas którego po raz pierwszy od końca lat ‘80 XXw zawodnicy jechali w tempie możliwym do osiągnięcia bez niedozwolonego wspomagania.
W 2019r budżet Team Ineos był przynajmniej trzykrotnie wyższy niż największy budżet drużyny US Postal. Nawet mniejsze ekipy World Touru operują na kilkunastu milionach Euro.
Choć w ciągu kolejnych sezonów peleton przyspieszał, wciąż większość rekordów z “ery epo” nie została pobita, a zwłaszcza czasy podjazdów uzyskiwane przez Armstronga czy Pantaniego.
Za sporą część postępu zaczęła odpowiadać technologia: aerodynamika, ergonomia, monitorowanie coraz większej liczby parametrów organizmu. Wiele zmian zaszło także w podejściu do treningu czy odżywiania. Poszukiwanie “zysków granicznych” znanych szerzej jako “marginal gains” stały się obowiązkiem każdego, kto chciał się liczyć w walce o czołowe lokaty choćby średnio istotnych wyścigów.
Kilkumiesięczna przerwa, restrykcje związane z epidemią, zawirowania zarówno na światowych jak i lokalnych rynkach, kłopoty finansowe czy wręcz bankructwa sponsorów i organizatorów imprez zmuszą kolarski świat do przewartościowania dotychczasowego sposobu funkcjonowania i zmiany.
Dopingowa lustracja i abolicja
W czasach kryzysu nie ma miejsca na niedopowiedzenia. Choć kolarstwo zawodowe jest w awangardzie dyscyplin walczących z dopingiem, wciąż kojarzone jest z niedozwolonym wspomaganiem. Ba, w wielu sytuacjach kolarz jest po prostu synonimem “koksiarza”, nawet jeśli w wielu innych sportach nielegalne poprawianie osiągów to codzienność.
Wygląda na to, że epidemia dopingu została do pewnego stopnia opanowana. Owszem, kolarstwo nie wyrugowało używania epo, transfuzji, testosteronu, leków będących w fazie badań klinicznych czy wreszcie silniczków ukrytych w rowerach, ale poczyniono wiele kroków, by stosowanie całego, nielegalnego arsenału wyraźnie ograniczyć.
Lance Armstrong prowadzący podcast „The Move” wraz z innymi, skompromitowanymi kolegami odniósł spory sukces komercyjny. Nie musi nic udawać, może wprost zapytać swojego „kumpla od igły” Hincapiego: „George, powiedz co sądzisz, ale szczerze, przecież my już teraz nie kłamiemy”.
Zgodnie z dostępną wiedzą można wnioskować, że w drugiej dekadzie XXIw dało się wygrywać najważniejsze wyścigi “na czysto”. Nie znaczy to, że wszyscy zwycięzcy klasyków, etapówek i wielkich tourów byli 100% uczciwi, ale w przeciwieństwie do sytuacji sprzed 15 czy 25 lat można założyć, że przynajmniej część z nich grała fair. Dla porównania nie pomylę się bardzo jeśli stwierdzę, że pod koniec lat ‘90 w peletonie np. Tour de France kolarzy nie stosujących dopingu można było policzyć na palcach jednej ręki.
Z tym wiążą się daleko idące konsekwencje. Wielu bohaterów “epoki epo” po zakończeniu wyczynowej kariery związało się z kolarstwem. Są dyrektorami sportowymi, menedżerami, trenerami, czy komentatorami.
A to oznacza jedno: mimo najszczerszych chęci kolarstwu jako takiemu wciąż jest trudno zaufać.
Zasada “zera tolerancji” nie sprawdziła się choćby w niedalekiej przeszłości gdy Team Sky zwalniał współpracowników niegdyś zamieszanych w doping. Zamiast niej lepszym pomysłem byłaby pełna transparentność.
Choć rozliczenia systemów komunistycznych w Europie środkowej to nie jest przykład najlepszego rozwiązania rozliczenia wcześniej popełnionych grzechów, być może jedynym ratunkiem na wyczyszczenie wizerunku kolarstwa byłby właśnie rodzaj lustracji połączonej z dopingową abolicją.
Przy zawodowym peletonie mogliby zostać tylko ci, którzy zagraliby w otwarte karty. W zamian nie groziłaby im kara, odebranie tytułów czy nagród. W końcu moglibyśmy ruszyć naprzód, nie zastanawiając się nad tym, czy ten dyrektor sportowy współpracował czy nie z jednym z “magików-hematologów”, zadaniem trenera byłoby udowodnienie, że zerwał kontakty z dostawcą “koksu” z czasów gdy sam się ścigał, a komentator mógłby otwarcie wspominać historie sprzed 20 lat oraz rzetelnie porównywać jazdę obecnych herosów z wyczynami bohaterów “ery epo”.
Transparentność, której wciąż brak w wyczynowym kolarstwie może być istotnym czynnikiem w pozyskiwaniu nowych sponsorów. A ci w czasach postpandemicznych będą na wagę złota.
Czas na wspólnotę?
Kolarstwo zawodowe w wielu kwestiach jest ostoją konserwatyzmu. Nowinki techniczne akceptowane są przez zarządzającą tym sportem UCI niezmiernie ostrożnie. Próby zmiany formatu rozgrywania imprez spotykają się z oporem środowiska, nawet drobne modyfikacje tradycyjnych tras stają się powodem do sporów.
Elementem, który trzyma kolarstwo niemal w czasach jego powstania jest model społeczno-ekonomiczny, zupełnie nieprzystający do współczesnych realiów.
Grupy zawodowe to de facto agencje reklamowe, w większości zatrudniające zarówno zawodników jak i ich obsługę w oparciu o kontrakty B2B.
Sporą częścią najważniejszych wyścigów zarządza kilka korporacji związanych z mediami, od których decyzji, np. przyznaniu “dzikiej karty” zależy być albo nie być mniejszych zespołów.
Rzeczone korporacje są w ciągłym, jeśli nie konflikcie, to przynajmniej próbie sił z UCI, ta zaś nie jest dostatecznie silna by np. skutecznie walczyć z dopingiem.
Indolencja UCI łatana jest nie tylko przez WADA, międzynarodową agencję antydopingową, ale też często przez narodowe organizacje takie jak francuska AFDL czy włoski komitet olimpijski (CONI).
Dla odmiany federacja kolarska jest na tyle wpływowa, by redukować znaczenie oddolnych inicjatyw takich jak MPCC (Ruch na Rzecz Wiarygodności Kolarstwa), CPA i TCA (związki zawodowe kolarzy i kolarek) czy Velon (poszukującą nowych formatów imprez i źródeł finansowania drużyn).
Gwarancje bankowe wpłacane do UCI jako kaucja na poczet ewentualnie niewypłaconych wynagrodzeń to za mało. Każda drużyna to przynajmniej kilkadziesiąt osób, poza eksponowanymi postaciami jak kolarze i zarząd, także masażyści, mechanicy, kierowcy, kucharze, lekarze, marketingowcy czy rzecznicy prasowi. Krótko mówiąc, to takie “średnie przedsiębiorstwo” z rocznym obrotem na poziomie od kilku do kilkudziesięciu milionów Euro.
Sytuacja, w której zespoły-przedsiębiorstwa skazane są wyłącznie na komercyjnych sponsorów powoduje, że ich byt jest bardzo niestabilny. Jak na sport tak przywiązany do tradycji, same drużyny to efemerydy z nielicznymi przykładami z historią sięgającą lat ‘80 XXw.
W całej układance, jaką jest kolarstwo zawodowe, ci bez których samo w sobie by nie istniało, czyli właśnie kolarze i kluby stoją na zdecydowanie słabszej pozycji.
Upodmiotowienie nie tylko zespołów-firm, ale też ich pracowników: sportowców oraz obsługi powinno być jednym z celów na nadchodzące lata.
Gdy kolejne ekipy popadają w tarapaty finansowe jak mantra powraca postulat Olega Tinkova o konieczności podziału zysków z praw transmisji telewizyjnych między zespoły.
Nawet, jeśli nie mówimy tu o kwotach znanych ze sportów zespołowych umożliwiłoby to zabezpieczenie przyszłości ekip, częściowe uniezależniło je od kaprysów sponsorów czy wahań na rynku a także, realnie je upodmiotowiło.
Brak tożsamości i archaiczny model biznesowy
Wspomniałem już, że najstarsze zespoły istnieją zaledwie kilkadziesiąt lat w sytuacji, gdy samo kolarstwo wyczynowe ma ich około 130.
Efekt jest taki, że nie kibicujemy drużynie Abarca Sports, tylko Banesto->Illes Baleares, Caisse d’Epargne a obecnie Movistarowi. Nie wspieramy Slipstreamu, tylko Garmin, Cannondale a teraz EF.
W wielu sportach zespoły korzystają ze sponsorów tytularnych, jednak wciąż zachowują swoją tożsamość, wiążą z nią fanów i ją monetyzują. Bez względu na to, czy mówimy o grach zespołowych czy wyścigach samochodowych.
Owszem, niektóre projekty kolarskie mają charakter narodowy czy regionalny, skupiają się na pozyskiwaniu zdolnych zawodników wspieranych przez lokalnych sponsorów. Bywa też, że poniżej ekipy World Touru mniej lub bardziej oficjalnie funkcjonuje drużyna młodzieżowa czy juniorska.
To jednak nie wszystko. Drużyny pozbawione tożsamości często bazują na najprostszym, by nie powiedzieć prymitywnym modelu sponsoringu.
Gdy już uda im się rozpocząć współpracę z firmą wykładającą określony budżet, w zamian oferują jedynie ekspozycję logo i nazwy. Co więcej, takie podejście mają również sami sponsorzy, czego przykładem może być zaangażowanie Dariusza Miłka i jego marki CCC.
Miłek od lat wydaje miliony na sponsorowanie kolarstwa, równocześnie nie korzystając z wizerunkowych dobrodziejstw, jakie niesie ze sobą wspieranie sportu. Choć mija 20 lat od kiedy logo “Cena Czyni Cuda” jest obecne na koszulkach kolarskich, poza licznymi epizodami sportowcy nie zostali włączeni w komunikację marketingową firmy.
Na drugim biegunie można postawić zespół Jonathana Vaughtersa, obecnie znany jako “Education First”. Owszem, amerykańska ekipa kilkukrotnie ratowała się od bankructwa. Owszem, nie operuje na imponującym budżecie. I tak, jej szef jest postacią kontrowersyjną.
Ale trzeba przyznać, że zespół Education First jest prekursorem profesjonalnego podejścia do marketingu w kolarstwie. Vaughters wprowadził charakterystyczny dla swojej ekipy element identyfikacji wizualnej (romby “argyle”). Niemal od początku stawia na dostarczanie kibicom i mediom atrakcyjnych treści: najwyższej jakości materiałów audiowizualnych, tekstów, szeroko pojętego “contentu”. Gdy zauważył, że na szosie nie ma dość historii do opowiedzenia, zaczął wysłać swoich zawodników a to na szutry a to w teren, by pracować na wizerunek zarówno swojego zespołu jak i wspierających go sponsorów.
W końcu wreszcie sam Vaughters buduje swoją markę osobistą, publikując w prestiżowych mediach materiały dotyczące biznesowych korzyści płynących z wspierania kolarstwa.
Gdy porównamy to do prostego układu “pieniądze za logo na koszulce” pokuszę się o stwierdzenie, że jeden z tych modeli jest skazany na wymarcie, szczególnie w czasach, gdy firmy będą długo oglądały każdego dolara zanim wydadzą go na sponsoring.
Ewolucja wyścigów jest nieuchronna
Każdy wyścig chciałby być jak Strade Bianche. Istniejąca zaledwie trzynaście lat impreza powstała na bazie nostalgii, mody na styl vintage i na amatorskiego gran fondo na starych rowerach to przykład kolarskiego produktu idealnego.
Dzięki swojej unikalności zawody na toskańskich “białych drogach” szybko zdobyły prestiż, ekspozycję w mediach i uznanie fanów. Bez wielu lat tradycji, łamiąc kolarski konserwatyzm Strade Bianche przeskoczył w hierarchii większość imprez jednodniowych, nie licząc jedynie monumentów.
Sukces Starde Bianche marzy się każdemu organizatorowi wyścigów kolarskich.
Stał się wzorem dla innych, którzy zaczęli kopiować Włochów włączając do programu swoich imprez różne niespodzianki w rodzaju wizyt na brukach, szutrach, drogach polnych czy prowadzących przez winnice.
Z kolei etapówki stopniowo się eksternalizuje. Od czasu wprowadzenia (znów przez Włochów) do panteonu kultowych podjazdów słynnego Mortirolo trwa wyścig na poszukiwanie nieprzeciętnych stromizn. Zoncolan, Angliru, La Planche des Belles Filles, Bola del Mundo, Los Machucos i wiele, wiele innych stały się nie tylko oczekiwanymi co wręcz obowiązkowymi punktami na trasach wielkich tourów.
Etapów “płaskich jak stół” mamy teraz jak na lekarstwo. Coraz częściej w niedalekiej odległości od kreski wyrastają niewielkie pagórki, które wymagają od sprinterów nie tylko szybkości, ale też wytrzymałości. To z kolei rzutuje na typ kolarza, który może odnosić sukcesy w najważniejszych momentach sezonu.
W poszukiwaniu spektaklu skracane są odcinki górskie a także ograniczana jest obecność jazdy na czas, co ma zmuszać liderów do ofensywnej jazdy.
Pojawiają się nowe formaty wyścigów, czego przykładem była “Hammer Series” oparta o widowiskową rywalizację “na dochodzenie”.
Najlepsze momenty widowiskowej „Hammer Series”, projektu, który ma problem przebić się przez konserwatyzm UCI.
Ostatni raport dotyczący wizerunku hiszpańskiej Vuelty pokazuje, że ewolucja formuły nawet imprezy takiej jak wielki tour spotkała się z ciepłym przyjęciem widzów. Jeszcze dziesięć lat temu oglądalność VaE regularnie malała. Po kilku testach i eksperymentach okazało się, że dość szybko można z imprezy będącej właściwie wewnętrzną rozgrywką gospodarzy zrobić spektakularny spektakl z międzynarodową obsadą gwiazd.
Zatem tak samo jak w przypadku marketingu drużyn zawodowych, można spodziewać się, że tendencja dostarczania jak najbardziej atrakcyjnych treści, tym razem przez organizatorów imprez powinna się utrzymać.
Tylko w ten sposób będzie można zachować swoją pozycję na rynku a nawet myśleć o wprowadzaniu nowych produktów (bo wyścig to przecież też produkt).
W tym kontekście widzę poważny problem dla wydarzeń pokroju naszego Tour de Pologne, holednersko-belgijskiego Eneco Tour, czy kolejnych reaktywacji wyścigów w Niemczech. Muszą wymyślić lub odnaleźć swój, unikalny charakter, który spowoduje, że staną się niezależnymi markami a nie tylko kolejnymi w kalendarzu okazjami do zdobycia nieistotnych punktów rankingowych. W przeciwnym wypadku czeka je albo likwidacja albo włączenie do portfolio ASO lub RCS.
Globalne kolarstwo – koniec czy początek?
W ostatnich latach World Tour stał się faktycznie globalny. Sezon został wydłużony, poważne ściganie zaczyna się już w połowie stycznia. Zawodowy peleton chętnie korzysta z entuzjazmu Australijczyków a także arabskich dolarów.
Scenariusz pesymistyczny na kryzysowe czasy to taki, że w zdemolowanej pandemią i recesją Europie wiele tradycyjnych imprez upadnie, w związku z czym ściganie będziemy oglądali tylko w telewizji transmitowane z krajów, które stać na takie zabawy. Czyli np. z Emiratów Arabskich, Omanu czy Bahrainu.
Niewiadoma jest przyszłość Tour of California, który odwołał się “zanim to było modne” z powodów finansowych i zapowiedział powrót w 2021r.
Trudno stwierdzić, jak w perspektywie ograniczonych budżetów drużyn zawodowych będzie wyglądała styczniowa wizyta w Australii. O ile oczywiście będziemy mogli mówić o bezproblemowym przemieszczaniu się przez pół świata.
Poza pandemią i jej konsekwencjami warto w nawet średnioterminowych planach brać pod uwagę zmiany klimatu. Może się okazać, że wydłużony do października czy listopada sezon 2020 otworzy nowe możliwości do regularnego ścigania się późną jesienią.
Przymusowa, przynajmniej kwartalna przerwa może też wpłynąć na przebieg karier wielu zawodników. Te kilka miesięcy bez rywalizacji na najwyższym poziomie może pomóc złapać drugi oddech wyeksploatowanym organizmom.
Chris Froome zdołał dokończyć rehabilitację, Alejandro Valverde zbiera siły na przesunięte o rok Igrzyska w Tokio a specjaliści wiosennych klasyków będą budowali szczyt formy na jesień a następnie bez tradycyjnego “offseasonu” zaledwie chwilę później rozpoczną kolejną kampanię na brukach.
Tak zaburzona, wieloletnia rutyna może wywrócić do góry nogami układ sił w zawodowym peletonie nawet bardziej niż problemy z finansowaniem, upadające wyścigi czy ewoluujące w niewiadomym kierunku procesy globalizacji.
Jakby na to nie patrzeć, kolarstwo zawodowe to wciąż sport, w którym o wyniku decydują ludzie a wszystkie te perturbacje najbardziej odbiją się właśnie na nich. A nie na firmach, korporacjach czy federacjach.
Częściowo autobiograficzny film Kennetha Merckena “Coureur” (pol. “Wyścig”) to “the best of” patologii w wyczynowym kolarstwie początków XXIw.
Słyszeliście kiedyś o takim zawodniku jak Kenneth Mercken? Nie? W porządku, ja też nie. Jego największym osiągnięciem było mistrzostwo Belgii w jednej z młodszych kategorii wiekowych a szczytem kariery kontrakt z kontynentalną drużyną Flandria.
W pewnym momencie życia stwierdził, że zamiast zawodowcem na szosie chce być reżyserem. Skończył szkołę filmową a efektem nowej pasji jest pełnometrażowy debiut “Coureur”.
To częściowo autobiograficzna historia przedstawiająca doświadczenia Merckena jako utalentowanego zawodnika rozpoczynającego “dorosłe” ściganie w półzawodowej grupie we Włoszech.
Plakat filmu „Coureur”, pol. „Wyścig”
Ponieważ akcja rozgrywa się na początku XXIw (przed 2005r), dostajemy syntezę opowieści, wywiadów, książek o nielegalnym wspomaganiu: od testosteronu przez stymulanty, hormon wzrostu a kończąc na epo.
Biorą wszyscy, wszystko, niemal bez kontroli i konsekwencji.
Drugi aspekt “Wyścigu” (pod takim tytułem film dostępny jest w Polsce) to konflikt pokoleń. Główny bohater jest synem kolarza, mierzy się więc z rodzinną tradycją i oczekiwaniami ojca.
Relacje młodego Felixa, alter ego reżysera i scenarzysty, niemal z wszystkimi są trudne. Z rodzicami, z kolegami, z trenerami, ze znajomymi. Mierzy się z presją wyników, nieznajomością języka, adaptacją w nowym otoczeniu, trenerem-tyranem czy z nadpobudliwymi kolegami z drużyny.
Każdy z tych elementów był już wcześniejopisywany w wielu miejscach, zazwyczaj w wywiadach lub książkach “skruszonych” dopingowiczów.
Podane razem, w formie wizualnej, z dużą dozą dosłowności powodują, że przygoda z wyczynowym kolarstwem zamiast spełnieniem marzeń staje się wyłącznie ponurą drogą przez cierpienie, wyrzeczenia, konflikty i upokorzenia.
Choć całość nie jest ani szczególnie odkrywcza ani wyjątkowo dobrze zagrana, trzeba oddać twórcom, że wykonali solidną pracę odwzorowując realia sportu rowerowego.
Mimo, że obecnie tematyka nie szokuje tak bardzo jak jeszcze kilka lat temu, Kenneth Mercken musiał wykazać się pewną odwagą pokazując wiele kwestii, które wciąż objęte są zmową milczenia. Podobnie wygląda sprawa jego osobistych rozliczeń z ojcem, stanowiących równorzędny wątek całej opowieści.
“Coureur” (pol. Wyścig). Belgia 2018 Reż. Kenneth Mercken 92 minuty
Od utalentowanego juniora z VO2Max 90ml/kg/min, przez niespełnionego zawodowca po CEO jednej z najciekawszych, choć nie najbogatszych ekip World Touru. Jonathan Vaughters doprowadził do upadku Lance?a Armstronga, stworzył grupę deklarującą jazdę 100% fair i rozpowszechnił wśród kolarzy charakterystyczny wzór ?argyle?.
Zacznę od laurki dla Jonathana Vaughtersa. Uważam go za jedną z najciekawszych i inteligentnych postaci w zawodowym kolarstwie. Z przyjemnością czytam jego kolejne wypowiedzi i artykuły, ponieważ wnoszą sporo świeżości do konserwatywnego świata sportu rowerowego, do tego zazwyczaj są sensownie uargumentowane.
?One Way Ticket? jest dość standardową, linearną biografią sportowca z tą różnicą, że opisuje losy osoby, która faktycznie zmieniła swoją dyscyplinę. Choć trzeba pamiętać, że opis wydarzeń dostajemy z punktu widzenia naszego bohatera, trudno polemizować z kilkoma faktami.
Bez względu na sympatię lub jej brak do postaci ?JV?, w swojej dotychczasowej karierze dokonał kilku istotnych rzeczy. Jako kolarz zmagał się z różnymi problemami które sprawiły, że jako atleta pozostał niespełniony.
Wiele wskazuje, że tak jak w przypadku innych, utalentowanych młodych ludzi, którzy uczestniczyli w zawodowym sporcie na przełomie XX i XXIw, jego wyniki były zaburzone przez powszechnie stosowane, niedozwolone środki i kulturę z tym związaną.
Dlatego też Vaughters odcisnął piętno na światowym kolarstwie nie jako zawodnik a jako działacz. Twórca Slipstream Sports, orędownik jazdy bez dopingu, prezydent AIGCP i wreszcie jeden z głównych świadków w sprawie prowadzonej przez Travisa Tygarta i Amerykańską Agencję Antydopingową (USADA).
Owszem, wiele osób może być znużonych ewangelizacją za ?czystym kolarstwem?, nie podzielać podejścia Vaughtersa do kwestii związanych ze sponsoringiem w tym sporcie i wreszcie uważać go za hipokrytę (sam brał doping a później zatrudniał skruszonych dopingowiczów), jednak jego udział w stworzeniu w zawodowym peletonie lepszych i uczciwszych warunków pracy jest znaczny.
Co więcej, choć cała opowieść jest momentami nieco rozwlekła, główny wątek, jaki można zaobserwować w prezentowanym czasie, od lat ?80 do 2019 to właśnie zaburzenia, które doping wprowadza do sportowej rywalizacji. To odebrane szanse prawdziwie utalentowanym jednostkom, to przerwane kariery i stracone marzenia.
https://www.instagram.com/p/BzNOO5roTx8/
Wygląda na to, że materiały do książki powstawały przez wiele lat. Część z nich Vaughters publikował w formie własnych artykułów, część historii, głównie tych związanych z dopingową przeszłością mogliśmy poznać w udzielanych przez niego wywiadach.
Czynnikami, które miał wpłynąć na jej publikację były drugi rozwód, przebyta terapia (w trakcie której zdiagnozowano u niego lekką postać zespołu Aspergera) i wyczerpująca walka o zapewnienie bezpieczeństwa finansowego drużyny.
Niewątpliwie Vaughters nie ma też do końca przepracowanej swojej relacji z Lancem Armstrongiem, którego postać przewija się przez kolejne strony jako nemezis autora, ale wygląda na to, że wcześniej czy później przyjdzie czas na pojednanie tych dwóch postaci.
Zatem, jeśli nie przeszkadza wam czytanie po angielsku (nie sądzę by ta pozycja kiedykolwiek ukazała się po polsku), jest to lektura obowiązkowa dla każdego fana kolarstwa zawodowego.
Jonathan Vaughters
?One Way Ticket: Nine Lives on Two Wheels?
Quercus 2019
Wydanie na Kindle kupiłem na Amazonie za $12,16
Marco Pantani wyrzucony z Giro d?Italia 1999 to jeden z symboli kolarstwa ?Ery EPO?. Od tego wydarzenia minie w tym roku dwadzieścia lat. Od jego śmierci minęło już piętnaście.
Aby zobrazować, jak dziwne to były czasy posłużę się jednym przykładem. Klasyczny ?góral?, będący w glorii chwały zwycięzcy Giro i Touru 1998, Marco Pantani przez sporą część wyścigu walczył o różową koszulkę z Laurentem Jalabertem. Tym samym, który zaledwie cztery lata wcześniej wygrał zieloną koszulkę najlepszego sprintera Tour de France. To tak, jakby teraz o wygraną walczył Sagan z Quintaną.
Fruwający w górach ?Pirat? od lat będący najszybszym ?wspinaczem? zawodowego peletonu (do tej pory czas uzyskany przez niego w 1997r na Alpe d?Huez jest rekordem tego podjazdu, Włoch jest dodatkowo autorem trzeciego i piątego rezultatu) dokonywał na trasie Giro rzeczy niezwykłych. Wspomnieć trzeba choćby słynną pogoń za Jalabertem do mety usytuowanej przy sanktuarium Oropa i dominację na etapach do Alpe di Pampeago i Madonna di Campiglio.
Zarówno to Giro jak i poprzednie oglądałem z zapartym tchem, wpatrzony w ekran telewizora, z nabożnym podziwem dla wyczynów Pantaniego. Jedno muszę włoskiemu kolarzowi oddać. Charyzma i charakter, jakie prezentował na alpejskich szosach były nieporównywalne z cechami jakiegokolwiek innego zawodnika.
Nie miało dla mnie znaczenia, że wygrany przez niego Tour był tak naprawdę ?tourem wstydu?, nie miałem pojęcia, że zawodowi sportowcy w tamtych czasach nie funkcjonowali bez epo, testosteronu i hormonu wzrostu. ?Przerwany łańcuch?, Operacja Puerto, ?Wyścig tajemnic?, raport USADA, Armstrong u Oprah?y, to wszystko wydarzyło się później.
Pantani został wyrzucony z Giro za nieznaczne przekroczenie dozwolonego poziomu hematokrytu, mimo wahań formy był potem jeszcze w stanie wrócić na trasę Touru 2000 i rzucić wyzwanie Armstrongowi.
Zmarł w samotności, w pokoju hotelowym z powodu przedawkowania narkotyków, zimą 2004r. Na przełęczy Mortirolo znajdziecie jego pomnik, wielu kibiców wciąż uważa go za jednego z najbardziej wybitnych kolarzy w historii. Część uważa, że zabiła go mafia, część, że Pantani ?nigdy nie miał pozytywnego wyniku testu antydopingowego?. Jeszcze inni, że skoro wszyscy wówczas brali, Włoch i tak był najlepszy.
Tak jak wspomniałem, nie można mu odmówić niepowtarzalnego stylu oraz odwagi. Całe epo świata nie sprawi, że jeżdżący zachowawczo kolarz rzuci się do samotnego ataku na wiele kilometrów przed metą. To nigdy nie boli mniej, po prostu jedzie się szybciej, by przywołać znany bon mot Grega LeMonda.
Nie zmienia to faktu, że Pantani był równie bezkompromisowym, kolarskim artystą, co bezkompromisowym oszustem. Choć to Bjarne Riisa nazywa się ?panem 60%?, od poziomu hematokrytu, jaki osiągał dzięki kuracji epo, Pantani w swojej karierze również zanotował taki wynik, np. gdy jego krew zbadano przy okazji poważnego wypadku, jakiemu uległ w 1995r (czyli w roku ostatniego zwycięstwa Miguela Induraina w Tour de France, gdzie sam Pantani wygrał dwa etapy i klasyfikację młodzieżową).
Co więcej, przebadane ponownie próbki z Touru 1998 dały wynik pozytywny, z resztą całe podium tamtego wyścigu zajmowali zawodnicy stosujący podobny, sprawdzony i klasyczny wówczas zestaw środków. Jak wiemy choćby ze wspomnieć Willy?ego Voeta, masażysty niesławnej ekipy Festina, niektóre zespoły i zawodnicy ze względów nie tyle etycznych co zdrowotnych trzymały doping w pewnych ryzach. Inni kolarze ?brali? niemal bez ograniczeń.
Pewna powściągliwość była mimo wszystko wskazana. Jeśli bowiem uważacie (a takie, nieroztropne głosy wciąż pojawiają się w dyskursie, czasem nawet z ust osób na co dzień roztropnych), że doping należy zalegalizować i pozwolić atletom brać wszystko i w dowolnych ilościach to, cóż, lata ?90 XXw de facto były właśnie takim czasem. Efekt? Sportowcy zwyczajnie umierali z powodu zatorów, zawałów czy zatrzymania akcji serca podczas snu.
Embed from Getty Images
Również Pantani za doping zapłacił najwyższą cenę. Depresja, zaburzenia psychiczne, uzależnienie od narkotyków i wreszcie śmierć. Wierzę, że życie po wydarzeniach w Madonna di Campiglio, po kolejnych przesłuchaniach, po nalotach policji na pokoje hotelowe w czasie wyścigów, po ciągłych pytaniach musiało być koszmarem. Podobnie jak odnalezienie się w realiach sportu, w którym można wciąż wiele, ale już nie wszystko i nie aż tak bezwstydnie.
Rekord Pantaniego na Alpe d?Huez obowiązuje, podobnie jak inne, wciąż najlepsze osiągnięcia w historii sportu. Bieg na 800m Jarmili Kratochvilovej, 100m Flo-Jo, do niedawna 400m Michaela Johnsona.
Emocji czy inspiracji, których w tych, konkretnych momentach dostarczali nie odbierze nam nikt. Czy wstydzę się tego, że przez lata podziwiałem ?Pirata?, ba, że wrażenie robiła na mnie jazda Armstronga czy Herasa? Oczywiście, że nie, co nie przeszkadza mi oceniać tych wydarzeń jako przykrych a ich bohaterów za ciekawe a nawet wybitne postaci, jednak zaliczane do kategorii czarnych charakterów.
Celebrowanie bohaterów ?ery epo?, jakkolwiek nie byliby fascynujący uważam za niestosowne. Dużo ważniejsze jest wsparcie dla deklarujących jazdę fair a także tych, którzy po błędach robią coś więcej niż tylko dyskretnie milczą. Choć wygląda na to, że kolarstwo wyczynowe po raz kolejny zaczyna zjadać swój ogon, wciąż można znaleźć zawodników będących po ?jasnej stronie mocy?. I to na nich warto skupiać uwagę.
Po piętnastu sezonach od zdobycia pierwszego medalu szosowych mistrzostw świata Alejandro Valverde, w wieku 38 lat w końcu wygrał wyścig o tęczową koszulkę. Gdyby nie kilka detali byłaby to inspirująca historia o talencie, wytrwałości i sile woli. I jest. Ale nie tylko o tym.
Raj dla dziennikarzy
Ponad sto zawodowych zwycięstw, niezliczone rekordy, bezprecedensowa wytrzymałość połączona z niespotykaną we współczesnym sporcie uniwersalnością. Valverde to kolarz renesansu, niczym najwięksi herosi z przeszłości potrafiący świetnie jeździć w górach, finiszować a nawet okazjonalnie dobrze spisujący się w czasówkach.
Był ?złotym dzieckiem? hiszpańskiego peletonu, odnoszącym sukcesy już w młodszych kategoriach wiekowych. W 2002r przeszedł na zawodowstwo podpisując kontrakt z grupą Vicente Beldy, Kelme-Costa Blanca. Już rok później wygrał dwa etapy Vuelta a Espana, zdobył swój pierwszy (srebrny) medal mistrzostw świata by w kolejnych sezonach stać się pogromcą ardeńskich klasyków, łowcą etapów i pretendentem do podium niemal każdego wyścigu etapowego, w którym brał udział.
W międzyczasie zmienił barwy klubowe i związał się z Eusebio Unzue, którego zespół działa nieprzerwanie od lat ?80 XXw a obecnie jest sponsorowany przez Movistar. Po kilku próbach zwyciężył w Vuelta a Espana a gdy w końcu dopadła go sprawiedliwość za współpracę z dopingowym magikiem, Eufemiano Fuentesem zniknął na dwa lata dyskwalifikacji by powrócić w praktycznie niezmienionej dyspozycji.
Od 2012r ściga się na nieprzerwanie wysokim poziomie, utrzymując świetną formę od wczesnej wiosny do pełni jesieni. Walczy w klasykach, etapówkach, wielkich tourach. Jeździ dla siebie, pomaga kolegom-rywalom z drużyny. Staje na wymarzonym podium Tour de France, wybacza Włochom, którzy wysłali go na dopingową banicję i zajmuje trzecie miejsce w Giro d?Italia. Seryjnie wygrywa Walońską Strzałę i dominuje w Liege-Bastogne-Liege.
Gdy wydaje się, że paskudny upadek podczas otwierającej Tour de France 2017 czasówki skutkujący strzaskaną rzepką może zakończyć jego karierę, Valverde powraca w następnym sezonie.
Wciąż jest skuteczny, wciąż jeździ w stylu, z którego słynie, ale kolejne starty sugerują, że kontuzja i wiek zrobiły swoje, bo w najważniejszych startach w końcu znajdują się mocniejsi od niego.
Do mistrzostw świata w Innsbrucku kompletuje aż 13 zwycięstw, czyli drugi najlepszy wynik wśród zawodowców w sezonie 2018. Na Tour de France pomaga Quintanie i Landzie, na Vuelcie jest najszybszy podczas dwóch etapów i niemal do końca gra o zwycięstwo w klasyfikacji generalnej. Pod koniec wyścigu jednak gaśnie i wyraźnie zmęczony spada z podium. Potrzebuje zaledwie dwóch tygodni, by odzyskać świeżość i przy wydatnym wsparciu drużyny zwyciężyć w mistrzostwach świata ze startu wspólnego. Marzenie staje się faktem i Alejandro Valverde będzie w kolejnym sezonie ścigał się w tęczowej koszulce.
Siła umysłu?
Zanim wytoczę najcięższe działa, muszę docenić hiszpańskiego kolarza. Czego by nie brał w przeszłości, i jak źle nie oceniałbym jego postawy trzeba mu przyznać jedno. Poza mocą, wytrzymałością i dynamiką Alejandro Valverde wykazuje się niebywałą odpornością psychiczną i niegasnącą wolą walki.
Już sama umiejętność utrzymania koncentracji od lutego do października jest wyjątkowa. Owszem, by wygrywać w zawodowym peletonie trzeba być właściwie przygotowanym fizycznie, ale w grupie, gdzie, zależnie od wyścigu, od kilkunastu do ponad stu zawodników każdego dnia chce walczyć o zwycięstwo regularne sukcesy przez ? roku kalendarzowego są ewenementem.
Jeśli mielibyśmy rozliczać sportowców tylko z tego, co prezentują w trakcie zawodów, Valverde niewątpliwie jest geniuszem. W jednym z wywiadów swoją skuteczność w ?podeszłym? jak na kolarza wyczynowego wieku tłumaczy brakiem presji. W swojej karierze wygrał już tyle, że nic już nie musi, tylko może.
Zwraca też uwagę na silną i naturalną dla siebie chęć ciągłej rywalizacji oraz fakt, że ?jest w tym po prostu cholernie dobry?.
I wygląda na to, że ma rację.
Kiepski ambasador
Mistrz świata to ambasador kolarstwa. Jest wyróżniony nie tylko tytułem i medalem, ale też specjalnym strojem, który prezentuje na wszystkich wyścigach przez kolejnych 12 miesięcy. Przez to każdy jego ruch zwraca szczególną uwagę a każde słowo nabiera wyjątkowego znaczenia.
Gdy na ostatnich kilometrach wyścigu w Innsbrucku stało się jasne, że po tęczową koszulkę sięgnie ktoś z czwórki: Valverde, Bardet, Woods, Dumoulin, scenariusz inny niż zwycięstwo Hiszpana był trudny do przyjęcia. A równocześnie był on najgorszym z możliwych.
Nie chodzi nawet o to, że Valverde znany jest nie tylko jako ?Bala? ale też jako ?Pitii?, który to pseudonim w swoich notatkach nadał mu Eufemiano Fuentes.
Nie chodzi też o to, że Valverde przynajmniej przez pierwszych kilka lat swojej kariery, jak zdecydowana większość herosów z pierwszej dekady XXIw chcąc rywalizować o najważniejsze trofea musiał przejść na ciemną stronę mocy.
Co więcej, nawet jeśli weźmiemy poprawkę na fakt, że stosowanie dopingu w latach, gdy kształtuje się ?silnik? sportowca wytrzymałościowego może mieć wieloletnie, pozytywne skutki nawet po odstawieniu ?koksu? wciąż nie jest to powód, by skreślać dokonania Hiszpana po powrocie z banicji.
Trzeba jednak postawić sprawę dość jasno. Jego wiarygodność, podobnie jak wiarygodność drużyny Movistar oraz innych hiszpańskich kolarzy, rówieśników Valverde, jest niewielka.
Sprawę ?operacji puerto? systemowo zamieciono pod dywan, chroniąc największe gwiazdy tamtejszego sportu przed przykrymi konsekwencjami: utratą kontraktów, niesławą i odebraniem osiągnięć sportowych.
Gdy Valverde przyskrzynili Włosi ten toczył długotrwałą batalię proceduralną zanim ostatecznie został skazany na dwuletnią dyskwalifikację. Ta realnie była krótsza, ponieważ na jej część zaliczono czas, w którym jeszcze się ścigał, wygrywając m.in, Tour de Romandie czy zajmując drugie miejsca w Paryż-Nicea czy Dookoła Kraju Basków.
Podczas okresu zawieszenia normalnie trenował (choć w ?prywatnym? stroju bez logotypów sponsora) a nawet dla utrzymania dyspozycji, poza klasyfikacją brał udział w wyścigach dla amatorów.
Do zawodowego peletonu powrócił z przytupem, bez (przynajmniej publicznego) najmniejszego mrugnięcia okiem przez szefostwo ekipy Movistar. Szefostwa, które, nie bójmy się tego powiedzieć, musiało wiedzieć, co, dlaczego i z kim robił Valverde w latach przed przymusową przerwą.
Mimo nowych realiów: paszportów biologicznych, systemu ADAMS, współpracy WADA z koncernami farmakologicznymi oraz nowych, coraz doskonalszych testów, Valverde nigdy (podobnie jak przed dyskwalifikacją) nie miał pozytywnego wyniku testu antydopingowego a wkrótce po wznowieniu startów zaczął jeździć jeszcze szybciej.
Sprawę współpracy z Fuentesem całkowicie pomija, jak gdyby 1,5 roku zawieszenia spędził w sanatorium a nie pokutując za dopingowe grzechy. Gdy David Millar, Jorg Jaksche czy Tyler Hamilton opowiadali o mechanizmach związanych z niedozwolonym wspomaganiem w ?erze epo?, Valverde milczał i po prostu się ścigał bijąc kolejne rekordy zwycięstw.
Można więc postawić tezę, że albo faktycznie jest jednym z najbardziej utalentowanych kolarzy w historii tego sportu i ?koks? nie był mu do niczego potrzebny i jedynie wyrównywał szanse w mrocznych czasach, albo stworzył dopingowy kamień filozoficzny dający mu nieograniczoną moc i wieczną młodość dzięki któremu może rywalizować z zawodnikami młodszego pokolenia.
Najgorsze jest więc to, że tego po prostu nie wiemy. Valverde bronią wyniki, postawa na szosie i w peletonie, w którym cieszy się estymą i poważaniem. Obciąża natomiast milczenie i brak deklaracji co do przeszłości i teraźniejszości.
Jako kolarz zrobił w swojej karierze wiele, by kibice go uwielbiali i hołubli. Nie jest jednak juniorem, by skupiać się jedynie na tym, co pokazuje na szosie, bez poprawki na historyczny i kulturowy kontekst.
A ów kontekst nie jest w tym wypadku szczególnie ciekawy.
Doping: farmakologiczny, mechaniczny czy ?etyczny? w postaci np. naginania zasad związanych z procedurą TUE wciąż istnieje w kolarstwie zawodowym. Został w sporym stopniu ograniczony, m.in. dzięki nowej generacji atletów, która otwarcie deklaruje, że nie stosuje nielegalnego wspomagania, od początku do końca gra fair, jest transparentna i przestrzega obowiązujących reguł.
Alejandro Valverde nie jest jej częścią, jest za to jeżdżącą skamieliną, symbolem zmowy milczenia i hipokryzji, które niemal zniszczyły ten sport. Jednym z ostatnich, wciąż aktywnych rywali Armstronga i klientów Fuentesa, który ze łzami wzruszenia założył tęczową koszulkę i będzie reprezentował całe kolarstwo przez najbliższych 12 miesięcy.
Dwadzieścia lat temu kolarstwem wstrząsnęła najbardziej spektakularna afera dopingowa. Kolejne ekipy były wyrzucane lub same wycofywały się z Tour de France, policja przeszukiwała pokoje hotelowe i autobusy a zawodnicy protestowali w obronie swojej godności. Teraz wiemy, że większość peletonu brała ?wszystko?: EPO, hormon wzrostu, testosteron i co tam jeszcze wpadło w ręce.
Rok 1998 to ostatni sezon, w którym jeden kolarz wygrał i Giro d?Italia i Tour de France po sobie. Tak jak i w tym roku start ?Wielkiej Pętli? został wtedy opóźniony o kilka dni ze względu na mistrzostwa świata w piłce nożnej. Marco Pantani nie miał jednak sytuacji tak komfortowej jak Chris Froome, ponieważ wygrany przez niego wyścig dookoła Włoch kończył się 7 czerwca. ?Pirat? miał więc 34 dni przerwy, Brytyjczyk chcący powtórzyć ten wyczyn ma ich aż 40. Przy obciążeniach związanych z udziałem w wielkich tourach ten prawie tydzień ekstra może mieć kolosalne znaczenie dla powodzenia planu lidera teamu Sky.
Podczas Giro ?98 Pantani jechał niezmiernie ofensywnie, próbując nadrobić czas nad lepiej spisującym się w czasówkach Alexem Zulle oraz skutecznym w każdym terenie Pawłem Tonkowem. Ataki na Marmoladzie i Montecampione to przykłady wirtuozerii i bezkompromisowości Włocha, której brak często zarzucany jest mistrzom drugiej dekady XXIw.
Jakby tego było mało, Pantani, który następnie na trasie Touru rywalizował z ?niemiecką lokomotywą?, Janem Ullrichem jedyne, co mógł zrobić to wydrzeć wygraną akcją, która przeszła do historii kolarstwa. Jego rajd przez Telegraphe, Galibier do Les Deux Alpes, gdzie złamał Niemca i z nawiązką odrobił straty to absolutny klasyk gatunku.
W kolejnych dwudziestu latach ten atak Pantaniego był przywoływany jako kontrargument dla kolarzy rozgrywających wyścigi na ostatnich kilometrach finałowych podjazdów, bazujących na wsparciu mocnej drużyny czy to Armstronga, czy to Wigginsa czy Froome?a.
Jednak to nie tak, że nagle największe gwiazdy zaczęły jeździć kunktatorsko. Kolarstwo, owszem, zmieniło się, ale raz na kilka wielkich tourów czy to Schleck, Contador czy nawet Nairo Quintana szukali niestandardowych rozwiązań by wrócić do gry i wygrać teoretycznie przegraną rywalizację.
W tym sezonie rajdem na miarę nie tylko Pantaniego, ale i największych mistrzów z przeszłości popisał się właśnie Froome, który rozstrzygnął Giro na swoją korzyść samotną, osiemdziesięciokilometrową ucieczką zainicjowaną na szutrowej przełęczy Finestre.
Dzięki temu, oraz dzięki korzystnej dla siebie decyzji UCI i WADA o porzuceniu sprawy przekroczenia poziomu salbutamolu może podjąć wyzwanie zmierzenia się z kolarską legendą, wygraniem różowej i żółtej koszulki w jednym sezonie.
Jeśli myślicie, że salbutamolowe problemy Froome?a to poważne przewinienie i wielka afera, to cóż? nie. W 1998r na trzy dni przed startem Tour de France straż graniczna zatrzymała jadącego na start wyścigu w Dublinie masażystę ekipy Festina. Willy Voet, bo o nim mowa, przewoził całą masę epo, hormonu wzrostu i testosteronu, sam będąc pod wpływem popularnej wówczas wśród kolarzy ?mieszanki belgijskiej?, czyli koktajlu stymulantów bazującego na amfetaminie.
Festina była prawdziwym dream teamem, wspierającym pretendenta do tytułu, idola lokalnej publiczności, drugiego na mecie edycji 1997, Richarda Virenque?a. Realnie był to więc cios większy, niż gdyby współcześnie na dopingu przyłapać Romaina Bardeta czy Thibaut Pinot.
Choć afera rozpoczęła się od Festiny i przyjęła nazwę sponsora klubu prowadzonego przez Bruno Roussela, w peletonie Tour de France 1998 „brali” niemal wszyscy. Kilka miesięcy wcześniej w samochodach ekipy TVM policja znalazła analogiczny zestaw ?koksu? co w aucie Voeta (o czym media poinformowały dopiero w lipcu!). Zespoły Banesto, ONCE (z ?rzecznikiem peletonu? Laurentem Jalabertem), FDJ, Casino, Riso Scotti, Polti, Kelme i Vitalicio Seguros zrezygnowały z dalszej jazdy.
Na placu boju pozostała niespełna setka kolarzy, w tym wspomnieni Pantani i Ullrich, którzy stoczyli pamiętny pojedynek w Alpach.
Po latach, gdy, po części w celach naukowych, przebadano materiał pobrany od zawodników w czasie ?Touru hańby? na obecność EPO okazało się, że na 60 próbek tylko 9 dało wynik negatywny. Całe podium: Pantani, Ullrich i Bobby Julich sztucznie podnosiło parametry krwi.
Co ciekawe, wśród zgrai dopingowiczów ?wynik życia? osiągnął Dariusz Baranowski, który w barwach ekipy US Postal nie tylko zajął 12. miejsce w klasyfikacji generalnej, ale też podczas finałowej czasówki uzyskał czwarty rezultat. Nasz reprezentant, obecnie komentujący wyścigi dla Eurosportu nie znalazł się na opublikowanych przez francuski senat listach kolarzy z pozytywnym wynikiem na EPO.
Tym chętniej usłyszałbym lub przeczytał odfiltrowane z politycznej poprawności wspomnienia ?Ryby? z tego wyścigu. Bo choć od ?Touru Wstydu? i ?Afery Festiny? minęło 20 lat i mamy za sobą wiele materiałów: naukowych, prasowych, publicystycznych, informacji i relacji z pierwszej ręki nigdy za mało!
Na odnowę trzeba było poczekać
W jakim stanie był ówczesny sport niech świadczy fakt, że całą sprawą tak naprawdę mało kto się przejął. Choć we wspomnieniach niektórych zawodników czytamy, że zagrożenie aresztem i konsekwencjami prawnymi spowodowało, że albo przestali na potęgę koksować, albo porzucili doping albo nawet odeszli z kolarstwa, realnie nie zmieniło się nic.
Niespełna rok później z Giro d?Italia został wykluczony nie kto inny jak Marco Pantani z powodu podwyższonego poziomu hematokrytu. Z braku innych metod i skutecznych testów na EPO, był to jedyny sposób na pośrednie udowodnienie manipulacji dokonywanych na krwi sportowca.
Tour de France 1999 nazywany „Tourem Odnowy” wygrywa Lance Armstrong, który by móc zrealizować swój cel-marzenie wewnątrz grupy US Postal najpierw odwzorowuje a potem udoskonala metody i system, które stosowała Festina, Telekom, ONCE i wszystkie inne, liczące się w owym czasie drużyny zawodowe.
Michele Ferrari, Carlo Santuccione, Eufemiano Fuentesm, drużyny T-Mobile, Cofidisu, Rabobanku, laboratoria w Wiedniu czy Freiburgu i wiele, wiele innych lekarzy, trenerów, menadżerów i ośrodków, przez następne lata, mimo powstania światowej agencji antydopingowej, pojawienia się kolejnych testów na EPO czy transfuzje krwi funkcjonowało bez zmian.
Choć na zawodowców nakładano dalsze ograniczenia, Armstrong, Ullrich czy Basso dorównali tempem jazdy ścigającym się de facto bez ograniczeń Pantaniemu, Indurainowi czy Riisowi.
Dopiero wprowadzenie paszportów biologicznych, współpraca z koncernami farmaceutycznymi oraz ?głupia wpadka? Alberto Contadora na Tourze 2010 sprawiły, że peleton nagle zwolnił.
Tour de France 2011, czyli trzynaście lat po aferze Festiny był prawdziwym wstrząsem. Nagle okazało się nie tylko, że o zwycięstwo są w stanie walczyć kolarze spoza ?układu?, kolejne podjazdy pokonywane są w tempie znanym z lat ?80 XXw, to jeszcze to wszystko da się oglądać.
Mimo gwałtownego spowolnienia, doping, zarówno ten w postaci nadużywania procedur (w tym TUE), poprawy wyników przez wielokrotne zwiększanie dawek dozwolonych środków (np. przeciwbólowych czy stymulujących), jak i znany, choć zmodyfikowany, najtwardszy (mikrodawkowanie epo i innych hormonów), czy technologiczny (ukryte silniki elektryczne) nie został wyrugowany.
Można jednak zaryzykować stwierdzenie, że o ile w 1993, 1998, 2005 czy 2010r ?czysty? kolarz nie miał szans na wygranie wielkiego touru, tak w 2015 a może nawet wciąż w 2018r jest to wyobrażalne.
Czy jest to Chris Froome? Cóż, poniekąd tak, wiele wskazuje, że choć Team Sky gra nieetycznie, to wciąż zgodnie z regułami. Czy jest to Romain Bardet? Kto wie. Vincenzo Nibali? Poza tym, że jak wielu jego konkurentów cierpi na astmę, tempo jazdy podczas kolejnych wygranych sugeruje, że raczej nie nadużywa niedozwolonych substancji.
Upadek Festiny krótkoterminowo nie zmienił nic. Z perspektywy czasu wydaje się farsą, zwłaszcza, gdy spojrzymy na kary, jakie dotknęły Virenque?a i spółkę (sześcio, maksymalnie dziewięciomiesięczne dyskwalifikacje). Długoterminowo zmienił cały sport, nie tylko kolarstwo, które mimo wielu kolejnych afer i problemów stanęło w awangardzie dyscyplin walczących z niedozwolonym wspomaganiem.
Jesteśmy żoną alkoholika. Zakładnikiem obdarzającym sympatią swojego oprawcę. Matką syna marnotrawnego. A może po prostu klasowym głupkiem, który chodząc z karteczką ?kopnij mnie? przyklejoną do pleców sądzi, że rówieśnicy szczerze się do niego uśmiechają gdy idzie szkolnym korytarzem. Fani kolarstwa, tak, to my.
Sprawy nie było
We wrześniu Chris Froome po ciężkim dniu na Vuelcie przyjął dużo salbutamolu. Na tyle dużo, że w pobranej podczas badania antydopingowego próbce dopuszczalna norma została przekroczona dwukrotnie. Następnie wygrywa wyścig, jedzie na mistrzostwa świata do Bergen, gdzie 20. września startuje w czasówce a równocześnie dowiaduje się o pozytywnym wyniku testu z Vuelty.
Do 13. grudnia, gdy Team Sky wydaje na ten temat stosowne oświadczenie, niemal na równi z publikacjami w Guardianie i LeMonde. Pewnie gdyby nie działania tych prestiżowych tytułów, brytyjska ekipa nadal siedziałaby cicho.
Tak czy inaczej o sprawie wiedział David Lappartient, nowy szef UCI wybrany właśnie na MŚ w Bergen a także wiele innych osób. Czy wiedzieli Włosi z RCS, organizatorzy Giro d?Italia, którzy postanowili zaprosić Froome?a na swój wyścig, płacąc mu przy tym milionowe ?startowe?? Cóż, twierdzą, że nie, ale trudno mi w to uwierzyć.
Choć kwestia złamania reguł wydawała się oczywista, sam kolarz nie poczuwał się do odpowiedzialności, tłumaczył odwodnieniem, dysfunkcją nerek oraz swoją (jakby na to nie patrzeć zdiagnozowaną i udowodnioną) astmą oraz problemami z górnymi drogami oddechowymi. Salbutamol przecież można brać, niemal do woli, byle z dostępnego na receptę inhalatora, co jak twierdzi zrobił, by ratować swoje zdrowie i koszulkę lidera Vuelta a Espana.
Sky i Froome postanowili więc udawać, że nic się nie stało a ponieważ Salbutamol to nie jest żaden ?twardy? doping tylko nieznaczne naruszenie zasad, UCI i WADA nie zawieszały winowajcy do wyjaśnienia sprawy. Organizatorzy niektórych imprez odrobinkę się burzyli, ale tylko kurtuazyjnie. Tymczasem Brytyjczyk spokojnie budował formę startując w Andaluzji, Tirreno-Adriatico i Trentino by następnie, po ?etapie dekady? w stylu dorównującym największym mistrzom z przeszłości, po samotnym rajdzie wygrać Giro d?Italia.
W międzyczasie jego szefowie ze Sky zarzucili UCI setkami stron dokumentacji, działając niczym uciążliwa opozycja sejmowa uskuteczniająca klasyczną obstrukcję.
Na koniec wreszcie, gdy dyrektor Tour de France Christian Prudhomme wytoczył najcięższe działa i zdecydował o wykluczeniu Froome?a z Tour de France zgodnie z wewnętrznym regulaminem, który pozwala na usunięcie z peletonu postaci mogących zaszkodzić wizerunkowi wyścigu, UCI stwierdziła, że Brytyjczyk jest niewinny.
Oświadczenie zarówno UCI jak i WADA wskazuje raczej, że federacja kolarska jak i agencja antydopingowa nie wiedzą, co zrobić ze sprawą, mają jej dość i postanawiają odpuścić.
Równocześnie szereg znawców tematu wskazuje, że bez względu na możliwe okoliczności łagodzące (faktyczna choroba czy udokumentowana konieczność stosowania salbutamolu), nawet przy zwiększeniu dawki terapeutycznej tak wysokie stężenie środka w badanej próbce powinno zakończyć się choćby krótką dyskwalifikacją.
Ponieważ jednak wszystkie zainteresowane strony są zadowolone, nikt nie będzie się odwoływał i Froome, mimo pozytywnego wyniku testu antydopingowego nie złamał przepisów antydopingowych (ot paradoks), jest zwycięzcą Vuelta a Espana 2017, Giro d?Italia 2018 i może wystartować w tegorocznym Tourze.
Grateful and relieved to finally put this chapter behind me, it has been an emotional 9 months. Thank you to all of those who have supported and believed in me throughout. pic.twitter.com/OGzsg83Gjj
Prawidłowy śródtytuł powinien być bardziej dosadny, ale postanowiłem się powstrzymać. W rozwiązaniu przypadku Chrisa Froome?a zabrakło wszystkiego.
Transparentności działań UCI i WADA, etycznego zachowania drużyny Sky, jasnej komunikacji, równego traktowania podobnych przypadków (za analogiczne przewinienia w niedalekiej przeszłości Alessandro Petacchi i Diego Ulissi otrzymywali kilkumiesięczne dyskwalifikacje) a przede wszystkim uzasadnienia decyzji o zamknięciu postępowania.
Irytujący jest również fakt pojawiających się zbiegów okoliczności: pierwsza, publiczna informacja o pozytywnym wyniku testu pojawiła się, gdy za temat zabrały się opiniotwórcze gazety zaś decyzja UCI i WADA rzutem na taśmę anulowała bezkompromisowe oświadczenie ASO o wykluczeniu obrońcy tytułu ze startu w Tour de France.
Posłużę się więc eufemizmem i powiem tylko, że nie wiem jak wy, ale ja czuję się nabity w butelkę.
Równocześnie uważam, że wylewanie na Froome?a wiader pomyj jest pewną przesadą. Jakby na to nie patrzeć, nadużycie, nawet tak wyraźne, leku na astmę to nie jest transfuzja zmodyfikowanej krwi, to nie jest doping EPO czy lekami będącymi poza legalnym obrotem, to nie jest faszerowanie się testosteronem i hormonem wzrostu.
Mimo całej hipokryzji Dave?a Brailsforda, steku bzdur, który dział marketingu i PR brytyjskiej drużyny dostarcza mediom oraz agresywnym zachowaniom względem dziennikarzy niewykluczone, że Chris Froome jest jednym z najczystszych i najbardziej szczerych zwycięzców wielkich tourów w historii kolarstwa.
Antydopingowa śruba, mimo dziur w procedurach, niedoskonałości testów, niewydolności laboratoriów i niejednogłośności ekspertów jest przykręcona dość mocno, by nie powiedzieć najmocniej.
Nadużycia TUE, środków przeciwbólowych i nasennych oraz legalnych stymulantów, mikrodawkowanie EPO i innych ?twardych? środków dopingujących czy wspomaganie technologiczne są faktem. Równocześnie wiele wskazuje na to, że są obecne na wyraźnie mniejszą skalę w porównaniu z oszustwami z przeszłości.
Co więcej, sam Froome rysuje się jako miła postać w przeciwieństwie do aroganckiego Armstronga, niezrównoważonego Ricco czy prymitywnego Di Luca?i.
Chris nie tylko dba o środowisko prowadząc kampanię na rzecz czystych oceanów, ale też z szacunkiem wypowiada się o rywalach a do tego, choć na rowerze siedzi niezbyt ładnie, wiele jego zwycięstw naznaczonych jest odwagą, improwizacją i prawdziwym mistrzostwem.
Cóż z tego, skoro brytyjski zawodnik, nawet jeśli jest tylko kieszonkowcem, drobnym cwaniaczkiem w porównaniu z kolarskimi Hitlerami, Pol Potami i Kim Dzong Unami należy do grona tych, którzy nas zawiedli.
Sport rowerowy jest świetny. Uwielbiam go, pasjonuje mnie od dziecka. Mnogość narracji, różnorodność bohaterów, zaskakujące zwroty akcji są nieporównywalne z jakąkolwiek inną dyscypliną.
Co więcej, jako jeden z nielicznych poszedł na otwartą wojnę z dopingiem, wielokrotnie decydując się na wymianę ciosów skutkującą kryzysem i problemami finansowymi za to z efektami, na których inni mogliby się wzorować, o ile oczywiście by tylko chcieli.
Paszporty biologiczne, skanowanie sprzętu, współpraca z koncernami farmaceutycznymi przy opracowywaniu kolejnych testów, dotkliwe kary finansowe, liczne samoograniczenia, na które decydują się kluby i indywidualni zawodnicy to awangarda światowej walki z dopingiem.
Tyle, że równocześnie brak jest konsekwencji. Być może Pantani był artystą a Contador wirtuozem, ale póki hiszpański mistrz będzie występował jako telewizyjny ekspert bez ujawnienia, jakim cudem u schyłku ?ery epo? ustanowił historyczny rekord tempa podjeżdżania (Verbier 2009) a chwilę wcześniej rywalizował jak równy z równym z nadużywającym każdego z dostępnych środków dopingujących Michaelem Rasmussenem, póty będziemy kręcić się w kółko bez żadnego efektu.
Gdy część byłych zarówno gwiazd jak i płotek, zazwyczaj pod presją, ?wyspowiadała się?, wciąż wielu działaczy, komentatorów, menadżerów czy trenerów tkwi w zmowie milczenia, serwując nam głodne kawałki na temat wyczynów własnych czy swoich przyjaciół. I czerpie z tego niemałe profity korzystając ze zbudowanego na oszustwie wizerunku.
A kiedy na scenę wkraczają rycerze czystości z, skądinąd znakomitą, ?filozofią marginal gains? na sztandarach okazuje się, że owszem, popychają nie tylko ten sport, ale i całą branżę rowerową o lata świetlne do przodu, lecz również w swoją strategię wpisują maksymalne naginanie przepisów i, co gorsze, zasad etycznych.
Wracając znów do szczegółu, hipotetycznie mogło wydarzyć się tak, że Froome przyjął kilkadziesiąt wdechów salbutamolu, mając wyliczoną maksymalną dawkę a wycieńczony organizm kolarza nie zmetabolizował jej odpowiednio i stąd w próbce znalazła się nieprzepisowa ilość substancji.
To mało prawdopodobne, ponieważ można też przypuszczać, że lider Sky skorzystał z nebulizatora, zażył tabletki, przyjął zastrzyk, lub co najgorsze wykonał transfuzję z krwi pobranej w czasie, gdy korzystał z problematycznego leku. Jednak mogło się wydarzyć i UCI oraz WADA miały rację rozstrzygając sprawę na jego korzyść.
Tyle, że w przeszłości zamożny i wpływowy zawodnik (czyli Armstrong) skorumpował kolarskie władze, które skutecznie zatuszowały jego pozytywny test na EPO oraz ułatwiły ukrycie stosowania kortykosteroidów. A kilka lat później, co do zasady te same władze próbowały ukryć, ?dla dobra sportu?, klenbuterolową wpadkę Alberto Contadora. Wpadkę, która nota bene nosiła więcej śladów nielegalnej transfuzji krwi niż gastronomicznej pomyłki czy nawet prymitywnego użycia zabronionego leku.
Wiarygodność UCI oraz, niestety, WADA jest więc obecnie na dramatycznie niskim poziomie, co kładzie cień nie tylko na uczestnictwo Froome?a w Tour de France, ale też na jego cudowne odrodzenie na Giro d?Italia jak również na dokonania wielu innych zawodników, związanych lub niezwiązanych z Team Sky.
Nie potrafimy sobie poradzić z przeszłością, średnio radzimy sobie z teraźniejszością, w tym z obecnością w składzie skompromitowanej drużyny naszego, polskiego idola. Władze kolarstwa, czy to międzynarodowe czy krajowe są do bani a większą rozpoznawalność ma i tak przeciętny piłkarz-przegryw.
A mimo to kochamy kolarstwo. Wiecie, żółta gorączka, walka o róż, bruki Roubaix i nawet ten biedny, zasłonięty balonami Gliczarów z komentarzem Sebastiana Szczęsnego. Bo poza tym, że mimo tych wszystkich brudów i całego ogromu związanego z nimi dysonansu, wyścigi dobrze się ogląda, na rowerze po prostu fajnie jest pojeździć. Pościgać się z kolegami, kontemplować szosę w samotności, poćwiczyć na singletracku i zmierzyć się z czasami na stravie. I zapomnieć nie tylko o tym, że Froome oszukuje a w pracy jest pod górkę bardziej niż na Alpe d?Huez. No i może, że któryś ze wspomnianych kolegów też je coś lepszego, ale to już temat na inną okazję ;)