Tag: Tour de France

  • Kto dojedzie do gór, czyli zapowiedź Tour de France 2025

    Kto dojedzie do gór, czyli zapowiedź Tour de France 2025

    Faworyt, pretendent i reszta. Gdyby kolarstwo było tylko testem mocy do masy, miskę na owoce, którą dostaje zwycięzca Tour de France moglibyśmy przyznać już teraz Tadejowi Pogacarowi. Ale do Paryża trzeba przede wszystkim dojechać. A w tym roku, by jakikolwiek test mocy do masy na pierwszym dużym podjeździe w ogóle się odbył, trzeba przetrwać pierwszych 11 etapów!

    Dla kogo jest ten Tour de France?

    Układanie trasy wyścigu kolarskiego składa się zawsze z kilku aspektów. Jest oczywiście ten finansowy, gdzie samorządy płacą organizatorom by móc ugościć imprezę i wypromować swój region. W przypadku Touru istnieje też zasada cyklicznego odwiedzania każdego z departamentów przynajmniej co kilka lat (traktowana ostatnio nieco bardziej elastycznie, ale nadal funkcjonująca).

    Ważny jest także aspekt sportowy – ewolucja tras wielkich tourów pokazuje, że sport kolarski zmienia się by utrzymać atencję widzów. Stąd też nie mamy zbyt wielu płaskich etapów, dodawane są atrakcje w postaci ekstremalnie stromych podjazdów, szosowców spycha się też od czasu do czasu na szutry czy bruki. 

    Fot. A.S.O./Tony Esnault, materiały prasowe

    Tour przeciwko Pogacarowi?

    Tegoroczny Tour de France w teorii jest ułożony “przeciwko” Tadejowi Pogacarowi. Na trasie znajdują się podjazdy, na których przegrywał z Jonasem Vingegaardem (Hautacam, Col de la Loze, Duńczyk był też szybszy od Słoweńca na Mont Ventoux). 

    Tyle tylko, że Pogacar po zmianie trenera z Inigo san Milana na Javiera Solę już w zeszłym roku pokazał, że jego wcześniejsze słabości: jazda w upale, duża wysokość i podjazdy dłuższe niż 40’ zostały wyeliminowane. 

    Faktem jest jednak, że tegoroczne etapy górskie są bardzo wymagające, stopień trudności narasta, kumulacja zmęczenia będzie dotkliwa. 

    Wielka Pętla 2025 to nie jest najbardziej górzysty wyścig ostatnich lat, ale suma przewyższeń plasuje go w pierwszej dziesiątce. W Pirenejach mamy najpierw etap z metą na Hautacam (13,5km, 7,8%), następnie czasówkę pod górę do Peyragudes z bardzo stromą końcówką a dzień później klasyczny przejazd przez pasmo górskie z przełęczami Tourmalet, Aspin i Peyresourde z metą na Super Bagnares (12,4km, 7,3%).

    Etap z Mont Ventoux z kolei rozgrywany jest bezpośrednio po dniu przerwy a następnie tylko dzień oddziela go od  dwóch etapów alpejskich. Na pierwszym z nich, zanim kolarze zmierzą się z Col de la Loze (26,4km, 6,5%, ale pamiętajcie o super ciężkiej końcówce na alejkach przygotowanych dla rowerzystów, gdzie jest wąsko, kręto i stromo po długim wysiłku i na dużej wysokości), muszą przejechać przez Glandon i Madelaine. Z kolei na drugim, finisz na ciężkim podjeździe do La Plagne (19,1km, 7,2%) poprzedzony jest kilkoma premiami, w tym bardzo ciężką Cold du Pre. 

    Padną rekordy

    Wielce prawdopodobne jest, że w tym roku padną rekordy czasów podjazdu na Hautacam (należący do Bjarne Riisa z 1996r), Mont Ventoux (przynajmniej jako czas ze startu wspólnego – Pantani 1994 a kto wie, może i rekord Ibana Mayo z czasówki 2004) i La Plagne (Indurain 1994). 

    Skąd takie przypuszczenie? Cóż, kolarstwo jest sportem bardzo wymiernym. Nie tylko na podstawie zeszłorocznego podjazdu na Plateau de Beille, ale całego trendu ostatnich kilku lat można się spodziewać, że będziemy obserwowali wybitny performance, wyrażany w bezwzględnych czasach podjazdu lub też VAM (czyli średniej prędkości podjeżdżania w metrach na godzinę). I tak, rekordzista, jeśli rekordy oczywiście padną, będzie tylko jeden, ale co do zasady grono zawodników, którzy jeżdżą pod górę bardzo szybko jest całkiem spore. 

    Tyle tylko, że rzeczone grono (na czele z Evenepoelem i Roglicem) po prostu pozostaje w cieniu Pogacara i Vingegaarda.

    Fot. a.s.o./charly lopez materiały prasowe

    Truizm: trzeba dojechać do gór

    Zanim jednak kolarze wjadą w góry i będą rywalizować na legendarnych wzniesieniach, czeka ich długi, drenujący energię fizyczną jak i psychiczną odcinek liczący aż 11 etapów, prowadzący z departamentu Nord, przez Normandię, Bretanię w Masyw Centralny. 

    Co to oznacza? Wiatr, wąskie, kręte drogi, sporo niewielkich podjazdów, ale takich, na których można stracić i siły i czas, kraksy, ściganie o bonifikaty na metach, rywalizację między sprinterami, kolarzami specjalizującymi się w klasykach oraz faworytami generalki. 

    Krótko mówiąc piekło ;)

    W porównaniu z Tourami sprzed lat, tych pierwszych 11 dni absolutnie nie jest płaskich. Realnie sprinterzy będą mieli tylko trzy okazje, by powalczyć na klasycznym finiszu z peletonu.

    Czy Tour de France był kiedyś lepszy? Porównanie tras Wielkiej Pętli obecnie i w przeszłości.

    Inauguracja wyścigu da możliwość zdobycia żółtej koszulki właśnie sprinterowi, ale już etapy drugi i czwarty są górzyste, gdzie ścigać mogą się van der Poel, zyskujący formę Alaphilppe z Pogacarem. 

    Następnie jest 33km czasówka preferująca zawodników mocnych i aerodynamicznych. 

    Etap szósty prowadzący przez Normandię ma ponad 3500m przewyższenia (czyli prawie tyle co uznawane za “górskie” szosowe mistrzostwa Polski) a siódmy kończy się na Mur de Bretagne (2km, 6,9% czyli coś jak podjazd do Bukowiny na TdP). I dopiero ósmy i dziewiąty są dla sprinterów. 

    A następnie, w poniedziałek, w Dzień Bastylii na kolarzy czeka – jak zawsze ciężki, etap w Masywie Centralnym, z ciągłą jazdą w górę i w dół oraz finiszem na podjeździe na jeden z wygasłych wulkanów (Puy de Sancy, 3,3km 8%). 

    To oznacza dziesięć dni intensywnego, nerwowego ścigania bez przerwy, ponieważ pierwszy dzień odpoczynku do dopiero wtorek. 

    Na rozruch po nim etap do Tuluzy, trochę dla sprinterów, trochę dla ucieczki i następnie zaczyna się decydująca o losach wyścigu górska część, którą opisałem wyżej. 

    Nie jest niczym odkrywczym napisać, że prawdopodobieństwo, by na etap z Hautacam dojechali wszyscy faworyci jest bardzo niskie. Ukształtowanie terenu, charakter dróg, zmienna pogoda (a przynajmniej wiatr), ewentualne defekty w połączeniu z szansami dla bardzo wielu typów zawodników sugerują, że tych pierwszych dziesięć dni wykluczy z rywalizacji przynajmniej kilku pretendentów. 

    I, to brutalne, ale prawdziwe, taki jest ten sport, takie są wielkie toury i to są wpisane w niego elementy ryzyka. Co nie zmienia faktu, że układając trasę w ten sposób organizatorzy tego ryzyka nie minimalizują. 

    Fot. A.S.O./Pauline Ballet materiały prasowe

    Koniec tradycji

    A co po Alpach? Jeden etap “wyjazdowy”, nieco górzysty, dla uciekinierów a następnie finał w Paryżu. 

    Finał kontrowersyjny, ponieważ tradycyjne, honorowe rundy po Polach Elizejskich zostały zamienione na trzy rundy przez wzgórze Montmartre. Sukces wyścigu na Igrzyskach w Paryżu zachęcił organizatorów do złamania tradycji co powoduje, że sprinterzy będą mieli trudniej, hipotetycznie też gdyby jakimś cudem klasyfikacja generalna wciąż nie była rozstrzygnięta, możliwe jest ściganie między zawodnikami walczącymi o żółtą koszulkę!

    Ta zmiana powoduje wiele negatywnych komentarzy w konserwatywnym środowisku kolarskim. Z drugiej strony ta tradycja “etapów przyjaźni”, choć w jakiś sposób piękna, realnie powodowała, że niektóre wielkie toury zamiast 21 etapów realnie miało 20. Tegoroczny Tour de France dzięki włączeniu Montmartre’u ma realnie pełnowartościowe, 21 etapów. 

    Kto i o co powalczy w Tour de France 2025?

    No dobrze, to kto zatem wygra ten wyścig?

    Rzecz, której bardzo nie lubię, to przyznawanie niezliczonej liczby gwiazdek niezliczonej liczbie zawodników. Na Tour de France – jak zawsze – lista startowa jest tak mocna, że wyróżnić w jakiejś kategorii można zdecydowaną większość peletonu.

    Faworytem jest Tadej Pogacar. Jego przygotowania przebiegały bez przeszkód, co więcej, choć intensywna wiosna, podczas której ścigał się w wyścigach klasycznych (w tym brukowanych) sprawia, że trudno sobie wyobrazić, by miał trudności w przypominającej kolejne wyścigi jednodniowe pierwszej części wyścigu. 

    Kolarstwo to sport bardzo wymierny, patrząc na performance prezentowany na kolejnych podjazdach w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy, jeśl Pogacar i Vinegeaard wjadą w góry razem, przewagę powinien mieć Pogacar. Nikt nie kręci mocy takich jak on, nikt nie atakuje tak dynamicznie i nikt nie ustanawia tylu rekordów podjazdów co on. 

    Z drugiej strony drużyna Visma | Lease a Bike wydaje się być ustawiona nieco bardziej właśnie na tę pierwszą fazę rywalizacji. Van Aert, Benoot, Campenaerts, Affini w teorii mogą zrobić różnicę w pagórkowato-wietrznym terenie. Hipotetycznie, gdyby ekipa Visma chciała wygrać z Pogacarem siłą zespołu, gra na przewagę Jorgensona (który dobrze jeździ w górach i jest równocześnie bardzo skutecznym klasykowcem) w pierwszych dziesięciu dniach mogłaby do jakiegoś stopnia sprawić, że Pogacar straci przed górami zbyt wiele energii i ostatecznie mu jej zabraknie. 

    Fot. a.s.o./charly lopez materiały prasowe

    Róża jest różą, jest różą, jest różą

    Bo Pogacar, cóż, jest Pogacarem. I choć na naszych oczach dojrzewa, wciąż nie jest w stanie okiełznać swojego temperamentu – lubi atakować, pokazywać swoją dominację, przyspieszać, ścigać się o zwycięstwa etapowe i bonifikaty. A realnie, jeśli chce wygrać Tour, następnie Vueltę i mistrzostwa świata to w teorii powinien do Hautacam dojechać tracąc jak najmniej energii. A następnie zniszczyć rywali ustanawiając rekordy na kolejnych 2-3 podjazdach. 

    Z grona rywali Pogcara (i Vingegaarda) najwyżej teoretycznie należy postawić Evenpoela. Belg, w przeciwieństwie do Primoza Roglica (z którym historycznie są na podobnym poziomie jeśli chodzi o najlepsze występy w górach) jest wciąż w fazie rozwoju. Trudno sobie wyobrazić – patrząc na jego występy rok temu i w tym sezonie (i mając w pamięci kontuzję i rekonwalescencję na przełomie 2024/2025), by to na tym konkretnym Tourze miał wykonać ten ostatni krok w stronę wielkości i przyspieszyć na podjazdach o tych kilka procent, które umożliwią mu walkę o zwycięstwo. Ale podium? Podium jak najbardziej jest w jego zasięgu. Tyle tylko, że Remco zdarza się (podobnie jak Roglicowi) upadać, zajmować złą pozycję w peletonie, plątać w jakieś niesprzyjające sytuacje. Dlatego dla obu tych zawodników największym wyzwaniem będzie pierwsza część wyścigu.

    Dalej mamy grono pretendentów i pomocników: wspomnianego Jorgensona, Joao Almeidę (UAE, którego perfomance na Tour de Suisse sugeruje, że mógłby powalczyć nawet o podium), Mattjasa Skjelmose  z Lidl-Trek, Santiago Buitrago i Lenny’ego Martizneza z Bahrajnu, bardzo mocnego w tym roku Floriana Lipowitza z RedBulla (tu ciekawa może być wewnątrzdrużynowa rywalizacja z Roglicem), Bena O’Connora i Eddiego Dunbara z Jayco AlUla, bohatera Tour de Suisse Kevina Vauquelina z Arkei, mimo wszystko Enrica Masa z Movistaru, Felixa Galla z Decathlonu, Carlosa Rodrigueza z Ineosu, Oscara Onleya z Picknic PostNL, Tobiasa Johanessena z Uno-X i wielu, wielu innych.

    Może być tak, że ktoś z nich nawet jeśli nie w klasyfikacji generalnej, ale np. na dwóch pirenejskich lub alpejskich etapach zaprezentuje poziom, który zasugeruje, że w następnych wyścigach przejdzie z “szerokiego grona” do grupy ścisłych pretendentów lub wręcz faworytów. Póki co jednak, mamy Tadeja Pogacara, Jonasa Vingegaarda, zawieszonego między nimi a resztą Evenepoela i Roglica i resztę.

    Fot. a.s.o./charly lopez, materiały prasowe

    A co poza klasyfikacją generalną? Czyli o sprinterach, góralach i młodzieżowcach

    Na żadnym innym wyścigu zwycięstwo etapowe oraz wygrana w pomniejszej klasyfikacji nie są tak cenne jak na Tourze. Grono zawodników, którzy są przygotowani na 100% i jadą w Wielkiej Pętli by zrealizować jeden ze swoich celów jest nieporównywalnie większe niż gdziekolwiek indziej. 

    Współczynnik jakości listy startowej (suma punktów rankingowych zawodników) na Procyclingstats dla TdF 2025 wynosi 1711 punktów. Dla porównania Giro d’Italia miało 946 a zeszłoroczna Vuelta 916. 

    Ze względu na charakter pierwszej części wyścigu specjaliści wyścigów klasycznych będą mieli pole do popisu. Liczne górki finisze na krótkich, stromawych podjazdach, wiatr, trudne do kontrolowania warunki mogą sprzyjać ciekawej rywalizacji. 

    Na starcie mamy najlepszych zawodników w wyścigach klasycznych: Pogacara, van der Poela, Evenepoela, ale też skutecznych w nich zawodników Treka: Skjelmose, Nysa (tu ciekawe, czy zawodnik będzie w stanie wejść na wyższy poziom i wygrać etap w Tourze) i Skujnsa, będącego pierwszy raz od dawna na fali wznoszącej Alaphilippe’a oraz partnerującego mu w drużynie Tudor Hirschiego, pełniących pomocnicze role w Vismie van Aerta i Jorgensona, walecznego Bena Healy, Powlessa (pamiętacie jak pięknie ograł kolarzy Vismy na Dwars Door Vlaanderen?), Corta Nielsena, De Lie i, tak jak wyżej, wielu, wielu innych. 

    Niewiadomą jest występ van der Poela. Holender ewidentnie na darzy Touru jakąś szczególną miłością, w ostatnich latach skupiał się na pomocy Philippsenowi. Tym razem to jednak on będzie miał więcej okazji do walki o etapy niż kolega z drużyny. I choć twierdzi, że skupi się w tym roku na walce o koszulkę mistrza świata mtb, w teorii mógłby nawet powalczyć o zieloną koszulkę klasyfikacji punktowej. Również w teorii charakterystyka finałowego etapu w Paryżu wydaje się ułożona właśnie dla MVDP. Wszystko zależy od jego formy, nastawienia i priorytetów w drużynie Alpecinu. 

    Te w ostatnich latach były skierowane na ich topowego sprintera. Jasper Philipsen w tym roku będzie miał bardzo mocne grono rywali. W dobrej dyspozycji są i Jonathan Milan i Tim Merlier. Bohater zeszłorocznej Wielkiej Pętli, Biniam Girmay ma ewidentnie słabszy sezon, w stawce jest jednak jeszcze kilkunastu zawodników, którzy na pierwszym etapie będę zaciekle walczyć o zajęcie dogodnej pozycji do sprintu dającego żółtą koszulkę lidera choć na jeden dzień. Groenewegen, Stewart, Wærenskjold, Dainese, Meeus Bittner, weterani Demare, Ackerman, Coquard… robi się tłoczno. Tym bardziej, jesli weźmiemy pod uwagę, że sprinterzy będą mieli naprawdę niewiele okazji by popisać się swoimi umiejętnościami. 

    Teoretycznie najwyżej punktowane (po 50 za zwycięstwo) są etapy 1,2,3,4,7,8,9,11,15,17,21, jak jednak już wiecie, całkiem płaskie finisze są na 1, 3,8, 9 i 17. Co ważne, bonifikaty czasowe są przyznawane wyłącznie na metach: nie na premiach lotnych, nie ma też specjalnych premii bonusowych, zatem to zwiększa liczbę chętnych do walki na finiszach etapów pagórkowatych. Wytypowanie zwycięzcy zielonej koszulki wydaje się więc w tym roku wyjątkowo trudne. 

    Klasyfikacja górska w ogóle jest loterią. Z jednej strony może ją po prostu wygrać Pogacar, jeśli zgarnie np. 4 górskie etapy, może też jeden z zawodników, którzy szybko wypadną z walki o generalkę z powodów losowych a nie niskiej dyspozycji  a dojechawszy w góry będzie bohaterem licznych, heroicznych ucieczek. 

    Jeśli zaś chodzi o klasyfikację młodzieżową, jeśli nie pogubi się w pierwszej części wyścigu, faworytem jest Remco Evenepoel. 

    Fot. a.s.o./charly lopez materiały prasowe

    Święto Kolarstwa każdego dnia

    Tour de France to najważniejsze wydarzenie w światowym kolarstwie. Żaden inny wyścig nie przyciąga tylu kibiców, tylu mediów i tylu pieniędzy. Producenci sprzętu prezentują nowe modele, ogłaszani są nowi sponsorzy, Netflix kręcił serial. Ludzie z całego świata przyjeżdżają na kilka dni by uczestniczyć w kulturowym doświadczeniu, jakim jest Wielka Pętla. 

    Wokół żadnego innego wyścigu nie powstaje też tyle treści. Same drużyny zaleją nas w najbliższych tygodniach galeriami zdjęć, wideo, przepisami, anegdotkami, memami, wywiadami. Do tego dochodzą podcasty, blogi, magazyny. A nad tym wszystkim transmisje w Eurosporcie pokrywające całość rywalizacji. 

    Jak co roku postaram się pomóc Wam nawigować w tym gąszczu informacji. Na moim profilu facebookowym będą się poajwiać codzienne zapowidzi-podsumowana-analizy-ciekawostki wraz z profilami etapów, planem na dany dzień, wynikami i zdjęciami. 

    A gdy tylko wróci mi głos, pojawią się przynajmniej w dniach przerwy podsumowujące kolejne części wyścigu podcasty. 

    Zatem zapraszam Was do wspólnego śledzenia Tour de France 2025!

    Najważniejsze etapy:

    1. sobota 05.07 Bo pierwszy, finisz z peletonu i koszulka lidera dla sprintera
    5. niedziela 06.07 Czasówka 33km, płaska, teoretycznie dająca przewagę Evenepoelowi
    7. piątek 11.07 Mur de Bretagne – fajna końcowka w stylu wyścigów klasycznych, rywalizacja Pogacara z klasykowcami
    10. poniedziałek 14.07 Ostatni przed przerwą, święto narodowe Francji, przejazd przez Masyw Centralny, ponad 4500m w pionie, finisz na stromym podjeździe na stary wulkan
    12. czwartek 17.07 Pierwszy duży podjazd na metę, czyli Hautacam
    13. piątek 18.07  Czasówka pod górę z metą w Peyragudes
    14. sobota 19.07 Przejazd przez Pireneje z metą w Superbagnares
    16. wtorek 22.07 Mont Ventoux
    18. czwartek 24.07 Alpy, dwie przełęcze i meta na Col de la Loze
    19. piątek 25.07 Nadal Alpy Col du Pre i meta w La Plagne
    21. niedziela 27.07 Paryż w nowym wydaniu

    Zdjęcie okładkowe: Fot. A.S.O./Billy Ceusters materiały prasowe

  • Kronika Tour de France 2024

    Kronika Tour de France 2024

    Codziennie przed etapem publikuję podsumowanie poprzedniego dnia na Tour de France 2024 oraz zapowiedź aktualnego etapu. Poniżej znajdziecie treść postów, która w całości będzie kroniką wydarzeń na tegorocznej Wielkiej Pętli.

    Nagłówki są linkami do postów na facebooku (i zarazem do komentarzy i dyskusji, które się pod nimi wywiązywały).

    Etap 21, Monaco – Nicea, 33,7km

    Stało się. Byliśmy świadkami historii. Szóstym zwycięstwem etapowym, wygraną w indywidualnej jeździe na czas Tadej Pogacar przypieczętował wygranie Tour de France. Jest to równoznaczne z wygraniem Giro d’Italia i Tour de France w jednym sezonie.

    W przeszłości byli to w stanie zrobić tylko: Fausto Coppi, Jacques Anquetil, Eddy Merckx, Bernard Hinault, Miguel Indurain i Marco Pantani. Teraz Słoweniec chce zapolować na mistrzostwo olimpijskie i mistrzostwo świata!

    Wygrana czasówka miała też aspekt prestiżowy – rok temu podczas podobnej próby Pogacar odniósł dotkliwą porażkę z Jonasem Vingegaardem. Teraz nie dał swojemu rywalowi najmniejszych szans wygrywając o ponad minutę a cały wyścig o 6’17” (w sumie zdobywając 1’12” bonifikat, będac w tej dziedzinie lepszym od Duńczyka o 34” a od Remco Evenepoela o 50”). 

    Vingegaard z kolei obronił się przed Remco Evenepoelem, który choć w ostatnich dniach próbował atakować lidera drużyny Visma, ostatecznie nie dał mu rady, wliczając w to próbę w swojej specjalizacji, czyli jeździe na czas. Z dłużej perspektywy trzeba jednak zauważyć, że choć Remco zabrakło nieco mocy, o wiele lepiej niż podczas pierwszej czasówki poradził sobie ze zjazdami.

    Reszta zawodników… cóż, reszta zawodników realnie nie istniała, choć trzeba zauważyć dobry występ Matteo Jorgensona, który mimo upadku zanotował czwarty rezultat dnia i 11. miejsce Lenny’ego Martineza, dla którego (i jego drużyny FDJ) ten tour był co do zasady porażką.

    Na podium świętowała pierwsza trójka klasyfikacji generalnej, w tym Evenepoel jako zwycięzca klasyfikacji młodzieżowej a także Biniam Girmay, najlepszy sprinter, Richard Carapaz jako najlepszy góral (i zwycięzca nagrody dla “najbardziej walecznego), zespół UAE Team Emirates, jako najlepsza drużyna i Mark Cavendish jako rekordzista zwycięstw etapowych. 
    W tym momencie nie pozostaje mi nic innego niż pięknie podziękować za wspólnie spędzone trzy tygodnie i całą masę dobrej energii, którą od Was dostałem. Na koniec zapraszam do odsłuchania podsumowania trzeciego tygodnia Touru i w sumie całego wyścigu, jak zawsze zarówno w wersji youtube oraz na platformach podcastowych.

    A widzimy, słyszymy i czytamy się już niebawem, ponieważ w sobotę kolarze i kolarki rozpoczynają rywalizację o medale Igrzysk Olimpijskich w Paryżu.

    Etap 20, Nicea – Col de la Couillole, 132,8km

    Tadej Pogacar nie chciał, ale skoro już go zmusili, to bardzo dynamicznym sprintem na ostatnich metrach ostatniego, górskiego etapu sięgnął po swoje piąte zwycięstwo w tegorocznym Tour de France.

    To był krótki, ale niezmiernie intensywny dzień. Zwłaszcza biorąc pod uwagę wszystko to, co działo się wcześniej w tym tygodniu. Być może dlatego ucieczka dnia nie była aż tak liczna. W sumie w szczycie przed peletonem jechało trzynastu zawodników a główną postacią był oczywiście Richard Carapaz pilnujący, by jego właśnie co zdobytej koszulce w grochy włos z głowy nie spadł. 

    Mistrz Olimpijski z Tokio i zwycięzca etapowy sprzed czterech dni najdłużej utrzymał się na czele, choć na finałowym podjeździe wyzwanie rzucił mu Enric Mas. Hiszpan ostatecznie nie wytrzymał tempa a Carapaz na końcowych kilometrach podjazdu Col de la Couillole próbował utrzymywać się na kole Pogacara i Vingegaarda. 

    Zanim jednak został doścignięty przez lidera i wicelidera wyścigu, za plecami uciekinierów działy się całkiem ciekawe rzeczy. Tempo w peletonie nadawała ekipa Soudal – Quickstep, przygotowując atak Remco Evenepoela. 

    Tu muszę zrobił mały nawias: szanse Remco budziły wątpliwości nie tylko ze względu na jego wcześniejsze przygody w wielkich tourach, ale też słabszą, na tle rywali, drużynę. Tymczasem sam Evenepoel, ale też Landa, Hirt, van Wilder czy Moscon spisywali się znakomicie, co udowodnili na dzisiejszym etapie.

    Na finałowym podjeździe Evenepoel atakował dwukrotnie, ale było to za mało, na dłużej niż kilka sekund zgubić Pogacara i Vingegaarda. Ostatecznie to Duńczyk “poprawił” a Pogacar jedynie go pilnował. To było jednak za wiele dla lidera klasyfikacji młodzieżowej i trzeciego kolarza “generalki”, który swoim tempem zmierzał za nimi do mety. Ostatecznie dojechał czwarty (nie dogonił Carapaza), w związku z tym, nawet przy znakomicie przejechanej jutrzejszej czasówce, z dużym prawdopodobieństwem stanie na najniższym stopniu podium w Nicei. 

    W samej końcówce Pogacar odpowiedział Vingegaardowi zbierającemu się do finiszu atomowym atakiem i choć nie chciał, to zmuszony przez okoliczności wygrał piąty etap w tegorocznej Wielkiej Pętli. Choć pojawiły się głosy, że być może mógł oddać zwycięstwo Duńczykowi, trzeba jednak pamiętać, że mimo szacunku i wielu gestów z obu stron panowie są jednak rywalami, którzy od czterech lat co roku mierzą się w walce o żółtą koszulkę. Więc mimo wszystko lepiej dla wszystkich, że po prostu rozegrali ten finisz w sportowej rywalizacji. 

    A co dzisiaj w takim razie?

    A dzisiaj nie ma “etapu przyjaźni”, ponieważ Paryż przygotowuje się do otwarcia Igrzysk Olimpijskich. Jest za to wymagająca jazda indywidualna na czas. Dość długa (33,7km) i górzysta (ponad 600m w pionie, najpierw na La Turbie, potem na Col d’Eze). Co więcej, z niełatwymi zjazdami w drugiej części etapu. 

    Biorąc pod uwagę kumulację zmęczenia, różnice mogą być spore. To będzie kolejny, ważny test dla Evenepoela, który sprawdzi, jak zareaguje na taką próbę, będącą jakby na to nie patrzeć jego specjalnością, na koniec trzech tygodni ścigania i po kilku super ciężkich dniach w górach z rzędu. Dodatkowo, nawet jeśli fizycznie spisze się dobrze, będzie musiał sobie jeszcze poradzić z wymagającymi odcinkami prowadzącymi w dół (na pierwszej czasówce na zjazdach był najwolniejszy z czołówki).

    Faworytem wydaje się być Pogacar, choć, szczególnie na zjazdach powinien jechać z pewną rezerwą. Z drugiej strony wczoraj w końcu wyglądał na mecie na poważnie zmęczonego, ewentualna przegrana z Vingegaardem podbudowałaby morale Duńczyka a w kontekście kolejnych lat rywalizacji Pogacar zapewne tego nie chce. 
    Start pierwszego zawodnika (Davide Ballerini) o 14.40, wkrótce po nim na trasę ruszy Mark Cavendish, który przetrwał jazdę przez Alpy i jako rekordzista zwycięstw etapowych w Tour de France zostanie zaproszony na dekorację między zwycięzcą klasyfikacji punktowej a generalnej. Przyjazd na metę Tadeja Pogacara zaplanowano około 19.30 a chwilę później, przy zachodzącym słońcu wręczona zostanie żółta koszulka zawodnikowi, który jako pierwszy od 1998r wygrał w jednym roku Giro d’Italia i Tour de France.

    PS a ja Wam jeszcze nie dziękuję – czytam i widzimy/słyszymy się jeszcze jutro, gdy przygotuję podsumowanie całego wyścigu.

    Etap 19, Embrun – Isola 2000, 144,6km

    Już Giro d’Italia pokazało, że Tadej Pogacar uporał się z problemem długich podjazdów na dużej wysokości, na których do tej pory zdarzało mu się mieć kłopoty. Po wczorajszym etapie pojawiają się pytania o zasadność kolejnego ataku lidera, skasowaniu przez niego ucieczki Matteo Jorgensona i pewną, nazwijmy to, żądzę wygrywania.

    Poza sytuacją wyścigową oraz temperamentem Pogacara myślę, że istotnym czynnikiem pchającym go wczoraj do zwycięstwa była chęć rozwiania tych wątpliwości, zarówno przed sobą samym jak i przed opinią publiczną. 

    Wczorajszy pokaz mocy pokazał wprost: jeśli przygotowania idą zgodnie z planem, w tym momencie nie ma terenu, który byłby piętą achillesową Pogacara. 

    Jeśli wspomniałem już Jorgensona, to zarówno on jak i Kelderman pojechali do ucieczki dnia, jednak koniec końców nie osiągnęli ani sukcesu na etapie ani jakoś szczególnie nie pomogli Vingegaardowi. Ten, w momencie ataku Pogacara (niespełna 10km przed metą, zatem mówimy o akcji trwającej ponad 20 minut) wszystko, co był w stanie zrobić to reagować na jazdę Remco Evenepoela. 

    A ten po raz kolejny wykazał się dużym rozsądkiem: owszem, gdy Pogacar odjeżdżał, próbował złapać jego koło, ale po chwili obejrzał się, zobaczył, że Vingegaard się trzyma i skupił się na jeździe przeciwko Duńczykowi próbując zmniejszyć różnicę dzielącą ich w klasyfikacji generalnej. Nie udało się, ale Remco ewidentnie czuł się lepiej niż Jonas, co daje szansę na ciekawą rywalizację dzisiaj. Warto natomiast podkreślić wyjątkową atmosferę, jaka panuje wśród najmocniejszych kolarzy tego touru: Evenepoel z Pogacarem ze swoimi żarcikami spokojnie mogliby grać razem w policyjnej komedii, natomiast zmęczeni Jonas i Remco mijając metę podali sobie dłonie w geście uznania. Takie chwile budują pozytywny wizerunek kolarstwa lepiej niż różne wymyślne akcje PRowe.  

    Zarówno Pogacar, jak i mniej więcej kolejnych dziewięciu zawodników (top 13 nie licząc uciekinierów: Jorgensona, Keldermana, Carapaza i S. Yatesa) pobiło stary rekord podjazdu Isola 2000. Performacne Pogacara był zaiste imponujący, jako kontekst należy jednak podać, że zarówno Isola 2000 jak i ciągnący się jeszcze nieco wyżej podjazd na przełęcz Lombarda są rzadko używane, więc faktycznie była tam spora przestrzeń do poprawy. 

    Ze względu na sytuację taktyczną na wczorajszym etapie Biniam Girmay faktycznie wszystko co już musi zrobić to ukończyć wyścig by wygrać klasyfikację punktową. Natomiast w klasyfikacji górskiej mamy zmianę lidera. Kolejną ucieczką i walką na premiach prowadzenie w niej objął Richard Carapaz. I choć Tadej Pogacar zapowiedział, że dzisiejszy dzień powinien być dla ucieczki, Ekwadorczyk nie może być spokojny i dla pewności zabrać się w odjazd i zapunktować na dwóch, trzech pierwszych podjazdach. By w razie sytuacji, gdy Visma i Soudal będą walczyć o drugie miejsce w generalce, atak Pogacara na metę nie pozbawił go wygranej. 

    A skoro już przechodzę do “a co dzisiaj”, to dzisiaj…

    Kolejna znakomita arena zmagać: etap krótki (132,8m), ale super treściwy. Cztery punktowane podjazdy, w tym ostatni na metę. Każdy z nich jest dość regularny, ale też dość stromy. To idealny teren dla ucieczki, ale też dla ostatniego sprawdzianu siły drużyn. Tyle tylko, że poza Pogacarem niemal każdy wydaje się być już mocno zmęczony.

    Start ostry jest o 13.55 a ponieważ pierwsza premia górska jest już na 24,7km i niemal od początku droga prowadzi pod górę należy spodziewać się rozgrzewki na trenażerach. Druga w kolejności przełęcz Turini (20,7km, 5,7% znana nie tylko fanom Paryż-Nicea, bo po szosach tego wyścigu kolarze będą się dziś ścigać ale przede wszystkim kibicom samochodowego Rajdu Monte Carlo) powinna zostać osiągnięta ok. 15.40, trzecia Colmaine (7,5km, 7,1%, ale podjazd jest dłuższy, u jego podnóża jest premia lotna) około 16.25 a u podnóża finałowego Couillole (15,7, 7,1%) około 16.45. Finisz około 17.20. 

    Etap 18, Gap – Barcelonette, 179,5km

    Kolejny dzień, kolejne emocje i wzruszenia. Na ostatnich 40 kilometrach ekscytowaliśmy się ucieczką z ucieczki Michała Kwiatkowskiego, który w towarzystwie Victora Campenaertsa i Matteo Verschera pewnie jechał po zwycięstwo etapowe. 

    Dlaczego pewnie? Cóż, realnie gdy przewaga nad pościgiem ustabilizowała się na poziomie kilkudziesięciu sekund Kwiatkowski był faworytem. Na swoim koncie ma wygrane w podobnych sytuacjach na największych wyścigach, jest uznawany za zawodnika nie tylko kompletnego, uznawany jest też za znakomitego taktyka obdarzonego dużą intuicją. W ostatnich dnia regularnie zabierał się do odjazdów, był też zmotywowany by “uratować” ten Tour dla ekipy Ineosu.

    Sam rozdzieliłem szanse na poziomie Kwiatkowski 60 : Campenaerts 30 : Verscher 10. I się pomyliłem. I to jest piękne!

    Najfajniejszą historią byłoby, gdyby swoje pierwsze zawodowe zwycięstwo zdobył Verscher, ogrywając dwóch wyjadaczy. I na krętej końcówce nie było do tego daleko, ponieważ zaskoczył rywali wczesnym atakiem. Sprowokował tym Kwiatkowskiego do wcześniejszej reakcji, na czym skorzystał Campenaerts, który wyczekał do właściwego momentu i bardzo mocno przyspieszył na ostatnich 200 metrach. Polak skończył na trzecim miejscu, ponieważ Francuz ostatkiem sił sięgnął po drugie.

    W ramach “rekompensaty” dostaliśmy kolejny wzruszający wywiad. Campenaerts uronił kilka łez i łamał mu się głos. Opowiedział o trudnościach w pierwszej części sezonu, problemach ze znalezieniem kontraktu i dziewięciotygodniowym zgrupowaniu wysokogórskim, które razem z nim spędziła żona w zaawansowanej ciąży. 

    Kwestie średnio istotne, choć mogące mieć znaczenie dla ostatnich etapów, to zabranie się do kilkudziesiącioosobowej ucieczki dnia Steffa Crasa i Gauillaume Martina. W związku z tym odrobili sporo strat w klasyfikacji generalnej. Po wczorajszym etapie ósme miejsce Giulio Ciccone i trzynaste Martina dzieli zaledwie 2’47”.

    A co dzisiaj?

    A dzisiaj jeden z najtrudniejszych etapów tegorocznego touru. Test wytrzymałości na wysokości powyżej 2000m. Tylko 144,6km, ale za to aż trzy duże podjazdy: przełęcz Vars (2109m, 18,8km, 5,7%, ale realnie jest trudniej, bo w połowie jest wypłaszczenie i niewielki zjazd), przełęcz Bonette (najwyższy punkt wyścigu, 2802m, 22,9km wspinaczki, 6,9%, co ważne, górne 12km podjazdu prowadzi na wysokości powyżej 2000m) i finisz przy stacji narciarskiej Isola 2000 (to zbocza przełęczy Lombarda, 16,1km, 7,9%, finisz na wysokości 2024m). 

    Ze względu na kumulację zmęczenia, końcówkę trzeciego tygodnia, wcześniejsze trudności i profil samego dzisiejszego etapu to będzie dzień, który wyssie z zawodników resztki zasobów. Jeśli ktoś poczuje się gorzej, może stracić wiele minut.

    Choć faworytem jest brylujący Pogacar, wciąż trzeba mieć w pamięci, że przejechał Giro d’Italia. Z drugiej strony Vingegaard dwa dni temu nie był w stanie odpowiadać na jego ataki, co więcej, z koła zaczął go zrywać Evenepoel. Jeśli Duńczyk zaczyna odczuwać znużenie wyścigiem, silniejsze z powodu wiosennej przerwy w przygotowaniach, to z całą mocą wyjdzie ono na wierzch dziś. Z drugiej strony cały czas mamy z tyłu głowy, że w przeszłości Remco zdarzały się gorsze dni w czasie wielkich tourów, co nie znaczy, że taki właśnie ma się zdarzyć dzisiaj.

    Dołóżmy do tego rywalizację o ucieczkę dnia, ewentualną, realnie ostatnią (jutro będzie to bardzo utrudnione) odbicia choć części punktów na premii lotnej (jest wcześnie, na 21km, przed wjazdem w góry, ale droga do niej wcale nie jest ława) przez Philipsena, rywalizację w klasyfikacji górskiej (Carapaz jeśli pojedzie wszystko co ma przez najbliższe dwa dni ma szansę uzbierać dość punktów by odebrać koszulkę w grochy Pogacarowi) i robi się etap, który prawdopodobnie trzeba obejrzeć w całości. 

    Start ostry o 12.30, premia lotna około 12.55, przełęcz Vars około 13.50, Bonette około 15.15 i finisz w Isola 2000 dość wcześnie, około 16.30.

    Etap 17, Saint Paul Trois Chateaux – Superdevoluy, 177,8km

    Mówisz – masz. Chciałem w końcu obejrzeć rywalizację ucieczki o zwycięstwo etapowe i się doczekałem. I to jakiej! Poza aspektem statystycznym – Richard Carapaz skompletował wyjątkowy zestaw: w swojej karierze zdobył koszulki lidera wszystkich wielkich tourów i wygrywał na nich etapy – jest również aspekt emocjonalno-inspirujący. 

    Poza tym, że Carapaz wydaje się być sympatycznym gościem, sama historia jego walki o tę wygraną podczas tegorocznego Tour de France to historia konsekwencji i determinacji w dążeniu do celu. Carapaz po dobrym początku wyścigu i zdobyciu koszulki lidera (dzięki lepszemu bilansowi miejsc po etapie do Turynu, ale było to możliwe po aktywnej jeździe na górzystym etapie do Bolonii) zaliczył gorszy dzień na Galibier. Następnie wielokrotnie, wraz z kolegami z ekip EF próbował zabierać się do kolejnych ucieczek polując na etap. Rywalizacja w klasyfikacji generalnej powodowała jednak, że do mety na czołowych pozycjach dojeżdżali liderzy.

    Mimo to nie poddał się, zachował czujność i determinację. Wczoraj znów było trudno o odjazd, ten został odpuszczony dopiero po premii lotnej, którą z peletonu wygrał Girmay przed Philipsenem (zatem zmniejszył liczbę szans, podczas których Belg może mu odebrać zieloną koszulkę). 

    Po premii przewaga szybko zaczęła rosnąć, UAE i Visma nie forsowały tempa w peletonie i realnie był to pierwszy raz, gry w górach uciekinierzy (bardzo liczna, prawie 50-osobowa grupa!) dostali swoją szansę. 

    Najbardziej zdeterminowany by powalczyć o etap wydawał się Simon Yates. To realnie jeden z przegranych tego wyścigu, klasyfikacja generalna mu odjechała, pozostaje mu walka o sukces etapowy. Jechał w dobrym tempie i wydawało się, że osiągnie swój cel, ale Carapaz ruszył w pogoń (jak powiedział po etapie słuchając sugestii swojego dyrektora sportowego, co może być pewnym argumentem w dyskusji o jeździe z łącznością radiową). Po tym, gdy mistrz olimpijski dogonił Yatesa, chwilę odsapnął by przyspieszyć w końcowej części podjazdu i zbudować bezpieczną przewagę, którą utrzymał na zjazdach i ostatnim podjeździe do mety. 

    Co ważne, choć Col du Noyer nie była przejeżdżana zbyt często (wcześniej kilka razy na Criterium du Dauphine), tempo jazdy Carapaza na tym podjeździe było bardzo wysokie: VAM 1808m/h przez nieco poniżej 18 minut to naprawdę imponująca wartość nawet jak na tegoroczne, wyśrubowane standardy.

    I nawet Pogacar, który zaatakował Vingegaarda nie był w stanie tego wyniku poprawić, choć trzeba uczciwie przyznać, że przyspieszył dość późno. Tak czy inaczej, poza tym, że Carapaz spełnił swoje marzenie, przy okazji przez jakiś czas będzie wymieniany jako rekordzista jednego z alpejskich podjazdów.

    A co do Pogacara, to jego atak niby nikogo nie zaskoczył, mało kto rozumie, po co był, ale pokazał, że w trzecim tygodniu wyścigu Słoweniec ma się równie dobrze jak pod koniec drugiego. Najpoważniejszy test przyjdzie jednak jutro, gdy zawodnicy będą mierzyli się z długimi podjazdami i dużą wysokością. O lidera wyścigu, jeśli nie popełni jakiś poważnych błędów, nie ma się raczej co obawiać. Natomiast rywalizacja między Remco Evenepoelem a Jonasem Vingegaardem zapowiada się ekscytująco. Remco bowiem zgubił Jonasa dwa razy: pierwszy na Noyer a drugi na podjeździe do mety. Co więcej, odjechał tam również Pogacarowi (który jednak nie gonił, skupił się tylko na pognębieniu Vingegaarda przed finiszem). Różnica między drugim a trzecim miejscem w klasyfikacji generalnej spadła teraz do mniej niż dwóch minut, więc robi się ciekawie. 

    A co dzisiaj? Dzisiaj teoretycznie kolejny znakomity dzień dla uciekinierów. Niespełna 180km z Gap do Barcelonette, pięć premii górskich, ale na trasie znajdzie się też o wiele więcej podjazdów niepunktowanych. Premia lotna znajduje się na 85km, już po przejechaniu kilku górek. I dla jasności: pierwsza premia górska ma prawie 4km i 7% stromizny, i trzecią kategorię. Ale realnie takie parametry odpowiadają bardzo solidnym podjazdom beskidzkim czy sudeckim, by w Polsce podjechać coś konkretniejszego, wybór jest bardzo ograniczony.

    Za premią lotną wciąż cały czas będzie w górę i w dół a ostatnie 20km wyglądają na ciężkie, w sam raz dla mocnego kolarza lecz niekoniecznie typowego górala. Kolarze tacy jak trenujący przed Igrzyskami w Paryżu van der Poel, regularnie szukający szans w odjazdach Kwiatkowski, Healy (o ile nie jest zmęczony po wczoraj) czy Mohoric są dziś kandydatami do zwycięstwa. Choć przy liczbie drużyn, które póki są na tym wyścigu bez sukcesu chętnych będzie bardzo wielu. 

    Start ostry o 13.20, pierwsza premia górska o 14.05, premia lotna około 15.20, ostatnia około 16.30 a finisz zaplanowano około 17.40.

    Etap 16, Gruissan – Nimes, 177,8km

    Taki scenariusz był tylko w sferze spekulacji, ale okazało się, że na wielkim tourze nic nie jest niemożliwe. Jasper Philipsen wygrywa ostatni etap sprinterski  tegoroczmego touru a Biniam Girmay kilka chwil wcześniej leży w kraksie. 

    Efekt? Belg z Alpecinu dostaje komplet punktów (wcześniej również będąc lepszym na lotnej premii) i na pięć etapów przed końcem zmniejsza przewagę Erytrejczyka z Intermarche do 32 punktów. A to oznacza, że każda premia lotna od dziś do soboty będzie areną zaciętej rywalizacji obu zawodników i obu drużyn. Co więcej, jutrzejszy etap, który raczej miał sprzyjać ucieczce może zakończyć się finiszem z dużej grupy. 

    To wszystko z kolei będzie wpływać na jazdę wszystkich pozostałych kolarzy w peletonie: na to, czy szansę dostaną uciekinierzy, jak wysokie będzie tempo, czy znów, tak jak w zeszłym tygodniu będziemy obserwować średnie prędkości powyżej 50km/h przynajmniej do finiszu na premiach lotnych. 

    Co więcej, znaczenie będzie miała ich lokalizacja: dziś na 115km po dojeździe przez cały dystans w terenie “lekko w górę”, jutro na 84km po trzech niewielkich podjazdach (a na mecie po kolejnych czterech czeka 30-25-22 punktów – i mniej za kolejne miejsca), w piątek po zaledwie 21 przed dużymi górami a w sobotę na 88km w połowie trzeciego podjazdu dnia. Na premiach lotnych punkty są przyznawane według klucza: 20-17-15-13-11-10-9-8-7-6-5-4-3-2-1, zatem teoretycznie nadrobienie 32 punktów jest możliwe przy dobrej jeździe drużynowej.

    Z drugiej strony Girmay teoretycznie lepiej sobie radzi w trudnym terenie. Tyle tylko, że wczoraj poważnie się poobijał a na dekorację przyszedł 20 minut później, ponieważ zaraz po przejechaniu mety (w czym pomogli mu koledzy), lekarz zakładał mu szwy na łokciu (oprócz tego ma stłuczone kolano i bark). Więc równie dobrze zamiast ekscytującej walki dwóch sprinterów i ich (osłabionych: Alpecin jedzie w sześciu, Intermarche w siedmiu) drużyn zobaczymy walkę Girmaya o ukończenie wyścigu i liczenie na to, że na premiach punkty zabiorą uciekinierzy. 

    Jak więc widzicie scenariuszy jest wiele i śledzenie rywalizacji o zieloną koszulkę zapowiada się pasjonująco. 

    Po tym niekrótkim wstępie należy się jeszcze kilka słów o wczorajszym etapie. Cóż, było sennie i nie za szybko, uwagę w końcówce zwracała nieco nonszalancka jazda Pogacara gdzieś w środku grupy. Co ciekawe, ostatecznie mimo kraksy Girmaya na mecie pojawił się przed Vingegaardem, który pilnował pozycji i nie zanotował starty dzięki strefie ochronnej, Tadej za to był w odpowiednim czasie w odpowiednim miejscu i po właściwej stronie jezdni. Krótko mówiąc szczęście sprzyja lepszym. 

    Sam finisz perfekcyjnie rozegrali kolarze Alpecinu. Nadawali tempo na kilka kilometrów przed metą, następnie schowali się na kilka chwil by w końcówce perfekcyjnie rozprowadzić Philipsena. To był sprinterski masterclass: najpierw Laurence, potem Vermeersch a potem van der Poel wypracowali swojemu liderowi idealną pozycję do wykończenia akcji całej drużyny. 

    A co dzisiaj? Dzisiaj teoretycznie idealny dzień dla uciekinierów. Prawie 180km, prawie 3000m przewyższenia, z czego 2/3 skumulowane na ostatnich 45km. Końcówka wymagająca, z nieregularnym podjazdem Col du Noyer (7,5km, 8,1%, szczyt 11,5km przed metą), zjazdem i 4km podjazdem (4,8km, 5,9%) do mety w SuperDevoluy. 

    Sporo zależy od tego, czy faktycznie Alpecin nie dopuści do tego by odjechała większa grupa i rozprowadzi Philipsena na premię zaraz przed tym, gdy kolarze wjadą w góry. Jeśli tak będzie, należy spodziewać się kolejnej rozgrywki między Pogacarem i Vingegaardem. Ale naprawdę chciałbym dziś zobaczyć rywalizację z ucieczki między dobrymi góralami, którzy próbują, próbują a walka UAE z Vismą odbiera im nadzieję każdego dnia. 

    Start ostry o 12.45, premia lotna na 115km około 15.20, wjazd w góry przed 16. U podnóża Col du Noyer czołówka powinna być około 16.20 i to jest ostatnia chwila, by włączyć transmisję. Finisz prawdopodobnie kilka minut przed 17.00.

    Dzień przerwy, Gruissan

    Wypoczęci, zrelaksowani, gotowi na wielki finał Tour de France? Dzień wolny upłynął na analizowaniu tego, co wydarzyło się w Pirenejach, ewentulanie na dywagowaniu o tym, co jeszcze przed nami. 

    W obu przypadkach wnioski są niejednoznaczne, choć patrząc na to, jak Tadej Pogacar pojechał w ostatni weekend, scenariusz, wedle którego przegrywa ten wyścig jest mało prawdopodobny. 

    Trzeci tydzień zaczyna się podobnie jak drugi: od płaskiego etapu dla sprinterów. Choć kolarze nie pojadą bezpośrednio wzdłuż wybrzeża, prognozowany jest mocny, boczny wiatr. I tak, wiem, że straszenie wiatrem pojawia się niemal przed każdym dniem, podczas którego zawodnicy mają jechać w otwartym terenie, ale wiele wskazuje na to, że to nie będzie tak spokojny etap jak tydzień temu. 

    Tym bardziej, że jest to de facto ostatnia szansa dla sprinterów, zatem nawet jeśli drużyny walczące w klasyfikacji generalnej nie będą podkręcały tempa, mogą to zrobić Alpecin, Intermarche, Areka i Lotto (choć trzeba pamiętać, że Alpecin stracił już dwóch pomocników Philipsena). I to ich rywalizacja może spowodować, że jeśli faktycznie będzie mocno wiało, peleton się podzieli.

    W związku z tym polecam śledzić doniesienia z trasy i w razie potrzeby włączyć transmisję, gdyby działo się coś ciekawego. Starty ostry zaplanowano na 13.30, premia lotna przed 90km trasy powinna być osiągnięta około 15.40 a finisz w Nimes (po pokonaniu niespełna 190km) zaplanowany jest około 17.35.

    Końcówka jest dość prosta i szeroka, zatem ostatni finisz tegorocznego Touru powinien być rozegrany w dość komfortowych i równych warunkach. 

    Etap 15: Loudenville – Plateau de Beille, 197,7km

    Tadej Pogacar na dwóch pirenejskich etapach nie pozostawił złudzeń, kto jest najmocniejszym kolarzem tegorocznego Tour de France. W niedzielę ekipa Visma Lease a Bike po porażce w sobotę wzięła sprawy w swoje ręce. Można się zastanawiać, czy to dobrze, czy to niedobrze, ale realnie cóż innego mieli zrobić. 

    W związku z mocną pracą od samego startu w opałach byli sprinterzy, którzy do końca walczyli, by zmieścić się w limicie czasu (Demare czy Cavendish dzięki pomocy swoich kolegów z drużyn dojechali do mety z około trzyminutowym zapasem). 

    Ciężki dzień w biurze mieli również uciekinierzy, którzy kolejny raz nie dostali szansy na walkę o zwycięstwo etapowe. Mocne tempo przez cały dzień sprawiło, że do podnóża Plateu de Bielle dojechali z niewystarczającą przewagą. 

    Sam podjazd rozpoczął się od mocnej pracy Matteo Jorgensona, który rozprowadził Vingegaarda do ataku ok. 10km przed metą. Na kole Duńczyka bez problemu utrzymywał się jednak Pogacar, który odpalił przyspieszenie na nieco ponad 4km przed finiszem.

    O ile Vingegaard ewidentnie rośnie w siłę – jest z dnia na dzień coraz szybszy pod górę, o tyle to samo dzieje się z Pogacarem. Jego kolejne ataki są coraz mocniejsze i podczas pierwszego kilometra jest w stanie coraz bardziej odjeżdżać swojemu głównemu rywalowi. 

    Patrząc na to bez dostępu do danych, wydawać się może, że Pogacar jest klasą dla siebie a pozostali zawodnicy są gorzej przygotowani czy niedysponowani. Tymczasem poziom całej, szeroko pojętej czołówki jest w tym roku wybitny. Pogacar, owszem, zdemolował rekord podjazdu o 3 i pół minuty (rekordu uzyskanego przez Pantaniego podczas “Touru Wstydu” w 1998r), ale szybciej Plateau de Beille niż Pantani podjechali i Vingegard i Evenepoel a cała pierwsza dziesiątka niż Armstrong w 2002r. 
    W klasyfikacji generalnej Pogacar ma więc ponad trzy minuty przewagi nad Vinegaardem, ten z kolei trzyma bezpieczny dystans do Evenepoela, który przy gorszej dyspozycji wydaje się być pewnym kandydatem do trzeciego miejsca na podium.

    A na koniec drugiego dnia przerwy mam dla Was podsumowanie w formie audio/video dostępne na youtube i platformach podcastowych. Dzięki wielkie za wspólne śledzenie tego Touru i od jutra działamy dalej :)

    Etap 14: Pau – Pla d’Adet 151,9km

    Choć do końca tego Tour de France został jeszcze tydzień myślę, że śmiało pokuszę się o stwierdzenie, że mamy trzecią z rzędu Wielką Pętlę, która będzie najlepszym wielkim tourem sezonu. Jest tempo, są rekordy, jest stawka i jest suspens. Właściwie niczego więcej nie trzeba.

    Czternasty etap, pierwszy z dwóch pirenejskich kończących drugi tydzień zmagań na francuskich szosach dał nam zwycięstwo Tadeja Pogacara i umocnienie się go na pozcji lidera wyścigu. Zanim do tego doszło, działo się sporo. 

    Tak jak w poprzednich dniach od samego startu szedł pełen gaz, ucieczka formowała się długo i ostatecznie były to dwie grupy liczące ponad dwudziestu śmiałków. Girmay pilnował Philipsena na premii lotnej (powiększył przewagę o cały punkt), Gaudu ścigał się z Lazkano na premiach górskich (na Tourmalet lepszy był Lazkano, na Hourquette d’Ancizan Gaudu) a najwięcej sił w końcówce zachował Ben Healy, który początek finałowego podjazdu jechał w tempie liderów generalki. Michał Kwiatkowski, który również podjął próbę zabrania się do odjazdu jechał czujnie i dojrzale, ale na ostatnich kilometrach brakło mu sił. 

    Tu pojawi sie “gwiazdka”, ponieważ jazdę ekipy UAE trzeba wziąć w pewien nawias. Z zewnątrz wszystko wyglądało na perfekcyjnie zaplanowane i wykonane, masterclass jazdy drużynowej. “Man of the day” był zdecydowanie Nils Politt, który prowadził peleton przez wiele kilometrów, następnie do pracy wzięli się Soler i Sivakow. Na ostatnim podjeździe tempo nadawał Almeida a następnie do przodu odjechał Adam Yates. Nadawaniem tempa zajął się wtedy Jorgenson, który zużył w ten sposób energię i nie mógł pomóc swojemu liderowi gdy zaatakował Pogacar. Ten przyspieszył na nieco ponad 4km przed metą, szybko doganiając Yatesa, który pociągnął go przez kilka minut, umożliwiając utrzymanie przewagi nad Vingegaardem. Gdy zaczęło robić się mniej stromo, Pogacar przyspieszył i zaczął powiększać różnicę nad rywalami by na mecie zameldować się 39” przed Vingegaardem, 1’10” nad równo jadącym Evenepoelem i 1’19” nad Carlosem Rodriguezem. 

    Praca całej drużyny, nietypowe zagranie taktyczne, wykorzystanie terenu do maksimum by zdobyć przewagę nad najgroźniejszymi konkurentami. Tyle tylko, że w wypowiedzi po etapie Pogacar powiedział, że wysłanie Yatesa do ataku i jego własne przyspieszenie to była instynktowna improwizacja – przed startem planowali dojechać razem do ostatniego kilometra i tam próbować mocnym, krótkim przyspieszeniem zdobyć kilka metrów i powlaczyć o wygraną etapową i bonifikatę.

    Tymczasem stosunkowo wczesny atak dał zbudowanie przewagi nad Vingegaardem do niemal dwóch minut w klasyfikacji generalnej a mocne tempo od podnóża podjazdu zakończone czterokilometrowym przyspiszeniem skutkuje ustanowieniem nowego rekordu na Pla d’Adet.

    Poprzednie, bliskie sobie czasy Jaskuły i Romingera z 1993r oraz Armstronga z 2001r zostały poprawione o dwie minuty (bez 2-4 sekund). Prędkość Pogacara uzyskana na finałowym podjeździe to około 1830m/h przez 27’ i szacowaną moc 6,8w/kg.

    Ale uwaga! Rezultaty lepszy od dotychczasowych rekordów uzyskała… pierwsza czternastka: Pogacar, Vingegaard, Evenepoel, Rodriguez, Ciccone, Buitrago, A.Yates, Jorgenson, Gall, Gee, Landa, Almeida i S.Yates! Wolniejszy od Jaskuły, Romingera i Armstronga był dopiero Carapaz. Grubo.

    Przechodząc do zapowiedzi tego, co dzisiaj, trzeba zastanowić się, ile wczorajszy etap kosztował poszczególnych zawodników. Pogacar znów zużył sporo energii, do czego również ustosunkował się w powyścigowej wypowiedzi, gdzie podkreślił, że taki już jest i nie zamierza się zmieniać. 

    Fakt, że Vingegaard za nim nie nadążył ma spory sens – po kilku dniach z rzędu w wysokim tempie i po kumulacji przewyższenia na trasie nie był w stanie utrzymać tempa Pogacara (choć sam zaprezentował bardzo dobrą dyspozycję). Jestem daleki od wyciągania wniosków po jednym dniu (tak jak nie wyciągałem ich po etapie w Masywie Centralnym), ale biorąc pod uwagę miesięczną przerwę w treningach, powinniśmy raczej spodziewać się kontynuacji tego, co zobaczyliśmy wczoraj niż odwrócenia ról. Nawet mając w pamięci, że Pogacar jechał w Giro. 

    Niedzielny etap poza tym, że rozgrywany jest w dniu święta narodowego Francji (zatem należy spodziewać się jeszcze więcej kibiców, miejmy nadzieję, że nie będą obrzucać kolarzy chipsami, co zrobił jeden z typów stojących wczoraj przy trasie), to królewski odcinek Tour de France 2024: 

    Prawie 200km, sześć premii górskich i meta na Plateau de Beille. Łącznie około 4800m przewyższenia ze wspinaczką trwającą około 42-43 minuty na koniec. Jeśli ktoś ma problem z gospodarowaniem energią, to zostanie to zweryfikowane właśnie dziś. 

    Ukształtowanie trasy daje większe szanse ucieczce: start pod górę zapewne spowoduje, że zobaczymy kolarzy rozgrzewających się na trenażerach, długie przejazdy dolinami zwiększają szanse śmiałków ze względu na to, że w peletonie raczej będą oszczędzać zasoby na finałowy podjazd. 

    Start ostry zaplanowano na 12.05, trzeci z rzędu podjazd czyli Portet d’Aspet czołówka powinna osiągnąć około 13.50, u podnóża Col d’Agnes powinna znaleźć się około 15.20 a finałowy podjazd rozpocząć o 16.40. Finisz zatem planowany jest mniej więcej na 17.20.

    Etap 13: Agen – Pau, 165,3km

    Wczoraj rozpoczęliśmy od informacji o wycofaniu z wyścigu Primoza Roglica. A potem było tylko ciekawiej!

    Niemal przed każdym etapem prowadzącym w bardziej płaskim, otwartym terenie słyszeliśmy zapowiedzi rywalizacji na rantach i w końcu nadszedł ten dzień!

    Zanim jednak peleton został porwany, od samego startu szedł pełen gaz. Kolejny raz na mecie zawodnicy zameldowali się przed najszybszym planowanym harmonogramem, co może wpłynąć na przebieg rywalizacji w Pirenejach.

    Co więcej, mogliśmy obserwować kilka ciekawych rozwiązań taktycznych. Do dużej i mocnej (m.in. z Kwiatkowskim, van der Poelem, Fuglsangiem, Powlessem, Cortem, Abrahamsenem, w sumie 23 kolarzy) ucieczki zabrał się nie kto inny jak Adam Yates! Obecność siódmego zawodnika klasyfikacji generalnej była nie w smak kolarzom Ineosu, Quick Stepu i Vismy, co przełożyło się na wysokie tempo jazdy.

    Być może ekipa UAE zdecydowała się na taki ruch by podmęczyć swoich rywali, ponieważ z wyścigu wycofał się Juan Ayuso, który zachorował na covid. Już od kilku dni widać było, że jego dyspozycja słabnie, zapewne było to spowodowane chorobą. Pytanie, czy wirus zdążył przenieść się na innych członków drużyny, tak jak było to w przypadku zawodników Bahrain – Victorious (wycofał się m.in Bilbao) i jak wpłynie to na formę Pogacara i jego pozostałych pomocników. 

    A ponieważ mniej więcej w tym samym czasie zaczęło mocno wiać, peleton się porwał, za sprawą kolarzy Vismy, Quick Stepu i UAE. W pewnym momencie główna grupa podzieliła się na cztery mniejsze, ponieważ jednak z tyłu nie został nikt istotny dla klasyfikacji generalnej, taka gonitwa nie trwała zbyt długo.

    (Prawie) wszystko się zjechało i nieco przetrzebiona czołówka zaczęła zmierzać w stronę finiszu. Bardzo czujni byli kolarze UAE, doprowadzający Pogacara w czołówce na kilkaset metrów przed metą. Na szczęście dla niego do kraksy doszło po drugiej stronie rozpędzającej się grupy sprinterów a sam lider wyścigu postanowił wziąć udział w sprincie i zają na tym etapie dziesiąte miejsce. To dziwne i trudne do wytłumaczenia, zwłaszcza w kontekście nadchodzących etapów w Pirenejach, gdzie będzie się liczył każdy dżul energii.

    Z niewielkiej grupy, która po tych wszystkich perturbacjach rywalizowała na kresce najszybszy był Philipsen, co pozwoliło mu zredukować stratę do Girmaya do poziomu 75 punktów. Wciąż będzie mu bardzo trudno odebrać Erytrejczykowi zieloną koszulkę, ale realnie wczoraj zrobił wszystko, by nadal być o nią w grze.

    A co dzisiaj?

    Dzisiaj jeden z bardziej wymagających etapów wyścigu. Zaledwie 152km, ale aż 4500m przewyższenia, z czego zdecydowana większość skumulowana jest na ostatnich osiemdziesięciu.

    W programie mamy przełęcz Tourmalet (podjeżdżaną od tej samej strony co rok temu na Vuelcie, w sumie 19km, 7,4%, najtrudniej i najbardziej stromo jest w końcówce, gdy zawodnicy będą już powyżej 2000m n.p.m.), następnie nieco mniejszy, ale nieregularny podjazd Horquette d’Ancizan (8,2km i 5,1%, ale w połowie jest krótki zjazd i wypłaszczenie, więc sam pojdazd jest wyraźnie cięższy) a po zjeździe i kilku kilometrach w dolinie mamy finisz na podjeździe Pla d’Adet: 10,6km, 7,9%, z czego dla odmiany najtrudniejsze są pierwsze kilometry. 
    Teoretycznie wyścig wjeżdża w teren sprzyjający bardziej Vingegaardowi niż Pogacarowi. Z drugiej strony Słoweniec, jeśli potrafi się samokontrolować, może pozwolić sobie na defensywną jazdę i ewentualnie walkę o bonifikatę na mecie. Równocześnie Remco Evenepoel może myśleć o obronie miejsca na podium, tyle tylko, że rok temu na Vuelcie podczas etapu z Tourmalet poniósł sromotną porażkę.

    Mając w pamięci, że oprócz walki w klasyfikacji generalnej mamy z tuzin dobrych górali, którzy mają większe straty, ale spokojnie mogą powalczyć o wygraną etapową, zapowiada się znakomity dzień.

    Start ostry o 13.20, premia na Tourmalet około 15.45, godzinę wcześniej, u podnóża podjazdu premia lotna (być może Alpecin będzie próbował rozprowadzić na nią Philipsena a to wiązałoby się z utrudnionym zawiązaniem ucieczki). Rekord Tourmalet od tej strony należy do Vingegaarda i wynosi 50’54”.

    Na Horquette d’Ancizan czołówka powinna być około 16.30 a na mecie niespełna godzinę później. Finałowy podjazd ma nieco inny przebieg niż w przeszłości, należy szacować, że najlepsi kolarze pokonają go w około 27’.

    Kiedy zatem najlepiej włączyć transmisję? Myślę, że u podnóża Tourmalet, czyli mniej więcej o piętnastej.

    Etap 12: Aurillac – Villeneuve-sur-Lot, 203,8km

    Biniam Girmay z trzecią wygraną etapową, bardzo blisko wygrania klasyfikacji punktowej, Primoz Roglic leżący w kraksie, poturbowany i ze stratą w klasyfikacji generalnej a Arnaud Demare i Mark Cavendish relegowani z wyników sprintu. Czyli niby kolejny dzień na tourze a mimo to pełen wydarzeń wpływających na losy całego wyścigu.

    [AKTUALIZACJA] Primoz Roglic wycofał się z wyścigu. Tak jak napisałem poniżej przewidując tę sytuację, jego obrażenia okazały się na tyle poważne, że po przebytych badaniach i ocenie stanu zdrowia nie będzie kontynuował jazdy w tegorocznym Tour de France.

    Znów było szybko i poniżej najszybszego, planowanego harmonogramu co powoduje, że podczas weekendowych, pirenejskich etapów zawodnicy będą podmęczeni. Co więcej, kumulacja wysokiego tempa, nerwowości przy rywalizacji o zabranie się do ucieczki, wysokich temperatur, presji na drużyny, które jeszcze nic w tym wyścigu nie osiągnęły powoduje, że dochodzi do kraks.

    W pierwszej części etapu blisko poważnych problemów był Tadej Pogacar, na szczęście dla niego i dla całej imprezy uniknął upadku. Mniej szczęścia miał Primoz Roglic, który na kilkanaście kilometrów przed metą boleśnie upadł. Połęczenie obrażeń i niekorzystnej sytuacji – było to w momencie, gdy peleton rozpędzał się już przygotowujac finisz spowodowało, że do mety dojechał prawie dwie i pół minuty za czołówką.

    Trzeba przyznać, że choć upadki Roglica stały się rodzajem memu – to zawodnik, który często uczestniczy w różnych incydentach wyścigowych – w tej sytuacji faktcznie można mówić o zbiegu kilku nieszczęśliwych okoliczności.

    Owszem, ekipa RedBull Bora Hansgorhe nie jechała całkiem z przodu peletonu, natomiast znajdowała się po drugiej stronie szosy niż sytuacja, od której rozpoczął się ciąg niefortunnych zdarzeń. Realnie za winnego powinien być uznany ogranizator – betonowy separator był słabo oznaczony co prawdopodobnie spowodowało upadek Lutsenki. Ten przewrócił się pod koła drużyny Roglica powodując upadek czwartego – do tego momentu – zawodnika klasyfikacji generalnej. Gdy to piszę nie ma jeszcze komunikatu drużyny, ale należy rozważać możliwość, że Roglic wycofa się z wyścigu, jeśli nie dziś, to jutro. Jego obrażenia nie wyglądały dobrze a mimo całej drużyny oddanej mu do pomocy, nie prowadzili pościgu w wysokim tempie, co sugerowałoby, że Słoweniec naprawdę poważnie się potłukł. 

    Blisko było również do kraks na finiszu. Nie wiem, co Wout van Aert ma w sobie takiego, że kolejni rywale spychają go do barierek. Tym razem zrobił to Arnaud Demare, którego za faul spotkała relegacja, podobnie jak Cavendisha, który objeżdżając pomocnika Demare zajechał drogę Coquardowi.

    Mimo braku w czołówce van der Poela (został zatrzymany przy kraksie Roglica) i stracie dwóch pomocników: Sorena Kragha Andersena i Jonasa Rickaerta (nie zmieścili się w limicie czasu) Philipsen był bardzo szybki w samej końcówce, ale zła pozycja sprawiła, że nie nawiązał rywalizacji z Girmayem, który bardzo pewnie wygrał swój trzeci etap. Biorąc pod uwagę, że Erytrejczyk był również lepszy od Belga na premii lotnej, mając w perspektywie jeszcze tylko dwa etapy sprinterskie i ponad 100 punktów przewagi, realnie Girmay musi tylko ukończyć wyścig by wygrać zieloną koszulkę. (Technicznie rzecz ujmując, Philipsen musiałby wygrać dzisiaj i we wtorek a Girmay w ogóle nie punktować by nadrobić tę stratę).

    A co dzisiaj? Dzisiaj, tak jak wspomniałem, realnie przedostatnia szansa dla sprinterów. Czy to oznacza nudę? Trochę tak a trochę nie. Po pierwsze rozrywki powinni nam dostarczać kolarze tacy jak Abrahamsen, który wczoraj odrobił kilka punktów w klasyfikacji górskiej do Pogacara i dziś pewnie na jednej z dwóch premii czwartej kategorii zechce zdobyć choć jeden by jeszcze na jeden dzień objąć prowadzenie w rywalizacji o koszulkę w grochy. Do tego mamy Anthony’ego Turgis, który mimo faktu, że drużyna Total Energies została okradziona z rowerów (!) i traci sporo punktów do Girmaya i Philipsena, ucieczkami chce włączyć się do rywalizacji o koszulkę zieloną.

    Druga część trasy jest nieco bardziej pagórkowata, na dystansie 165km uzbiera się znów około 2000m przewyższenia, z czego większość na ostatnich sześćdziesięciu. Meta w Pau, mieście, które jest trzecią pod względem liczby goszczenia u siebie etapów Touru powinna jednak dać szansę specjalistom od finiszu z dużej grupy. Tym bardziej, że tak jak wspomniałem nie mają już oni przed sobą zbyt wielu okazji by popisać się swoimi umiejętnościami. 

    Start ostry o 13.50, premia lotna na 88km około 15.40 a finisz około 17.30. Ze względu na ukształtowanie terenu ostatnia godzina powinna być całkiem ciekawa.

    Etap 11: Evaux-Les-Bains – Le Lioran, 211km

    Ależ to współczesne kolarstwo nas rozpieszcza. Od dobrych kilku lat mamy przynajmniej kilka dni w sezonie, które przejdą do historii tego sportu, będą opisywane w książkach i wspominane jako coś wyjątkowego.

    Kolejny rok z rzędu zawodnicy jadący w Tour de France zapewnili nam imponujące widowisko, jadąc bezkompromisowo i dostarczając nam rewelacyjnej rozrywki. Nawet, jeśli z racjonalnego punktu widzenia nie miało to za wiele sensu. 

    Długi, 211km etap prowadzący przez Masyw Centralny od startu rozgrywany był w bardzo wysokim tempie. Pierwszym 80km pokonano ze średnią prędkością 50km/h, kolejne próby zawiązania ucieczki kończyły się niepowodzeniem. Ostatecznie, gdy na czele uformowała się grupka, z której przede wszystkim kolarze EF Easy Post (Carapaz i Healy) liczyli na sukces, drużyna UAE nie pozwoliła im zwiększyć przewagi na więcej niż dwie minuty.

    Cały dzień zmierzał w stronę przygotowania ataku Tadeja Pogacara. I tam, gdzie miał nastąpić, nastąpił. Na ok. 650m przed szczytem Puy Mary Słoweniec przyspieszył, zrywając z koła wszystkich rywali. Do szczytu było jednak niedaleko, przewaga, jaką zdobył nie była duża.

    Podobnie jak na etapie z Galibier, zaczął ją jednak powiększać na zjazdach, mocno pracując na wyjściach z zakrętów i dłuższych odcinkach na wprost.

    Vingegaarda z kolei doścignął Roglic, który przeprowadził Duńczyka przez zjazdy, słabnąc jednak na kolejnym podjeździe.

    Col de Pertus okazał się kluczowym wzniesieniem etapu. To tam Pogacar, Roglic i bardzo konsekwentnie i dojrzale jadący Evenepoel nieco zwolnili za to Vingegaard odpalił atomowe przyspieszenie doganiając przed szczytem Pogacara. 

    O ile kluczowe 2km Puy Mary Pogacar pojechał 5 sekund szybciej niż Vingegaard, 9 niż Roglic i 12 niż Evenepoel, bijąc przy tym rekord podjazdu o 7” a u podnóża Pertus był około pół minuty przed rywalami, o tyle na Pertus Vingeaard był (czas podjazdu 12’2”) 31” szybszy niż Pogacar i 47” szybszy niż Evenepoel z Roglicem!

    To przyspieszenie lidera Vismy jest porównywalne (z zachowaniem skali i części sezonu – na TdF wszyscy są oczywiście szybsi) z tym, co prezentował wiosną, przed wypadkiem, na Tirreno – Adriatico, gdy na podjeździe San Giacomo przez 11’45” odjechał Juanowi Ayuso na 1’12”. Szacunki dają temu wysiłkoi ok. 6,7-6,8W/kg pod koniec ciężkiego, długiego etapu po około dwudziestominutowej gonitwie na Puy Mary i zjazdach!

    Gdyby dramaturgii było mało, Pogacar wzywał serwis neutralny po bidon, być może miał problemy z przerzutką (choć w jego wypowiedziach nie pojawiło się żadne odniesienie zarówno do – sugerowanego przez wielu ekspertów – niedożywienia, jak i do ewentualnych kłopotów ze sprzętem). Na zjazdach miał za to kilka “momentów”, gdzie podbiło mu koło na nierówności a także narzekał na upał. Choć jak sam zauważył jak na takie warunki, w których zazwyczaj idzie mu gorzej, pojechał bardzo dobrze.
    Jeśli ja miał szukać przyczyn jego porażki (przede wszystkim prestiżowej – przegrana na finiszu z Vingegaardem w terenie który teoretycznie miał sprzyjać Pogacarowi po całodziennej pracy jego ekipy), skupiłbym się na nadmiernej pracy wykonanej na zjazdach z Puy Mary, nienajlepszą taktykę drużyny UAE (dość szybko odpadli Ayuso i Almeida) oraz, choć dostarczyła nam wiele rozrywki, po prostu zbyt ofensywną jazdę. 

    Pamiętajmy, że to Pogacar jest wciąż liderem z wyraźną przewagą nad rywalami i nie musiał atakować. Zrobił to, bo po prostu “jest Pogacarem”.

    Z kolei za plecami liderów konsekwentny Evenepoel doścignął Roglica i nawet wyprzedził go na ostatnim zjeździe. Co w sumie okazało się słuszne, bo Roglic na jednym z ostatnich zakrętów upadł. Ciekawostką jest, że na tym etapie miała zastosowanie strefa ochronna 3km i mimo straty Primozowi zaliczono czas Remco, choć upadek był ewidentnie efektem jego błędu a nie zdarzenia losowego (widać wyraźnie, że nie poślizgnął się na mokrym asfalcie, lecz przed nim).

    Na mecie Vingegaard zalał się łzami wzruszenia, wspominając cały ból i strach, który towarzyszył mu od feralnego upadku w Kraju Basków. Z kolei Pogacar niemal od razu mu pogratulował, co jest kolejnym gestem szacunku między tymi dwoma rywalami.

    Ich postawa zarówno na szosie jak i poza nią jest wyjątkowa, trudno więc się dziwić, że Tour de France pod ich panowaniem cieszy się tak wielką popularnością.

    A gdyby tego było jeszcze mało, mieliśmy fetowanie Romaina Bardeta przez tłumy kibiców, van Aert cudem uniknął poważnej kontuzji ratując się podczas zbyt szybko pokonanego zakrętu a kolarze Cofidisu walczyli z zatruciem.

    “What a day” jak mawia klasyk.

    W klasyfikacji generalnej Vingegarrd na skutek bonifikat po takim właśnie dniu odrobił jednak tylko sekundę. Drugi wciąż jest jednak Evenepoel, tracący do lidera 1’6”, Vingegaard ma 1’14” a Roglic 2’15”. Piąte miejsce zajmuje Almeida (4’20”), szóste Carlos Rodriguez (4’40”) siódme Landa (5’38”), ósme Adam Yates (6’59”) a na dziewiąte spadł Ayuso (7’9”). Pierwszą dziesiątkę zamyka Ciccone (7’36”).

    A co dziś?

    Dziś chwila relaksu, choć nie do końca. Etap teoretycznie płaski z prawdopodobną rozgrywką sprinterską, ale na dystansie prawie 204km (kolejny długi dzień) uzbiera się ponad 2000m przewyższenia. Teren więc bardziej wymagający niż dwa dni temu, premia lotna usytuowana jest mniej więcej w połowie trasy.

    Zobaczymy, czy po wczorajszej gonitwie (kolarze wyraźnie wyprzedzili najszybszy planowany harmonogram) ekipy sprinterów będą miały siłę by kontrolować peleton. W tej fazie wyścigu może być wielu chętnych do zabrania się w ucieczkę, jednak jest to realnie trzecia od końca szansa na finisz z dużej grupy.

    Start ostry o 12.50, premia lotna około godziny 15.20, finisz około 17.30. Ostatni kilometr jest całkiem prosty, bez rond, łuków i zakrętów.

    Etap 10: Orlean – Saint-Amand-Montrond, 187,3km

    OMG, ależ to było nudne. Poza taktyczną ucieczką przed lotną premią na wczorajszym etapie nie działo się absolutnie nic. 

    No dobrze, by oddać kolarzom co kolarskie, były momenty, gdy przygotowywali się do ewentualnej rywalizacji na wietrze, ale warunki nie były do tego sprzyjające. W związku z tym każdy, kto spędził przy tym etapie więcej niż godzinę zasługuje na złoty numer dla “najbardziej walecznego kibica”. 

    To był do pewnego stopnia wirtualny dzień przerwy i rozruch przed kolejnymi etapami. 

    Finisz z peletonu rozegrano bez żadnych dram. Drużyna Alpecin – Deceuninck tym razem perfekcyjnie rozprowadziła Jaspera Philipsena. Mathieu van der Poel zrobił co miał zrobić a Philipsen z wyraźną przewagą dowiózł zwycięstwo do mety. Co do zasady nie było przepychanek, nie było kontrowersji, belgijski sprinter może jeszcze nie ma tego touru w pełni rozliczonego, ale nie można go już traktować jako jednego z przegranych.

    Należy jednak zauważyć, że Biniam Girmay robi co może by utrzymać prowadzenie w klasyfikacji punktowej. Zarówno na lotnej premii jak i na finiszu był tylko jedno miejsce za Philipsenem, w związku z tym jego przewaga to wciąż 74 punkty.

    Szukając jakichkolwiek ciekawych wydarzeń mogę jeszcze wspomnieć, że mimo sprzyjającego terenu tym razem zupełnie nie powiodło się rozprowadzenie Cavendisha. Ballerini i Morkov zajęli miejsca na czele peletonu rozpędzając grupę, ale nie zauważyli, że ich lider został kilkanaście pozycji z tyłu. W związku z tym na ok. kilometr przed metą przerwali pracę a Cavendish nie wziął udziału w walce o etapowe zwycięstwo.

    A co dzisiaj?

    A dzisiaj miejmy nadzieję, że rekompensata za wczoraj. Długi etap w Masywie Centralnym o dystanie 211km i przewyższeniu 4300m. Co ważne, z bardzo wymagającą końcówką: ostatnie 50km to kolejne wymagające podjazdy: strome, nieregularne zachęcające do ataków.

    Z kolei pierwsza część wcale nie jest płaska: to ciągłe zmiany terenu, które będą wchodziły kolarzom w nogi, powodując, że wspomniana końcówka będzie jeszcze bardziej wymagająca.

    To jest ta faza wyścigu i taki profil etapu, który jest wręcz stworzony dla licznej ucieczki mocnych kolarzy klasycznych i górali, którzy mają już duże straty w klasyfikacji generalnej. Równocześnie ostatnie 50 (a realnie więcej) kilometrów to teren perfekcyjny dla Pogacara i Evenepoela, którzy potrafią wygrywać ciężkie, górzste jednodniówki po długich, kilkudziesięciokilometrowych atakach. 

    Biorąc pod uwagę, że przed wjazdem w Pireneje na zawodników czekają jeszcze dwa płaskie etapy, oczekiwanie, że dziś zobaczymy ofensywną jazdę jest uzasadnione. 

    Co więcej, dojazd do premii lotnej na 65km również wcale nie jest łatwy i należy spodziewać się rywalizacji Alpecinu z Intermarche o kontrolę ucieczki i wypracowanie pozycji dla Girmaya i Philipsena.

    A jeśli w związku z tym pójdzie gaz od samego startu, cięższych sprinterów czeka ciężki dzień w biurze i walka o zmieszczenie się w limicie czasu. 

    Start ostry o 11.30, premia lotna około 13.10 a u podnóża Col de Neronne, poprzedzającego Puy Mary, najcięższego podjazdu dzisiejszego dnia, który symbolicznie rozpoczyna decydującą część etapu czołówka powinna pojawić się około 15.45 i to jest pora, o której najpóźniej włączyć transmisję.

    Dzień odpoczynku, Orlean

    Choć pierwsza część Tour de France była długa i zawierała w sobie przynajmniej kilka etapów, które mogły wykluczyć wielu zawodników, mam dobrą wiadomość. Póki co z wyścigu wycofało się zaledwie czterech kolarzy. Po dziewięciu dniach rywalizacji tak niewiele “DNFów” mieliśmy ostatnio w… 1991r a mniej dopiero w 1977!

    A okazji do kraks było wiele: górzyste otwarcie wyścigu we Włoszech czy etap “gravelowy”, którego wiele ekip bardzo się obawiało.

    Jedynym pechowcem w Troyes był Alexander Vlasov, który upadł łamiąc kostkę nie na szutrach a na sekcji asfaltowej.

    W dniu przerwy, jak to w dniu przerwy mieliśmy kilka konferencji prasowych, wywiadów i podcastów. Geraint Thomas zwycięzcy Touru upatruje nie w Pogacarze a w Vingegaardzie. Remco Evenepoel słusznie zauważa, że choć jest zadowolony ze swojej jazdy, pierwszy poważny test czeka zawodników dopiero w Pirenejach. Roglic stwierdza, że faktycznie mogłoby być lepiej, ale taki np. Simon Yates stracił więcej, a w ogóle to cieszy się, że dojechał aż do dziewiątego etapu. A Vingegaard odbija piłeczkę i na zaczepki Evenepoela o “braku jaj” odpowiada, że po prostu jeździ mądrze i zwraca uwagę, że jego forma rośnie. Przypomina też, że rok temu w drugiej części wyścigu dołożył Pogacarowi aż siedem minut w ciągu dwóch dni. Z kolei Wout van Aert żartuje z oskarżeń o zachowawczą jazdę drużyny Visma nazywając na stravie przejażdżkę w dniu odpoczynku “Defensive strategy, even on a rest day”.

    No ale dość już tych przekomarzanek, pytanie “a co dzisiaj” musi w końcu paść. 
    A dzisiaj proszę państwa najbardziej płaski etap tego touru. Zatem po dniu odpoczynku kolarze mają okazję spokojnie wejść w rytm wyścigowy. Muszą jednak zachować czujność,  bo takie etapy jak dziś często kończą się niespodziewanymi kraksami, które miewają poważne konsekwencje. Lepiej więc nie dać się uśpić i kontrolować tempo zamiast powoli przemierzać szosy środkowej Francji (nota bene dziś, zależnie jak mierzyć oczywiście, Tour de France przejeżdża właśnie przez środek tego kraju).

    Z uśpieniem problem możemy mieć za to my. Start jest o 13.05, pierwsza premia lotna na 57km około 14.40 i jest szansa, że do tego momentu drużyny sprinterów będą trzymały peleton w ryzach.

    Należy się spodziewać ucieczki, ale ze względu na to, że okazje dla sprinterów (ze szczególnym uwzględnieniem Jaspera Philipsena) zaczynają się kończyć (realnie z dzisiejszą są jeszcze cztery), powinna zostać doścignięta. Nic nie wskazuje również, że niewielka górka w końcówce (szczyt 7km przed metą) zaburzy rozprowadzenie, za to pewien chaos mogą wprowadzić zakręty między 2 a 1km przed kreską.

    Finisz zaplanowany jest około 17.30, ale wiele zależy od tego, jak kolarze podejdą do dzisiejszego dnia: mogą być zarówno wyraźnie przed jak i po czasie (no ależ wam pomogłem ;) ), zatem warto śledzić sytuację na trasie i dla świętego spokoju włączyć transmisję przynajmniej o 16.45.

    Etap 9, 07.07: Troyes – Troyes, 199km

    Wow, ależ to był dzień! Szutrowe drogi wokół Troyes stały się areną rewelacyjnej rywalizacji, zarówno o zwycięstwo etapowe jak i w klasyfikacji generalnej.

    Mieliśmy trzy mocne ataki Pogacara, atak Evenepoela, Roglica, który zaplątał się w złej części peletonu i musiał gonić wraz ze swoimi pomocnikami przez kilkanaście kilometrów, Vingegaarda, który miał defekt i jechał na rowerze Tratnika a następnie niczym cień podążał za Pogacarem pokazując chłodną głowę i dobrą dyspozycję.

    Do tego taktyczne rozgrywki w ucieczce zakończone skutecznym finiszem Antony’ego Turgis. To kolejny piękny moment: specjalista wymagających klasyków, który od kilku sezonów stawiany jest w gronie faworytów Flandrii i Paryż-Roubaix idealnie odnalazł się na szutrowych drogach, jechał czujnie, podejmował właściwe decyzje i miał odpowiedni poziom szczęścia. Dzięki temu sięgnął po swoje pierwsze zwycięstwo w World Tourze i zapewnił sukces drużynie Total Energies. Mimo posiadania zamożnego sponsora z branży energetycznej, to ich pierwszy wygrany etap w Tourze od 2017r. Przy okazji to pokazuje, jak cenne i trudne do zdobycia jest takie osiągnięcie. Wygrane etapowe w Wielkiej Pętli nie leżą na ulicy i każde jest na wagę złota!

    Na uwagę zasługuje też, po raz kolejny, taktyka i jej wykonanie przez drużynę UAE. Choć byli silni, kontrolowali sytuację, za sprawą Nilsa Politta byli w stanie zadbać o odpowiednią pozycję Pogacara przed kluczowymi sektorami szutrów, realnie przegrali z drużyną Visma Lease a Bike. Przy lepszym rozegraniu sprawy, większym zaangażowaniu np. Alemidy lub Ayuso myślę, że dało się zgubić i Roglica a być może i Vingegaarda.

    Duńczyk bowiem jedyne co był w stanie zrobić to reagować na przyspieszenia Pogacara i Evenepoela a bezcenną robotę wykonał dla niego Jorgenson. W związku z tym, choć etap był świetny i znakomicie się go oglądało, dla faworytów generalki skończył się remisem (duże straty zanotował jedynie Simon Yates). 

    A co dzisiaj?
    A dzisiaj dzień przerwy. W związku z tym mam dla Was podsumowanie pierwszej części Tour de France 2024, w wersji zarówno podcastowej jak i youtube.

    Dzięki wielkie za cały pozytywny feedback, który dostałem od Was w ostatnich dniach a już jutro rano wracam z zapowiedzią kolejnego etapu!

    Etap 8, 06.07: Emur-En-Auxois – Colombey-Les-Deux-Eglises, 183,4km

    Po ośmiu dniach wyścigu po raz pierwszy mamy kolarza, który wygrał więcej niż jeden etap tego Touru. Biniam Girmay po etapie, który był pełen emocji “dla koneserów” nie tylko stanął na podium, ale też zbudował wyraźną przewagę w klasyfikacji punktowej. Choć do końca wyścigu jeszcze dwa tygodnie, scenariusz, że to Erytrejczyk ją wygra wydaje się w tym momencie bardzo prawdodpoodbny. Zwłaszcza, że w wyścigu nie jedzie już Mads Pedersen.

    O co chodzi z tymi “emocjami dla koneserów”? Czy to eufemizm by ukryć fakt, że etap był nudny i poniżej oczekiwań? Nie do końca. Działo się bowiem wiele, ale nie były to spektakularne akcje, ataki czy zaskakujące rozstrzygnięcia.

    Ochotę na wygraną mieli przede wszystkim kolarze EF Easy Post. Od początku próbowali zbudować akcję dla Bena Healy’ego, uczestnicząc w ucieczce z Jonasem Abrahamsenem. Gdy jednak stwierdzili, że nie ma to za dużego sensu, zostawiając Norwega by ten jechał przez ponad 160km samotnie przed peletonem, wrócili do koncepcji w końcówce.

    Ostatnie kilkanaście kilometrów nie było jednak tak trudnych jak wydawało się przed etapem i o zwycięstwo walczyła spora grupa mocnych (w sensie tych, którzy sprawnie przejeżdżają przez niewielkie górki) sprinterów, takich jak Girmay, Philipsen i de Lie.

    W międzyczasie trochę wiało i padało, co wprowadziło pewną nerwowość w peletonie. Po raz kolejny Tadej Pogacar, choć sam pilnował dobrej pozycji w grupie, został bez pomocników przy sobie i musiało minąć nieco czasu, zanim kolarze teamu UAE kolektywnie znaleźli się blisko czoła peletonu.

    Spośród różnych komunikatów, które udostępniane są w transmisji jako uatrakcyjnienie i przerywnik (zazwyczaj nudnych i niewiele wnoszących) zdecydowanie wczoraj zabrakło mi reakcji na tę sytuację z samochodu UAE ;).

    Co zaś do samego finiszu, to Girmay wraz z pomocnikami rozegrali go perfekcyjnie. I nawet, jeśli prawdodpobnie najmocniejszy był Arnaud de Lie, młodemu Belgowi po raz kolejny dał się zamknąć, co wystarczyło na trzecie miejsce. 

    A co dzisiaj?

    Dzisiaj jeden z etapów, które mogą okazać się kluczowe dla losów całego wyścigu. Albo etap, który kompletnie nie spełni pokładanych w nim oczekiwań ;)

    200 (właściwie 199)km rudna wokół Troyes, na której zawodnicy pokonają 33km po szutrowych drogach przez winnice. Sektorów gravelowych jest 14, niektóre z nich dodatkowo prowadzą pod górę. Bardziej górzysta jest jednak pierwsza część etapu.

    Opinie co do trudności tych sektorów są różne. Dwa lata temu nie spowodowały one zbyt dużej selekcji w Tour de France kobiet, natomiast pamiętając tamtą relację trzeba wziąć pod uwagę, że są to jednak bardziej nierówne szutry niż te na Strade Bianche.

    Rywalizacja o zwycięstwo etapowe między kolarzami specjalizującymi się w klasykach (wszyscy będą dziś patrzeć na Mathieu van der Poela) może mieć wpływ na to, co będzie działo się między zawodnikami walczącymi w klasyfikacji generalnej. Jeśli faktycznie na szutrach pójdzie pełen gaz, peleton będzie się dzielił i ktoś może zostać: albo przez błąd, nieuwagę lub defekt.

    Ze względu na to, że Tadej Pogacar wygrywał już i Strade Bianche i Ronde van Vlaanderen a na brukowanym etapie Tour de France był w stanie zgubić swoich rywali, jego notowania stoją zdecydowanie najwyżej. Z kolei uwagę musi zachować Primoz Roglic, któremu często zdarzają się nieplanowane przygody a także Remco Evenepoel, który z czołówki ewidentnie najgorzej zjeżdża a na szutrowym etapie Giro d’Italia był w poważnych opałach.

    Może być też tak, że mocne drużyny skontrolują peleton na tyle, że nie wydarzy się nic ważnego i zamiast zapowiadanej “epickiej batalii” (wybaczcie makaronizm) zobaczymy finisz z peletonu.
    Zatem by nie sugerować wam poświęcania całej niedzieli na ślęczenie przed ekranami sugeruję rzucanie okiem na sytuację co jakiś czas i włączenie się standardowo 50-60km przed metą. Będzie wtedy jeszcze i tak 7 sektorów szutru a jeśli Pogacar zdecyduje się na atak z daleka, to prawdopodobnie mniej więcej tam.

    Niezależnie od sportowej rywalizacji należy spodziewać się w peletonie gestów żałoby. Niestety wczoraj podczas równolegle do Tour de France rozgrywanego Tour of Austria po wypadku na jednym ze zjazdów zginął dwudziestopięcioletni, norweski kolarz Andre Drege.

    Finisz dziś zapowiedziany jest nieco później, około godz. 18.00, na siódmy od końca sektor szutrowy czołówka wjedzie około 16.55.

    Etap 7, 05.07: Nuits-Sans-Georges – Gevrey-Chambertin, 25,3km

    Czy przedwyścigowe marzenia kibiców właśnie się spełaniają? Zanim w Kraju Basków Vingegaard, Evenepoel i Roglic leżeli w kraksie, kolektywnie marzyliśmy o konfrontacji wielkiej czwórki, czyli wspomnianych kolarzy i Tadeja Pogacara.

    Po pierwszych etapach we Włoszech oraz po przejeździe przez Galibier, równie kolektywnie zaczęliśmy pomijać Roglica jako ewentualnego kandydata do zwycięstwa. 

    Tymczasem jazda indywidualna na czas, nie bez kozery nazywana “etapem prawdy” daje właśnie wynik-spełnienie marzeń, czyli czterech faworytów na czterech pierwszych miejscach zarówno podczas samej próby jak i w klasyfikacji generalnej. Co również ważne, z niewielkimi różnicami

    Remco Evenepoel wygrywa 25,3km czasówkę mimo problemów ze sprzętem: albo realnych albo wyimaginowanych. Na ostatnim odcinku trasy Remco na chwilę zwolnił i zaczął wzywać samochód techniczny, ponieważ wydawało mu się, że z tylnego koła uchodzi powietrze. Gdy okazało się, że jednak nie, z duszą na ramieniu wrócił do właściwego tempa i utrzymał prowadzenie nad autorem drugiego najlepszego rezultatu, czyli Pogacarem. 

    Mimo wspomnianych kłopotów Evenepoel był najszybszy na każdym z odcinków trasy poza zjazdem. Tam stracił i do Pogacara i do Roglica.

    Z kolei Roglic rozpoczął wolniej, notując czwarte międzyczasy na pierwszym odcinku płaskim oraz podjeździe, najszybciej zjeżdżał i był drugi na płaskim dojeździe do mety. To tam minimalnie zgasł Pogacar, który na każdym pomiarze był drugi, dopiero końcówkę pojechał minimalnie wolniej od Roglica, ale i tak był wyraźnie szybszy od Vingegaarda.

    Koniec końców czasówka kończy się wygraną Evenepoela, 12 sekund przed Pogacarem, 34 sekundy przed Roglicem i 37 przed Vingegaardem. Nieco więcej można było spodziewać się po Carlosie Rodriguezie, który choć był najlepszy z kolarzy Ineosu, do Remco stracił 1’27”.

    Z kolei pomocnicy Pogacara: Almeida i Ayuso zajęli odpowiednio 8. (+57”) i 15. (+1’15”) miejsce.

    To wszystko oznacza, że w klasyfikacji generalnej Pogacar ma 33” przewagi nad Evenepoelem, 1’15” nad Vingegaardem i 1’36” nad Roglicem. Kolejni zawodnicy tracą już ponad dwie minuty a dziesiąty Vlasow 4’36”. 

    Choć to Pogacar sukcesywnie buduje przewagę, nic nie jest jeszcze pewne. Zarówno na etapie szutrowym w tę niedzielę jak i na odcinkach Pirenejskich w następny weekend można stracić wyraźnie więcej niż to, co teraz rozdziela “wielką czwórkę”.

    I choć Evenepoel uważa Pogacara za niedoścignionego faworyta, wszystko jeszcze może się wydarzyć: kolarze zarówno dosłownie jak i metaforycznie do Paryża, pardon do Nicei mają jeszcze bardzo daleko. 

    A co do samego zwycięzcy etapu i wicelidera, czyli Remco Evenepoela myślę, że warto zauważyć jak spokojny był podczas wywiadu przed wejściem na podium. Młody Belg musiał tej zimy wykonać ogromną pracę z psychologiem, ponieważ tak ogarniętego w sytuacji pełnej emocji (skompletowanie etapów we wszystkich wielkich tourach, wygrana czasówki na Tour de France, pokonanie Pogacara, umocnienie dobrej pozycji w generalce, problemy techniczne na trasie) nie widziałem go chyba nigdy. A co dzisiaj?

    Cóż, dzisiaj ciekawy etap, można by powiedzieć, że trochę transferowy, trochę klasyczny, trochę dla uciekinierów a trochę dla sprinterów.

    Kolarze pokonają 183km na północ, głównie przez winnice po bocznych, pagórkowatych drogach. W sumie uzbiera się niespełna 2500m przewyższenia, ale szosa niemal cały czas będzie prowadziła w górę lub w dół.

    Oznaczonych premii będzie tylko pięć, ale podjazdów o długości od kilometra do czterech uzbiera się przynajmniej dwadzieścia.

    A to oznacza idealny teren dla ucieczki: drużynom sprinterów trudno będzie kontrolować sytuację. Nawet, jeśli końcówka powinna sprzyjać zawodnikom takim jak van der Poel czy Pederesn.

    Warto więc co jakiś czas zaglądać na doniesienia z trasy a transmisję włączyć przynajmniej 60km przed metą, czyli w okolicach ostatniej oficjalnej premii górskiej. Czołówka powinna znajdować się tam ok. godz 16.05, finisz niemal jak zawsze zaplanowany jest około 17.30. 

    Etap 6, 04.07: Macon – Dijon, 163,5km

    Szósty etap Touru i szósty zwycięzca. Przynajmniej z tej perspektywy wczoraj nie było nudy. Nie ukrywajmy jednak – to nie był najbardziej porywający dzień. Z zapowiadanej rywalizacji na wietrze nie wyszło za wiele, choć trzeba przyznać, że kolarze podjęli pewne próby.

    W pewnym momencie, gdy peleton po wjeździe w otwarty teren się podzielił,  Tadej Pogacar został odizolowany od swoich pomocników. Ponieważ jednak nie wiało zbyt mocno, cała akcja trwała w sumie kilka minut, różnica między grupami wynosiła nie więcej niż 20 sekund i drużynom Vismy i RedBulla nie udało jej się powiększyć, zatem dość szybko wszyscy znów jechali razem.

    Było też sporo kraks na zwężeniach, co wiąże się z obserwacją, że organizatorzy chyba zmniejszyli liczbę marshalli, którzy do tej pory stali przy wysepkach zwężeniach o rondach z flagami na rzecz tablic informacyjnych lub świetlnych. Co może do pewnego stopnia wymagać większej uwagi od kolarzy i w efekcie doprowadzać do większej liczby kraks, ale to tylko obserwacja, nie fakt. 

    Sam finisz najlepiej rozegrali kolarze Jayco Al Ula. Dobrze wykorzystali fakt, że pomocnicy Cavendisha pogubili się zanim czołówka dotarła do ostatniego kilometra a kolarze Uno-X wytracali impet na kilkaset metrów przed metą. Lider Jayco Al Ula, Dylan Groenewegen zajął idealną pozycję na kole Arnaud de Lie, który rozpoczął finisz zza pleców kolarzy Alpecinu. Groenewegen de facto rozprowadzony przez de Lie skutecznie wykończył finisz po lewej stronie drogi, którą miał tylko dla siebie. I choć z ujęcia kamery od frontu wydawało się, że potrzebna będzie analiza fotofiniszu, jego przewaga była dość wyraźna.

    Tymczasem po prawej stronie szosy Jasper Philipsen, którego tym razem dobrze rozprowadził van der Poel, choć miał sporo miejsca i prostą drogę do mety, zepchnął Wouta van Aerta w stronę barierek, za co został relegowany z drugiego miejsca. I choć siarczyste “fuck”, jakie rzucił tuż za metą dotyczyło niepowodzenia w sprincie, może być faktycznie wkurzony sam na siebie – agresywna i niebezpieczna jazda skutkuje odebraniem punktów co poważnie utrudnia walkę o zieloną koszulkę, którą pewnie utrzymuje Biniam Girmay.

    W ramach “cycling trivia” muszę oczywiście wspomnieć jeszcze o okularach Scicon Groenewegena, które tym razem miał na nosie podczas finiszu. Aerodynamiczna osłona budzi kontrowersje, głównie estetyczne, jest elementem dyskusji i bohaterem memów. Tyle tylko, że Oakley oferuje podobne rozwiązanie w swoim modelu Kato od kilku lat. Druga “aero obserwacja” dotyczy miejsca, w którym zawodnicy przewożą radio: podczas rozegranych finiszy 2:1 prowadzą kolarze, którzy radio mają umieszczone pod koszulką z przodu (Cavendish i Groenewegen), z tyłu miał Girmay i ma Philipsen. Nie, żeby było to decydujące dla porażek Philipsena a tym bardziej dla jego rozpychania się na finiszach, ale kto wie ;)

    A co dzisiaj?

    Dzisiaj jeden z kluczowych dni dla klasyfikacji generalnej. 25,3km jazda indywidualna na czas. Nie za długa, za to w niełatwym terenie. Choć profil wygląda na płaski, prowadzące przez winnice drogi zawierają w sobie podjazd, którego pierwszy kilometr ma 7%, następnie się wypłaszcza by ostatnie 500m znów zmienić na 6% stromizny. Do tego zjazdy są kręte i dopiero ostatnie 6km prowadzi po płaskiej, szerokiej szosie do mety. 

    Kluczowy będzie więc odpowiedni pacing i technika jazdy.

    Choć w stawce mamy Bissegera, Kunga czy Thomasa, realnie najlepszymi czasowcami, szczególnie w takim terenie są Evenepoel, Pogacar i Roglic. W podobnych próbach dobrze radzi sobie również Ayuso, nie wolno też zapominać o kolarzach Vismy. W normalnych okolicznościach faworytem były van Aert, a Vingegaard zdemolował rywali rok temu podczas górzystej jazdy indywidualnej. W tym roku Vingegaard twierdzi, że nie mieli czasu zrobić wcześniejszego zapoznania z trasą, które miało być kluczowe dla jego sukcesu w zeszłym sezonie. Trochę nie chce mi się w to wierzyć, ale być może z powodu kontuzji przygotowania do Touru faktycznie były zaburzone aż tak bardzo.
    Pierwszy na trasę o 13.05 wyruszy Mark Cavendish, o 14.02 pojedzie Bisseger i jego rezultat niespełna pół godziny później będzie punktem odniesienia dla czołówki klasyfikacji generalnej.

    Pierwsza piętnastka rusza na trasę (stary co dwie minuty) o 16.35, Roglic o 16.52, Ayuso o 16.54, Vingegaard o 16.56, Evenepoel o 16.58 i Pogacar równo o 17.00.

    Poza rywalizacją sportową, która powinna dać nam realną odpowiedź na temat dyspozycji zawodników warto również zwracać uwagę na sprzęt. Jazda na czas to nieustający wyścig zbrojeń technologicznych i innowacji, które potrafią być równie fascynujące co jazda kolarzy.

    Etap 5, 03.07: Saint-Jean-De-Mauirenne – Saint Vulbas, 177,4km

    Jeśli nie żyjecie pod kamieniem, to już wszystko wiecie od kilkunastu godzin. Mark Cavendish jest indywidualnym rekordzistą pod względem zwycięstw etapowych w Tour de France. Podróż rozpoczętą w w 2008r zakończył wczoraj, ustawiając poprzeczkę na liczbie 35. Drugi w kolejności jest Eddy Merckx, którego Cavendish doścignął w 2021r i przez ostatnie trzy lata był remis. 

    Historia Cavendisha jest inspirująca i emocjonalna. Pełna wzlotów i upadków, zarówno dosłownych jak i metaforycznych. Rekord zapewne by nie poruszał tak wielu fanów, gdyby nie dwa fakty: po pierwsze pobicie jakiegokolwiek osiągnięcia kolarza wszech czasów, czyli Merckxa samo w sobie jest wyjątkowe. A po drugie, Cavendish osobiście poruszał serca fanów. To nie jest bowiem zawodnik, który jest tylko wybitnym atletą, lecz złożona osobowość, człowiek, który wnosi do kolarstwa swoje emocje, wypowiedzi, postawę życiową. Zapewne dlatego tak wielu widzów trzymało kciuki za jego misję, która wielokrotnie wydawała się niemożliwa do ukończenia. 

    W tej chwili nie ma znaczenia, że po rekord sięgnął w barwach drużyny Astana, finansowanej przez kazachskie spółki zarządzane przez tamtejszych oligarchów szemaranej proweniencji. Nie ma też znaczenia, że wyściskał go szef zespołu, Alexander Vinokourow, który jest w kolarstwie mimo kariery zawodniczej naznaczonej dopingiem i korupcją.

    Znaczenie ma za to, że sukces Cavendisha jest wypadkową niezmiernej determinacji. Zawodnik faktycznie był w stanie po raz kolejny wypracować wybitną dyspozycję: w sprincie wyraźnie pokonał większość najlepszych (i zdecydowanie młodszych od siebie) specjalistów. Zgromadził wokół siebie niezawodną ekipę. Jesienią 2023 powrócił do współpracy z Vasilisem Anastopoulosem, greckim trenerem z którym osiągał sukcesy w końcowej fazie swojej kariery. Jako dyrektor sportowy przed tym sezonem dołączył Mark Renshaw, który przez sporą część kariery był głównym rozprowadzającym Cavendisha. Na, zapewne swój ostatni sezon, do teamu Cava dołączył też Michael Morkov, który przejął po Renshawie rolę kolarza, który dowozi swojego sprintera do ostatnich metrów, by ten tylko wykończył akcję całej drużyny. Dopieszczono sprzęt: od kół, przez opony po kilka wersji kombinezonów, aerodynamiczne bidony, skarpety za 1000 euro czy nakładki przysłaniające pokrętła w butach (choć po zwycięstwo sięgnął bez nich).

    Ale najważniejsza w tym wszystkim była chyba motywacja. Widać ją było na wczorajszym etapie. Ekipa Astany pracowała w kluczowych momentach etapu, przeprowadzając Cavendisha bez przeszkód przez najbardziej nerwowe chwile na trasie.

    • Tu mała przerwa: wczoraj widzieliśmy jak cienka jest granica między zwycięstwem a porażką w wielkim tourze. Tadej Pogacar, który na tym wyścigu podejmuje swoją próbę zapisania się w historii kolarstwa, był centymetry od poważnego wypadku. Cudem uchronił się od kraksy podczas omijania wysepki (w ramach pewnej klamry, podobny wypadek niemal zakończył karierę Cavendisha podczas Mediolan-San Remo 2018) –


    Ballerini i Morkow doprowadzili go do ostatniego kilometra, ale wówczas sprint zrobił się super chaotyczny, intensywny i niebezpieczny. Na zwężającej się i prowadzonej po łukach szosie było pełno przepychanek i walki o pozycję. Cavendish przesiadał się z koła na koło szukając najlepszego rozwiązania a finisz rozpoczął dość wcześnie. Sam również wyraźnie zmieniał linię sprintu, jednak realnie nie zajeżdżając nikomu drogi – w jego cieniu aerodynamicznym była pustka, tak wyraźnie odjeżdżał rywalom. Philipsen był bezradny, Pedersen upadł a Kristoff i de Lie choć chwilę wcześniej ich drużyny robiły wszystko by zapewnić im sukces nie mieli podejścia do Brytyjczyka. 

    Historia sportu stała się faktem a my mogliśmy w niej na żywo uczestniczyć. 

    Tu mam małą uwagę natury osobistej. Z uwagą śledziłem też bicie rekordu zwycięstw Alfredo Bindy na Giro d’Italia przez Mario Cipolliniego. I naszła mnie refleksja, że to przecież było w 2003r i że strasznie dużo czasu poświęciłem w życiu na śledzenie i pisanie o kolarstwie.

    A co dzisiaj? Poza oczywiście tym, że Jasper Philipsen i ekipa Alpecin-Deceuninck są pod coraz większą presją? Dziś znów płasko, całkiem płasko, przez co wydawałoby się, że łatwo. Co więcej, dość krótko, z Macon do Dijon wytyczono trasę liczącą 163,5km. Finisz również wydaje się w porządku (choć wczoraj dałem się nabrać, miało być szeroko i dość prosto a wcale tak nie było).

    Natomiast w prognozach na cały dzień jest boczny wiatr wiejący 25-35km/h, w związku z tym od kilku godzin twitter szaleje w oczekiwaniu na ranty. Realnie nawet, jeśli żadna z drużyn walczących w klasyfikacji generalnej nie spróbuje wykorzystać tych warunków na swoją korzyść, rywalizacja drużyn sprinterów może podzielić peleton. Zatem zalecana jest stała czujność. 

    Dotyczy to również kibiców. Gdyby nie wiatr, powiedziałbym, że można spokojnie włączać transmisję około 17.00 (finisz zaplanowano około 17.30), natomiast w tej sytuacji polecam śledzić sociale, czy nie dzieje się coś niestandardowego.

    Warto też rzucić okiem na rywalizację na premii lotnej na 30km, czyli około 14.30.

    Etap 4, 02.07: Pinerolo-Valloire 139,6km

    Tadej Pogacar po pierwszym dniu w wysokich górach odsiał ziarna od plew. Nad dziesiątym w klasyfikacji Eganem Bernalem ma już 3’21” przewagi, realnie w grze o czołowe lokaty na podstawie jazdy na podjeździe San Luca w Bolonii oraz na Galibier jest ośmiu kolarzy, z czego dwóch to pomocnicy Pogacara.

    Drużyna UAE pokazała przewagę liczebną oraz siłę, natomiast to nie oznacza, że wyścig jest rozstrzygnięty. I to nie tylko dlatego, że jesteśmy dopiero na samym początku trzytygodniowej rywalizacji.

    Wczorajszy etap, zgodnie z przewidywaniami był bardzo intensywny. Pierwsze kilometry przebiegały pod dyktando sprinterów rywalizujących o punkty na premii lotnej. Ekipa Lidl Trek i Mads Pedersen osobiście robili wszystko, by zdobyć przewagę nad rywalami: Girmayem i Philipsenem. Udało im się to, ale w mniejszym wymiarze niż się pewnie spodziewali. Philipsen nie stracił dużo: był czwarty, przed nim punktowali tylko Coquard, Girmay i właśnie Pedersen. Ponieważ pilnował ich również Abrahamsen, udało mu się wciąż utrzymać prowadzenie w klasyfikacji punktowej a zaliczka z wcześniejszych dni wystarczyła, by nadal być również liderem klasyfikacji górskiej.

    W rywalizacji o koszulkę w grochy zaczęli angażować się jednak Warren Barguil i Stephen Williams (odpowiednio DSM i Israel), więc długoterminowo może być ciekawie.

    Wszystkich nas interesowało jednak, co wydarzy się na Galibier. Wiał niesprzyjający wiatr, szczególnie w dolnych partiach podjazdu prowadzącego przez Lautaret. Pomocnicy Pogacara robili jednak dobrą robotę: Politt, Soler i Wellens nadawali mocne tempo, stopniowo redukując peleton. 

    Na właściwej, 6km i bardziej stromej części Galibier tempo jeszcze wzmocnił Adam Yates, zostawiając w grze tylko najważniejszych pretendentów. Straty notowali Carapaz i Bardet, odpadli Vlasow i Pidock a gdy Yatesa zmienił Almeida, w opałach znalazł się Roglic, choć zdołał dołączyć do momentu ataku Pogacara.

    Zanim ten jednak nastąpił, Almeyda musiał ponaglać Ayuso by ten bardziej angażował się w pracę dla lidera drużyny UAE. Zobaczymy, czy uda się opanować konflikt ego w drużynie złożonej z zawodników, którzy sami mogliby walczyć o podium klasyfikacji generalnej.

    Pogacar przyspieszył na niespełna kilometr przed szczytem Galibier, zrywając z koła wszystkich rywali, natomiast, i teraz przechodzimy nie do opisu a do analizy, realnie rzecz ujmując nieznacznie.

    Zarówno Pogacar jak i Vingegaard przed wypadkiem w Kraju Basków ewidentnie testowali trwające wysokich kilka minut przyspieszenia, zarówno podczas Giro jak i krótszych etapówek. Wiatr i charakterystyka wczorajszego etapu sprawiły, że przyspieszenie Pogacara trwało dwie minuty. W tym czasie zdobył 8 sekund nad Vingegaardem, 14 nad Evenepoelem i 37 nad Carlosem Rodriguezem, Roglicem, Landą oraz kontrolującymi sytuację Almeidą i Ayuso.

    Na szczycie Galibier oraz na mecie, którą minął jako pierwszy, Pogacar zgromadził 18” bonifikat, Evenepoel 8”, Vingegaard 5” a Ayuso 5”. Na zjazdach z Galibier Pogacar dołożył rywalom 27”, z czego większość na mniej technicznej części wymagającej pedałowania.

    Póki co jest więc fizycznie najmocniejszy, natomiast nie jest to dominacja. Tym bardziej, że cała akcja: od ataku do mety trwała około 20 minut. Wszystko wyglądało jednak z perspektywy Pogacara znakomicie: dobrze zaplanowane i perfekcyjnie wykonane. Vingegaard niewątpliwie zaskoczył po raz kolejny tym, że po kontuzji i przerwanych w kwietniu przygotowaniach był w stanie zaprezentować tak wysokiej klasy performance. Również postawa Remco Evenepoela jest dobra i dla niego i dla wyścigu. Wytrzymał nie tylko wysokie tempo podjazdu, ale też fakt, że rozgrywany był on na dużej wysokości, co miało być słabością Belga.

    Musimy jednak pamiętać, że wyścig jest długi, testów pod górę będzie więcej i będą one dłuższe, na etapach o większym łącznym przewyższeniu i przy większej kumulacji zmęczenia. Zatem nie możemy z gry wykluczać nikogo z czołówki, nawet jeśli na Galibier np. Roglic nie błyszczał.

    Tym bardziej, że tempo na Galibier było straszne: Pogacar pobił rekord podjazdu prowadzonego od tej strony o 1’40” (wcześniejszy należał do Nairo Quintany z 2019r). Natomiast zrobił to nie tylko on: od rezultatu Kolumbijczyka szybsi byli Vingegaard, Evenepoel, Rodriguez, Roglic, Landa, Ayuso i Almeida. Na właściwym podjeździe od Lautaret do Galibier (20’43”) Pogacar uzyskał VAM 1618m/h co przekłada się na estymowaną moc 6,2W/kg. Istotna jest tu wysokość n.p.m. (średnio 2300m), ale też i drafting: Pogacar jechał solo tylko przez kilometr, wcześniej tempo nadawali jego pomocnicy. A to ważne, ponieważ mówimy. o średniej prędkości 25km/h. Więc wbrew bzdurom, które możecie usłyszeć tu i ówdzie, zarówno drafting jak i aerodynamika mają przy tej prędkości znaczenie.

    “Tłumacząc” rekordowy czas Pogacara musimy jeszcze uwzględnić, że etap był krótki, nie miał ciężkich podjazdów wcześniej i był to zaledwie czwarty dzień wyścigu. Poprzedni rekord Quintana osiągnął po solowym, trwającym 7km ataku, na osiemnastym, etapie, po wcześniejszym pokonaniu dwóch ciężkich przełęczy: Vars i Izoard.

    W kwestii kumulacji zmęczenia należy zadać pytanie “a co dziś”. Otóż dziś i jutro wirtualne dni odpoczynku, choć na Tourze o takie realnie jest trudno. Dwa płaskie etapy, na których znów będziemy śledzić rozgrywki o zwycięstwo na mecie i rywalizację o punkty w walce o zieloną koszulkę.

    W trudnej sytuacji jest Philipsen, z każdym dniem będzie też rosła presja nakładana przez wszechświat na Cavendisha.

    Do pokonania jest 177,5km, niewielka górka 35km przed finiszem nie powinna sprawić problemów nawet cięższym sprinterom.

    54km przed metą będzie premia lotna. Czołówka powinna tam być około godz. 16.15. Pytanie brzmi, czy w tej części etapu z przodu już lub jeszcze będzie ucieczka. A jeśli nie, to która drużyna sprinterów będzie kontrolowała sytuację w największym stopniu. Finisz w miejscowości Saint Vulbas zaplanowany jest na ok. 17.30. 3km przed metą jest zakręt w prawo, 500m dalej kolejny, 1,5km przed kreską rondo a kilometr dalej niewielki łuk, ale teoretycznie droga jest szeroka, więc powinno być w miarę bezpiecznie.

    PS trivia fact. Na zjazdach z Galibier Evenepoel wykręcił 106km/h natomiast Frank van den Broek prawdopodobnie dobił do 109km/h.

    Etap 3, 01.07: Plaisance-Turyn, 230,8km

    Pierwszy etap sprinterski tegorocznego Touru był długi i niespieszny, jednak wydarzyło się na nim kilka spraw wartych odnotowania (poza wynikami i ich kontekstem, ale o tym niżej).

    Po pierwsze: nos dnia, czyli okulary Dylana Groenewegena z aerodynamiczną osłoną nosa. Scicon zrobił sobie większe zasięgi tym prostym kawałkiem plastiku niż wszystkimi zwycięstwami Pogacara (Słoweniec również korzysta z okularów tej marki, oczywiście przesadzam, ale faktycznie to był viral dnia). Koniec końców Groenewegen zmienił okulary przed finiszem (w wypowiedzi dla Cyclingnews mówi, że w obawie przed UCI) i tematu było na tyle, ale szum w socialach pozostał.

    Po drugie kraksy i defekty w końcówce: Casper Pedersen upadł na ostatnich kilometrach łamiąc obojczyk, ekipa Soudal QuickStep jest więc słabsza o jednego zawodnika. Mathieu van der Poel miał z kolei defekt na tyle późno, że nie dogonił rozpędzonego peletonu i nie mógł rozprowadzić Jaspera Philipsena. Ten z kolei zajmując złą pozycję w grupie został zatrzymany przez kraksę spowodowaną przez kolarzy Cofidisu.

    Cavendish nie leżał, ale (również przez złą pozycję) nie miał możliwości włączenia się do sprintu. A zmieniał koła na kilkadziesiąt kilometrów przed metą na szybsze, więc miał ochotę wziąć udział w walce o zwycięstwo.

    Brak punktów na mecie komplikuje sytuację Pilipsena w walce o zieloną koszulkę a Cavendishowi zostaje jedna szansa mniej by powalczyć o rekord zwycięstw etapowych. Zatem zegar tyka i z dnia na dzień presja na obu zawodnikach będzie większa.

    Sam finisz też był interesujący, ciasny, wyrównany z nieco zbyt wczesnym rozpoczęcie przez kolarzy Treka i Madsa Pederesena. Równocześnie kolarze Intermarché-Wanty bardziej rozprowadzali Gerbena Thijsena niż Biniama Girmaya, ale to Erytrejczyk znalazł sobie drogę do zwycięstwa, pisząc kolejny mały kawałek historii kolarstwa.

    To pierwsza wygrana etapowa w Tour de France zespołu Intermarché-Wanty, którego historia sięga małego klubu założonego w latach ’70 XXw. Równocześnie Girmay jest pierwszym Erytrejczykiem wygrywającym na odcinku Wielkiej Pętli. Po Gandawa-Wevelgem i etapie Giro d’Italia do kolejny bardzo prestiżowy sukces, który zwraca nasze oczy w stronę tego kraju. Erytrea to jedno z najbiedniejszych państw świata, Girmay jest wychowankiem programu UCI stworzonego w World Cycling Center w Aigle. Kolarstwo w Erytrei jest niezmiernie popularne i daje szansę na awans społeczny. A równocześnie, choć to państwo dzięki zachodnim i arabskim inwestycjom zaczyna się rozwijać, należy wciąż pamiętać, że realnie panuje tam ustrój totalitarny i nie są przestrzegane prawa człowieka. Zatem przy całym wzruszeniu i nadziei związanymi ze sportowymi aspektami sukcesu Girmaya, jak często mamy do czynienia z dość poważną ambiwalencją.

    Drugi kawałek historii kolarstwa to przejęcie koszulki lidera przez Richarda Carapaza. To pierwsza “maillot jaune” dla Ekwadoru, wielki sukces ekipy EF – Easy Post. Carapaz wykorzystał okazję: jako dobry kolarz klasyczny zdecydował się zająć pozycję wśród sprinterów, podjął ryzyko i dzięki 14. pozycji na mecie ma lepszy bilans miejsc niż Pogacar, Evenepoel i Vingegaard, dzięki czemu objął prowadzenie w klasyfikacji generalnej.

    Tu warto przypomnieć, że jeszcze w 2021r był jedynym kolarzem, który na pirenejskich etapach utrzymywał tempo Pogacara i Vingegaarda. I nawet jeśli później trapił go pech i kontuzje, wciąż ma potencjał na bardzo dobre wyniki w ważnych wyścigach. Zwłaszcza, że to on i Evenepoel byli w stanie dogonić Słoweńca i Duńczyka na zjazdach do Bolonii.

    Jeszcze jedna sprawa (uff.. niby to sprinterski etap a zobaczcie ile można o nim pisać!) warta zauważenia to spokój Evenepoela. Mogę się założyć, że jeszcze rok temu próbowałby walczyć o miejsce na finiszu i koszulkę lidera, tymczasem wczoraj spokojnie wjechał na metę obok Pogacara.

    A co dziś? No więc dziś pierwszy test w wysokich górach. Przejazd z Włoch do Francji przez Sestrieres i przełęcz Montgenevre by następnie z Briancon wspiąć się na  ̶n̶a̶j̶w̶y̶ż̶s̶z̶y̶ ̶p̶u̶n̶k̶t̶ ̶t̶e̶g̶o̶r̶o̶c̶z̶n̶e̶g̶o̶ ̶w̶y̶ś̶c̶i̶g̶u̶ Premię Henriego Desgrange’a, czyli Galibier. Meta po zjeździe z ponad 2600m w Valoirre, natomiast w samym mieście ostatni kilometr jest lekko pod górę i z kilkoma zakrętami. W sumie 140km, za to 3600m w pionie. Więc konkret.

    Na etapie z Galibier podjeżdzanym z tej samej strony, w 2019r na 3km przed szczytem zaatakował Egan Bernal zdobywając przewagę wystarczającą, by utrzymać ją do mety w Valoirre. To była późniejsza faza wyścigu i dłuższy oraz cięższy etap, jednak mając to w pamięci można traktować Galibier jako rodzaj wirtualnej mety na wzniesieniu (zwłaszcza, że zjazdy są wymagające i szybkie).

    W kontekście całego dnia warto też wspomnieć, że na zaledwie 19km po starcie jest lotna premia, można się więc spodziewać, że drużyny sprinterów rozkręcą tempo zaraz po tym, gdy dyrektor wyścigu machnie chorągiewką.

    Transmisja jak zawsze całego etapu w eurosporcie, start ostry o 13.15 i polecam wtedy włączyć się na pół godziny by zobaczyć walkę na premii i rywalizację o zabranie się do ucieczki dnia. A następnie powrócić u podnóża Galibier, chwilę za Briancon, powiedzmy o 15.30. Finisz zaplanowano ok. 17.15.

    PS. w sumie 10 minut pracy więcej i to mógłby być artykuł na stronę, ale bądźmy uczciwi, nikt już artykułów nie czyta.

    Etap 2, 30.06: Cesenatico-Bolonia, 199,2,km

    Kolejny francuski bohater – Kevin Vauquelin z grupy Arkea B&B Hotels daje radość swoim rodakom a przede wszystkim zespołowi. Dla ekipy takiej jak Arkea B&B wygrana etapu Tour de France to jeden z głównych celów sezonu.  I fakt, że został on zrealizowany już w drugim dniu wyścigu powoduje, że zespół może spać spokojnie.

    Natomiast z całym szacunkiem dla Vaquelina, jego odwagi, determinacji i dyspozycji, oczy całego kolarskiego świata były skierowane na to, co działo się za jego plecami. Zgodnie z przewidywaniami podjazd do Bazyliki San Luca w Bolonii dostarczył wielu emocji. A raczej nie sam podjazd, bo to jakby na to nie patrzeć element przyrody nieożywionej a to, co zrobili na nim kolarze. A także kibice, bo należy podkreślić tłumy fanów zgromadzonych przy trasie.

    Ekipa Vismy najpierw kontrolowała tempo, podczas pierwszego przejazdu przez to wzniesienie jadąc tempem ucieczki. Na drugim, decydującym podjeździe do pracy wziął się Adam Yates dając “zmianę śmierci” pokazując, że trzyma bardzo wysoką formę z Tour de Suisse. Szybko dokonał selekcji, odczepiając Bardeta i zostawiając z tyłu grupy Roglica.

    Ten, gdy do ataku przeszedł Pogacar odpalając atomowe przyspieszenie nie zdążył zareagować i zaczął notować stratę, podobnie jak kolarze Indosu czy wspomniany Bardet. Za Pogacarem był w stanie pognać jedynie Jonas Vingegaard co, trzeba przyznać jest pewnym zaskoczeniem, biorąc pod uwagę obrażenia, jakich doznał na wiosnę. Nie wiemy, na ile sił starczy mu w wyższych górach lub w dalszej części wyścigu, ale fakt, że był w stanie razem z Pogacarem pobić rekord podjazdu do Bazyliki San Luca jest imponujący. Co ważne, dla zobrazowania poziomu performance’u, rekord został pobity o 10 sekund: poprzedni rezultat: 5’39” należał do Roglica i został ustanowiony podczas krótkiej czasówki otwierającej Giro d’Italia 2019. A podjazd ten jest jeżdżony co roku podczas Giro dell’Emilia (m.in. w 2022r Enric Mas pokonał tam Pogacara).

    Pogacar testował Vingegaarda na każdym nastromieniu, ale także na wyjściu z zakrętu podczas zjazdu. Realnie w tej chwili jest mocniejszy, natomiast Vingegaard był w stanie trzymać mu koło. Co również istotne, Remco Evenepoel i Richard Carapaz byli w stanie dojechać do dwójki faworytów, co jakby na to nie patrzeć jest kolejnym zaskoczeniem tego dnia.

    W związku z 21” stratą koszulkę lidera traci Bardet, przejmuje ją Pogacar dzięki lepszemu bilansowi miejsc na metach dwóch pierwszych etapów. Czas klasyfikacji generalnej ma jednak równy z Vingegaardem, Carapazem i Evenepoelem, który obejmuje prowadzenie w klasyfikacji młodzieżowej.

    Tak czy inaczej zrobiło się ciekawie, dla Roglica, a także Rodrigueza, Masa (jak również Bernala, Galla, Jorgensona czy Pidcocka – ten puszczał koło nieco wcześniej – którzy przyjechali w tej, spóźnionej o 21” grupie) nie jest to jeszcze koniec świata, ale poważne ostrzeżenie i ustawienie w hierarchii faworytów.

    A co dziś? Dziś etap dla sprinterów do Turynu. Bardzo długi, 230km a ze względu na katusze, jakie na podjazdach w ostatnich dwóch dniach przeżywali i Jakobsen i Caevndish, należy patrzeć zdecydowanie bardziej w stronę rywalizacji Philipsena z Groenewegenem niż dywagacji na temat bicia rekordu Merckxa przez Cavendisha.

    Trasa jest płaska, ostatnie 50km prowadzi lekko w dół i po płaskim. Końcówka również jest płaska, natomiast na 900 i 700m przed kreską czekają dwa zakręty po 90 stopni w lewo (a miedzy nimi lekki łuk w lewo). W związku z tym właściwa pozycja w grupie będzie kluczowa dla powodzenia na finiszu. A co za tym idzie będzie nerwowo i należy uważać na kraksy!

    Biorąc pod uwagę, że w generalce między zawodnikami z top4 liczy się w tej chwili najniższa suma miejsc, ktoś (Evenepoel? Carapaz?) może będzie chciał się znaleźć wśród sprinterów i przejąć żółtą koszulkę choćby na dzień.

    Finisz zaplanowano ok. 17.15, włączyć się można ok. 30km przed metą, czyli ok. 16.30, natomiast myślę, że warto rzucić okiem również na rywalizację na premii lotnej. Ta jest na 94km, około godziny 13.45. Transmisja w Eurosporcie od 11 do 17.45. Dostępna też w Playerze i Maxie.

    Etap 1, 29.06: Florencja-Rimini, 206km.

    Lubicie piękne historie? No to proszę – już pierwszego dnia Touru mamy pierwszą. Romain Bardet, który zapowiedział zakończenie kariery szosowej w przyszłym roku w czerwcu (po Criterium du Dauphine) po pięknej akcji z kolegą z drużyny wygrywa inauguracyjny etap TdF i zostaje liderem wyścigu. Znakomity zawodnik, który przez lata był “Wielką Nadzieją Francuzów”, który w swoim szczycie (2016-17) jako jeden z nielicznych rzucał w Tourze wyzwanie teamowi Sky (kończył Tour na drugim i trzecim miejscu) i który równocześnie często zmagał się z przeciwnościami losu: chorobami lub kontuzjami.

    W tym roku bezskutecznie próbował skompletować zwycięstwa etapowe w wielkich tourach, podczas Giro d’Italia zabierając się w ucieczki na górskich etapach. Najwyżej był jednak drugi. Czy to oznacza, że był w złej formie? Cóż, wyglądał dobrze (zwłaszcza, że chwilę wcześniej był drugi w Liege-Bastogne-Liege), ale wyścig za każdym razem układał się na jego niekorzyść.

    Tym razem (a o jego potencjale trochę zapomnieliśmy, bo Bardet potrafi nie tylko dobrze spisywać się w etapówkach, ale też w górzystych klasykach – był wicemistrzem świata w Innsbrucku, wielokrotnie plasował się w czołówce LBL oraz Lombardii) trafił na TEN DZIEŃ.

    W ucieczce dnia, która potrzebowała nieco czasu aby się uformować znajdował się jego kolega z drużyny, Frank Van den Broek. Nie angażował się jednak za bardzo w walkę o punkty w klasyfikacji górskiej – te dzielili między sobą Abrahamsen i Ion Izagirre (na koniec dnia to on ubrał na podium koszulkę w grochy).

    Na jednym z podjazdów w drugiej części etapu, 50km przed metą, Bardet mocnym przyspieszeniem (VAM 1900m/h, prawie 7w/kg przez 6’) odskoczył od peletonu i zaczął niwelować przewagę ucieczki, która w tym momencie wynosiła nieco ponad minutę.

    Dość szybko dwaj kolarze DSM zgubili Madouasa, który pozostawał jeszcze na czele, van den Broek dawał super mocne zmiany i mimo organizującej się w peletonie pogoni zdołali obronić się i razem minąć linię mety. Był suspens, była praca zespołowa, było wiele wzruszenia. Bardet w żółtej koszulce i z wygraną etapową, van den Broek z zieloną (dzięki punktom z premii lotnej) i prowadzeniem w klasyfikacji młodzieżowej. Kto by się tego spodziewał?

    Tymczasem z tyłu o zmieszczenie się w limicie czasu walczył Mark Cavendish. Ewidentnie źle dysponowany, zmożony upałem do tego stopnia, że wymiotował w czasie jazdy ostatecznie zmieścił się w limicie z zapasem a realnie miał mniejsze problemy na podjazdach niż Fabio Jakobsen.

    Z kolei z peletonu najlepiej finiszował Wout van Aert, jak na zawodnika, który uważa, że po wiosennej kontuzji jest w najgorszej formie od lat to całkiem nieźle i wygląda na to, że o jego dzisiejszej porażce (wszak uciekł mu etap) zadecydowało niezdecydowanie peletonu co do momentu rozpoczęcia pogoni. Wiele wskazuje też na to, że ekipa Vismy będzie jechała w tym wyścigu po zwycięstwa etapowe – do pracy na rzecz WvA zaprzągnięto i Jorgensona i Vingegaarda, choć warte podkreślenia jest, że ten drugi przyjechał w czołowej, około 40-osobowej grupie. W przeciwieństwie do np. Lenny’ego Martineza i Davida Gaudu.

    A co dziś? Dziś powtórka z upalnego ścigania na włoskich szosach. Upał będzie zresztą tematem, który powtarza się każdego dnia, przegrzanie organizmu i utrata masy ciała będą wpływały na osłabienie (choć niektórzy zawodnicy zużywali wczoraj po kilkadziesiąt bidonów!) i szybszą akumulację zmęczenia. Etap do Bolonii z dwukrotnym przejazdem przez podjazd do Bazyliki San Luca (2km, 10,5%) w końcówce anonsowany był jako jeden z tych ważnych dla klasyfikacji generalnej – to wymagający podjazd, na którym rozgrywa się jesienny klasyk Giro dell’Emilia.

    Etap ma niespełna 200km, górki zaczynają się w jego drugiej części, tak jak wczoraj warto oglądać od ok 60km przed finiszem, czyli od około 15.45. Finisz prawdopodobnie około 17.10. Transmisja w Eurosporcie, Playerze i Maxie.

    Zapowiedź wyścigu, 29.06

    Zaczynamy Tour de France! I OMG, ależ ta prezentacja była przepiękna! Prezentacja drużyn z zabytkową Florencją w tle to wydarzenie sportowo-kulturalne samo w sobie (a także nieco egzotyki w postaci mini festiwalu piosenki włoskiej).

    Ale do rzeczy. Pierwszy etap Wielkiej Pętli 2024 zapowiada się spektakularnie i przywodzi na myśl zeszłoroczne otwarcie w Bilbao. A rok temu już właśnie pierwszego dnia było konkretne ściganie zakończone skuteczną akcją braci Yates.

    Tym razem kolarze mają do pokonania 206km, sześć premii górskich i kilka dodatkowych, niepunktowanych podjazdów. Co więcej, wzniesienia między Florencją a Rimini są dość konkretne: mają od 2 do 10km i stromizny od 5 do prawie ośmiu procent. Teoretycznie z ostatniego szczytu będzie jeszcze 27km, zatem można się spodziewać finiszu z wyselekcjonowanej grupy: faworytów generalki oraz klasykowców.

    Motywem powracającym w takie dni jak dziś są kraksy. I pewnie nie uda się ich uniknąć, ale miejmy nadzieję, że obędzie się bez większych strat: wszyscy chcielibyśmy, by Tour de France rozstrzygną się w bezpośredniej walce a nie przez pecha/szczęście.

    Harmonogram wygląda następująco: start o 12, pierwsza premia lotna około godziny 14.50, szczyt ostatniej premii górskiej około 17.10 i finisz w Rimini około 17.50.

    Jeśli macie czas, warto się włączyć około 70km przed metą, czyli około 16.25. Bo będą tłumy kibiców, kolejne górki, przemotywowany peleton, zatem „będzie się działo”.

    Zdjęcie na okładce: Prezentacja drużyn TdF 2024 we Florencji. Fot. Materiały Prasowe ASO.

  • Tour de France: Unchained. (W sercu peletonu).

    Tour de France: Unchained. (W sercu peletonu).

    Zapowiadany jako jedno z ważniejszych wydarzeń medialno-marketingowych dla wyczynowego kolarstwa serial Netflixa robi dobrą robotę dla sportu rowerowego, ale pozostaje typowym produktem streamingowego giganta. 

    Zwiastun „Tour de France: Unchained” (polski tytuł: W sercu peletonu”)

    Ośmioodcinkowy serial hitowego “F1: Drive to survive” podąża za kilkoma drużynami i zawodnikami startującymi w “Wielkiej Pętli” 2022. Każdy epizod ma zbliżoną strukturę: opowiada historię jednego lub dwóch protagonistów: przez krótki zarys postaci, jakiś rodzaj wyzwania, z którym się mierzy i dążenie do wyznaczonego celu w czasie zeszłorocznego wyścigu. 

    Najwięcej czasu spędzamy z ekipami Jumbo – Visma, Alpecin – Fenix, Quick Step – Alpha Vinyl i Groupama FDJ oraz Ineos Grenadiers. Nieco mniej z Bora Hansgrohe, Ag2r Citroen oraz EF – Easy post, za to jej manager, Jonathan Vaughters jest jednym z głównych ekspertów serialu obok Davida Millara, Orli Chennaoui i Steve’a Chainel. 

    Co istotne, na współpracę z Netflixem nie zdecydowała się drużyna UAE Team Emirates.

    Ze względu na koncepcję serialu, nie podążamy linearnie za przebiegiem wyścigu, za to śledzimy losy wybranych przez producentów bohaterów. 

    Prawdopodobnie na potrzeby widowni spoza kolarskiego światka, każdej ekipie i zawodnikowi nadano zestaw łatwych do dopasowania i skojarzenia cech. EF to outsiderzy, Alpecin debiutanci, Ineos bogaci dominatorzy a Jumbo pretendenci do tytułu. Vingegaard jest niepewny siebie i rośnie na mistrza w trakcie touru, Philipsen to uroczy fajtłapa, który w końcu osiąga sukces, Thomas to weteran a Gaudu i jego szef Madiot szukający sposobu na zdobycie podium francuscy intelektualiści. Co ciekawe, rolę czarnego charakteru i naczelnego egoisty przypisano Van Aertowi. 

    To wszystko ma jakieś uzasadnienie narracyjne, jednak poczucie dopasowania realnych wydarzeń do wcześniej napisanego scenariusza jest nieco uwierające. 

    A szkoda, bo Tour de France 2022 był niemal jednogłośnie oceniany przez kibiców i ekspertów jako jeden z najlepszych w ostatnich latach. Producenci dostali do adaptacji wybitny materiał źródłowy, z którego wykroili typowy dla Netflixa, przeciętny produkt rozrywkowy. 

    Owszem, ogląda się to dobrze. Mamy sporo ujęć nagranych specjalnie na potrzeby serialu, zmontowanych z fragmentami relacji telewizyjnej oraz “onboardów”. Jest dynamicznie i emocjonująco. Czterdziestominutowy format sprawdza się znakomicie, zwłaszcza w porównaniu z wielogodzinnymi relacjami z Tour de France, w czasie których peleton, cóż, po prostu przemieszcza się na tle przyrody i architektury.

    Tymczasem w serialu dostajemy samo kolarskie “mięso”, bez dłużyzn i nudy. 

    Tyle tylko, że w takiej formie można przedstawić każdy wielki tour, bez względu na to, co na nim się wydarzyło. Jestem sobie w stanie wyobrazić produkcję na tym samym poziomie opisującą powszechnie uznawane za nudne (czy też, używając eufemizmu, “dla koneserów”) tegoroczne Giro:

    walkę Pinota o etap, ucieczki Dereka Gee, dosłowne i metaforyczne upadki oraz powroty Roglica, zdziesiątkowaną drużynę Quick Stepu radzącą sobie po wycofaniu Evenepoela, wielki come back Cavendisha oraz walkę peletonu z wrogimi żywiołami. I już, mamy kolejny sezon serialu. Taka prawda ekranu.

    Co więcej, przywiązanie do scenariusza i brak współpracy z UAE zaowocowały pominięciem ikonicznego momentu po upadku Pogacara w Pirenejach, gdy Vingegaard najpierw na niego poczekał, następnie panowie podali sobie ręce by przystąpić do kontynuowania morderczej rywalizacji. Nie ma też zbyt wiele o szarżach Pogacara w pierwszej części wyścigu. Choć bohaterami są kolarze EF, zabrakło miejsca dla jednego z bohaterów Touru, czyli Magnusa Corta Nielsena. Jak w każdym wielkim tourze, narracji jest bez liku i mam wrażenie, że producenci nie zareagowali właściwie na toczący się na żywo spektakl, podążając tylko za tymi, które zaplanowali sobie wcześniej. 

    W „TdF: Unchained” pokazano tylko poślizg Vingegaarda. Zabrakło upadku Pogacara, gestu fair play i ikonicznego uścisku rąk.


    Do tego, jak to na platformach streamingowych, dostajemy niechlujnie przygotowane napisy z licznymi błędami, nieścisłościami czy też niezręcznościami. Fanów kolarstwa rażą a mniej zorientowanych widzów mogą wprowadzać w konfuzję.

    Krótko mówiąc “Tour de France: Unchained” to fajna produkcja, którą można sobie puścić do obiadu. Dla fanów kolarstwa zdecydowanie ciekawszy będzie “Najmniej spodziewany dzień”, czyli dokument o ekipie Movistaru, dostępny na tej samej platformie. 

    Casualowych subskrybentów Netflixa serial o Wielkiej Pętli być może wprowadzi w świat zawodowego kolarstwa i zachęci do śledzenia tegorocznej edycji wyścigu. Sądząc jednak po tym, że recenzji poza mediami kolarskimi jest jak na lekarstwo a w Polsce serial nie wbił się do top 10 najpopularniejszych nowości, póki co nie odniósł sukcesu. 

    “Tour de France: Unchained” (“W sercu peletonu”)


    Netfix 2023

    8 odcinków po 40 minut

    Parę ciekawostek na koniec

    • Jonathan Vaughters kilka lat temu próbował pozyskać Netflixa jako sponsora dla swojego teamu. Nie udało mu się to, ale być może zasiał w ten sposób ziarno, które zaowocowało powstaniem “TDF Unchained”
    • Ekipa Jumbo – Visma, która dostała bardzo obszerną ekspozycję w serialu boryka się z problemami finansowymi. Sieć supermarketów Jumbo wkrótce kończy współpracę, jeden ze współmecenasów zalega z wypłatami. Czy zatem serial Netflixa pojawił się w odpowiednim momencie pomoże topowej ekipie pozyskać komercyjne wsparcie? 
    • Patrick Lefevere znany z kontrowersyjnych wypowiedzi przedstawiony jest jako opanowany i sympatyczny starszy pan
    • Zaprezentowanie Wouta van Aerta jako antagonisty serii spotkało się z niezrozumieniem samego zainteresowanego i sporej części środowiska kolarskiego
    • Na chwilę obecną produkcja drugiego sezonu wciąż nie jest potwierdzona
  • Top 12 zwycięstw Michała Kwiatkowskiego

    Top 12 zwycięstw Michała Kwiatkowskiego

    Michał Kwiatkowski to znakomity specjalista wyścigów klasycznych, oddany pomocnik zwycięzców Tour de France, niezastapiony w trudnych chwilach. Potrafi także wygrywać wymagające etapówki. Jego portfolio zawiera same cenne triumfy. Przeżyjmy to jeszcze raz i obejrzyjmy najważniejsze sukcesy „Kwiato”.

    Strade Bianche 2014

    „Kwiato” w koszulce mistrza Polski ogrywa Petera Sagana w końcówce zdobywającego prestiż wyścigu po toskańskich „Białych Drogach”. Obaj mieli wtedy zaledwie 24 lata. Tak nadchodziła zmiana warty wśród gwiazd wyścigów klasycznych.

    Mistrzostwa Świata 2014

    Po świetnej pracy całej drużyny i odważnym ataku na ostatnich kilometrach wyścigu Kwiatkowski pomknął do mety w Ponferradzie wykorzystując swoje umiejętności zjazdowe. Pokonani to Simon Gerrans i Alejandro Valverde.

    Amstel Gold Race 2015

    Rok w koszulce mistrza świata nie był łatwy dla Michała Kwiatkowskiego. Mimo to przygotował wysoką formę na ardeńskie klasyki. Podczas Amstel Gold Race wytrzymał popisowy atak Gilberta na Caubergu i skutecznie zafiniszował z niewielkiej grupy asów.

    E3 Harelbeke 2016

    Zmiana barw klubowych na Team Sky przyniosła nowe wyzwania. Choć zapowiadał walkę w etapówkach, Kwiatkowski najlepiej spisał się na brukach Flandrii. Po dwójkowej akcji z Peterem Saganem zachował więcej sił w końcówce i wygrał ze sporą przewagą nad Słowakiem w wyścigu E3 Harelbeke.

    Strade Bianche 2017

    Na początku sezonu 2017 Kwiatkowski wraca do najwyższej dyspozycji. W stylu znanym z mistrzostw świata atakuje na kilkanaście kilometrów przed metą i samotnie mija linię mety na słynnym Piazza del Campo w Sienie.

    Mediolan-Sanremo 2017

    Po ataku Petera Sagana na podjeździe Poggio, Kwiatkowski, Sagan i Julian Alaphilippe pomknęli w dół wprost do mety na Via Roma. W walce o zwycięstwo o „błysk szprychy” lepszy był Polak, dzięki czemu wygrał swój pierwszy w karierze kolarski „monument”.

    Clasica San Sebastian 2017

    Po aktywnej jeździe całej drużyny Sky Michał Kwiatkowski dał najpierw popis swoich umiejętności zjazdowych, goniąc trójkę uciekinierów: Tony’ego Gallopina, Bauke Mollemę oraz klubowego kolegę, Michela Landę. Gdy po mistrzowskim pościgu ich dopadł, finisz z pięcioosobowej grupy rozprowadzanej przez wspomnianego Landę rozegrał jak profesor, zapisując na swoje konto zwycięstwo w kolejnym, cennym klasyku.

    Tirreno-Adriatico 2018

    Dobra, drużynowa czasówka w wykonaniu Teamu Sky, aktywność na finiszach etapów płaskich i skuteczna jazda w górach, pomoc kolegom z drużyny a na koniec świetna czasówka indywidualna. „Kwiato” na trasie Tirreno-Adriatico było po postu pełno. Choć start jego ekipy w tym wyścigu znajdował się w cieniu uczestnictwa Chrisa Froome’a mającego niejasną sytuację związaną z pozytywnym wynikiem testu na salbutamol podczas Vuelty 2017, Kwiatkowski skutecznie odwrócił uwagę od swojego lidera i wygrał najważniejszą, tygodniową etapówkę, jaka kiedykolwiek padła łupem polskiego kolarza.

    Tour de Pologne 2018

    Po świetnie przejechanym Tour de France w służbie Gerainta Thomasa i Chrisa Froome’a Michał Kwiatkowski po kilku dniach oddechu przyjechał do Polski, gdzie w sprzyjającym sobie terenie pokazał prawdziwą klasę. Wygrał dwa etapy: z metą na stromym podjeździe w Szczyrku oraz na pagórkowatej rundzie w Bielsku a następnie obronił się przed szarżującym Simonem Yatesem podczas finału w Bukowinie Tatrzańskiej. Po raz kolejny w karierze „Kwiato” wykazał się nie tylko wszechstronnością, ale też odpornością psychiczną i dojrzałością taktyczną. Wygranie dwóch tygodniowych wyścigów World Touru w jednym sezonie to naprawdę spora rzecz, potwierdzająca ambicje naszego kolarza w kwestii rozwoju w stronę zawodnika etapowego.

    18. Etap Tour de France 2020

    Po wielu latach pracy i pomocy dla Froome’a, Thomasa i Bernala Michał Kwiatkowski wykorzystał swoją szansę na 18. etapie Tour de France 2020. Po wycofaniu się z wyścigu Egana Bernala kolejni zawodnicy Ineos Grenadiers szukali sposobu by zaznaczyć swoją obecność w wyścigu. W ucieczce dnia Kwiatkowski i Richard Carapaz byli najmocniejsi, zgubili pozostałych śmiałków i z Plateau des Glières, przez ok. 30km  jechali razem do mety. Carapaz wyszedł na prowadzenie w klasyfikacji górskiej a Polak wygrał upragniony etap Tour de France.

    Amstel Gold Race 2022

    Po pełnym problemów początku sezonu, przechorowanym covidzie, przerwanych lub odwołanych startach, Michał Kwiatkowski wrócił w wielkim stylu. O losach Amstel Gold Race kolejny rok z rzędu zadecydował fotofinisz z udziałem kolarza Ineos-Grenadiers. O ile jednak rok wcześniej Tom Pidcock przegrał z Woutem van Aertem, o tyle tym razem Kwiatkowski pokonał Benoit Cosnefroy. Dla Polaka to pierwsza wygrana od niemal dwóch lat i piękny powrót. Dla takich chwil warto śledzić wyczynowe kolarstwo.

    13. etap Tour de France 2023

    https://twitter.com/Eurosport_PL/status/1679878055433588740

    W dniu święta narodowego Francji Michał Kwiatkowski w imponującym stylu rozegrał finałowy podjazd Grand Colombier. Jechał nie tylko bardzo równo, ale też bardzo szybko, opierając się pogoni grupy liderów napędzanej przez kolarzy UAE Team Emirates. Atomowy finisz Tadeja Pogacara wydarzył się za późno – kilkadziesiąt sekund wcześniej „Kwiato” minął linię mety jako pierwszy notując jedno z najbardziej spektakularnych zwycięstw w swojej karierze.

    https://twitter.com/LeTour/status/1679871823427563521

    Obecnie lista zwycięstw Michała Kwiatkowskiego w oficjalnych wyścigach zawodowców prezentuje się następująco:

    Co jeszcze „Kwiato” dopisze do tego zestawu?

    ZOBACZ TAKŻE:

    Top Zwycięstw Katarzyny Niewiadomej

    Top Zwycięstw Rafała Majki

  • Kolarz roku

    Kolarz roku

    Wynik nie mógł być inny. Nagrodę “Velo d’Or” dla najlepszego kolarza roku zdobył Tadej Pogacar. Bo któż inny?

    Dwa monumenty: wiosenny Liege-Bastogne-Liege i jesienny Il Lombardia a do tego Tour de France. Właściwie to wystarczy by zapisać się na kartach historii kolarstwa. 

    Na tym tle nawet imponujące dokonania Wouta van Aerta: wygranie na jednej Wielkiej Pętli etapów prowadzących przez Mont Ventoux, Pola Elizejskie a do tego czasówki czy Primoza Roglica: najlepszego w jeździe indywidualnej na Igrzyskach Olimpijskich i dominującego w hiszpańskiej Vuelcie wydają się być zdecydowanie mniej doniosłe. 

    Embed from Getty Images

    Roglic i van Aert zajęli odpowiednio drugie i trzecie miejsce w prestiżowym plebiscycie Velo d’Or. Z kolei nagroda dla najlepszego Francuza, Velo d’Or francais, przypadła obrońcy tytułu mistrza świata, Julianowi Alaphilippowi, który w tęczowej koszulce zaliczył całkiem udany sezon

    Skupmy się jednak na samym Pogacarze. Bez względu na to, jak długo potrwa jego błyskotliwie rozpoczęta kariera: czy zdominuje światowe kolarstwo na rok, dwa a może znajdzie pogromcę już w nadchodzącym sezonie, byliśmy świadkami wydarzeń wyjątkowych. 

    Dwudziestotrzyletni Słoweniec w swoim trzecim sezonie w World Tourze zrobił następny krok naprzód, z roku na rok rozwijając się w imponujący sposób. 

    Wyrażają to zarówno wyniki, liczba i prestiż wygrywanych imprez, ale też styl, w jakim Pogacar sięga po swoje sukcesy. 

    Po zapowiadającym wielką karierę Tour de l’Avenir w 2018r, błyskotliwym debiucie w World Tourze (wygrana w Tour of California i 3. miejscu w Vuelta a Espana) w 2019, trzęsieniu ziemi na Tour de France 2020 obejrzeliśmy dominację od wiosny do jesieni 2021. 

    Embed from Getty Images

    Lider ekipy UAE Team Emirates potwierdził swój talent w niemal każdej kolarskiej specjalności: jeździe na czas, w górach, przez tydzień, przez trzy tygodnie, podczas klasyku i w sprincie z niewielkiej grupy. Co ważne, choć jego drużyna została przed sezonem 2021 wyraźnie wzmocniona a obecność choćby Rafała Majki w kluczowych momentach Tour de France z pewnością była cenna, Pogacar jest typem lidera, który częściej sam bierze sprawy w swoje ręce. 

    Jeździ ofensywnie, dobrze czyta sytuację na trasie i w peletonie a przy tym dysponuje taką przewagą fizyczną, że może wybierać sposób rozgrywania rywalizacji.

    Sezon taki jak 2021 w wykonaniu Pogacara dla wielu kolarzy był szczytem kariery. Choć przed Słoweńcem jest jeszcze wiele wyzwań, już teraz znajduje się w sytuacji, gdy na każdym, kolejnym wyścigu, będzie pod ścisłą obserwacją, zawsze jako faworyt, pod wielką presją. 

    W tym momencie wchodzę na bardzo grząski grunt. Choć Pogacar dokonał w sezonie 2021 rzeczy wielkich a w teorii, jakkolwiek trudno to sobie wyobrazić, wszystko co najlepsze dopiero przed nim, największe wyzwanie z którym będzie się mierzył to oczekiwania. 

    Już teraz zapowiedział, że nie wybiera się na Giro d’Italia 2022, choć z pewnością “dublet” Touru i Vuelty będzie tym, czego żądać będą od niego fani i dziennikarze. Z kolei trasa mistrzostw świata najwcześniej będzie mu sprzyjać w roku 2023 (Glasgow), również Zurych (2024) i Kigali (2025) wydają się stwarzać przestrzeń do zwycięstwa dla zawodnika takiego jak on. 

    Na horyzoncie już teraz widać 12. etap najbliższego Tour de France, z metą na Alpe d’Huez i tabelą najlepszych czasów tego słynnego podjazdu. Obrona tytułu, trzeci wygrany Tour z rzędu, rekordowe tempo na kolejnych wzniesieniach, to wszystko będzie dla Pogacara coraz trudniejsze. 

    Embed from Getty Images

    Choć wygląda na to, że ma pełne wsparcie swojej drużyny oraz trenera (Iñigo San Millán), miejsce pracy może zacząć Słoweńcowi ciążyć. Zarówno sam sponsor, czyli firmy ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich (kraju, który ma na bakier z prawami człowieka) jak i część kierownictwa drużyny z dopingową przeszłością (m.in. Mauro Gianetti) sprawią, że kolejne sukcesy będą komentowane w sposób daleki od pozytywnego. A dobry lub bardzo dobry rezultat na Alpe d’Huez rozpęta piekło pytań o niedozwolone wspomaganie. 

    Wytrzymanie tej, poza sportowej, presji i praca nad wizerunkiem będą więc dla Pogacara równie ciężkie co sięganie po kolejne sukcesy na europejskich szosach. 

    Tym bardziej, że kolejne drużyny wpadają w szał poszukiwania “nowych Pogacarów”, młodych, niezmiernie utalentowanych kolarzy, mogących powtórzyć jego sukces. 

    Ta pogoń za talentami jest zarówno fascynująca, bo już teraz widać, że jej efekty przynoszą spektakularne efekty, jak i niepokojąca. Trzeba pamiętać, że wciąż mówimy o ludziach a nie protagonistach kina superbohaterskiego. Oby więc zarówno Pogacar jak i jego rywale czy następcy mieli choć odrobinę przestrzeni, by sprostać nie tylko własnym talentom, ale też wiążącym się z nimi wymaganiom. 

  • Od sezonu do sezonu

    Od sezonu do sezonu

    Wraz z prezentacją Tour de France 2022, zmierzamy od podsumowania sezonu 2021: obfitującego w ekscytujące rekordy i wzruszające powroty do przewidywania wydarzeń w kolejnym roku. 

    Każdy koniec wielkiego touru to tak naprawdę początek kolejnego. Każdy “monument” otwiera drogę do historii, które towarzyszyć będą wyścigom klasycznym rok później. 

    Rozwój, rewanż, rozczarowanie, motywacja czy ambicja powodują, że choć kolarstwo rozpatrujemy z podziałem na kolejne sezony, tak naprawdę mamy do czynienia z ciągłą narracją.

    Problemy obu płci

    Francuzi zaprezentowali trasę kolejnej Wielkiej Pętli już w połowie października. Dodając do męskiego Tour de France powracający Tour de France kobiet, lato przyszłego roku będzie zdominowane przez ASO. Zdecydowanie najmocniejszą organizację w świecie zawodowego kolarstwa.

    Marka “Tour de France” to w oczach szerszej publiczności synonim sportu rowerowego. Włączenie ośmiodniowej etapówki do portfolio francuskiej korporacji to milowy krok w rozwoju kobiecego kolarstwa. Na jego efekty trzeba będzie oczywiście poczekać, ale jest szansa, że krócej niż w  tym momencie może nam się wydawać. 

    I tak, owszem, problemy niedofinansowania, niewystarczającego wyeksponowania i inne wciąż pozostają, ale bez zaangażowania ASO byłoby wciąż niezmiernie daleko do ich rozwiązania. 

    Choć z perspektywy kobiecego peletonu kłopoty, z którymi boryka się kolarstwo męskie wydają się błahe, jednak przechodząc płynnie od podsumowania do zapowiedzi kolejnego sezonu nie mogę zapomnieć o dwóch kwestiach.

    Po pierwsze kolejny rok z rzędu mamy w World Tourze zespół będący na granicy upadku. Przez kilka sezonów żyliśmy w niepewności dotyczącej przyszłości zespołu Jonathana Vaughtersa, rok temu pożegnaliśmy team Jima Ochowicza, który w ostatniej inkarnacji sponsorowany był przez polską firmę obuwniczą CCC. Tym razem blisko zakończenia działalności jest Qhubeka. 

    Projekt o tyle ciekawy, że mający w tle ideę charytatywną. W środku sezonu 2021 “uratowany” przez związanego z rynkiem kryptowalut sponsora, który dość szybko rozmyślił się i przestał regulować swoje zobowiązania. 

    Sponsorzy o wątpliwej reputacji

    Takich przygód zawodowe kolarstwo doświadczało już wielokrotnie a rozwiązania jak nie było, tak nie ma. Sponsorów wspierających sport rowerowy na realnie rynkowych warunkach jest niewielu. Trend, który za to pogłębia się, to obecność państw i organizacji o wątpliwej reputacji, wykorzystujących zawodowy peleton do poprawienia swojego wizerunku i odwrócenia uwagi od popełnionych występków. 

    Co do zasady bowiem sponsorzy zespołów world tourowych albo łamią prawa człowieka, albo są na bakier z ekologią i, cóż, wszyscy się na to godzimy. 

    Owi mecenasi gwarantują bowiem pewną stabilność finansową, w przeciwieństwie do technologicznych jednorożców czy kapryśnych przemysłowców, którzy przychodzą równie szybko i spektakularnie co z kolarstwem się żegnają. 

    Związani na lata

    Osiągnięta bez wyrzutów sumienia stabilność skutkuje istotną zmianą. Młodzi, utalentowani i znakomicie rokujący zawodnicy podpisują z drużynami kontrakty nie tylko lukratywne, ale przede wszystkim wieloletnie.

    Z UAE Team Emirates Tadej Pogacar będzie związany do roku 2027 (będzie miał wtedy 29 lat), podobnie jak Joao Almeida. Remco Evenepoel będzie reprezentował zespół Patricka Lefevere’a do 2026 a Jakob Fuglsang z grupą Israel Start-up Nation ma współpracować przez trzy sezony, do swojego 39 roku życia. Choć pojawiają się pogłoski o możliwym rozwiązaniu kontraktu Egana Bernala z Ineosem, Kolumbijczyk póki co jest zobowiązany do jazdy w brytyjskim teamie do 2025r. Ta data znajduje się również w porozumieniu Mathieu van der Poela z Alpecin-Fenix a także młodego Juana Ayuso z UAE. 

    Na tym tle dwuletnia przygoda Petera Sagana i jego świty z zespołem TotalEnergies wydaje się przelotnym romansem. 

    Tymczasem to wydarzenie o wiele bardziej doniosłe. Trzykrotny mistrz świata nie jest już najbardziej skutecznym zawodnikiem w peletonie, który czego nie dotknął, zmieniał w złoto/zieleń. Ekipa Bora-Hansgrohe stała się jednak dzięki niemu poważnym, liczącym się graczem a jej pozycja ma istotne znaczenie w ponownym rozwoju niemieckiego kolarstwa. 

    Sagan wraz z Maciejem Bodnarem, Danielem Ossem i rowerami Specialized odchodzi do TotalEnergies, francuskiej drużyny bez licencji World Tour. Droga, którą nieco wcześniej podążył Nairo Quintana (zmieniając Movistar na Arkea Samsic) nie wydaje się już tak egzotyczna. 

    Więcej niż zwycięstwa

    Co więcej, zespół Alpecin-Fenix pokazał, że można z powodzeniem “oszukać system”: nie mieć zobowiązań wynikających z przynależności do World Touru a równocześnie zbudować skuteczną drużynę. Ekipa ta jest już zdecydowanie czymś więcej niż “teamem van der Poela”. Tim Merlier i Jasper Philipsen zwyciężali bowiem po dziewięć razy (MVDP – osiem).  Wygląda też, że swój potencjał skutecznie zrealizował w niej Ben Tullet, który od przyszłego roku będzie jeździł w Ineosie. 

    Sam van der Poel był z kolei jedną z kluczowych postaci sezonu 2021. Najpierw obronił tytuł mistrza świata w przełajach, następnie w imponującym stylu wygrał Strade Bianche, dostarczył wielkich emocji ścigając się z Alaphilippem i van Aertem na etapach Tirreno Adriatico i przesiadł się na rower górski by wygrać dwa wyścigi XCC na pucharach świata. Następnie wrócił na szosę, dał pokaz charyzmy na rozpoczynających Tour de France etapach, co zaowocowało emocjonalnym zdobyciem żółtej koszulki i historią z upamiętnieniem jego dziadka, Raymonda Poulidora. Kolejna przesiadka na mtb zaowocowała spektakularną porażką na igrzyskach olimpijskich w Tokio. Memiczny upadek nie ostudził jednak zapału Holendra, który wrócił na szosę, zbudował formę na końcówkę sezonu zwieńczonego trzecią lokatą w Paryż-Roubaix. 

    MVDP to poniekąd symbol współczesnego kolarstwa. Ściga się cały rok, nie unika wyzwań, na rowerze prezentuje sportowy charakter. Co więcej, nie jest w tym osamotniony. W kolarstwie drugiej dekady XXIw obserwujemy bowiem festiwal talentów, ale też paradę ekscytujących osobowości. 

    Czasy, gdy twarzą peletonu był osamotniony Peter Sagan czy wyróżniający się z tłumu, puszący się niczym paw Mario Cipollini mamy za sobą.

    Co więcej, odchodzimy od klasycznej konwencji “pojedynków”. Armstrong vs Ullrich, Boonen kontra Cancellara (by nie sięgać do najbardziej ikonicznych potyczek sprzed 50 i więcej lat) to przeszłość. 

    Zarówno w klasykach jak i w wyścigach etapowych obserwujemy bezprecedensowo dużą grupę kolarzy zarówno z ponadprzeciętnym talentem, zmysłem taktycznym, ale i odwagą.

    Nie sposób wymieniać kolejnych wyścigów, na których działy się rzeczy wielkie. Choć kolarzem sezonu jest oczywiście Tadej Pogacar, to gdzie nie spojrzeć obserwowaliśmy wydarzenia, o których jeszcze kilka lat temu mogliśmy tylko marzyć. 

    • Wygrana czasówki, sprintu na Polach Elizejskich i etapu z Mont Ventoux przez van Aerta? Proszę uprzejmie. 
    • Kolejne rekordy tempa podjeżdżania w wykonaniu Bernala, Yatesa, Vingegaarda, Carapaza, Pogacara czy Roglica? Zaliczone.
    • Wieczny pomocnik, Damiano Caruso stający na podium Giro d’Italia? Jest!
    • Genialne powroty Marka Cavendisha i Fabio Jacobsena? Aż ciężko wskazać, który był bardziej wzruszający.
    • Dominacja Ineosu w wyścigach tygodniowych? Rzecz zdecydowanie warta zauważenia.
    • Tour de France i dwa monumenty w jednym sezonie w wykonaniu 24 latka? Mamy to!
    • Huśtawka emocji, upadków i triumfów Primoza Roglica? Jak on to zniósł???
    • Sensacyjna Anna Kiesenhofer, mocarny Ganna i złoty Carapaz? Zapamiętamy to na długo.
    • Froome walczący o powrót do formy, pożegnania z peletonem Tonego Martina, Anny van der Breggen, Alaphilippe broniący tytułu mistrza świata i wiele, wiele, wiele innych. 

    2022? Jestem podekscytowany i zaniepokojony

    Historii, które w tym sezonie zasługują na osobne opisanie było bez liku a co najważniejsze, większość z nich zapowiada ciąg dalszy.

    Bo choć dominacja Pogacara wydaje się trudna do obalenia a Słoweniec najlepszym kolarzem w peletonie, po tak udanym sezonie jak 2021 musi sobie postawić nowe wyzwania. 

    Poniekąd robią to za niego organizatorzy Tour de France, odważnie prezentując trasę z legendarnymi podjazdami. Po tym, gdy Egan Bernal ustanawiał najlepsze czasy na Zoncolanie i Giau, Pogacar zadziwił nas swoim rajdem przez przełęcze Romme i Colombiere, Vingegaard i Lopez byli  niezmiernie szybcy na Mont Ventoux, pora na Alpe d’Huez.

    Czy zatem na kultowych serpentynach zostanie poprawiony czas Pantanieg i Armstronga? A jeśli nie, to może przynajmniej Landisa czy Klodena? Choć Alpe d’Huez zobaczymy w połowie wyścigu, etap, na którym zostanie podjechane zapowiada się na bardzo wymagający.

    Ostatnie dokonania Pogacara, Bernala czy Roglica wskazują, że prędkość podjeżdżania na poziomie 1740m/h w takich okolicznościach jest możliwa. A to oznacza, że by złamać granicę 39 minut i pojawić się w pierwszej dziesiątce najszybszych rezultatów trzeba będzie na koniec liczącego 166km etapu, zaliczając po drodze Galibier i Croix de Fer, wygenerować ok 6,2W/kg. 

    Trudne, ale nie niemożliwe a równocześnie rozpoczynające na nowo dyskusję o dopingu we współczesnym kolarstwie. 

    Po ewidentnym załamaniu tempa jazdy w 2011r, gdy system paszportów biologicznych niewątpliwie wstrząsnął zawodowym peletonem, ten stopniowo zaczął odrabiać straty.

    Choć “marginal gains” stały się frazesem, w ciągu dziesięciu lat kolarstwo doświadczyło prawdziwych rewolucji: technologicznych, dietetycznych, treningowych, logistycznych i innych. 

    Te zdecydowanie wpływają na przebieg rywalizacji. Z jednej strony przyspieszając kolarzy, z drugiej pogłębiając różnice między bogatymi a biednymi. 

    Niestety poza niewątpliwym postępem, który popycha nie tylko sport wyczynowy, ale całą branżę rowerową, kolarstwo wciąż nie uwalnia się od duchów przeszłości. Stąd też trudno w pełni podziwiać to znakomite, być może najlepsze, najbardziej utalentowane i zdecydowanie najbardziej profesjonalne w historii pokolenie wiedząc, że za jego sukcesami wciąż stoją ludzie, którzy sami przyjmowali i podawali niemal nieograniczone ilości “twardego” dopingu. 

    Zatem choć wśród wielkich wyzwań, przed którymi stoi zawodowy sport wymienia się ekonomię i ekologię, należy przede wszystkim domagać się otwartości i transparentności. 

    Szukając więc swoich bohaterów sezonu 2021 i wybierając idoli sezonu 2022 proponuję wybierać tych, którzy wnoszą do peletonu coś więcej niż piękną jazdę i kolejne zwycięstwa. 

  • Top 6 zwycięstw Rafała Majki

    Top 6 zwycięstw Rafała Majki

    Rafał Majka to jeden z najwybitniejszych polskich kolarzy. Choć wygrywa rzadko, jego triumfy należą do szczególnie cennych i są kamieniami milowymi w historii naszego sportu.

    Tour de France 2014, etap 14

    Po znakomicie rozpoczętej karierze w World Tourze u boku Alberto Contadora oraz dwóch miejscach w pierwszej dziesiątce Giro d’Italia, Rafał Majka zadebiutował w Tour de France jako kluczowy pomocnik Hiszpana. Ten jednak wycofał się z wyścigu z kontuzją kolana a polski kolarz zaczął zabierać się w ucieczki, kolekcjonując punkty w klasyfikacji górskiej i próbując wygrać etap. Na odcinku numer 13 niedaleko przed metą w Chamrousse doścignął go będący w świetnej formie Vincenzo Nibali (triumfator całego wyścigu). Dzień później, w Risoul Majka był już najlepszy wprawiając w euforię polskich kibiców i komentatorów Eurosportu.

    Tour de France 2014, etap 17

    Po sukcesie w Alpach, Rafał Majka kontynuował świetną jazdę w Pirenejach. Na górskim finiszu w Saint Lary Soulan, znów był najlepszy, a zgromadzone punkty wzbogacone o te za trzecie miejsce kolejnego dnia na podjeździe Hautacam (gdzie najszybszy był Nibali przed Thibaut Pinot) dały Polakowi wygraną w klasyfikacji górskiej i możliwość zaprezentowania „koszulki w grochy” na podium w Paryżu.

    Tour de Pologne 2014

    Na fali sukcesu podczas Wielkiej Pętli, Rafał Majka przyjechał na Tour de Pologne. Już rok wcześniej dobrze spisał się na trasie TdP, finiszując na czwartym miejscu. Tym razem był najlepszy na górzystych etapach do słowackiego Szczyrbskiego Plesa oraz do Bukowiny Tatrzańskiej a na czasówce ulicami Krakowa obronił się przed Ionem Izagirre. Było to pierwsze zwycięstwo Polaka w Tour de Pologne ery World Touru oraz pierwsze od 2003r, gdy w imprezie triumfował Cezary Zamana.

    Tour de France 2015, Etap 11

    W 2015r Alberto Contador podjął próbę wygrania Giro d’Italia i Tour de France w jednym roku. Na Wielkiej Pętli pomóc miał mu w tym Rafał Majka. Ponieważ jednak znużony walką we Włoszech Contador nie nadążał za kolarzami Team Sky, Majka dostał szansę w Pirenejach na etapie prowadzącym przez przełęcz Tourmalet z metą w Cauterets. Było to jego trzecie zwycięstwo etapowe na górskim etapie Tour de France w karierze. Dwa miesiące później, po znakomitej jeździe, Polak stanął na trzecim stopniu podium klasyfikacji generalnej Vuelta a Espana.

    Vuelta a Espana 2017, etap 14

    W sezonie 2016 Majka ponownie spróbował sił w klasyfikacji generalnej Giro d’Italia, gdzie zajął bardzo dobre, piąte miejsce. Na Tour de France w obliczu wycofania się Alberto Contadora znów podjął trud walki w klasyfikacji górskiej. Choć tym razem bez wygranej etapowej, to jednak drugi raz w karierze stanął „w grochach” na podium w Paryżu. Zbudowana tam forma pozwoliła mu również wywalczyć brązowy medal Igrzysk Olimpijskich w Rio de Janeiro. Po zmianie barw klubowych na Bora-Hansgrohe w 2017r, jako lider ekipy miał walczyć w Tour de France, jednak kraksa na 9. etapie wykluczyła go z wyścigu. Na hiszpańską Vueltę pojechał więc z zamiarem wygrania etapu co udało mu się na ciężkim podjeździe Sierra de la Pandera.

    Vuelta a Espana 2021, etap 15

    Rafał Majka musiał czekać na kolejną wygraną aż cztery lata. W tym czasie cały czas prezentował bardzo wysoki poziom, zajmując szóste miejsca w Giro d’Italia i Vuelta a Espana 2019, trzecie miejsce Tirreno-Adriatico 2020 i czołowe lokaty w wielu tygodniowych etapówkach oraz górzystych klasykach. W sezonie 2021 zmienił pracodawcę i przeniósł się do drużyny UAE Team Emirates. W czasie Tour de France pomógł Tadejowi Pogacarowi w wygraniu całego wyścigu, szczególnie dobrze jadąc w Pirenejach. Na hiszpańską Vueltę pojechał z zamiarem wygrania etapu, co uczynił podczas 15. dnia wyścigu po znakomitej ucieczce dnia i solowym rajdzie zapoczątkowanym ponad 80km przed metą w El Barraco.

    Licznik zwycięstw Rafała Majki póki co zatrzymał się na liczbie „12”.

    Do wygranych wyścigów i etapów należy jeszcze dodać dwa zwycięstwa w klasyfikacji górskiej Tour de France (2014, 2016). Choć na Igrzyskach w Rio de Janeiro zajął trzecie miejsce, które nie liczy się do tych statystyk, zdobycie medalu olimpijskiego niewątpliwe należy dodać do całej puli, podobnie jak trzecie miejsce w klasyfikacji generalnej Vuelta a Espana 2015.

    ZOBACZ TAKŻE:

    Top Zwycięstw Michała Kwiatkowksiego

    Top Zwycięstw Katarzyny Niewiadomej

  • Tour de France 2021 – daily vlogi#2

    Tour de France 2021 – daily vlogi#2

    W czasie Tour de France 2021 codziennie przygotowuję dla Was komentarz do najważniejszych wydarzeń. Analizuję taktykę, tempo jazdy i moc kolarzy. Zobaczcie podsumowanie drugiego tygodnia wyścigu.

    Drugi dzień przerwy

    Etap 15. Kuss imponuje, Pogacar znosi presję.

    Etap 14, Świetny Mollema, faworyci na remis.

    Etap 13. Cavendish jak Merckx.

    Etap 12. Nils Politt po ucieczce z ucieczki.

    Etap 11. Dzień Jumbo-Visma na Mont Ventoux.

    Etap 10. 100% skuteczności Cavendisha.

    Jeśli chcecie być na bieżąco z wydarzeniami w kolarstwie zawodowym, serdecznie zapraszam do subskrybcji mojego kanału na youtube. Natomiast jeśli preferujecie korzystanie z podcastów, te same treści są również dostępne na anchor.fmspotifyapple podcastgoogle podcastbreaker lub overcast.

  • Jak i dlaczego porównywać czasy podjazdów?

    Jak i dlaczego porównywać czasy podjazdów?

    Emocje związane z odbiorem kolarstwa na żywo są bezcenne. Jednak gdy przychodzi do dyskusji o dokonaniach naszych idoli, warto podeprzeć się faktami a nie własnym, głębokim przekonaniem. 

    Serce czy rozum

    Gdy oglądamy Tour de France, Giro czy Vueltę a nawet nasz Tour de Pologne liczy się ta konkretna chwila. Dynamika ataku, uzyskana przewaga, zachowanie kolarzy na szosie, grymasy na twarzy. Interakcje w drużynie, bezpośrednia rywalizacja bark w bark. Podawane przez realizatorów różnice czasu, różnica na mecie, wyniki w klasyfikacji generalnej. Zwycięzcy i przegrani. 

    Tego, co przeżywamy w tej chwili nikt nam nie odbierze. 

    Gdy kurz spod kół samochodów kolumny technicznej ledwie zacznie opadać rozpoczyna się analiza. Eksperci na mecie, komentatorzy w studio, kibice przy piwie, na facebooku i twitterze. 

    To jest ten moment, gdy najczęściej zaczynamy tracić kontakt z rzeczywistością. Emocje sprzed kilku minut wciąż biorą górę nad rozumem a jazdę kolarzy oceniamy przez pryzmat nie tylko własnych wrażeń, ale też sympatii, antypatii i światopoglądu.

    Błędy w ocenie formy lub jej braku, jazdy znakomitej lub przeciętnej, odważnej lub zachowawczej popełniają często nawet doswiadczeni komentatorzy. 

    Niemal w każdym przewagę bierze fan, który chciałby każdego dnia doświadczać “historii kolarstwa na żywo”. 

    Tymczasem bardzo często warto jest poczekać, przede wszystkim na dane. To dzięki nim możemy nie tylko ocenić dyspozycję kolarzy, ale też porównać poziom sportowy na różnych wyścigach. 

    Jak sobie z tym poradzić?

    Co więcej, nie trzeba wcale siedzieć ze stoperem i mapą, wystarczy kilka sprawdzonych źródeł by móc mieć punkty odniesienia wystarczające do w miarę dokładnej oceny sytuacji. 

    Pierwsza w kolejności jest strava. Nawet, jeśli większość zawodowców ukrywa swoje dane o mocy, czasy przejazdów na segmentach są publicznie dostępne. A jeśli chcecie zmierzyć wybrany, nieoznaczony odcinek, wystarczy zaznaczyć go na wykresie, odczytać różnicę wysokości i czas jazdy. 

    Można też skorzystać z pracy analityków z twittera, Fina ukrywającego się pod nickiem ammattipyoraily lub Rumuna, Michaia Simiona. Są dokładni, analizują tempo jazdy kolarzy od wielu lat i zazwyczaj podają wyniki dość szybko. Ponieważ jednak jest to dla nich tylko hobby, czasem podają informacje z pewnym opóźnieniem. 

    To co podadzą twitterowi analitycy lub czego powinniśmy szukać na stravie to VAM. Średnia prędkość podjeżdżania wyrażona w metrach na godzinę. 

    To ta wartość umożliwia co do zasady obiektywnie porównać tempo jazdy pod górę, zarówno między różnymi zawodnikami jak i na różnych wyścigach. Co więcej, korzystając z prostego wzoru, umożliwia oszacować kluczowy w górach stosunek mocy do masy wyrażony w W/kg. 

    Warto pamiętać, że bardzo strome podjazdy zawyżają tę wartość, co często obserwujemy na Vuelta a Espana, gdzie organizatorzy lubują się w wyszukiwaniu budzących grozę “ścianek”. 

    Dla pewnej solidności dobrze jest wziąć również pod uwagę warunki atmosferyczne, szczególnie gdy obserwujemy wyraźne odchylenia od normy, na przykład silny wiatr czy zimno. 

    Porównując odcinki trzeba też uwzględnić długość podjazdu: inne wartości będą uzyskiwane podczas wysiłków trwających kilka minut, kilkanaście, 20-30 czy powyżej 40. 

    Na koniec wreszcie istotny jest szerszy kontekst: długość etapu, umiejscowienie podjazdu na trasie (czy były wcześniejsze góry czy nie, jeśli tak to przejeżdżane w jakim tempie) oraz dzień wyścigu, w którym jest rozgrywany (w przypadku wielkiego touru czy było to w pierwszym czy ostatnim tygodniu, czy jest to pierwszy, czy kolejny dzień jazdy w górach). 

    Ostatecznie jednak liczy się samo VAM czy też W/kg, ponieważ są to wartości decydujące o tym, kto szybciej pokonał dany podjazd. 

    Jeśli prowadzi do mety a na Stravie lub twitterze brakuje czasu jednego z faworytów a u podnóża grupa jechała razem można obliczyć czas biorąc pod uwagę różnice na finiszu. Mimo mniejszej dokładności, będzie to wystarczające. 

    Jak analizować wydarzenia na Tour de France 2021?

    Uzbrojeni w tę wiedzę możemy przystąpić do analizy. 

    Zacznijmy od etapu numer 8, gdzie Tadej Pogacar zniszczył rywali na podjazdach Romme i Colombiere. Romme pokonał w 26’45” z VAM 1762m/h a Colombiere w 21’24” z VAM 1731m/h (lub odpowiednio 1808 i 1750m/h, zależnie od segmentu). Daje to wartość między 6,1 a 6,4W/kg. Dla porównania grupa pościgowa wspinała się na Romme z VAM 1670 (ok 5,8W/kg) a na Colombiere 1575 (ok 5,6W/kg). 

    Tu mały disclaimer: pewna niedokładność szacunków stosunku mocy do masy może razić purystów. Różnica nawet 0,1W/kg potrafi przełożyć się na widoczną przewagę na trasie. Natomiast wciąż poruszamy się w granicach dokładności mierników mocy, zatem nie jest tak źle. 

    Oznacza to dwie rzeczy: po pierwsze Tadej Pogacar jechał bardzo szybko, w górnych zakresach wartości, które w ostatnich 2-3 latach dawały zwycięstwo w wielkich tourach a po drugie jego rywale wspinali się z prędkością, która jest typowa raczej dla zawodników z okolic miejsca piątego niż podium. 

    Ciekawe może też być porównanie jazdy Pogacara z dyspozycją Egana Bernala, który w podobnie imponujący sposób rządził w pierwszej części tegorocznego Giro d’Italia. Na etapach do Sestoli czy San Giacomo (porównywalny czas jazdy do Romme i Colombier), lider Ineos-Grenadiers był nieznacznie wolniejszy, z VAM sięgającym 1710m/h, zatem W/kg w granicach 6,1.

    Co ciekawe, tempo Carapaza z zeszłorocznej Vuelty i podjazdu Moncalvillo (podjazd na 25 minut z VAM 1800m/h) w teorii wystarczyłoby do utrzymania koła Pogacara na Romme.

    Można więc na przykład wysnuć wniosek, że Pogacar jako jedyny zregenerował się po maratońskim, górzystym, 250km etapie siódmym, rozgrywanym w upale oraz wyjątkowo wysokim tempie. Wszyscy jego rywale musieli przystąpić do jazdy przez pierwsze, alpejskie przełęcze, zmęczeni. 

    Analiza tempa jazdy może dać też odpowiedź na wątpliwości dotyczące taktyki jazdy poszczególnych kolarzy czy drużyn. W sytuacji gdy na etapie z kilkoma długimi podjazdami kolejne wzniesienia pokonywane są z prędkością 1600m/h a na finałowym wzniesieniu mocna drużyna jeszcze podnosi tempo do 1650m/h, zatem grupa kręci bardzo raźne 6W/kg trudno spodziewać się “soczystego ataku”. Po ciężkim dniu w górach jest to więc niemal niemożliwe. 

    Stąd też w ostatnich latach zazwyczaj wyścigi rozgrywane są przez mozolne zbieranie sekund przewagi: tu kilkunastu, tam kilkudziesięciu. Mając za lidera zawodnika, który w kluczowych momentach jest w stanie dołożyć te 50m/h czy 0,2-0,3W/kg można liczyć na powodzenie. Tak wygrywał Team Sky, tak też próbuje zreplikować ten sukces zespół Jumbo Visma. 

    Przykładem może być etap 11. z podjazdem na Mont Ventoux. Całość pokonana została w bardzo solidnym tempie dzięki pracy kolejno UAE Team Emirates z Rafałem Majką na czele a następnie przez Ineos Grenadiers i tytanicznej pracy Michała Kwiatkowskiego. Równy, mocny, lecz nie zabójczy “pacing” od podnóża do Chalet Reynard, na poziomie VAM 1575m/h (ok. 5,5-5,6W/kg) umożliwił liderom rozwinięcie skrzydeł w górnej części podjazdu.

    Z kolei od Chalet Reynard do szczytu Jonas Vingegaard pomknął w imponującym tempie 1771m/h, czyli ok. 6,3-6,4W/kg, co jednak ważne, z wiatrem w plecy. A to oznacza, że wolniejszy o 35” Pogacar z VAM na poziomie 1717m/h i W/kg niższym o 0,2 wciąż był znakomity, tyle, że Vingegaard był bezkonkurencyjny. Jego osiągnięcie przebiło tempo Chrisa Froome’a z 2013r o… niemal minutę! Co więcej, dotychczasowe etapy z Mont Ventoux na trasie nie miał takiego przewyższenia co tegoroczny.

    Jedźmy jednak dalej. Peleton Tour de France 2021 w sumie aż pięć dni spędził w Pirenejach.

    Na etapie 11. prowadzącym do Andory, ostatni podjazd dnia, czyli przełęcz Beixialis najszybciej pokonał zwycięzca etapu, Sepp Kuus. Niespełna 19′ jazdy z prędkością podjeżdżania 1667m/h na koniec ciężkiego dnia w górach daje imponujące 6W/kg. Za jego plecami nieznacznie tylko wolniejszy był Alejando Valverde a grupa Carapaza, Pogacara i Vingegaarda wspinała się 1613m/h, czyli ok. 5,7W/kg. Istotne jest również to, że cały etap miał blisko 4500m łącznego przewyższenia.

    Etap 16, wprowadzający po dniu przerwy był dodatkowo rozgrywany w zimnie i deszczu, w związku z tym tempo zarówno ucieczki jak i peletonu na kolejnych podjazdach nie było wysokie.

    Za to dwa kluczowe etapy, które zdominował Tadej Pogacar z finiszami na przełęczy Porter oraz w Luz Ardiden dały bardzo ciekawe rozstrzygnięcia.

    Już sam dojazd do Portet był bardzo mocny. Grupa z Pogacarem podjeżdżała Peyresourde 1595m/h, natomiast Azet 1645m/h. Na finałowym Portet zobaczyliśmy pokaz mocy zarówno samego Pogacara, ale też dorównujących mu Vingegaarda i Carapaza. Byli oni szybsi od triumfatora z 2018r, Nairo Quintany o 35″, co 1685m/h i znów 5,9-6W/kg. Co więcej piąty na mecie Ben O’Connor wspinał się tam 1639m/h w czasie szybszym niż Primoz Roglic we wspomnianym 2018 i porównywalnym do Gerainta Thomasa z tego właśnie touru. A to oznacza, że nawet teoretycznie przegrany Wilco Kelderman (szósty na mecie, pomijany często w raportach i relacjach) spisał się znakomicie.

    Podobnie ma się sytuacja z ostatnim, górskim aktem tegorocznego Tour de France. Etap z Tourmalet i metą na Luz Ardiden został pokonany w znakomitym tempie. Tourmalet z równym, mocnym tempem na poziomie 1560m/h (a jadący wówczas z przodu David Gaudu nawet szybciej o prawie minutę, czyli 30m/h) było tylko zapowiedzią Luz Ardiden. Tam powtórzył się scenariusz z dnia poprzedniego, czyli 1630m/h (6W/kg) Pogacara, równi z nim Carapaz i Vingegaard oraz będący bardzo niedaleko Mas i Martin.

    Co ciekawe, oba finałowe dni w Pirenejach nie były przejechane tak mocno jak finałowe odcinki Giro d’Italia. Owszem, zarówno Alpe di Mera (28′ jazdy) jak i Alpe Motta (23′ jazdy) były krótsze niż Portet i Luz Ardiden, ale cały wyścig był bardzo wymagający zarówno pod kątem przewyższenia jak i pogody. W związku z tym 1807m/h (6,4W/kg) Yatesa na Alpe di Mera jak i 1676m/h (6,1W/kg) Bernala (Caruso był minimalnie wolniejszy) to wartości wyższe niż osiągnięcia Pogacara i spółki na Tour de France.

    Oznacza to więc, że Tour de France 2021 jest kolejnym z rzędu wyścigiem o bardzo wysokim poziomie sportowym. Kontynuuje trend, który obserwujemy przynajmniej od Vuelty 2019, a który był widoczny w pandemicznym sezonie 2020. Ewidentnie tempo podjeżdżania i moc niezbędne do zwycięstwa w wielkim tourze podniosły się o 3-5%.

    Co z tym wszystkim zrobić?

    Choćby szacunkowe rozeznanie w osiągnięciach z ostatnich sezonów może ułatwić typowanie faworytów kolejnych wyścigów. Jeśli mamy zawodnika, który przez większość swojej kariery nie jeździł dłuższych podjazdów szybciej niż 1600m/h, stawianie go na podium w przedwyścigowych typowaniach jest jedynie myśleniem życzeniowym. 

    Stąd też na przykład po Giro d’Italia 2020 można pokładać nadzieje w zawodnikach takich jak Jai Hindley czy Tao Geoghegan Hart, którzy na Piancavallo (niespełna 38’ jazdy) pojechali z VAM na poziomie 1750, czyli ok. 6,2W/kg. Z drugiej strony wyraźnie widać, że najlepsze lata Vincenzo Nibalego i jego zwycięstwa czy to w Tourze czy w Giro były możliwe przy nieco niższych wartościach. 

    Kolarstwo nie jest bowiem wyłącznie testem mocy do masy a o wygranej lub porażce decyduje wiele elementów. Poza wymiernym tempem podjeżdżania mamy też taktykę, wyczucie momentu do ataku, wsparcie drużyny, odporność na warunki atmosferyczne, technikę jazdy, unikanie kraks. Do tego dochodzą wszystkie elementy poza trasą: czas spędzony na konferencjach prasowych, dojazdach do hoteli i wiele, wiele innych. 

    Niezbędne postscriptum

    Ostatni aspekt układanki, to porównanie dokonań współczesnych kolarzy z wynikami osiąganymi przez herosów “ery epo”. Postacią, która spopularyzowała analizę tempa podjeżdżania był sam Michele Ferrari, słynny ze współpracy z Lancem Armstrongiem i wieloma innymi dopingowiczami. Ferrari twierdził, że wartości VAM powyżej 1750m/h na dłuższych podjazdach są granicami ludzkich możliwości. Wszystko powyżej jest anomalią. 

    Warto jednak zauważyć, że od tego czasu minęło ponad 20 lat. Zmieniło się wszystko, od metod treningowych, przez dietę, techniki regeneracji, selekcję talentów, profesjonalizm samych kolarzy a kończąc na sprzęcie. 

    Równocześnie wiele rekordów, jak choćby najbardziej znane i najlepiej zmierzone podjazdy Alpe d’Huez (37’35”) i Mont Ventoux (45’47”) wciąż jest nieosiągalnych. Krótko mówiąc cała aerodynamika współczesnego świata nie jest w stanie dać lepszych efektów niż połączenie epo, testosteronu i hormonu wzrostu powszechnych na przełomie XX i XXIw. 

    Mimo wszystko każde zbliżenie się do osiągnięć zawodników, którzy systemowo oszukiwali kontrole antydopingowe powinno być sygnałem ostrzegawczym zarówno dla komentatorów, kibiców jak i sportowych organów ścigania. Ostatnie czego potrzebujemy jest bowiem wymazywanie z tabel kolejnych zwycięzców i konieczność mierzenia się z faktem, że spektakl, który oglądaliśmy tak naprawdę się nie wydarzył.