Rok: 2011

  • 12 Wydarzeń 2011r. Zmiany w polskim MTB

    12 Wydarzeń 2011r. Zmiany w polskim MTB

    Zaczęło się koszmarnie, od wprowadzonego tylnymi drzwiami Pucharu Polski w maratonie. Później było tylko ciekawiej. Zmiana trenera kadry narodowej i  grupy CCC Polkowice. Burza w mediach a następnie medal Mai Włoszczowskiej w Champery. A na deser niemal rewolucja, czyli zapowiedź rewitalizacji zawodniczego xc.

    Nic nie zapowiadało tak wielkich zmian. Wyglądało raczej, że będzie nieciekawie. Grand Prix Lang Teamu niemal przestało istnieć. W ramach rekompensaty rozegrano firmowy wyścig Mai Włoszczowskiej w Jeleniej Górze. Choć bez wielkich gwiazd został nieźle wypromowany i zrelacjonowany. A to już krok naprzód. Maja i jej działalność to jednak głównie podwórko zagraniczne.

    Na naszym rodzimym zaczęło się od kwasu, czyli od pokątnego ogłoszenia Pucharu Polski w maratonie mtb w sytuacji w której sezon już trwał i nie wszyscy potencjalni zainteresowani mieli możliwość dostępu do informacji.Mimo tego, powrót Pucharu wraz z nagrodami finansowymi cieszył. Martwiło za to, że rozgrywany jest w ramach serii Skandia, której trasy mają opinię niewymagających. Jak się później okazało, Puchar w Maratonie był tylko przygrywką do zapowiedzi przywrócenia Pucharu Polski w cross country. To drugie wydarzenie, jeśli dojdzie do skutku, może przyczynić się do rewitalizacji kolarstwa górskiego w wydaniu stricte wyczynowym, stworzenia zaplecza dla kadry narodowej, zwiększenia szans na znalezienie nowych talentów itd.

    Pytanie, czy do planów odrodzenia xc na szerszą skalę niż dwie grupy zawodowe doszłoby, gdyby nie „Rozwód Roku„, czyli zakończenie współpracy Mai Włoszczowskiej z trenerem Andrzejem Piątkiem. Rozstanie to pociągnęło za sobą przebudowę grupy CCC Polkowice, zwolnienie Piątka z etatu trenera kadry w Polskim Związku Kolarskim i powołanie na jego miejsce Marka Galińskiego.

    Galiński wkrótce po przejęciu opieki nad Włoszczowską poprowadził ją do srebra na Mistrzostwach Świata w Champery, za to Piątek związał się z klubem ze Środy Wielkopolskiej (Torq Superior) gdzie wraz z nim zakotwiczyła Paula Gorycka. Szkoda tylko, że przy tych przetasowaniach, być może koniecznych dla uzdrowienia sytuacji w rodzimym mtb, padło wiele niestosownych wypowiedzi. Tu niestety największy minus należy się Włoszczowskiej, która z dnia na dzień zmieniła swoje publiczne zdanie o trenerze Piątku o 180 stopni.

    Mistrzostwa Polski w Maratonie MTB, Jelenia Góra 2011

    Maja Włoszczowska MTB Race Jelenia Góra

    Dwanaście dni przed końcem roku wystartowałem z podsumowaniem sezonu. Codziennie jedno z dwunastu, moim zdaniem najważniejszych wydarzeń kolarskiego roku 2011. Oto one:

    12. Czeski Offroad
    11. Klenbuterolowa żenada
    10. Zmiany w polskim MTB

  • 12 Wydarzeń 2011r. Klenbuterolowa żenada

    12 Wydarzeń 2011r. Klenbuterolowa żenada

    Alberto Contador to sportowy oszust czy ofiara pechowego zbiegu okoliczności? UCI to „przeżarty korupcją kolarski PZPN” czy może po prostu niewydolny, biurokratyczny moloch? Trybunał Arbitrażowy ds. Sportu pogrąży hiszpańskiego kolarza czy baskijskich hodowców bydła? Klenbuterolowa saga była w tym roku bardziej żenująca niż filmowa adaptacja ostatniej części „Zmierzchu”.

    Za nami piękny i ekscytujący sezon. Autor bloga The Inner Ring określił go mianem „vintage”. Niestety z powodu opieszałości/dociekliwości/polityki Trybunału Arbitrażowego (CAS) rezultaty, punktacja i wspomnienia mogą zostać anulowane, anihilowane, wystrzelone w kosmos. Jednym z głównych aktorów był bowiem Alberto Contador, którego, jeśli CAS podważy decyzję hiszpańskiej federacji i skaże na dwuletnią dyskwalifikację, w ogólnie nie powinno być ani na Giro ani na Tourze ani na etapówkach w Murcii czy Katalonii. Tym samym wspaniała walka na etapie do Gardecci czy szarża na Galibier uznane zostaną za niebyłe. Również wyniki ekscytujących etapów z finiszami na Mur de Bretagne czy w Gap zostaną zmienione. Do tego czynnik ludzki w postaci ofensywnego zachowania Hiszpana i jego wpływu na pozostałych rywali zostanie całkowicie pominięty.

    Byłby to jeden z większych absurdów w historii sportu, tym bardzie, że zgodnie z wynikami testów antydopingowych oraz danych z paszportu biologicznego w sezonie 2011 Contador jeździł „na czysto”. Do tego Andy Schleck nie domaga się przyznania mu zwycięstwa w Tour de France 2010 gdy „El Pistolero” miał faktycznie pozytywny wynik testu na klenbuterol.

    CAS wyraźnie zagiął parol na Contadora i być może są ku temu powody. Wszak nie wiemy o nim zbyt wiele – Hiszpan jest dość enigmatyczną postacią.  Mimo, że sporo faktów wskazuje na jego praktyki dopingowe a tłumaczenie związane ze skażonym mięsem można uznać za śmieszne, większy problem leży po stronie UCI, WADA i CAS. Sprawa Contadora pokazała, że w sytuacjach trudnych organizacje te dalekie są od sprawnego, jednoznacznego i transparentnego działania. I choć z założenia dbają o dobro sportu, efekt ich poczynań może dodatkowo wypaczyć dwa lata rywalizacji w kolarstwie. Sytuacja jest więc jak z antycznej tragedii, gdy każdy wybór jest wyborem złym.

    Alebrto Contador kontra Andy Schleck. Tour de France 2010. Contador ma we krwi 50 pikogramów klenbuterolu.

    Dwanaście dni przed końcem roku wystartowałem z podsumowaniem sezonu. Codziennie jedno z dwunastu, moim zdaniem najważniejszych wydarzeń kolarskiego roku 2011. Oto one:

    12. Czeski Offroad
    11. Klenbuterolowa żenada

  • 12 Wydarzeń 2011r. Czeski offroad

    12 Wydarzeń 2011r. Czeski offroad

    Dwanaście dni przed końcem roku startuję z podsumowaniem sezonu. Codziennie jedno z dwunastu, moim zdaniem najważniejszych wydarzeń kolarskiego roku 2011. Na początek: nasi południowi sąsiedzi, zdobywcy trzech tytułów mistrzostw świata.

    Czescy zawodnicy od dobrych kilku lat straszyli światową czołówkę, zarówno przełajów jak i cross country. W dyscyplinach bardziej ekstremalnych mieli już wcześniej spore osiągnięcia. W sezonie 2011 kontynuowali tradycję i Michał Prokop zdobył tęczową koszulkę w fourcrossie. „W tak zwanym międzyczasie” doczekali się również dominatorów w bardziej mainstreamowych dyscyplinach. Zdenek Stybar zdominował dwa ostatnie sezony w cyclocrossie zaś Jaroslav Kulhavy wziął z niego przykład i podbił scenę xc. Ich sukcesy zbudowane są na solidnych fundamentach. W Czechach od lat organizowany jest przełajowy Puchar Świata a w zeszłym sezonie odbyły się tam mistrzostwa globu. W tym roku nasi południowi sąsiedzi przygotowali również jedną z najlepszych eliminacji Pucharu Świata w cross country.

    Siła czeskiego offroadu ma zapewnioną ciągłość. Od lat zawodnicy młodszych kategorii są liczącą się siłą podczas mistrzostw świata. Do tego posiadają bardzo szerokie zaplecze na polu półzawodowym. Maratończycy walczą o czołowe lokaty najważniejszych wyścigów i etapówek na świecie, popularne są także BMXy oraz inne konkurencje bardziej ekstremalne. Do niedawna mogliśmy tylko marzyć, by dogonić Czechów również na szosie. Za sprawą Romana Kreuzigera obecni są w czołówce wielkich tourów z perspektywą na wygranie jednego z nich. Na szczęście młode pokolenie polskich kolarzy daje nadzieję, że wkrótce dogonimy lub nawet prześcigniemy sąsiadów. Póki co powinniśmy się od nich uczyć (lub pielęgnować kompleksy, kto co woli).

    To, że Stybar płaci za sezon na szosie (gdy aktualny mistrz świata zadeklarował, że chce się ścigać na asfalcie od razu trafił do jednej z czołowych grup – Quick Step) nie zmienia faktu, że potrafi przyjechać piąty w zawodach Pucharu Świata jak ostatnio w Namur. A trzeba wspomnieć, że nowy sezon ma póki co nieudany. Należy pamiętać, że w kolejce za nim czeka kilku młodych zawodników a w rezerwie jest jeszcze kilka sprawdzonych nazwisk (Dlask, Simunek jr). W MTB kadra nie jest tak szeroka, jednak trudno uwierzyć, by Czesi nie zadomowili się w ścisłej czołówce na dłużej. To wystarcza, by w moim subiektywnym rankingu wydarzeń sezonu 2011, „Czeski Offroad” znalazł się w „Top 12”. Oby tak dalej!

    Zdenek Stybar wygrywa Mistrzostwa Świata w Sankt Wendel

    Jaroslav Kulhavy wygrywa Mistrzostwa Świata w Champery

  • Kiedy zjedzą Justynę Kowalczyk?

    Kiedy zjedzą Justynę Kowalczyk?

    Jedna z najwybitniejszych postaci w historii polskiego sportu stoi przed, prawdopodobnie, najtrudniejszymi chwilami w swojej karierze. Ma tak bogaty dorobek, że mogłaby spokojnie odejść sportową emeryturę. Jest blisko szczytu swoich fizycznych możliwości. Świetnie radzi sobie z opinią publiczną. Ale ma silniejszą od siebie rywalkę, z którą regularnie przegrywa.

    Aby nie przynudzać, tutaj znajduje się lista osiągnięć Justyny Kowalczyk. W swojej karierze zwyciężała już na każdym szczeblu wyczynowego sportu, po drodze wyrównując i ustanawiając kilka rekordów. Co więcej, dyscyplina, którą uprawia, w wydaniu kobiecym jest tak samo wysoko płatna jak w wydaniu męskim. Oznacza to, że poziom sportowy jest naprawdę wysoki. Dodatkowo nasza zawodniczka pochodzi z miejsca, gdzie o biegach narciarskich do tej pory nie mówiło się zbyt często a i warunki do trenowania są nienajlepsze. Jest więc fenomenem.

    Co warte podkreślenia, mimo specyficznego charakteru, dobrze radzi sobie z mediami. Mam w pamięci wywiad i sesję zdjęciową dla jednego z kobiecych miesięczników. Ciekawe wypowiedzi, dobra, choć nienachalna stylizacja, chciało się czytać, oglądać i dowiedzieć czegoś więcej. Sukces sportowy skutecznie zamienia na korzyści finansowe. Kontrakt i kampania reklamowa banku może nie powala na kolana, ale nie tylko przynosi jej określony dochód co jeszcze utrwala obecność w środkach masowego przekazu i wzmacnia wizerunek.

    Dla porównania Adam Małysz czy Otylia Jędrzejczak rozmieniali się na drobne reklamując niemal wszystko: zupki w proszku, herbatę, telefonię komórkową czy panele podłogowe. Kowalczyk nie dość, że związała się z bankiem, to jeszcze takim, który ma w nazwie „Pol” (cóż z tego, że greckim), zatem jako reprezentantka Polski zagrała perfekcyjnie.

    Owszem, nie jest tak ujmująca w obyciu jak Małysz, jednak zjednuje sobie sympatię kibiców szczerością i bezpośredniością. Na prowadzeni prasowego konfliktu z równie wybitną co ona sama rywalką – Marit Bjorgen raczej nie zyskuje, ale przynajmniej jest jasno określoną osobowością. Nie wiem, ile w tym kreacji a ile prawdy, ale dzięki temu mamy do czynienia z Wielkim Pojedynkiem „Dobra ze Złem”. A takie i kibice i dziennikarze uwielbiają. Czyż to nie piękna historia? Dziewczyna z Kasiny w towarzystwie oddanego jej Trenera, z kraju, w którym nie ma wielkich tradycji narciarskich, do tego czystsza niż sopel lodu przeciwstawia się światowej potędze, do tego o wątpliwych, okołodopingowych konotacjach.

    Od Eurosportu przez Gazetę Wyborczą po Fakt. Zimą wszyscy żyjemy rywalizacją Kowalczyk z Bjorgen. Technicznie (zjazdy!) oraz technologicznie i finansowo Polka stoi na przegranej pozycji. Do tej pory jej rewelacyjne możliwości fizyczne połączone z katorżniczą pracą, o której nota bene potrafi barwnie opowiadać, pozwalały jej czasami lub wręcz często wygrywać z Norweżkami i całą resztą świata. Dokładając do tego przemyślany kalendarz startowy, przez trzy ostatnie sezony Kowalczyk królowała na biegowych trasach.

    Zeszłoroczne Mistrzostwa Świata zakończyła bez złotego medalu, ale obroniła się wygrywając drugi raz z rzędu Tour de Ski, do tego po raz trzeci klasyfikację generalną Pucharu Świata. Kryształową Kulę zdobyła jednak nie tylko dzięki dobrej formie, ale też dzięki niezwykłej regularności. To, co było widoczne w drugiej połowie poprzedniego sezonu, potwierdza się i w tym. Marit Bjorgen ma nie tylko lepszą technikę (wszak nie od dziś wiadomo, że Skandynawowie rodzą się z nartami na nogach), zaplecze finansowe, sprzętowe i serwisowe. Jest również silniejsza fizycznie. Dla sportowca, który, jak sama Kowalczyk wspomina, nigdy w swojej karierze nie był mocniejszy, to musi być bolesne.

    Dziennikarze, którzy nieszczególnie mają pojęcie o sportach wytrzymałościowych póki co nie szukają sensacji i zachowują życzliwą cierpliwość. Gorzej z kibicami, zwłaszcza internetowymi. W tym miejscu trzeba więc powiedzieć bardzo istotną rzecz. W sezonie 2011/2012 Justyna Kowalczyk właściwie nic nie musi. Owszem, fajnie byłoby, gdyby po raz trzeci z rzędu wygrała Tour de Ski albo po raz czwarty Klasyfikację Pucharu Świata (realizacja celu numer jeden mocno ułatwia realizację celu numer dwa). Owszem, dobrze dla niej samej byłoby, gdyby kilka razy wygrała z Bjorgen i stanęła na najwyższym stopniu podium. Psychicznie byłaby mocniejsza przed kolejnymi sezonami, w których prawdopodobnie będzie nadal walczyła z najlepszą z Norweżek. Może już nie z Bjorgen (starszą o trzy lata) a z Johaug (młodszą o pięć). Ale jeśli jej się to nie uda – nic straconego.

    O ile nie wydarzy się nic złego, Kowalczyk na najwyższym poziomie będzie rywalizować przynajmniej przez trzy lata (do Igrzysk w Soczi). Tam faktycznie będzie walczyć o wielki prestiż, wejście do historii sportu nie tyle polskiego co światowego (choć de facto i tam już dotarła) i cel postawiony przed samą sobą. Do tego czasu, mimo, że już wkrótce rzucą się na nią krytyczne sępy rządne zakończenia kariery, szukające sensacji i dowolnej afery, tak naprawdę może być spokojna. Swoje już wygrała i, czy tego chce czy nie, do końca swoich dni będzie ikoną sportów zimowych.

  • Święty Mikołaju, przynieś mi Sponsora!

    Święty Mikołaju, przynieś mi Sponsora!

    Kto chce w przyszłym roku być w formie właśnie zaczyna trenować. Kalendarze ogłoszone, można więc budować dyspozycję. Cóż z tego, skoro spora część czołowych zawodników dyscyplin outdoorowych będzie się ścigać wyłącznie „za swoje” niemal bez żadnego wsparcia finansowego.

    Sprawa dotyczy szeroko pojętego amatorskiego sportu wyczynowego. Imprezy masowe, prócz tego, że gromadzą na starcie tysiące uczestników, dla których sam udział jest przygodą, zachęcają także do podnoszenia umiejętności i kwalifikacji. Pojawiają się specjaliści, kształtuje się czołówka. Dla kilku procent granica między sportem a rekreacją jest wyraźnie nakreślona i wiedzą, po której stronie się znajdują. Setki godzin treningów przed każdym sezonem, tysiące złotych wydanych na sprzęt, odżywki, zgrupowania. Później dochodzą dojazdy na zawody, noclegi, dieta. wpisowe… Obojętne, czy jesteś kolarzem, biegaczem czy AeRowcem, ładujesz w to, by być amatorem przez duże „A”, kupę kasy.

    Bart Brentjens w krótkim wywiadzie  zwrócił uwagę, że kolarze-amatorzy próbują robić to wszystko co kolarze-zawodowcy. Trenują, jedzą, regenerują się, dobierają sprzęt i tak dalej. To prawda. Przegrywają, bo nie mają tyle czasu na ćwiczenia, odpoczynek, brakuje im lat doświadczenia a często podstaw, jakie profesjonalista zyskuje w wieku juniorskim. Tracą w jeszcze jednym elemencie. Sponsorzy. Filantropi. Mecenasi. Płacą za to, by ktoś inny mógł jeździć, biegać, skakać, pływać. Tyle, że ostatnio jakby mniej. A tym, którzy są mniej profesjonalni w swoich działaniach – w ogóle.

    Powiedzmy sobie szczerze, reklamowanie firmy, która nie jest działalnością gospodarczą ojca kolegi w zamian za „wpisowe i koszulkę” dla kogoś, kto całe życie poświęca na trening jest upokarzające. Przypomina się w tym miejscu facebookowa akcja sfrustrowanych, młodych projektantów: „Jestem ilustratorem ? zrobię grafikę za bułkę„. Ok, każde wsparcie jest ważne, ale niejeden klub ma sponsora tytularnego, który płaci 5000 (pięć tysięcy) złotych rocznie. I nie jest to lokalny zakład masarski, lakiernik czy piekarnia, która wspiera zawodnika ze swojej gminy, lecz ogólnopolska marka lub nawet światowy koncern łożący na grupę sportową z ambicjami. Trudno się dziwić zniechęceniu zawodników, których pasja wbrew pozorom nie jest kosztowna, zwłaszcza w porównaniu z piłką nożną, rajdami samochodowymi czy skokami na spadochronach a którzy nie mogą mieć zagwarantowanych godziwych warunków.

    Popatrzmy jednak na sprawę z drugiej strony. Mamy kryzys i nawet bogatych może nie być stać na filantropię. A nawet jeśli mieliby ochotę, to w pierwszej kolejności można wymienić przynajmniej dziesięć innych, lepszych i bardziej wartościowych celów niż wspieranie, zdrowych, dorosłych i często zarabiających powyżej średniej krajowej ludzi, którzy chcą realizować swoje fanaberie.

    Niestety sport wyczynowy to biznes. Potrzebny jest zwrot. Nie musi być przekładalny stricte na sprzedaż, może  również budować pozytywny wizerunek sponsora. A w zdecydowanej większości przypadków tak nie jest. Być może jesteś jednym najlepszych sportowców w swojej specjalności, jednak sama obecność na zawodach, nawet poparta znakomitymi wynikami nie wystarczy. Jeśli chcesz się odwdzięczyć swojemu darczyńcy, musisz sprzedać ludziom swoją historię. Zrobić event, zaangażować się, dołożyć coś ekstra.

    Było wiele projektów, kosztujących spore pieniądze i angażujących wiele osób, które się nie sprawdziły. Było, minęło, nikt nie pamięta. Projektów amatorskich, półzawodowych lub, pozornie, w pełni profesjonalnych. Nudny PR, standardowy zestaw czynności marketingowych, bazowanie tylko na wynikach zawodników i obecności w mediach branżowych. To na nic. Zwrot jest wtedy tylko hipotetyczny, ponieważ przekaz trafia niemal wyłącznie do wąskiej grupy zainteresowanych. Trudno więc się dziwić, gdy potencjalny sponsor woli wesprzeć lokalną drużynę trampkarzy (ach ci przeklęci piłkarze, którzy zabierają nam kasę), gdzie ma przynajmniej gwarancję, że część dzieciaków zobaczy coś więcej niż ławkę przed blokiem i w ten sposób „wyjdzie na ludzi”, niż grupkę zapaleńców, od których w ostatecznym rozrachunku nie dostanie nic poza kolejnym roszczeniem „daj”.

    Przed biegiem na Kasprowy słyszałem przypadkiem, gdy jedna z czołowych zawodniczek biegów górskich żaliła się, że media o niej nie piszą. Za to o jej rywalce niemal non stop, mimo, że ta jest zazwyczaj od niej słabsza. Cóż, po prostu ta słabsza dostarcza mediom ciekawy content. Może nie porywający, ale sensownie przygotowany, ze zdjęciami i napisany po polsku, do tego bez wyczuwalnego na kilometr sztucznego zadęcia. Znakomitych klubów lub zawodników indywidualnych, którzy nie radzą sobie w świecie wciąż ewoluujących mediów jest wielu. Biegacze, kolarze, triatloniści. Tych, którzy dobrze się promują, policzyć można na palcach jednej ręki.

    Zanim zaczniesz szukać sponsora, zapytaj znajomych z pracy, czy słyszeli kiedyś o mistrzu polski dyscypliny, którą z takim zapałem uprawiasz. I czy w ogóle rozróżniają maraton od downhillu („aaa… to takie jeżdżenie po górkach”) lub bieg górski od „Biegnij Warszawo” („to ci co blokują pół miasta”).

  • Rewitalizacja cross country!

    Rewitalizacja cross country!

    Pierwsze informacje odbieram nad wyraz entuzjastycznie. W planach na sezon 2012 Polski Związek Kolarski zakłada odbudowę kolarstwa górskiego w wydaniu wyczynowym. Powołany do życia ma być Puchar Polski a także  „druga liga” w olimpijskiej konkurencji cross country. Ma być regulamin, punkty, struktura, nagrody finansowe oraz… relacje w TVP (Sport)!

    Notatkę na temat spotkania o nowych pomysłach Związku oraz Trenera Kadry, Marka Galińskiego można przeczytać na facebookowym profilu mtb.pl. Wygląda na to, że plan ma ręce nogi oraz wszystkie pozostałe narządy niezbędne do funkcjonowania organizmu. Kategoria „E2” a raczej „2” jest faktycznie najniższą kategorią, ale z kalendarza międzynarodowego. To oznacza, że jeśli pomysł powołania Pucharu Polski zostanie zrealizowany, podczas sześciu wyścigów nasi zawodnicy będą mieli ułatwiony dostęp do punktów UCI. Można się oczywiście spodziewać, że pojawią się też goście zagraniczni, ale w krajach ościennych wyścigów z kalendarza międzynarodowej federacji jest sporo. Zatem, tak jak na Grand Prix Lang Teamu w schyłkowym okresie jego funkcjonowania będą prawdopodobnie przyjeżdżali zawodnicy zza wschodniej granicy.

    Przez pierwsze kilka sezonów druga kategoria wydaje się być odpowiednia. Po pierwsze z powodów finansowych: organizatorzy nie będą musieli gwarantować wysokich nagród, z drugiej dla Polaków będą one akceptowalne. Oprócz tego, przynajmniej na początku rozgrywka o czołowe lokaty będzie zapewne sprawą między rodzimymi zawodnikami. Tymi, którzy są na dorobku, chcą się rozwijać i szukają takiej możliwości. W tym miejscu mam nadzieję, że nasi czołowi zawodowcy starty w Pucharze Polski będą traktowali jako uzupełnienie kalendarza a nie jako swój główny cel. Miejscem dla rozwoju ich karier są w tym momencie imprezy wyższej kategorii i ściganie się ze ścisłą europejską czołówką. Pojawienie się od czasu do czasu na lokalnym podwórku byłoby więc dobrą weryfikacją dla postępów czynionych przez kolarzy z klubów a nie z grup zawodowych a niekoniecznie działało demotywująco (by przypomnieć sytuację wśród kobiet, które stawały na starcie wiedząc, że walczą o czwarte miejsce za zawodniczkami Lotto czy też Hallsa).

    Fakt, że wpływ na cykl Pucharu Polski ma mieć Marek Galiński jako trener kadry narodowej to kolejny plus. „Diabeł” znany jest z dobrej techniki jazdy i z tego, że ceni wymagające trasy. Miejmy nadzieję, ze w imię ułatwienia pracy redakcji TVP nie dojdzie do absurdu jakim było wielokrotne podjeżdżanie na warszawską „Kazurę” lub inne wyścigi wytyczone na skoszonych łąkach.

    Dobrym pomysłem jest też powołanie „drugiej ligi”. Zebranie kilku wyścigów we wspólnie nagradzaną serię imprez powinno zagwarantować dobrą frekwencję zawodników i pewien jednolity standard, dzięki czemu poziom rywalizacji powinien pójść w górę. Dla przykładu warto wspomnieć rajdy samochodowe. Utworzenie drugiej ligi, czyli Rajdowego Pucharu Polski całkiem dobrze wpłynęło na ich ustabilizowanie czy nawet rozwój. Mniej zamożni lub po prostu mniej utalentowani zawodnicy mogą rywalizować z równymi sobie a najlepsi z czasem zdobywają doświadczenie oraz sponsorów i przenoszą się klasę rozgrywkową wyżej. Tak w skrócie i oczywiście uogólniając, bo w rajdach pieniądze mają o wiele bardziej decydujący głos, ale schemat jest słuszny. A że pomysł się sprawdził niech świadczy frekwencja na poszczególnych eliminacjach wyraźnie przewyższająca tę w głównej rajdowej serii.

    Przechodząc od części entuzjastycznej do krytycznej wątpliwość budzi wspomnienie o jednym portalu internetowym mającym patronat medialny. Po latach spędzonych na współpracy z mediami rowerowymi mogę powiedzieć jedno. „Patronat medialny” to bzdura. Nie wierzę, aby organizatorzy imprez byli w stanie dostarczyć ekskluzywnych materiałów nie będących prymitywnym PR wyłącznemu patronowi. Jeśli zarówno Puchar jak i Liga zrobią na początku sezonu dobre wrażenie i tak będą o nich musieli pisać wszyscy i rywalizować o czytelnika jakością relacji. Transmisje w TV to oczywiście rzecz dobra, o ile oczywiście wyjdą poza antenę TVP Sport choćby do internetu a najchętniej w formie małej kroniki na antenę ogólną. Brak jest bowiem informacji o patronacie pozabranżowym i sposobach dotarcia do szerszej publiczności. Za to być może odpowiadać będą wyścigi dla dzieci (z kategorii U-13, czyli przed Młodzikiem), co jest bardzo dobrą inicjatywą nie tylko ze względów sportowych ale i promocyjnych (vide dystans „Rodzinny” na Skandia Maratonie). Biorąc pod uwagę, że przewidziana jest również kategoria dla dorosłych amatorów, pozostaje liczyć, że za relacjonowanie w jakiś sensowny sposób weźmie się „Polska Na Rowery” Gazety Wyborczej, być może spowoduje to, że kibicami przy trasach zawodów będą nie tylko trenerzy, rodzice i dziewczyny zawodników…

    Na koniec kwestia finansów. Mają być nagrody o określonej wartości. Zawody z kategorią „2” to regulowane przepisami stawki nie tylko dla zawodników, ale i obsługi sędziowskiej czy też pewnych standardów organizacyjnych (barierki itd.). To kosztuje. Relacje w telewizji to z argument dla sponsorów by doinwestować zawody i zawodników. Oby tylko po pierwszym sezonie nie okazało się, że zwrot jest tylko na papierze. O tym jednak będzie w jednym z najbliższych wpisów :) Czego by nie mówić, informacja o zorganizowaniu i ustrukturyzowaniu kalendarza xc jest pierwszą dobrą wieścią jaka wypłynęła z PZKol od wielu lat. Nie jest do końca prawdą, że cross country w Polsce nie istnieje. Niemal w każdym regionie działa seria imprez by wymienić choćby Thule Cup, Puchar Szlaku Solnego czy nieśmiertelny Puchar Tarnowa. Tyle, że jedyną opcją na spróbowanie sił na arenie ponad regionalnej w ostatnich latach były maratony, czyli imprezy de facto hobbystyczno-amatorskie. Możliwość „awansu” do Pucharu Polski w cross country to dla młodego zawodnika krok w stronę sportu wyczynowego. Lub sportu po prostu.

     

    [fbvinyl id=360101274052652]

  • Sezon na Conatdora

    Sezon na Conatdora

    Przesłuchanie zakończone. Zarówno sam Alberto Contador jak i świadkowie, w tym rzekomy dostawca felernego kawałka mięsa skażonego klenbuterolem odpowiedzieli na liczne pytania. Trybunał Arbitrażowy ma wydać wyrok dopiero w styczniu. Hiszpański kolarz jest jednak pewny swego i już planuje kolejny sezon.

    Nie mam wątpliwości, że Contador ucieknie sprawiedliwości. Nawet jeśli CAS (Trybunał Arbitrażowy do spraw Sportu) udowodni mu jakiś rodzaj winy, sprawa nie zostanie zakończona. Ilość niejasności formalnych czy też proceduralnych które pojawiają się po drodze umożliwi Hiszpanowi dalszą drogę prawną. Sprawa jest wyraźnie cięższego kalibru niż 50 pikogramów klenbuterolu w mililitrze krwi kolarza, ale głównie poszlakowa, zatem w razie hipotetycznego wyroku skazującego zapewne będzie dalej walczył.

    Kalendarium (po angielsku) można znaleźć tutaj. To dość dokładna rekonstrukcja od momentu gdy Contador zapragnął zjeść wołowy stek do ostatniego przesłuchania przed CAS. Zakładając nawet niewielkie prawdopodobieństwo sytuacji, że w Europie szprycuje się krowy sterydami i z takiego, „lewego” źródła korzysta czołowa gwiazda światowego sportu (tak, to brzmi równie absurdalnie co cukierki Simoniego z kokainą od ciotki z Kolumbii, leki dla teściowej Rumsasa i epo w związku z anemią psa Vandenbroucke’a), Contador się wybroni.

    Sęk w tym, że klenbuterol prawdopodobnie nie znalazł się w jego organizmie z powodu spożycia wołowego steku i stąd, między innymi bierze się tak długi czas trwania dopingowego procesu. Linia obrony Alberto jest niemal perfekcyjna. Sprawy związane ze skażoną żywnością były ostatnio dość popularne. W październiku blisko 100 młodych piłkarzy na mistrzostwach świata U-17 w Meksyku miało pozytywne wyniki testu na clenbuterol. Podobne przypadki zdarzały się również sportowcom, którzy startowali lub trenowali w Chinach lub Ameryce Południowej. Władze sportu różnie postępowały w takich sytuacjach i zawieszały (jak kolarza Li Fuyu czy naszego kajakarza, Adama Seroczyńskiego) lub uniewinniały (jak wspomnianych piłkarzy). Można to interpretować różnie, ale biorąc pod uwagę niezmiernie silną pozycję Contadora, trudno uwierzyć, by został zawieszony a jego rezultaty w czasie gdy startował podczas procesu anulowane.

    Linia obrony hiszpańskiego kolarza jest również o tyle dobra, że przyjmowanie klenbuterolu w trakcie Tour de France to nonsens. Ten, pierwotnie lek na astmę, jest stosowany w hodowli bydła by je dodatkowo odtłuścić, uzyskać więcej mięsa z kilograma zwierzęcia. Sportowcy mogą po niego sięgać by przyspieszyć lub wspomóc odchudzanie, wspomóc budowę masy mięśniowej lub ewentualnie jako stymulant (może mieć podobne działanie jak salbutamol na którym wpadł m.in. Alessandro Petacchi). W przeszłości był często stosowany, jednak jako dość prymitywny i łatwo wykrywalny stracił na popularności. Co więcej, ma działanie termogeniczne, przyjmowanie go więc w czasie wyścigu etapowego gdy raczej należy oszczędzać energię niż dodatkowo podkręcać przemianę materii jest niewskazane. A nawet jeśli, to w wynikach byłoby go o wiele więcej niż 50 pikogramów na mililitr krwi.

    Niewielka ilość substancji która jest często używanym argumentem („nawet jeśli przyjął nielegalnie, to za mało by w jakikolwiek sposób wspomóc swoje wyniki”) poddaje jednak w wątpliwość teorię o skażonym mięsie. U sportowców, którzy faktycznie jedli szprycowaną wołowinę np. w Chinach, we krwi znajdowano o wiele więcej klenbuterolu niż u Contadora. Nie 50 pikogramów a nawet 1300. No ale Alberto jadł stek z europejskiej krowy, która była szprycowana bardziej dyskretnie, (to tak, aby udobruchać baskijskie lobby masarskie) zatem przyjął mniej zabronionej substancji.

    Na swoje nieszczęście w pobranych próbkach znaleziono coś jeszcze. Osławione „plastyfikatory”, które są poszlaką, że Alberto Contador dokonał autotransfuzji. Niestety ten właśnie scenariusz dostania się klenbuterolu do organizmu kolarza jest najbardziej prawdopodobny. „Contador podczas jednego ze zgrupowań (przed Tourem lub nawet w zimie) się nieco odchudzał lub budował masę, wspomagając się niedozwoloną substancją. Równocześnie, ponieważ jego krew miała pożądane parametry pobrał nieco i podał sobie w czasie Touru”. Tak mógłby powiedzieć pewny swoich racji oskarżyciel. Plastyfikatory mają sugerować że krew była przechowywana, choć z drugiej strony znaleziono je nie we krwi a w moczu, zatem również mogą pochodzić z pożywienia.

    Prawdopodobnie stąd kolejne przekładanie terminów przesłuchań oraz ostatecznego werdyktu przez CAS. Badane są bowiem dane z paszportu biologicznego Contadora, na podstawie których można by wzmocnić, mimo wszystko poszlakowy argument związany z transfuzją. Porównywana jest ilość krwinek, hemoglobiny, osocza, krwinek „młodych” i krwinek „starych”. W ten sposób można namierzyć ubytek lub dodatek płynów ustrojowych i zewnętrzną ingerencję.

    Wygląda więc na to, że sportowe władze i agencje antydopingowe zagięły parol na Alberto Contadora. Szkoda tylko, że sprawa ta nie miała najwyższego priorytetu. Próbki z pozytywnym wynikiem na klenbuterol pobrano prawie 1,5 roku temu. UCI postanowiła nie zawieszać Hiszpana i ten ścigał się przez cały sezon 2011. I to ścigał się pięknie, do tego wiele wskazuje, że „na czysto”. Trudno więc sobie wyobrazić by klasyfikacje, punkty a przede wszystkim emocje i wspomnienia uznać za niebyłe, domagać się zwrotu nagród i transferować je do tych którzy byli w tym roku za Contadorem. Do tego dochodzi kwestia wizerunku kolarstwa, który z trudem podnosi się z kolan a z pewnością upadłby na dobre, gdyby okazało się, że największa gwiazda jest oszustem. Zatem wyniki badań i śledztwa sobie a praktyka i polityka sobie. Alberto ma się dobrze, rozpoczyna przygotowania do nowego sezonu i już planuje podbój europejskich szos w sezonie 2012 jakby wiedział, że decyzja CAS, która ma zapaść w styczniu to już tylko formalność. Mimo, że sezon polowań na Contadora jest otwarty, Hiszpan raczej nie zostanie w rytualny sposób odstrzelony i poświęcony na ołtarzu piękna dobra i prawdy.

  • Tam wszystko się zaczyna

    Tam wszystko się zaczyna

    Około 230 zawodników, w tym sporo młodzików, juniorów młodszych i juniorów. Także w kategoriach kobiecych. Przełajowy Puchar Polski w Szczekocinach przypomniał mi jak wygląda solidne ściganie. Oraz o tym, skąd się biorą przyszli mistrzowie.

    Do Szczekocin przyjechała polska czołówka przełajów. Godzinny, bardzo ciekawy wyścig elity mężczyzn wygrał Andrzej Kaiser przed Markiem Cichoszem i Markiem Konwą. Na urozmaiconej trasie były przeszkody naturalne: piaszczyste sekcje w lesie i wykorzystujące wały starej strzelnicy zdradliwe zjazdy oraz sztuczne: płotki do przeskakiwania a także przejazd przez naczepę ciężarówki. Do tego liczne, ciasne zakręty, podbiegi oraz dwie dłuższe proste w otwartym terenie. Jednym słowem wszystko co potrzeba.

    Elita, jak to elita. Dostarczyli nieco emocji, można było przyglądnąć się znakomitej technice krajowej czołówki. Dziś jednak nie o nich. Pozytywnie wyglądała frekwencja wśród młodszych zawodników. Może nie był to jeszcze tłum,  a trzeba zaznaczyć, że  impreza zgromadziła najwięcej przełajowców w tym sezonie, ale na myśl przyszły „Stare Dobre Czasy” gdy np. w Grand Prix MTB startowało regularnie kilkudziesięciu zawodników niemal w każdej z kategorii. W Szczekocinach typowo dla naszego kolarstwa wyczynowego wyglądały jedynie wyścigi mastersów, gdzie rywalizowało raptem po kilku panów a różnice na mecie były spore. Mastersi to mimo wszystko osobny temat, rzecz w tym, że prawdziwe ściganie mieli tego dnia młodzi.

    Bliski kontakt, bardzo mocna jazda od startu do mety. Błędy kosztują nie jedno czy dwa miejsca lecz czasem dziesięć a niedyspozycja powoduje utratę szans na dobrą lokatę.  Idealne warunki by się rozwijać i zdobywać doświadczenie. Być może z setki młodych ludzi profesjonalną karierę kolarską kontynuować będzie kilkoro. Tobiasz Lis czy Piotr Konwa to bardzo obiecujący juniorzy. O starszym bracie tego drugiego, Marku, wiemy od lat, że ma olbrzymi potencjał, który teraz zaczyna przekuwać w karierę zawodowca (nominalnie wciąż będąc orlikiem). Tych kilka klubów, w których ciągle ktoś pracuje z młodzieżą kształci kolejne pokolenie kolarzy. To wszystko jest, jak na blisko czterdziestomilionowy kraj, w skali mikro. Ale wciąż są ludzie, którzy jeżdżą busem z przyczepą i pokrzykują na młodzików „jedziesz za twardo, rozpędź się, puść hamulce, dupa do tyłu, teraz mocniej”. Ci sami młodzicy kilka godzin później stoją przy trasie i patrzą co robi Kaiser, Cichosz czy Konwa. Może kiedyś będą zawodowcami a może przez całe studia będą wydawać każdy grosz ze stypendium na lżejsze śrubki do swojego górala, tak czy inaczej będą zawodnikami.

    Po jednym wyścigu trudno cokolwiek przewidywać czy wieścić nadejście renesansu. Mimo to, w chłodny, listopadowy dzień, niemal w szczerym polu odrobinę powiało optymizmem. Było ściganie. Nawet wśród kobiet. Był spiker, który komentował, było nieco kibiców. Ba, była nawet TVP Info. Na podium zawodnicy odebrali nie pompki, lampki i plecaki a gotówkę w kopertach. Tak, juniorzy też. Znaczy, że się da. Zwycięskie dzieci z kategorii szkolnych (z klas 1-3, czyli jak to ładnie określił spiker „Zawodnicy Niezrzeszeni, którzy być może już za rok przyjadę do Szczekocin z licencjami kolarskimi”) zamiast gotówki dostały po pizzy od lokalnej pizzerri. Miło.

    Całość wyglądała w sposób nad wyraz przemyślany, cywilizowany i mający sens. Co warte podkreślenia, zawody w tym miejscu organizowane są przez ostatnich 15 lat przez Burmistrza Gminy oraz klub Olimpijczyk Szczekociny, jest  to Memoriał Edwarda Pelki. Ilość elementów, które są na plus zaskakuje. Dobra trasa, sprawna organizacja, nagrody, punkty, zawodnicy zagraniczni, dopracowane detale. Takich imprez, biorąc pod uwagę wszystkie konkurencje kolarskie w sezonie jest raptem kilka. To na nich pierwsze kroki stawiają przyszli mistrzowie i to tam rodzi się sport wyczynowy. Trochę szkoda, że potem w większości przychodzą rozczarowania, ale ponieważ jest listopad i ciemno robi się o szesnastej, chwilowo o tym zapomnę.

    Pełne wyniki wkrótce będzie można znaleźć na stronie Andrzeja Godlewskiego

    Poniżej nieco zdjęć z zawodów. Również z młodszych kategorii:

    [nggallery id=6]

    Error 190: Invalid OAuth Access Token. Try using the admin panel to re-validate your plugin.

  • Najlepszy polski kolarz?

    Najlepszy polski kolarz?

    Bartosz Huzarski, Przemysław Niemiec, Marek Rutkiewicz czy Sylwester Szmyd? To dość karkołomny pomysł by wartościować tak różnych zawodników. Ale po pierwsze jest po sezonie a po drugie, nadciąga kolejna generacja polskich kolarzy ze sporym apetytem na przebicie osiągnięć obecnej. Po trzecie wreszcie, zmierzenie się z tą kwestią traktuję jako rodzaj wyzwania.

    Sylwester Szmyd jest z tej czwórki najstarszy. W marcu będzie miał 34 lata. Jak na kolarza to sporo, ale jeszcze nie musi oznaczać jednoznacznego zmierzania w stronę zakończenia kariery. Są zawodnicy, którzy w tym wieku wieszają rower na haku i zajmują się prowadzeniem kawiarni, hodowlą krów lub stają się dyrektorami sportowymi. Są też tacy, którzy, jak wino, dopiero „na starość” zaczynają dojrzewać by wspomnieć np. Chrisa Hornera.

    W tym zestawieniu Szmyd zajmuje szczególne miejsce nie tylko ze względu na wiek. To on, jako jedyny w latach posuchy reprezentował nasz kraj wśród kolarskiej elity. Od początku swojej kariery jeździ we Włoszech i choć np. historia jego występów w reprezentacji czy na mistrzostwach Polski jest długa i zawiła (w pewnym momencie pojawiła się nawet opcja zmiany barw narodowych), to jednak jest „nasz”. Mimo jedenastu sezonów w zawodowym peletonie ma na swoim koncie zaledwie jedno zwycięstwo. Za to jakie! Będąc typowym góralem zwyciężył na Mount Ventoux podczas Dauphine Libere w 2009r. Po sukcesie Zenona Jaskuły w Tour de France (1993) jest to, póki co największy sukces Polaka wśród profesjonalistów. Takie kolarskie „Wembley” które długo będzie wspominane przy każdej okazji gdy tylko któryś z wyścigów zawita do Prowansji. Trzeba jednak pamiętać, że mimo braku spektakularnych sukcesów Sylwester Szmyd ma całkiem bogate portfolio. Miejsca w pierwszej dziesiątce wyścigów Pro Tour: Dauphine Libere, Tour de Romandie, Tour de Pologne oraz czternaste miejsce zdobyte w Vuelta Espana 2006 sugerują, że to bardzo solidny kolarz. Przy tym trzeba pamiętać, że to „tylko” pomocnik. Tyle, że pomocnik bardzo specyficzny, o wąskiej specjalizacji, przez co bardzo ceniony. Jego zadaniem jest prowadzenie lidera i dokonywanie selekcji na górskich etapach. Kilkukrotnie zrobił to w sposób, który był powodem zachwytu komentatorów na całym świecie. Co istotne, dwukrotnie był członkiem zwycięskiego teamu w wielkim tourze: Damiano Cunego (2004) i Ivan Basso (2010) z pomocą Szmyda wygrywali Giro d’Italia. Sylwester Szmyd jest aktywny w sieci. Prowadzi bloga, który jest często przeklejany przez większość portali. Niestety na tym polu przegrywa z konkurencją, tracąc częściowo sympatię kibiców przesadnym podkreślaniem znaczenia pracy, jaką wykonuje dla liderów swoich ekip. W rewanżu internauci „odwdzięczają się” zarzutami o brak ambicji i przeciwstawiają kolejnemu bohaterowi poniższego tekstu.

    Przemysław Niemiec, tak jak Szmyd w dość młodym wieku wyjechał do Włoch, tyle, że zamiast praktykować u wielkich mistrzów w grupach z najwyższej półki startował w ekipach trzeciej dywizji. Do najwyższej klasy rozgrywkowej (Lampre) trafił dopiero mając 31 lat. Za to wcześniej, niejednokrotnie będąc liderem ekipy Miche notował znakomite wyniki w imprezach prestiżowych choć niższej kategorii. Wygrywał etapy oraz klasyfikację generalną Route du Sud, etapy oraz stawał na podium w Giro del Trentino,  etap i podium Settimana Coppi & Bartali. W CQ Ranking (odpowiednik dawnego rankingu UCI, który bierze pod uwagę punkty ze wszystkich wyścigów nie rozdzielając na World Tour i Toury Kontynentalne) regularnie mieści się w pierwszej części drugiej setki i jest najwyżej sklasyfikowanym Polakiem. W tym roku podczas Giro miał skonfrontować się z Sylwestrem Szmydem – obaj w swoich drużynach pełnili podobne funkcje. Szmyd wspierał Vincenzo Nibalego, Niemiec – Michele Scarponiego. Trzeba przyznać, że na Etnie Niemiec zaprezentował się rewelacyjnie, później nie było już tak dobrze. Mimo wszystko pozostawił dobre wrażenie artystyczne. Chwile chwały Przemysława Niemca przyszły jesienią. Po niezbyt udanym Tour de Pologne oraz Vuelta Espana gdzie bywał w czołówce w górach, ale ostatecznie nie zachwycił znakomicie pokazał się we włoskich klasykach. Szóste miejsce w Emilii oraz piąte w Gran Piemonte (klasyki kategorii HC) to jednak nic w porównaniu z piątym miejscem w Giro di Lombardia. Jadąc aktywnie z najlepszymi kolarzami wyścigu Niemiec sięgnął po jeden z najlepszych polskich wyników w klasycznych Monumentach i najlepszy od dekady, czyli od czasów Zbigniewa Sprucha. Choć „piąte miejsce na jakimś wyścigu we Włoszech” nie pobudza tak wyobraźni jak „wygrana na legendarnej górze wiatrów”, jest to jeden z najcenniejszych wyników uzyskanych przez polskich zawodowców w XXIw. (W tym miejscu warto jeszcze wspomnieć wygraną Piotra Wadeckiego na górskim etapie Paryż – Nicea).

    Tak już się złożyło, że polscy profesjonaliści są w swoich specjalnościach raczej „jednymi z wielu” niż postaciami wybitnymi. Z drugiej strony, potrafią np. we włoskich grupach wygrać rywalizację z Włochami. Specjalizacja Bartosza Huzarskiego jest prawdopodobnie najszersza i zarazem najbardziej popularna. Górzyste etapówki, jazda w ucieczkach, próby walki w klasykach. Chętnych i posiadających możliwości by odnosić sukcesy na tych polach jest wielu. Tymczasem „Huzar” ma sporą intuicję w szukaniu szansy dla siebie i często jest blisko dobrego wyniku a od czasu gdy zaczął ścigać się w ekipach zagranicznych zdobywa kilka cennych skalpów w sezonie. Jego kariera rozpoczęła się od spektakularnej ucieczki zakończonej zwycięstwem na jednym z etapów Wyścigu Pokoju (2003) i to właśnie po ucieczkach sięga po większość wartościowych wyników. Szczególnie udane ma dwa ostatnie sezony w barwach grup ISD i NetApp. Wygrywał etapy Settimana Coppi e Bartali oraz Settimana Lombarda (2010), był liderem oraz zajął szóste miejsce w „generalce” wyścigu dookoła Turcji (2011, kategoria HC) a także siódme w Tour de Pologne (2011, nie zapominajmy, że to World Tour), będąc najlepszym Polakiem wyścigu. Co ważne podkreślenia, Huzarski jest prawdopodobnie najbardziej lubianym kolarzem przez rodzimych internautów. Swego czasu był jednym z pierwszych, którzy aktualizowali swoją www. Zamieszczał na niej nawet swoje plany treningowe i wyniki badań, zanim ktokolwiek słyszał o paszportach biologicznych. Jest aktywny na forach i koresponduje z kibicami, którzy cenią go również za to, że nie szuka wymówek gdy wyścig nie ułoży się po jego myśli.

    Na koniec zostawiłem postać najbardziej znaną przeciętnemu widzowi TVP. Marek Rutkiewicz to od lat nasz murowany faworyt do wygrania a przynajmniej do podium Tour de Pologne. „Wielka Nadzieja Białych Polaków” z karierą złamaną przez zamieszanie w dopingową „Aferę Cofidisu”. W 2004r, czyli gdy miał 23 lata musiał ewakuować się z francuskiej ekipy RAGT (wówczas z licencją I dywizji) do kraju, gdzie spędził kolejne siedem i pół sezonu. W tym czasie postrzegany był jako specjalista jednego wyścigu, czyli właśnie Tour de Pologne. Skoro u progu kariery Rutkiewicz potrafił pokonać Richarda Virenque’a na trudnym podjeździe Grand Colombier, trudno się dziwić, że co roku przygotowywał się do jedynej okazji, gdzie mógł porównać się z zawodnikami światowej elity. Liczne sukcesy w kraju z pewnością nie rekompensowały mu braku możliwości rywalizacji w najważniejszych wyścigach. Zwraca więc uwagę, nieco niedoceniany, bo uzyskany na egzotycznej imprezie, wynik w Tour of Quinghai Lake w 2008r. Nie tylko kategoria wyścigu (2.HC) jest tu ważna. Na górskiej i rozgrywanej na dużej wysokości etapówce Rutkiewicz rywalizował jak równy z równym z „Bad Boys” ekipy Rock Racing: Tylerem Hamiltonem i Oscarem Sevillą ostatecznie wygrywając etap i zajmując drugie miejsce w klasyfikacji generalnej. Mając trzydzieści jeden lat powraca „za zachód”. Będzie się ścigał razem z Bartoszem Huzarskim w niemieckiej ekipie NetApp i częściej niż raz lub dwa razy w sezonie powinien dostać szansę na sprawdzenie swoich możliwości. Nie pozostaje nic innego, jak życzyć mu powodzenia.

    W sieciowych rozważaniach na temat tego, kto jest lepszy a kto gorszy i dlaczego najczęściej można spotkać przypuszczenia. Co by było, gdyby Szmyd częściej dostawał wolną rękę, Niemiec wcześniej trafił do dobrej ekipy, Huzarskiemu udało się wyjechać za granicę w wieku Rutkiewicza a Rutkiewiczowi uniknąć problemów wokół afery Cofidisu? Dlatego skupiłem się na kolarzach po trzydziestce z bogatym dorobkiem i pominąłem np. Bodnara, Gołasia, czy Marczyńskiego, którzy stoją między opisywaną czwórką a kolejną generacją: Majką, Maryczem, Kwiatkowskim czy Paterskim. Chciałem porównać dokonania a nie potencjał łączony też często z sympatią i wizerunkiem. Za rok taki mini ranking może wyglądać zupełnie inaczej. Szmyd może wygrać etap na Giro (bo właściwie czemu nie). Niemiec na Vuelcie. A wszystkich „skasować” któryś z młodych triumfując w tygodniowej etapówce z kalendarza World Tour lub Huzarski w Tour de Pologne. Ale to będzie kiedyś. Na dziś według mnie numerem jeden jest Sylwester Szmyd. Nawet jeśli, tak jak wielu kibiców, często jestem już znużony niektórymi jego wypowiedziami. Pozostaje tylko schylić czoło przed wieloletnią ciężką pracą i kilkoma, ale za to bardzo dobrymi wynikami. I życzyć, by Mount Ventoux nie było jego jedynym indywidualnym zwycięstwem.

    PS Na blogowym fanpage’u udostępniłem ankietę z pytaniem o najlepszego aktywnego polskiego kolarza szosowego. Zapraszam do głosowania: http://www.facebook.com/questions/239685629427551/?qa_ref=qd