Tadej Pogacar w 2024 dokonał rzeczy wybitnej: zwyciężył w Giro, Tourze oraz w Mistrzostwach Świata ze startu wspólnego. Zdobył więc kolarskiego “wielkiego szlema”. Jeżdżąc przez kolejny rok w tęczowej koszulce potwierdził, że jest jednym z największych szosowców w historii.
“Ranking kolarskich mistrzów świata” to mój wieloletni projekt, w którym śledzę, jak w XXIw radzą sobie zdobywcy tęczowej koszulki w sezonie po zdobyciu tytułu najlepszego szosowca.
Ponieważ zasady rankingu UCI są zmienne, pod uwagę biorę punktację popularnego “CQ Ranking”, zwracam również uwagę na liczbę zwycięstw. Ta, choć niewątpliwie wpływa na zdobyte punkty, zależna jest od specjalizacji kolarza. Więcej wygrywał będzie sprinter, mniej zawodnik z ambicjami w wyścigach etapowych. Chyba, że jest Tadejem Pogacarem ;)
Ranking 2020 i 2021 był zaburzony przez lockdowny i zmiany w kolarskim kalendarzu wywołane pandemią COVID-19. W sezonie 2022 co do zasady większość wyścigów odbywała się normalnie. 2023 to kolejne perturbacje: rywalizacja o tęczową koszulkę została zaplanowana na sierpień: między Tourem a Vueltą, co odebrało punkty za Vueltę 2023 Remco Evenepoelowi.
Po Mistrzostwo Świata w Zurychu Tadej Pogacar pojechał w swoim, unikatowym stylu. Solowy atak z daleka był ryzykowny, ale zakończył się powodzeniem, choć był moment gdy wydawało się, że Słoweniec może jednak polec. Nic takiego jednak się nie wydarzyło i Pogacar dołączył do Eddy’ego Merckxa oraz Stephena Roche’a – jedynych męskich zawodników, którzy w jednym sezonie zdobyli kolarską “potrójną koronę” (zrobiła to jeszcze w 2022r Annemiek van Vleuten).
Choć mógł być zmęczony (przejechał dwa wielkie toury, tygodniówkę i pięć klasyków) dość szybko postanowił zaprezentować się w tęczowej koszulce. Już tydzień po mistrzostwach w Zurychu wystartował w jednodniówce Giro dell’Emilia z metą przy Bazylice San Luca. Wyścig wygrał po raz kolejny “na solo” demolując rywali i rozpoczynając serię zwycięstw jako urzędujący czempion.
W kolejnym tygodniu zrobił to, do czego nas przyzwyczaił, czyli czwarty raz z rzędu wygrał monument, który prawdopodobnie najbardziej odpowiada jego możliwościom i stylowi jazdy, czyli Giro di Lombardia. Znów po solowym ataku, znów z olbrzymią przewagą nad Remco Evenepoelem.
Następnie udał się na zasłużony odpoczynek by do ścigania wrócić w lutym podczas UAE Tour – imprezie sponsorów drużyny, w której jeździ. Był trzeci na płaskiej czasówce, wygrał dwa górskie finisze i cały wyścig, choć widać było, że to dla niego po prostu trening.
Następnie przystąpił do części sezonu, która powoduje, że ten rok był dla Pogacara wyjątkowy. Mistrz świata wiosną postawił bowiem wszystko na starty w wyścigach klasycznych, swoją kampanię rozpoczął na początku marca od Strade Bianche a zakończył w ostatnich dniach kwietnia podczas Liege-Bastogne-Liege.
W czasie tych niemal dwóch miesięcy rywalizował ze sprinterami podczas Mediolan-San Remo, specjalistami bruków na Flandrii i Paryż-Roubaix a z góralami w Ardenach.
Bilans powala na kolana: wygrana (mimo upadku) w Strade Bianche, trzecie miejsce w Mediolan-San Remo, wygrana Flandria, druga lokata w Paryż-Roubaix, trzecia w Amstel Gold Race oraz triumfy podczas Walońskiej Strzały i Liege-Bastogne-Liege.
Rywalizacja Pogacara z van der Poelem w Mediolan-San Remo oraz na brukach to jeden z najjaśniejszych punktów całego sezonu, pojedynek dwóch geniuszy kolarstwa, należących do zupełnie innych światów, których drogi przecinały się na najważniejszych wyścigach jednodniowych. I choć z tego pojedynku 2:1 zwycięsko wyszedł van der Poel fakt, że aktualny (i przed i po, to ważne) triumfator Tour de France stanął na podium imprez, które w teorii są “ nie dla niego” pokazuje, dlaczego coraz częściej stawia się Pogacara na równi z Merckxem.
Tym bardziej, że po przegranym ze Skjelmose Amstel Gold Race (Tadej był ewidentnie nie w pełni zregenerowany po Paryż-Roubaix), już kilka dni później powrócił do topowej formy demolując rywali na Walońskiej Strzale i Liege-Bastogne-Liege. Tym samym jako urzędujący mistrz świata wystartował po kolei we wszystkich rozgrywanych monumentach, z których trzy wygrał, raz był trzeci i raz drugi.
Właściwie w tym miejscu można by powiedzieć “kurtyna” lub niczym Geraint Thomas upuścić na ziemię mikrofon i zakończyć to podsumowanie, gdyby nie to, że Pogacar po chwili odpoczynku i wysokogórskich zgrupowaniach przygotował drugi szczyt formy na Tour de France.
Po drodze zbudował psychiczną przewagę nad Jonasem Vingegaardem gnębiąc go podczas Criterium du Dauphine, mimo jednej z nielicznych porażek (podczas czasówki choć jak się później okazało było to całkowicie bez znaczenia).
Do Wielkiej Pętli wystartował jako obrońca tytułu i faworyt. Jego najwięksi rywale, drużyna Visma | Lease a Bike przywieźli do Francji super mocny skład. Przez pierwszą: wietrzno-pagórkowatą część wyścigu starali się uprzykrzać życie mistrzowi świata jak to tylko możliwe nadając tempo, nieustannie atakując i szukając jego słabych punktów. Tych jednak praktycznie nie było, a sam Pogacar pokazaywał nie tylko moc, ale i taktyczne opanowanie. Ścigając się, niczym na wiosnę z van der Poelem na etapach przypominających charakterystyką klasyki wygrał czwarty etap wyścigu, został liderem a przy tym zanotował setne zwycięstwo w zawodowej karierze. Zrobił to w wieku niespełna 26 lat, na najważniejszym wyścigu na świecie, w koszulce mistrza świata.
Kurtyna, micdrop itd po raz kolejny.
Następnie był drugi podczas płaskiej czasówki, wygrał na Mur de Bretagne by symbolicznie “skończyć” ten Tour de France w Pirenejach: odpalając ekstremalnie mocny atak na Hautacam oraz poprawiając podczas czasówki na Luz Ardiden. Kilka dni później dołożył do tego (choć nie wygrał etapu) rekord czasu na Mont Ventoux a w Alpach, choć kolarze Vismy próbowali różnych rozwiązań, był niewzruszony i czekał tylko na dojechanie do Paryża. A tam, na zmienionej rundzie prowadzącej przez Montmartre dostarczył nam znakomitej rozrywki ścigając się z van Aertem. I choć przegrał, ofensywną i bezkompromisową postawą pokazał, za co uwielbiają go kibice na całym świecie.
Co ciekawe, choć wcześniej anonsowano jego udział w hiszpańskiej Vuelcie (ależ to byłby inny wyścig, gdyby Tadej w nim jednak wystartował), Pogacar stwierdził, że czuje się wypalony i musi odzyskać świeżość oraz motywację.
Jak powiedział, tak zrobił. Spędził nieco czasu ze swoją partnerką, Urską Zigart, powrzucał trochę zaczepnych treści na social media, potrenował i wrócił do ścigania na nieco ponad tydzień przed mistrzostwami świata.
Pogacar ewidentnie lubi kanadyjskie klasyki, bo mimo konieczności zmiany klimatu, strefy czasowej i długich podróży postanowił w nich wystartować. W Quebecu tak jak przy poprzednich okazjach mimo ofensywnej jazdy nie był w stanie zgubić rywali i zanotował najgorszy wynik w sezonie (29 miejsce, nieznacznie dalej był tylko na sprinterskich etapach touru). Dwa dni później w Montrealu był jednak zdecydowanie najmocniejszy, ale postanowił podzielić się wygraną ze swoim pomocnikiem, Brandonem McNultym, z którym razem dojechał do mety i wpuścił na nią pierwszego.
Wynik z Quebceu tłumaczył chorobą na kilka dni przed wyjazdem do Kanady, co byłoby kolejną infekcją, jaką musiał w tym roku zwalczyć (według komunikatów ekipy UAE chorował rownież w czasie Touru).
Do Rwandy na mistrzostwa świata jedzie jako faworyt: trasa ma około 6000m przewyższenia, będzie to więc najbardziej górzysta rywalizacja o tęczową koszulkę. Zanim jednak przystąpi do jej obrony, zmierzy się m.in. z Remco Evenepoelem w jeździe indywidualnej na czas.
Tadej Pogacar jako urzędujący mistrz świata zaliczył sezon po prostu wybitny. Podczas 45 dni startowych wygrywał 16 razy, od zdobycia tytułu stawał na starcie 48 razy, z czego wygrywał 18.
Zdobył 4430 punktów, co daje mu ponad 1523 przewagi nad Peterem Saganem (a jeśli doliczyć Evenepoelowi lepszą z Vuelt 1487 nad nim). Pod względem liczby zwycięstw od Pogacara lepszy był tylko Boonen, Słoweniec jest za to lepszy od Cavendisha. Biorąc pod uwagę, że na Tourze w pewnym momencie przestał się ścigać o wygrane etapowe oraz, że podarował McNulty’emu Montreal można śmiało założyć, że rekord zwycięstw jako mistrz świata również mógłby pobić.
Prawdopodobnie oglądamy szczyt kariery Tadeja Pogacara. Jak długo potrwa i czy będzie mógł być jeszcze wyższy niż to, co obejrzeliśmy w sezonach 2024 i 2025 dowiemy się już niebawem. Pierwsza weryfikacja nastąpi 21.09 podczas jazdy na czas w Kigali, a następnie 28.09 w wyścigu ze startu wspólnego. Jeśli nie wydarzy się nic złego lub wyjątkowo zaskakującego, za rok przeczytacie podumowanie kolejnego roku w wydaniu słoweńskiego mistrza.
Ranking Kolarskich Mistrzów Świata, edycja 2025

Zdjęcie okładkowe: Tadej Pogacar wygrywa po raz setny w karierze na czwartym etapie Tour de France 2025, fot. materiały prasowe a.s.o./jonathan biche


















