Tag: Klasyki

  • Blast from the past: wiosna Cipolliniego

    Blast from the past: wiosna Cipolliniego

    To było czternaście lat temu. Mario Cipollini, supersprinter i jedna z największych gwiazd w historii kolarstwa przeżywał apogeum swojej kariery.

    Nigdy nie ukrywałem, że ?Super Mario? był jednym z moich ulubionych zawodników. Ekscentryk, celebryta, showman a przy tym piekielnie skuteczny sportowiec. Wiosna 2002 należała do niego pod wieloma względami. Nie tylko odniósł kilka spektakularnych sukcesów, to jeszcze zrobił to w wielkim stylu. Co więcej, drużyna, której barwy reprezentował – Acqua e Sapone – stworzyła niepowtarzalną identyfikację wizualną podkreślającą unikatowy styl Cipolliniego. Formujący się w końcówkach etapów pociąg pilotujący Włocha do kolejnych zwycięstw odziany był w stroje w paski zebry, co było pomysłem samego Mario. Nikt jak on nie potrafił poruszać wyobraźni i kreować gustów fanów. Muszę też wspomnieć, że tamtej wiosny Super Mario miał już 35 lat. Choć Chris Horner ustanowił w 2013r nowe standardy, druga młodość Cipolliniego była wydarzeniem wyjątkowym.

    Na przełomie XX i XXI wieku Mediolan Sanremo, był wyścigiem scricte dla sprinterów. Cipressa i Poggio nie były w stanie dokonać wystarczającej selekcji. Erik Zabel dominował w ?wiosennych mistrzostwach świata?, pozostawiając Włochów z poczuciem co najmniej niedosytu. Rok wcześniej Cipollini przegrał właśnie z Zabelem, jednak w 2002 roku perfekcyjnie zorganizowany, pasiasty pociąg przeprowadził go przez finałowe podjazdy a na Via Roma Giovanii Lombardi i Giudo Trenti nadali tak mocne tempo, że Mario poradził sobie z rywalami.

    Finisz Mediolan Sanremo 2002

    W tamtych czasach Gandawa – Wevelgem, brukowany ?semi klasyk? był rozgrywany w tygodniu między Dookoła Flandrii a Paryż – Roubaix. Cipollini wygrywał tam dwukrotnie, kolejną dekadę wstecz, na początku lat dziewięćdziesiątych. W 2002r dokonał niezwykłego wyczynu. Już sam fakt utrzymania formy od Mediolan Sanremo jest godny uznania. Dla kolarza nielubiącego podjazdów i ogólnie trudnych warunków, flandryjskie bruki nie są najlepszą scenerią do zwycięstw. Gandawa – Wevelgem uchodzi jednak za wyścig, w którym specjaliści sprintów są w stanie sobie poradzić. Najtrudniejszym wzniesieniem jest Kemmelberg, który ustępuje innym flamandzkim legendom.

    Pogoń i finisz Cipolliniego na Gandawa Wevelgem 2002

    Cipollini nie tylko poradził sobie z Kemmelbergiem, ale też pojechał va banque. W decydującym momencie, gdy na końcowych kilometrach czołówka podzieliła się na dwie części, samotnie przeskoczył z pogoni do ucieczki. W tamtym momencie był sportowcem z innej planety, nawet, jeżeli stosował podobne środki co jego rywale w ?erze EPO?.

    Praca zespołowa Włochów w Zolder

    Ponieważ Mario był postacią wybitnie kontrowersyjną, organizatorzy Tour de France często rewanżowali się odmawiając prawa startu w ?Wielkiej Pętli. W 2002r Cipollini błyszczał podczas Giro d?Italia, jednak do Francji nie pojechał. Rozważał nawet zakończenie kariery, ale Franco Ballerini, nieżyjący już selekcjoner reprezentacji Włoch namówił go do startu w mistrzostwach świata. Jesienią, w holenderskim Zolder ?Squadra Azzurra? podporządkowana była Cipolliniemu, który zdobył tęczową koszulkę. Jak to często bywa po tak genialnym sezonie nastąpił regres. Wielkie sukcesy kosztują, Mario stał się więc kolejną ofiarą ?klątwy tęczowej koszulki?. W Sanremo 2003 finiszował jako pierwszy z peletonu, ale przed nim dojechała ucieczka z Paolo Bettinim na czele.

    Sfrustrowany Super Mario rzuca bidonem

    W Gandawa – Wevelgem pogubił się, ale nie byłby sobą, gdyby pozwolił o sobie zapomnieć. Zrezygnowany i sfrustrowany, nie mogąc powtórzyć niezwykłej akcji sprzed roku wyładował agresję na motocykliście, rzucając w niego bidonem. Ponieważ Super Mario nawet, gdy przegrywał, był super, bidon idealnie trafił w cel.

    Tamte lata to była inna epoka kolarstwa. Mimo to, fenomenalna wiosna Cipolliniego, nawet jak na ?erę EPO? była wyjątkowa. Trzecie zwycięstwo w Gandawa – Wevelgem wywindowało go do grona rekordzistów tego wyścigu. Z obecnie aktywnych kolarzy jedynie Tom Boonen ma szansę poprawić to osiągnięcie.

  • Poniedziałkowy skrót#6 – Niespodzianka nie jest niespodzianką

    W karierze zawodowego sportowca, który ?dobrze się zapowiada? przychodzi czasami taki dzień, że po kilku obiecujących rezultatach osiąga spektakularny sukces. Norweski kolarz, Alexander Kristoff wygrywał niewiele aż do wczoraj. Zwycięstwo w Mediolan-Sanremo w jego przypadku zmienia wszystko.

    Ubiegłoroczne wyniki Kristoffa w najważniejszych wyścigach jednodniowych sugerowały, że w kolejnym sezonie trzeba go będzie poważnie zwrócić na niego uwagę. Wierzyli w niego koledzy z drużyny oraz kierownictwo zespołu (Katiusza) – do pomocy dostał doświadczonego specjalistę, Lukę Paoliniego, który znakomicie przeprowadził Norwega przez ostatnie, wymagające i nerwowe kilometry.

    Finisz ?Primavery? nie jest nigdy klasycznym sprintem. Kolarze mają w nogach 300km, ostatni odcinek to dwa podjazdy pokonywane w zawrotnym tempie oraz kręty zjazd, na którym trwa walka o pozycje w niewielkiej, maksymalnie kilkudziesięcioosobowej grupie. Gdyby to był zwykły etap, Mark Cavendish powinien wygrać w cuglach a Peter Sagan nie byłby na straconej pozycji. Po takim dystansie w deszczu i zimnie przedwyścigowe prognozy można włożyć między bajki: liczy się dyspozycja w tym konkretnym momencie. Mocno zbudowany Kristoff wytrzymał morderczy finisz, pokonał samego Fabiana Cancellarę, eksperta od takich sytuacji, Cavendisha zwyczajnie ?odcięło? a przemarznięty Sagan w ogóle nie nawiązał walki o podium. Jeśli ktoś myśli, że przy braku pomocników, linii mety usytuowanej tuż po zjeździe i ogólnie w trudnych warunkach rozstrzygnięcie jest dziełem przypadku, wątpliwości rozwiewa sam Eddy Merckx: „Mówią, że to loteria, ale czy znacie wielu (takich jak ja), którzy wygrywali na loterii siedem razy?”

    Skoro tak, Alexander Kristoff jest czwartym z rzędu niespodziewanym zwycięzcą, którego sukces nie zaskakuje. Goss, Gerrans i Ciolek wygrywali w San Remo i nikt nie podważa ich sukcesów, natomiast nadal, gdy stają na starcie kolejnych imprez, inni kolarze notowani są wyżej w przedwyścigowych typowaniach. Czy tak samo będzie z Kristoffem? Dla niektórych kolarzy wygranie jednego z Monumentów było bowiem motorem napędowym do dalszych triumfów, dla innych przekleństwem, momentem, do którego przez kolejne lata nie byli w stanie nawiązać (by wspomnieć choćby Filippo Pozzato). Zatem póki co, brawa dla Norwega i z niecierpliwością czekam na jego dalszy rozwój: ważny sprawdzian już za dwa tygodnie na flandryjskich brukach.

    Co jeszcze? Ruszył Cape Epic, najbardziej prestiżowy wyścig etapowy na rowerach górskich. Na starcie większość światowej elity a uparty Marcin Piecuch po raz kolejny próbuje swoich sił w konfrontacji z najlepszymi góralami, tym razem w parze z Dariuszem Mirosławem. Do tego wyścig jest znakomicie prezentowany na żywo w sieci. Mam nadzieję napisać więcej na ten temat w nadchodzącym tygodniu :)

     

    Dziś startuje również Volta a Cataluna. Niestety Rafał Majka nie jedzie: kontuzja łokcia, której doznał podczas Paryż – Nicea wykluczyła go z rywalizacji. A szkoda, ponieważ w Katalonii zmierzą się wybitni górale i specjaliści najtrudniejszych etapówek.


    Na koniec jeszcze uwaga dotycząca „Primavery”. Zapewne chłód i deszcz dodatkowo sprzyjały takiemu rozwiązaniu (nie trzeba było zmagać się z upałem), ale spora część peletonu i większość kolarzy, których w końcówce pokazywano w relacji TV wybrała aerodynamiczne, „deskorolkowe” kaski. Wszystko jest kwestią przyzwyczajenia, ciekawe, kiedy taki widok nam spowszednieje.

  • Nie przegap w ten weekend – Primavera

    Jest tylko pięć kolarskich ?monumentów?. Każdy jest inny, każdy wyjątkowy. Pierwszy z nich już w tę niedzielę. Wiosenne mistrzostwa świata, jedyny w swoim rodzaju Mediolan-Sanremo.

    Niewiele jest okazji, gdzie góral, sprinter, specjalista wyścigów jednodniowych i najlepszy zawodnik w jeździe na czas przystępują do rywalizacji z równoprawnej pozycji faworyta. Absurdalny, jak na współczesne czasy, dystans 300 kilometrów, który dzieli Mediolan od Sanremo wyrównuje szanse. Niewielkie pagórki: Cipressa i Poggio, które same w sobie nie stanowią problemu nawet dla amatora, na koniec długiego dnia są idealnym miejscem do ataku dla mających resztki sił śmiałków. Ostatni zjazd i prosta do mety to szansa dla sprinterów na wypracowanie dogodnej pozycji do finiszu, o ile którykolwiek z pomocników przetrwał wcześniejszy dystans, ataki i kraksy.

      Tradycyjnie rozgrywany w soboty, wyścig został przeniesiony na niedzielę. Nie obyło się również bez majstrowania przy trasie. Wcześniejsze plany jej utrudnienia spaliły na panewce. Z powodu robót drogowych podjazd Pompeiana nie znalazł się w menu, wcześniej usunięto z niego wzniesienie La Manie. Hichot losu da się słyszeć całkiem wyraźnie: nowa wersja miała być ?uszyta na miarę? Vincezno Nibalego, tymczasem najlepszy włoski kolarz obecnego pokolenia wyraźne celuje z formą w Tour de France i jeszcze nie jest w najlepszej dyspozycji. Oczy kibiców kierują się więc w stronę trójki: Mark Cavendish (super sprinter) - Peter Sagan (nadzieja wyścigów klasycznych) - Fabian Cancellara (wybitny czasowiec i klasyk). Polacy z nadzieją spoglądają na szanse Michała Kwiatkowskiego: jeśli ?Cave? zawiedzie na Cipressie lub Poggio, ?Kwiato? powinien jechać na siebie w końcówce. Tyle, że w ekipie Omegi gwiazd jest bez liku, czarnym koniem wyścigu może być niemal każdy z jej kolarzy, ze Zdenkiem Stybarem na czele. Zmiany na ostatnią chwilę wprowadziły sporo zamieszania, wiele zespołów przebudowuje składy tak, by na trasie preferującej sprinterów zaprezentować się jak najlepiej.   Warto też pamiętać, że ostatnich trzech zwycięzców: Simona Gerransa, Mathew Gossa i Geralda Ciolka nikt nie spodziewał się na linii mety jako pierwszych. Taki jest bowiem urok klasyków, że często zaskakują największych znawców.
    Podsumowanie Mediolan-Sanremo 2013
    Po niezbyt miłym dla kibiców kolarstwa potraktowaniu Paryż-Nicea i Tirreno-Adriatico, Eurosport tym razem staje na wysokości zadania. Transmisja zaplanowana jest na żywo między godziną 14 a 17. Przy okazji, oglądajcie uważnie. W zeszłym roku koszmarne warunki zmusiły kolarzy nie tylko do zejścia z rowerów i pokonania części trasy w autobusach. Niektórzy zawodnicy użyli też magicznego błotniczka pod siodełko. Zauważyłem, kupiłem, jestem bardzo zadowolony :). Może w tym roku wypatrzę coś równie fajnego.

  • Poszukiwanie show

    Poszukiwanie show

    Zbudować w zaledwie osiem lat prestiż imprezy sportowej to nie takie proste. Szczególnie w tak konserwatywnej dyscyplinie, jaką jest kolarstwo. Włochom się to udało – ?wystarczyło?, że wpuścili peleton na toskańskiej białe drogi.

    Temat budowania atrakcyjności i charakteru wyścigów mocno mnie intryguje. W różnych krajach różni organizatorzy próbują przekonać kibiców do swojego produktu. Od kilku lat oglądamy swoisty wyścig zbrojeń: kto poprowadzi peleton przez bardziej wymagający teren. Często dochodzi do skrajności: jedenaście górskich finiszy zeszłorocznej Vuelty, podjazdy podczas Tirreno Adriatico, gdzie zawodnicy schodzą z rowerów czy zjazdy, niczym z maratonów mtb (Monte Crostis ostatecznie usunięto z trasy Giro d?Italia 2011). Wyżej, bardziej stromo, z dala od utartych szlaków to motto ostatnich sezonów. Nawet powściągliwi Francuzi dają się czasami ponieść, ostatni Tour de France poprowadzono przez niebezpieczny zjazd z Col de Sarenne po to, by peleton – rekordowo – dwukrotnie pokonał podjazd l?Alpe d?Huez.

    Choć Włosi czasami zagalopują się w swoich poszukiwaniach (jak przy wspomnianym Monte Crostis), ich eksperymenty zazwyczaj się sprawdzają. Mistrzowie stylu także w dziedzinie kolarstwa potrafili zbudować znakomity mariaż ?vintage? z nowoczesnością. Nawet, jeśli włoskie wyścigi nie mają nominalnie najwyższej kategorii, to właśnie o nich się mówi i na nie czeka. Strade Bianche po raz pierwszy rozegrano w 2007r. Wyścig wzoruje się na najbardziej klasycznych kolarskich monumentach. W trasę wplecione są sekcje specjalne: szutrowe drogi prowadzące przez toskańskie wzgórza. Meta umiejscowiona jest w szczególnym punkcie: zabytkowy rynek w Sienie, słynny z cudownej architektury i rozgrywanej dwa razy do roku końskiej gonitwy. Włochy, powiew tradycji (po takich drogach ścigali się mistrzowie w przeszłości), charakterystyczna trasa, dogodny termin, dobra promocja i mimo krótkiej historii sukces gotowy. Idąc za ciosem RCS (właściciel) reanimował upadły wyścig w rejonie Lazio. Roma Maxima, jak teraz się nazywa, wykorzystuje nie tylko ukształtowanie terenu: podjazdy wokół wiecznego miasta, ale też i prowadzi kolarzy antycznym brukiem Via Appia. Do tego kolarze finiszują u stóp koloseum. Nawet, jeśli oba wyścigi mają zaledwie kategorię 1.1, chce się je oglądać, chce się o nich pisać a gwiazdy chcą w nich startować!
      Dla równowagi, próba urozmaicenia klasyku Mediolan-Sanremo spotkała się nie tylko z kontrowersyjnym odbiorem potencjalnych uczestników, ale też została cofnięta ze względu na roboty drogowe. ?Wiosenne mistrzostwa świata? będą więc znów okazją dla sprinterów. Choć trzystukilometrowa trasa sama w sobie jest wyzwaniem, chciano ją dodatkowo utrudnić. O ile jednak testowanie takich wynalazków jak podjazdy Montelupone czy Punta Veleno sprawdzają się (choć nie bez słów krytyki) w wyścigach etapowych, majstrowanie przy legendach spotyka opór. Tak czy inaczej, wprawiona w ruch machina zmian będzie trudna do zatrzymania. Jesteśmy rządni wrażeń, chcemy krwi, łez i potu. ?Zwykły? sport, jest już dla nas nudny. Dopiero wyjątkowo silne bodźce powodują, że jesteśmy w stanie zaszczycić dane wydarzenie swoją, jakże cenną atencją. Strade Bianche i Roma Maxima już w ten weekend: 8,9 marca :)

  • Nie przegap w ten weekend – pierwszy bruk

    Nie przegap w ten weekend – pierwszy bruk

    Sezon kolarski w Europie na dobre zaczyna się dopiero w ten weekend. Przedwiośnie i wiosna to klasyki. A klasyki to bruk. Herosi północnych szos będą się ścigać we Flandrii. W ten weekend wróć wcześniej z treningu, bo warto!

    Omloop Het Nieuwsblad oraz Kuurne-Bruksela-Kuurne to rodzaj prologu przed wiosennym festiwalem klasyków. Pierwszy z nich to koncentracja wszystkiego, z czego znane są flandryjskie szosy: odcinki brukowane przetykane są stromymi, krótkimi podjazdami. Trudności przedzielane są wietrznymi odcinkami, gdzie trwa walka o zajęcie jak najlepszej pozycji do ataku. Sobotnia runda wokół Gandawy często przynosi niespodzianki. Bywa, że zwycięstwo w Omloop Het Nieuwsblad (wcześniej Het Volk, nazwa pochodzi od wydawanej w regionie gazety) zwiastuje wielką karierę młodego zawodnika. Faworyci Dookoła Flandrii i Paryż-Roubaix trzymają swoją formę na wodzy i nie zawsze wystarcza to, by zwyciężać już pod koniec lutego. Niedzielny Kuurne-Bruksela-Kuurne (wbrew nazwie obecnie trasa nie prowadzi do Brukseli) często jest uznawany za rewanż za sobotę. Ma jednak inną charakterystykę, jest bardziej płaski, zazwyczaj kończy się sprintem z większej grupy.

    Dlaczego warto weekendowe treningi zaplanować nieco wcześniej i zdążyć przynajmniej na końcówki transmisji? Wyścigi jednodniowe na północy Europy mają unikatowy klimat, zespoły stosują wyrafinowaną taktykę a zwycięzcy, którzy pokonają bruk, podjazdy i zimno to prawdziwi twardziele. Dodatkowo to świetna zajawka do przedwiosennych ćwiczeń. To ostatni dzwonek, by zacząć intensywne treningi a aura sprawy nie ułatwia. Porcja motywacji jest więc mile widziana.

     

    Komu kibicować? Omega Pharma Quick Step ma rewelacyjny skład: Boonen, Stybar czy Terpstra powinni rozdawać karty. Burkowane klasyki to główny punkt programu dla podopiecznych Patrica Lefevre. W niedzielę pierwszy poważny sprawdzian przed Rickiem Zabelem. 21-letni Niemiec jeszcze nie tak dawno był trzymany przez swojego ojca, Erika na podium Tour de France. Teraz będzie zdobywał doświadczenie na flandryjskich brukach. Ciekawe, z jakim rezultatem?

    Co poza treningiem i klasykami? Narciarstwo biegowe (bez Justyny Kowalczyk, z powodu kontuzji zakończyła sezon): sprinty stylem dowolnym w sobotę oraz 10 (kobiety)/15 (mężczyźni) kilometrów, również łyżwą, w niedzielę. Mistrzostwa świata na torze, raczej w formie powtórek, gdyż zawody rozgrywane są w nocy naszego czasu. Katarzyna Pawłowska ma już srebro w scratchu, zobaczymy, czy nasi reprezentanci ugrają coś jeszcze. Dogodne warunki (wysokość nad poziomem morza) sprawiają, że możliwe są rekordy świata.

    Fot. Omloop het Nieuwsbald, Denis Defreyne/flickr CC BY 2.0

  • 12 Wydarzeń 2011r. Genialny sezon Gilberta

    12 Wydarzeń 2011r. Genialny sezon Gilberta

    Już wiosną Philipe Gilbert uzyskał kilka wyników, które wzbudziły najwyższy podziw. Po zakończeniu sezonu fachowcy mówią jednym głosem. Belg był w tym roku zdecydowanym numerem jeden. Osiemnaście zwycięstw: od połowy lutego do połowy września, w tym wiele w wyścigach z najwyższej półki i styl rzuciło na kolana.

    Passa Gilberta trwa od 2009r, kiedy po raz pierwszy wygrał cztery ważne klasyki pod rząd z rzędu. Wtedu uczynił to jesienią (Paryż – Tours, Coppa Sabatini, Giro dell Piemonte, Giro di Lombardia). W tym roku poprawił jeszcze to osiągnięcie, ponieważ wiosną zwyciężył w czterech ardeńskich jednodniówkach: Strzale Brabanckiej, Amstel Gold Race, Strzale Walońskiej i Liege-Bastogne-Liege. Tym samym poprawił osiągnięcie, które wydawało się być nie do poprawienia, czyli wygraną przez Davide Rebellina w ardeńskim tryptyku. Co więcej, uczynił to będąc, póki co, poza siecią dopingowych podejrzeń (jakże przykro pisać takie zastrzeżenia).

    Później było równie dobrze. Gilbert błyszczał podczas Tour de France, wygrywając etap, będąc liderem i niemal do końca walcząc o prowadzenie w klasyfikacji punktowej z Cavendishem. Choć na mistrzostwach świata nie dał rady sprinterom a podczas Paryż – Tours i Lombardii nieco brakło mu sił oraz pomocy kolegów z drużyny i tak drugą połowę sezonu miał świetną. Po Wielkiej Pętli wygrał Classica San Sebastian, Grand Prix w Montrealu oraz GP Wallonie. Jest także podwójnym mistrzem swojego kraju: zarówno ze startu wspólnego jak i na czas. Trzeba też wspomnieć, że na początku sezonu wygrał szutrowe Montepaschi Strade Bianche w Toskanii.

    Dwa elementy są w tym wszystkim niezmiernie istotne. Pierwszy to styl zwycięstw. Sposób w jaki wygrywa Gilbert jest powszechnie znany. Tak jak wcześniej Fabian Cancellara, tak teraz belgijski kolarz atakuje w określonym momencie. Rywale, wiedząc kiedy to zrobi nie są w stanie nic zrobić. Gilbert odjeżdża i zwycięża. Szczególnie bolesne było to dla konkurentów właśnie w Ardenach a apogeum przybrało podczas Liege-Bastogne-Liege, gdzie bracia Schleck w zasadzie dowieźli go do mety i sparaliżowani niemal oddali zwycięstwo, mimo że mieli przewagę liczebną. Drugi fakt to stan, w jakim Gilbert znajduje się po minięciu linii mety. Oczywiście można z tym polemizować, ale wydaje się, że, tak jak inni kolarze w tym sezonie, jest realnie wycieńczony, czasami wręcz słania się na nogach. Może to potwierdzać opinię Marca Madiot, dyrektora sportowego grupy FDJ pod którego skrzydłami Gilbert dojrzewał jako zawodowiec. Francuz publicznie głosi, że osobiście ręczy za dopingową czystość swojego byłego podopiecznego. Jeśli tak jest faktycznie (o czym przekonamy się za kilka lat), naprawdę mamy do czynienia z fenomenem.

    Sezon 2012 z pewnością będzie dla niego wielkim wyzwaniem. Do wygrania ma jeszcze sporo. Choćby tęczową koszulkę lub Mediolan – Sanremo. Do tego będzie musiał dzielić się drużyną z innymi gwiazdami swojej nowej grupy, czyli BMC. Trudno jednak sobie wyobrazić, by i w przyszłym roku Gilbert nie sięgnął po jakiś spektakularny sukces, choć z pewnością powtórzyć tak udany sezon jak właśnie mijający będzie mu niezmiernie trudno.

    Philippe Gilbert wygrywa cztery ardeńskie klasyki pod rząd

    Dwanaście dni przed końcem roku wystartowałem z podsumowaniem sezonu. Codziennie jedno z dwunastu, moim zdaniem najważniejszych wydarzeń kolarskiego roku 2011. Oto one:

    12. Czeski Offroad
    11. Klenbuterolowa żenada
    10. Zmiany w polskim MTB 
    9. Ewakuacja sponsorów
    8. Srebro Włoszczowskiej
    7. Herosi to jednak ludzie 
    6. Fuzje i supergrupy
    5. Genialny sezon Gilberta

  • Nie ma nic nad Klasyki

    Nie ma nic nad Klasyki

    Niech mi wybaczą marketingowcy z UCI, ale mogą sobie organizować dowolnie wiele wyścigów w Chinach, Australii czy nawet na księżycu. Mogą za to płacić uczestnikom wysokie startowe albo zmuszać ich do uczestnictwa szantażem. Ostatni prawdziwy akcent kolarskiego sezonu przed nami: jesienne klasyki.

    W moim prywatnym rankingu imprez kolarskich, wyścigi jednodniowe stawiam zdecydowanie przed etapówkami. Fakt, gdy przychodzi maj, z uwagą śledzę Giro. W lipcu, co oczywiste, fascynuje mnie walka o żółtą koszulkę Tour de France. Ale jeśli mogę powiedzieć, że z niecierpliwością oczekuję relacji a nawet planuję sobie popołudnie przed telewizorem, dotyczy to właśnie klasyków.

    Mediolan – Sanremo, Flandria, Paryż – Roubaix wiążą się z oczekiwaniem na wiosnę i prawdziwe ściganie na początku sezonu. Szczególnie u nas, gdy przy drogach często jeszcze leży śnieg, peleton finiszujący w popołudniowym słońcu na liguryjskim wybrzeżu rozpala wyobraźnię. Następnie przychodzi czas zmagań prawdziwych herosów. Chyba nic tak bardzo jak flandryjskie bruki nie łączy współczesności z historią kolarstwa. Łączność radiowa, gps, najnowsze technologie przestają się liczyć w konfrotnacji z sytuacją, gdy niemal stuprocentowy faworyt staje na poboczu z przebitą szytką a samochód techniczny nie może przecisnąć się do przodu w kolumnie wyścigu jadącej po wąskiej drodze pośród pól…

    Jesienią sprawa wygląda nieco inaczej. Jesteśmy po najważniejszych i najbardziej emocjonujących wydarzeniach sezonu. Najcenniejsze trofea zostały już rozdane. W Lombardii (a od niedawna również w Paryż – Tours) mistrz świata ma szansę zaprezentowania tęczowej koszulki. To zawsze jest okazja do zweryfikowania możliwości nowo mianowanego czempiona.

    Wygrana Paolo Bettiniego w Lombardii, kilka dni po zdobyciu mistrzostwa świata (2006) była chwilą szczególnie wzruszającą. W przerwie między dwoma prestiżowymi wyścigami w wypadku samochodowym zginął brat włoskiego kolarza. Bettini, choć w świetniej formie, musiał zmierzyć się z osobistą tragedią. Myślał nawet o zakończeniu sportowej kariery, ale podjął wyzwanie i w hołdzie bratu odniósł jedno z najpiękniejszych zwycięstw w swojej karierze.

    W tym roku stając na starcie Paryż – Tours w tęczowej koszulce, Mark Cavendish będzie zamykał pewien etap w historii kolarstwa. Dwudziestoletnia epoka grupy znanej najpierw jako Team Telekom a ostatnio jako Highroad dobiega właśnie końca. Sytuacja w której drużyna z najlepszym sprinterem, trzema kolarzami z podium mistrzostw świata i wieloletnim dorobkiem nie jest w stanie znaleźć finansowania pokazuje, jak trudną sprawą jest prowadzenie zawodowej grupy kolarskiej. Trasa z Paryża do Tours preferuje sprinterów i choć w końcówce długiego wyścigu trudno jest kontrolować peleton, Cavendish jest z pewnością jednym z faworytów. Jego ewentualna wygrana byłaby więc szczególnym symbolem.

    Takich historii, anegdot, nawiązań czy kontekstów można znaleźć bez liku. Wyścigi klasyczne tworzą klimat, legendę i atmosferę. Przez lata budowane są wokół miejsc, które stają się obiektami kultu dla kibiców. Nawet, jeśli wiadomo, że dany wyścig rozstrzygnie się w bardzo określonym miejscu, co roku dzieje się to w inny sposób. Nic więc dziwnego, że gdy postanowiono zmienić trasę Dookoła Flandrii, miejscowi fani urządzili symboliczny pogrzeb kluczowego podjazdu (Mur de Grammont). Klasyki to esencja kolarstwa: taktyki, siły, pracy zespołowej i niezbędnej odrobiny szaleństwa.

    Zawodowcy zaczynają dziś żegnać mijający sezon. Przed nimi Giro dell’Emilia (sobota, 08.10), Paryż – Tours (niedziela, 09.10), Giro del Piemonte (czwartek, 13.10) i wreszcie Giro di Lombardia (sobota, 15.10). Czy „Cav” wygra w Tours w koszulce mistrza świata? Czy Philippe Gilbert okaże się nadczłowiekiem i zakończy swój sezon życia kolejnym pięknym zwycięstwem? A może Samuel Sanchez triumfując w Lombardii w końcu wpisze do swojego portfolio jeden z kolarskich monumentów? Oglądajcie tegoroczne jesienne Klasyki. Naprawdę warto.

  • Bettini 2.0

    Bettini 2.0

    Marc Madiot, człowiek, który kształtował początki kariery Philipe?a Gilberta twierdzi, że jeśli jest w peletonie jakiś kolarz, który nie stosuje dopingu, to jest nim właśnie Belg (a w zasadzie Walończyk). Czy można w to wierzyć? Sądząc po tym, w jakim stanie kolarz grupy Omega Pharma znajduje się po każdym kolejnym wielkim zwycięstwie chyba faktycznie tak jest.

    Łatwo powiedzieć, że przewidywało się wielkie triumfy danego zawodnika, gdy ten je już odnosi. Jeśli jednak sięgnę pamięcią wstecz, to jego pierwszego ważnego akcentu w karierze,  czyli wygranej w Omloop Het Volk wczesną wiosną 2006r, już wtedy cieszyłem się z wygranej Gilberta. Liczyłem, że będzie to bodziec, który wpłynie na rozwój jego kariery. Dlaczego właśnie zwróciłem uwagę na jego osobę? Cóż, w owym czasie był spory hajp na młodych kolarzy z FDJ. Mówiło się jeszcze o Thomasie Lovkviscie, Jussi Veikkanenie, nadzieje na dalsze sukcesy pokładano także w Sandym Casarze. Jak w wielu wypowiedziach powtarzał wspominany już Madiot, Gilberta spod swoich skrzydeł wypuścił tylko ze względu na finanse. FDJ to grupa niezbyt zamożna, której esencją są młodzi zawodnicy, którzy często robią krok dalej w bardziej dofinansowanych ekipach. W przypadku Belga fakt rozwoju poza FDJ wiąże się także z przejściem do drużyny z jego kraju, w której ma pełne wsparcie podczas wyścigów klasycznych.

    Nie dostawałby go jednak, gdyby nieprzeciętne możliwości, jakie prezentuje. Już teraz, a nie ma jeszcze 29 lat, zapisał się na kartach historii kolarstwa. Nie tylko powtórzył wielki wyczyn Davide Rebellina, czyli wygrał trzy ardeńskie klasyki: Amstel Gold Race, Walońską Strzałę i Liege-Bastogne-Liege, ale jeszcze go poprawił. Fenomenalną serię rozpoczął bowiem kilka dni wcześniej, triumfując w Strzale Brabanckiej. Nie jest to jednak pierwsza taka seria w wykonaniu belgijskiego kolarza. W 2009r wygrał Coppa Sabatini, Giro del Piemonte, Paryż ? Tours i Giro di Lombardia. Co go jednak odróżnia od niesławnego Rebellina, to opinia kolarza ?czystego?. Styl, w jakim w tym roku rozbił braci Schlecków podczas L-B-L (dwaj wybitni górale nie byli w stanie we dwóch pokonać osamotnionego Gilberta) a także rozprawił się z rywalami na innych górskich finiszach: w Huy i na Caubergu nie pozostawił dyskusji co do przewagi jaką miał nad rywalami. Różnica tkwi w szczegółach. Philipe Gilbert, podobnie jak Cadel Evans (zawodnik, który również podejrzewany jest o jazdę w porywach na aminokwasach i sterolach roślinnych) wjeżdżając na metę po wielkim zwycięstwie jest u kresu sił. Umordowany, słania się na nogach, często siada opierając się o barierki. Spory dysonans w porównaniu z herosami, którzy jeszcze niedawno po najbardziej morderczych końcówkach etapów tryskali nie tylko energią ale i dowcipem, dbając głównie o nienaganny styl swojej fryzury.

    Próbując przewidzieć, co będzie działo się dalej, pojawiają się dwa pytania. Kiedy i ile razy Gilbert zdobędzie mistrzostwo świata oraz czy jest w stanie stanąć na podium wielkiego touru. Odpowiedź na drugą kwestię jest łatwiejsza. Przy niezbyt trudnej trasie oraz nieszczególnie mocnej obsadzie (brak Contadora), może się to udać. Choć Belg do tej pory nie rejestrował się nawet w pierwszej dwudziestce, klasyfikacja generalna nigdy nie była jego celem. Skoro w przeszłości Vueltę wygrał Laurent Jalabert, kto wie, na co stać Gilberta. Co kilka lat trasa hiszpańskiego touru omija najbardziej mordercze podjazdy, często też przez specjalistów wyścigów etapowych traktowana jest jako kąsek na pocieszenie a nie jako główny cel sezonu. Zatem scenariusz, że podopieczny Marca Sergante?a stanie w ciągu najbliższych kilku lat na podium w Madrycie jest całkiem możliwy. Inną sprawą jest zdobycie tęczowej koszulki. Po pierwsze mistrzostwa świata to do pewnego stopnia loteria. Po drugie, Gilbert ma w reprezentacji swojego kraju równorzędnego konkurenta, również wybitnego specjalistę wyścigów klasycznych. Tom Boonen jest równorzędną postacią i np. w tym roku to raczej on będzie liderem w Kopenhadze, gdzie trasa preferuje sprinterów. Wspominany w tytule Paolo Bettini, którego osiągnięcia Philippe Gilbert zaczyna powoli doganiać miał paradoksalnie lepszą sytuację. Choć reprezentacja Włoch zawsze była naszpikowana gwiazdami, ?Świerszcz? był ewidentnie najlepszym ?klasykiem?. Dodatkowo nieżyjący już Franco Ballerini potrafił być absolutnie bezkompromisowy w doborze ekipy na mistrzostwa, tymczasem Belgowie nie mają takiej postaci na stanowisku dyrektora sportowego. Czas więc pokaże, czy Gilbert będzie jeździł w tęczowej koszulce. Nawet jeśli jej nigdy nie zdobędzie, już teraz można wpisać go do panteonu największych gwiazd w historii kolarstwa.

  • Dlaczego skreślamy Toma Boonena (i inne gwiazdy sportu)?

    Dlaczego skreślamy Toma Boonena (i inne gwiazdy sportu)?

    Życie wybitnego kolarz po trzydziestce musi być bardzo ciężkie. Mając na swoim koncie niemal wszystko, co było w zasięgu możliwości i będąc u ich szczytu trzeba nadal walczyć z coraz to nowymi rywalami. I choć spokojnie można by położyć się na katafalku i myśleć o śmierci, a przynajmniej o końcu kariery, lukratywny kontrakt, wierni fani oraz rządni newsów dziennikarze ciągle chcą więcej.

    Po rewelacyjnym sezonie 2005, kiedy wygrał dookoła Flandrii, Paryż ? Roubaix oraz mistrzostwo świata Tom Boonen (wówczas dwudziestopięciolatek) zapowiedział, że chce się ścigać do trzydziestki. Od tamtej pory jeszcze raz wygrał Flandrię, dwa razy Paryż- Roubaix, zieloną koszulkę najlepszego sprintera Tour de France, mistrzostwo swojego kraju oraz wiele pomniejszych triumfów. Po tegorocznej wiośnie wyścigów klasycznych, a w zasadzie jeszcze w trakcie jej trwania (gdy odpadał po defekcie z walki o zwycięstwo w ?Piekle Północy) jest raczej stawiany po stronie przegranych. Jest to o tyle ciekawe, że na swoim koncie zapiał wygraną w prestiżowym Gandawa-Wewelgem a we Flandrii był czwarty. Biorąc pod uwagę, że w sezon wchodził niepewny dyspozycji a jego start w Mediolan-Sanremo nie był wcale pewny, można to uznać za sukces.

    Obiektywy kamer, aparatów oraz twitterowe konta skierowane były na innych. Cancellara, Gilbert, Hushovt, nawet preferujący specyficzny styl jazdy Pozzato przykuwali uwagę mediów i rozbudzali emocje fanów. Tymczasem Boonen nie dość, że jest już praktycznie rozliczony z sezonu, wszak wygrał istotny wiosenny wyścig, to jeszcze w RVV decydował o obliczu rywalizacji, sprowokował głównego faworyta ? Fabiana Canellarę do przedwczesnej akcji a w Roubaix w słynnym lasku Arenberg (gdzie wyścig przegrał już niejeden as) miał po prostu pecha.

    Co więcej, jeśli ominą go kontuzje lub problemy osobiste może być kluczową postacią jesiennych mistrzostw świata w Kopenhadze. Jesienią zazwyczaj jest w dobrej formie, budując dyspozycję podczas hiszpańskiej Vuelty. Aby sięgnąć po drugą tęczową koszulkę, musi dostać trochę spokoju. Stawka jest wielka, ponieważ zrównałby się z Paolo Bettinim, uznawanym za króla klasyków ostatniej dekady a także w pewnym sensie z Johanem Musseuwem, którego jest w belgijskim peletonie następcą. Tyle tylko, że choć z pozoru radosny, Tom Boonen jest postacią dość kruchą. Trudno stwierdzić, czy winna jest temu presja sponsorów, mediów czy kibiców, ale po spektakularnych sukcesach osiągniętych w młodym wieku, gdy pojawiła się pewna stagnacja, Belg zaczął mieć problemy. Zawieszenie za zażywanie kokainy (chociaż ?rekreacyjne? a nie zmierzające do poprawy wyników sportowych), problemy z alkoholem, szybka jazda samochodem? na myśl przychodzą problemy tragicznie zmarłego ?złotego dziecka? flamandzkiego kolarstwa, Franka Vandenbrucke?a.

    Całe szczęście, Boonen żyje w nieco innej epoce a do tego cała jego kariera związana jest z jednym dyrektorem sportowym. Swoją drogą, póki Patric Lefevre, menadżer grupy Quick Step cieszył się dobry zdrowiem i bardziej aktywnie niż teraz zarządzał swoją ekipą, kariera ?Tornado Toma? błyskotliwie się rozwiała. Gdy, nie tak przecież wiekowy (Lefevre w tym roku obchodził 56. Urodziny) szef Boonena podupadł na zdrowiu, kariera jego podopiecznego faktycznie nieco przygasła. Z drugiej strony Flamandczyk jest kolarzem, który raczej realizował kilka wyznaczonych celów w sezonie niż odnosił seryjne zwycięstwa. I choć w zeszłym sezonie nie wygrał zbyt wiele a w tym ma na koncie wygraną ?tylko? w semi-klasyku potrafi sprawy rozegrać tak, by zapewnić sobie kontrakt na kolejny sezon. Sęk w tym, że choć zapewne może osiągnąć jeszcze wiele – wiosenne wyścigi jednodniowe preferują kolarzy mogących pochwalić się sporym doświadczeniem, pojawia pytanie, czy kolejne lata w zawodowym peletonie są tym, czego naprawdę chce.