Tag: Andy Schleck

  • GCN+ Legends. Kolarskie comfort food.

    GCN+ Legends. Kolarskie comfort food.

    Sprawdzony format “co robią teraz gwiazdy z przeszłości” podany w eleganckiej i przyjemnej formie przez ekipę Global Cycling Network. Seria “Legends” przybliża postaci wielkich mistrzów i pokazuje ich nieustającą miłość do kolarstwa.

    Daniel Lloyd oraz Bernie Eisel, prezenterzy GCN i byli zawodowcy odwiedzają kolejno Andy’ego Schlecka, Andreę Tafiego, Fabiana Cancellarę i Johana Musseuwa (w niedalekiej przyszłości obejrzymy również spotkanie z Marcelem Kittelem). 

    Jadą na wspólną przejażdżkę ulubionymi trasami wielkich mistrzów, sprawdzają, jak byłe gwiazdy peletonu radzą sobie w “normalnym życiu”, jedzą charakterystyczne dla regionu przekąski.

    W międzyczasie czy też mimochodem rozmawiają o kolarstwie, o sukcesach, porażkach i przemycają nieznane wcześniej anegdoty. 

    GCN+ Legends: zwiastun programu z Andreą Tafim

    Ich kariery były różne, w różny sposób też się kończyły. Mistrzowie napotkali na swojej drodze liczne trudności, nieobce ich postaciom są również różnego rodzaju kontrowersje. 

    Schleck opowiada o swojej relacji z Contadorem, poznajemy historię drużynowego zwycięstwa w Paryż-Roubaix ekipy Mapei z punktu widzenia zarówno Musseuwa jak i Tafiego. Cancellara jak zawsze musi zmierzyć się z pytaniem o ukryty silnik w swoim zwycięskim rowerze a “Lew z Flandrii” ustosunkować się do dopingowej przeszłości. 

    Nie miejcie jednak złudzeń czy nadziei. To nie dziennikarstwo śledcze a kolarska wersja podróży kulinarnych Roberta Makłowicza. Rowerowe “comfort food”, pokazujące nieustającą pasję i miłość do tego sportu. 

    Dzięki niespiesznej formie narracji możemy odrobinę “pobyć” z herosami, których znaliśmy wyłącznie z walki na szosie. To ciekawe o tyle, że charakter w rozmowie czy na przejażdżce odzwierciedla styl, w jakim bohaterowie rywalizowali w czasie swojej zawodowej aktywności. 

    Ze wszystkich wartości, jakie wnoszą dokumenty GCN+, ta jest największa. Bo jeśli zastanawiacie się czasem, czemu podczas wyścigów kolarze podejmują takie a nie inne decyzje, widać wyraźnie że jak najbardziej zależy to od ich temperamentu. 

    GCN+ Legends,
    Seria programów dokumentalnych
    40-50’
    Wiosną 2021 dostępne w ramach subskrypcji GCN+

  • Kolarski rok 2014: Październik

    ?Dożynki?, czyli ostatnie wyścigi ostatkiem sił poprzedzają sezon plotek, dywagacji i prezentacji. W październiku powoli wygaszamy emocje związane z kolarstwem zawodowym, ale ciągle jeszcze sporo się dzieje.

    Z najważniejszych wyścigów do rozegrania w październiku zostały jedynie Giro di Lombardia i Paryż-Tours. Ten pierwszy to zasłużona wygrana Daniela Martina. Irlandczyk, lider ekipy Garmin-Sharp to ciekawa postać. Łączy w sobie bardzo duży potencjał, potwierdzany co jakiś czas znakomitym wynikiem, z bardzo dużym pechem. W tym roku będąc o krok od zwycięstwa przewrócił się na finiszu Liege-Bastogne-Liege a następnie wycofał się z Giro d?Italia. Po wyleczeniu kontuzji zaliczył solidny występ w hiszpańskiej Vuelcie (7. miejsce) by wreszcie wygrać ?Klasyk Spadających Liści?. Można mówić, że w Lombardii wykorzystał chwilę zawahania konkurentów, że ci nie ścigali go z należytą determinacją ale fakt jest jeden: Irlandczyk wygrał i dopisał do swojego portfolio kolejny ?monument?.

    O ile Giro di Lombardia utrzymuje prestiż, mimo, że jest jednym z ostatnich akcentów sezonu, o tyle Paryż-Tours od kilku lat zmaga się z malejącym zainteresowaniem gwiazd peletonu. Wyrazem tego niech będzie fakt, że w tym roku znakomity klasyk wygrał kolarz spoza World Touru, młody Belg Jelle Wallays (Topsport Vlaanderen). To jego najważniejszy wynik w karierze a za kilkanaście miesięcy mało kto będzie pamiętał, że obsada tegorocznej edycji, delikatnie rzecz ujmując, nie zachwycała.

    Właściwie na tym kończą się ważne wydarzenia sportowe, choć można by jeszcze wspomnieć o wygranej Philippe?a Gilberta w Tour of Beijing czy Davide Rebellina w Giro dell Emilia. Połowa października to jednak bardziej sezon medialnych gier i zabaw niż emocji związanych ze ściganiem jako takim.

    I tak, Tour of Beijing, rozgrywany po raz ostatni – ten eksperyment UCI okazał się porażką – stał bardziej pod znakiem problemów ekipy Astana niż samej rywalizacji na chińskich szosach. Zespół Aleksandra Winokurowa musiał zrezygnować ze startu, w Pekinie ze względu na reguły MPCC (Ruch na Rzecz Wiarygodnego Kolarstwa). Próbka drugiego z braci Iglińskich, Maksima wykazała ślady EPO. Wcześniej Valentin również został przyłapany na wspomaganiu swojej krwi, w związku z czym cała drużyna znalazła się w sporym kłopocie. Co więcej, również młodzi Kazachowie z kontynentalnej ?młodzieżówki? Astany zaczęli wpadać (tym razem na ?lżejszych? środkach, czyli sterydach), w związku z czym zespół ten stał się synonimem braku wiarygodności.

    Z kolei były dopingowicz, Stefan Schumacher podpisał kontrakt z zespołem CCC Polkowice(który równocześnie ogłosił zmianę jednego ze sponsorów tytularnych z Polsatu na Sprandi). W ten sposób w sezonie 2015 w pomarańczowych koszulkach będzie jeździło dwóch kolarzy w przeszłości przyłapanych na EPO-CERA: Davide Rebellin i właśnie Schumacher. Zwłaszcza Rebellin jest już w wieku, który sugerowałby zakończenie kariery, jednak Włoch ciągle czuje się dobrze (co potwierdza wygranie Emilii) i chce ścigać się dalej. Wzmocnienia CCC Polsat/Sprandi Polkowice i świetny sezon naszych gwiazd napawają entuzjazmem. Ten został nieco zgaszony przez informację, że Dariusz Banaszek kończy prowadzenie czołowego, polskiego zespołu BDC Marcpol.

    Ochoty na dalszą przygodę z kolarstwem nie ma też Andy Schleck. Luksemburczyk, który jest oficjalnym zwycięzcą Tour de France 2010 po licznych kontuzjach kolana ogłosił, że rezygnuje z dalszego, wyczynowego uprawiania sportu. Faktycznie z jego stawem nie było dobrze a ostatnia operacja nie rozwiązała problemu, jednak raczej będę bliżej prawdy, jeśli napiszę, że Andy stracił serce do kolarstwa i jest wypalony.

    Tak z pewnością nie czuje się jego wielki rywal, Alberto Contador. Choć jego sezon również zakończył się kontuzją kolana, co wykluczyło go ze startu w Pekinie i szansy na pokonanie Alejandro Valverde w walce o pierwsze miejsce w rankingu World Tour, z pewnością może być zadowolony z kończącego się roku. Mimo kraksy w Tour de France, powrócił do wielkiej formy, wygrał hiszpańską Vueltę a jego come back dał mu prestiżową nagrodę Velo d?Or.

    Na fali entuzjazmu, jego szef. Oleg Tinkow napisał na twitterze, że Contator jest w stanie wygrać wszystkie trzy wielkie toury w jednym sezonie. Sam hiszpański kolarz jest sceptyczny, ale za rok spróbuje ustrzelić dublet Giro-Tour.

    Ponieważ każdy szuka sławy na swój sposób, o przysłowiowe, własne ?15 minut? zadbał Matthias Brandle. Mało znany Szwajcar z ekipy IAM Cycling ostatniego dnia października poprawił wynik Jensa Voigta w jeździe godzinnej. Od tego momentu każdy, kto chce zapisać się w kronikach kolarstwa, musi w ciągu 60 minut przejechać więcej niż 51,852km.

    Wideo okładkowe przedstawia ostatnie kilometry Giro di Lombardia i wygraną Dana Martina

     

  • Andy Schleck idzie na ryby

    Wybitny? Być może. Znakomity? Z pewnością! Andy Schleck, jedna z czołowych postaci kolarstwa ostatniej dekady postanowił zakończyć wyczynową karierę. Oficjalny powód to kontuzja kolana.

    Trzy lata w wyczynowym sporcie to przepaść. To właśnie w 2011r Andy Schleck po raz ostatni był o włos od wygrania Tour de France. Od kolejnej wiosny jego kariera zaczęła pędzić w stronę przykrego zakończenia. W wieku 29 lat, z doświadczeniem kilku dotkliwych kontuzji, Luksemburczyk rezygnuje z zawodowstwa, choć jak sam zaznacza, chce zostać przy kolarstwie, ale już w innej roli.

    Po zakończeniu dominacji Lance?a Armstronga i krótkim okresie burzliwego bezkrólewia, głównymi postaciami stali się bracia Schleck i Alberto Contador. Hiszpan wyraźnie lepiej jeździł na czas, Luksemburczycy starali się dorównać mu w górach. Andy?ego, Franka i Alberto, choć byli rywalami na szosie, łączy postać Bjarne Riisa. Słynny dyrektor sportowy był ojcem sukcesów najpierw Schlecków, później Contadora. Konkurujący ze sobą kolarze przez kilka lat obracali się w gronie tych samych drużyn, menadżerów i sponsorów. Dość powiedzieć, że najsłynniejszy pojedynek na zboczach Tourmalet w 2010r Contador i Schleck stoczyli na rowerach tej samej marki.

    Tamten sezon był dla obu kolarzy znaczącym przełomem. Contador z trudem wygrał ?Wielką Pętlę?, by ostatecznie stracić zwycięstwo po długiej batalii dyscyplinarnej związanej z wykryciem w jego krwi śladów klenbuterolu. Tymczasem Andy i Frank Schleckowie postanowili rozstać się z Bjarne Riisem i stworzyć własny dream team finansowany przez ich rodaka-milionera, Flavio Beccę. Choć zabrali ze sobą nie tylko Fabiana Cancellarę, ale i ważną osobę z zarządu drużyny Riisa, czyli Kima Anderesena, zmiana otoczenia nie do końca wyszła im na dobre.

    Trzeba pamiętać, że równocześnie z decyzją o wejściu na nową drogę sportowego życia przez Schlecków, zmieniło się samo kolarstwo. Kolejny sezon, 2011 był jednym z dziwniejszych w ostatnich latach. System paszportów biologicznych napędził stracha wielu zawodnikom a ?marginal gains? nie były jeszcze dominującą filozofią. Tour de France w tamtym sezonie był jednym z wolniejszych, ale i bardziej nieprzewidywalnych w ostatnim dwudziestoleciu. Zarówno Contador, Andy Schleck, jak i triumfator, Cadel Evans, wznieśli się na wyżyny heroizmu. Pokaz ścigania w stylu vintage, wczesne ataki na kultowych podjazdach i walka na wyniszczenie zakończyły się przegraną Luksemburskiego zawodnika.

    Później pojawiły się kontuzje i wpadka dopingowa starszego brata. Powrót po urazie miednicy zakończył się niezłą, choć mało widoczną jazdą w Tour de France 2013. Rok 2014 był niestety kolejnym niezmiernie pechowym dla Andy?ego. Choć w mediach pojawiały się pogłoski o psychicznym wypaleniu kolarza, jego karierę przerwała kraksa z kibicem robiącym sobie ?selfie? na początku tegorocznego Touru. Zruinowana chrząstka kolana uniemożliwiła mu powrót do wysokiej dyspozycji, zatem młodszy ze Schlecków, będąc wciąż przed trzydziestką postanowił zakończyć karierę.


    Cyrille Guimard, odkrywca talentu Andy?ego, który wcześniej pracował z Gregiem Lemondem, Bernardem Hinault czy Laurentem Fignonem miał mieszane uczucia co do możliwości Schlecka. Oceniał go jako kolarza, który ma potencjał do odnoszenia znakomitych rezultatów, ale nie był pewny, czy ?silnik? zawodnika z Luksemburga jest wystarczająco wydajny, by być najszybszym na trasie Tour de France. Trzeba pamiętać, że mimo współpracy z dopingowo doświadczonymi dyrektorami sportowymi, Andy Schleck nigdy nie miał pozytywnego wyniku testu antydopingowego. Owszem, jego brat Frank współprcował z Eufemiano Fuentesem, ale nie został oskarżony o manipulacje krwwią a wpadł, nieco ?głupio?, na mało znaczącym diuretyku. Niewątpliwie jednak największy potencjał Andy Schleck objawiał pod skrzydłami Bjarne Riisa i w czasach przed wprowadzeniem paszportów biologicznych. To wtedy, jako młodzieżowiec pędził po zboczach Zoncolanu i Tre Cime di Lavaredo. To wtedy też miał pierwszą szansę na wygranie Tour de France, lecz przegrał wyścig przez nienajlepszą taktykę swojego dyrektora sportowego. Co więcej, o ile Contador odnalazł się w nowej rzeczywistości i po kilkunastu miesiącach borykania się potrafił nadrobić stracony dystans do nowych dominatorów kolarstwa, o tyle Schleck ewidentnie się pogubił.

    Można by rzec, że kolejne upadki i związane z nimi kontuzje pojawiały się kompulsywnie. Andy Schleck, któremu największą radość sprawiło narodzenie syna i który chętniej niż na rowerze zaczął spędzać czas łowiąc ryby, być może faktycznie się wypalił. Bardzo wcześnie zaczął być gwiazdą światowego kolarstwa, która równocześnie nie odnosiła wielu sukcesów. Spory potencjał został w dużej mierze niezrealizowany, co musiało być mocno frustrujące dla samego zawodnika. Wspomniany Guimard, tak jak i brat Frank, oraz ojciec Johny, były kolarz, rozumieją i wspierają decyzję Andy?ego. Z pewnością będzie brakowało jego postaci w peletonie Tour de France, ale trzeba uczciwie przynać. To zawodnik, którego czas się skończył. Nieodwołalnie związany z pewną, dziwną i trudną epoką kolarstwa: przejściowym czasem po ?erze epo?.

  • 12 Wydarzeń 2011r. Porażka Leopard Trek

    12 Wydarzeń 2011r. Porażka Leopard Trek

    Bez wielkich zwycięstw, za to z licznymi wartościowymi wynikami zakończył sezon zespół Leopard Trek. I równocześnie zakończył działalność w założonej na początku roku formie. Abordażu na pokład luksemburskiej drużyny dokonał Johann Bruynell ze swoimi ludźmi i sponsorami. Elegancki projekt robi spektakularną voltę szukając PRowych znamion sukcesu. Dlaczego więc wszyscy uznają to za porażkę?

    Nie wiadomo, kiedy Kim Andersen i Brian Nygaard zaczęli pracę nad projektem „Leopard”. Pierwsze publiczne pogłoski pojawiły się w drugiej połowie 2010r. Bjarne Riis, dla którego obaj wówczas pracowali mógł poczuć się urażony, zdradzony czy nawet osobiście zraniony. Jego bliscy współpracownicy wyprowadzili z jego drużny niemal wszystkich najbardziej wartościowych zawodników, w których przez lata inwestował, których wychowywał lub którym dał drugą młodość. Bracia Schleck, Fabian Cancellara, Jens Voigt i Stuart O’Grady zaczęli firmować nowy, luksemburski projekt który zyskał finansowanie lokalnego krezusa, Flavio Becca’i. Całość dostała eleganckie stroje, eleganckie samochody (Mercedes), sprawdzony sprzęt (Trek) i jasne zadanie: wygrywać. Skład uzupełniono o solidnych, zdolnych i pracowitych kolarzy (m.in z upadłej ekipy Milram) i rozpoczęto działalność.

    Podczas wiosennych klasyków Fabian Cancellara był niezmiernie mocny, ale ponieważ cały peleton jechał przeciwko niemu, przegrywał z niespodziewanymi triumfatorami monumentów: Gossem, Nuyensem i Van Summerenem (zajmując odpowiednio drugie, trzecie i drugie miejsce w Sanremo, Flandrii i Roubaix). W Ardenach bracia Schleck musieli uznać wyższość Phlipe’a Gilberta. Podczas Tour de France, choć Andy Schleck wzniósł się na wyżyny heroizmu w Alpach i w genialnym stylu wygrał na Galibier, wraz z bratem zbytnio skupił się na pilnowaniu Contadora by ostatecznie przegrać z Evansem. Mimo wszystko rezultaty drużyny były imponujące, choć główny cel: luksemburska wygrana w Wielkiej Pętli nie został zrealizowany.

    Oficjalna wersja Flavio Becca’i jest taka, że jego grupa przyjmuje pod swoje skrzydła sponsorów i część drużyny RadioSchack. Licencja tej ekipy nie została przedłużona przez samych zainteresowanych. Tym samym Johan Bruynell po raz kolejny w swojej karierze „przykleja się” do istniejącego bytu, dokonując niemal pirackiego abordażu. Przynosi bowiem sponsorów, część personelu i zawodników, w zamian przejmuje licencję oraz trzy najcenniejsze diamenty (Schlecków i Cancellarę). Jeden z założycieli Leoparda, Brian Nygaard z podkulonym ogonem ewakuuje się do teamu GreenEdge i wraca na etat rzecznika prasowego. Bruynell, w przeciwieństwie do Becca’i całą akcję określa mianem „fuzji dwóch drużyn”.

    Tak czy inaczej powstaje piekielna mieszanka: dyrektor sportowy, który „stworzył” Armstronga będzie prowadził kolarza, który ma, największy po Contadorze, potencjał do wygrywania wielkich tourów (młodszy Schleck). Do tego obaj będą mieli szansę odegrać się na Hiszpanie za porażki w ostatnich latach. Co z tego będzie miał Flavio Becca? Cóż, to nie jest fan kolarstwa lecz biznesmen. Wystarczy mu, że ekipa przyniesie dochód.

    Dlaczego więc rozpatrywać Projekt Leopard w ramach porażki a do tego jako jedno z ważniejszych wydarzeń kolarskiego sezonu? Była to błyskawicznie stworzona niemal od zera, czołowa grupa z najwyższej półki. Do tego, mimo braku spektakularnych zwycięstw rządziła peletonem w większości wyścigów, w których startowała. Niestety okazało się, że każde tego typu przedsięwzięcie potrzebuje czasu by dojrzeć. Liczne błędy taktyczne sprawiły, że zamiast potencjalnych zwycięstw zgromadzono potężną porcję prestiżowych miejsc na podium. Czyli, w warunkach współczesnego sportu zawodowego – porażek. Może nie dla fana kolarstwa, ale dla inwestora – biznesmena z pewnością. Skoro nowa zabawka okazała się być w jego oczach wybrakowana postanowił się jej pozbyć. Nie dosłownie, bo nie wyrzucił a oddał koledze, ale sam nie chce na nią patrzeć. Szkoda, tym bardziej, że wcale nie jest powiedziane, że ów kolega odniesie sukces. Bruynell niemal tyle samo wielkich talentów co wykorzystał to popsuł. Więc wcale nie jest powiedziane, że ze Schleckiem nie będzie tak samo.

    Andy Schleck wygrywa na Galibier. Najjaśniejszy punkt w krótkiej historii grupy Leopard

    Dwanaście dni przed końcem roku wystartowałem z podsumowaniem sezonu. Codziennie jedno z dwunastu, moim zdaniem najważniejszych wydarzeń kolarskiego roku 2011. Oto one:

    12. Czeski Offroad
    11. Klenbuterolowa żenada
    10. Zmiany w polskim MTB 
    9. Ewakuacja sponsorów
    8. Srebro Włoszczowskiej
    7. Herosi to jednak ludzie 
    6. Fuzje i supergrupy
    5. Genialny sezon Gilberta
    4. Podwójna próba Contadora
    3. Porażka Leopard Trek

  • 12 Wydarzeń 2011r. Fuzje i supergrupy

    12 Wydarzeń 2011r. Fuzje i supergrupy

    Transferowe telenowele, podchody sponsorów i dyrektorów sportowych, rozwojowe fuzje i wrogie przejęcia. Od lipca kolarski świat żył poważnymi przetasowaniami w składach ekip, zestawach sponsorów i etatach dyrektorów sportowych.

    Miano przyszłorocznej supergrupy, która elektryzowała najbardziej w mijającym sezonie transferowym  należy się ekipie BMC. Finansowana przez ekscentrycznego Szwajcara Andy’ego Rihssa amerykańska drużyna zmienia się w prawdziwy dream team. Trzech mistrzów świata: Hushovd, Ballan i Evans (będący zarazem zwycięzcą Tour de France), numer jeden wszelkich rankingów, czyli Philippe Gilbert, grupa kolarzy, którzy skazani będą na role pomocników a gdzie indziej mogliby śmiało jeździć z jedynką na plecach: Van Averamet, Hincapie, Pinotti, Burgahrdt a jako wisienka na koncie młodzież: Phinney i van Garderen. Takim składem można by obdzielić przynajmniej klika ekip Pro Team! Jeśli BMC nie padnie ofiarą klęski urodzaju i konfliktu interesów, mając przy tym nieszczególnie charyzmatycznych dyrektorów sportowych, sytuacja otrze się o cud. Naszpikowany gwiazdami Team Telekom poniósł sromotną klęskę. Czy to samo czeka BMC? Nie wiadomo. Wiadomo za to, że już sam proces kompletowania składu był bardziej ekscytujący niż niejeden wyścig sezonu 2011.

    Połączą się czy się nie połączą? Czy ma sens zamykać obiecująco wyglądającą działalność po niespełna roku funkcjonowania? Co da braciom Schleck współpraca z Johanem Bruynellem. Fuzja Leopard Trek i Nissan RadioSchack to równie elektryzujące wydarzenie co transferowe hity drużyny BMC. Andy i Frank Schleck oraz Fabian Cancellara pod skrzydłami duetu Bruynell – Andersen to zapowiedź wielkich emocji. Póki co drużyna zmaga się z UCI w kwestii zatwierdzenia trójczłonowej nazwy (RadioSchack – Nissan – Trek). Flavio Becca, inwestor projektu Leopard pozostaje przy kolarstwie, ale w wydaniu młodzieżowej ekipy z Luksemburga. Nienajlepiej może czuć się Mercedes, który dostarczył flotę dla ekipy Schlecków oraz Bjarne Riis, który jak się okazało w ciągu roku oddał trzon ekipy Saxo Bank jednemu z głównych rywali. Jeden z pomysłodawców „Leoparda”, Bryan Nygard, który nigdy nie był kolarzem rezygnuje z etatu dyrektora sportowego i wraca do tego, na czym zna się najlepiej. Będzie rzecznikiem prasowym ekipy GreenEdge.

    Wspomniany GreenEdge to kolejny projekt narodowy. Tym razem Australijski, skupiający się na promocji rodzimych kolarzy. Wzorem jest oczywiście baskijski Esukaltel (choć boryka się z trudnościami finansowymi) a na fali wznoszącej znajduje się brytyjski Sky. Ekipa ta od początku przygotowywana dla duetu Wiggins – Cavendish w końcu jest w komplecie. Również Rosjanie ze swoją „Katiuszą” zrobili krok w dobrą stronę pozyskując swojego najlepszego kolarza etapowego, czyli Denisa Menchova. Pamiętając o tym, że mocno znacjonalizowane są grupy francuskie i włoskie, kolarstwo robi się powoli sportem z mocną identyfikacją narodową.

    Na koniec jeszcze słowo o sytuacji w Belgii. Vacansoleil okrzepło w światowej elicie, ale w przeciwieństwie do wspomnianych wyżej przykładów jest ekipą wielokulturową (w 2012 z dwoma Polakami: Marczyńskim i Morajko), podobnie jak Omega Pharma Quickstep (tam trafili Gołaś i Kwiatkowski). W przypadku tej drugiej trzeba wspomnieć, że „ukradła” ona sponsora tytularnego a co za tym idzie część budżetu lokalnemu rywalowi: Lotto.

    Oliver Zaugg wygrywa Lombardię – łabędzi śpiew Leopard Trek

    Dwanaście dni przed końcem roku wystartowałem z podsumowaniem sezonu. Codziennie jedno z dwunastu, moim zdaniem najważniejszych wydarzeń kolarskiego roku 2011. Oto one:

    12. Czeski Offroad
    11. Klenbuterolowa żenada
    10. Zmiany w polskim MTB 
    9. Ewakuacja sponsorów
    8. Srebro Włoszczowskiej
    7. Herosi to jednak ludzie 
    6. Fuzje i supergrupy

  • 12 Wydarzeń 2011r. Ewakuacja sponsorów

    12 Wydarzeń 2011r. Ewakuacja sponsorów

    Po sezonie 2011 swój żywot zakończyły ekipy: HTC, Geox, mecenat Flavio Becca’i a na naszym podwórku CCC finansowo spadło do trzeciej ligi. To nie był łatwy rok dla kolarstwa. Światowy kryzys zniechęca do inwestowania w ryzykowne przedsięwzięcia co odbija się na stanie grup zawodowych.

    Roszady wśród ekip z najwyższej półki to nic nowego. Niewiele jest takich, które działają latami ze zbliżonym zestawem sponsorów a nawet najwytrwalsi dyrektorzy sportowi w końcu muszą się poddać. Zazwyczaj działo się tak jednak z powodu afer dopingowych i złego klimatu wokół kolarstwa.

    W tym roku swój żywot zakończyła ekipa, która od pewnego czasu z dopingiem nie miała zbyt wiele wspólnego. Do tego była kuźnią młodych talentów (zatem realnie nie była droga w utrzymaniu bo budżetu nie nadwerężały gwiazdorskie kontrakty), miała w składzie najlepszego sprintera ostatnich sezonów i najwięcej zwycięstw na koncie. Wraz z transparentną polityką antydopingową team Highroad był teoretycznie łakomym kąskiem dla potencjalnych sponsorów.

    Ekipa Geox to nieco inna historia, choć z kilkoma gwiazdami na pokładzie (Menchov, Cobo) to jednak nie miała tak dobrego PR jak Highroad. Mimo tego mając za sobą sezon z dobrymi wynikami w wielkich tourach i charyzmatycznego lidera (wspomniany Cobo, który w świetnym stylu wygrał Vueltę) taki zespół powinien liczyć raczej na przedłużenie współpracy ze sponsorami lub nawet na podwyższenie budżetu a nie na likwidację.

    Team Leopard to z kolei przykład, jak kapryśny miliarder może bawić się przy pomocy zawodowych sportowców a gdy ci nie spełniają jego oczekiwań, odstawić ich w kąt niczym niechciane zabawki. Owszem, Cancellara i bracia Schleck zawiedli, bo nie zdobyli założonych celów, ale była to perspektywiczna ekipa z szansami na sukces w kolejnym sezonie.

    Również polskie CCC od strony sportowej prezentowało się nieźle. Kilka dobrych wyników nie przekonało Dariusza Miłka, że warto rozwijać projekt. W zamian za to obciął go do minimum i po jednorocznym pobycie wśród ekip w pełni zawodowych drużyna wróciła do trzeciej ligi.

    Można za te niepowodzenia obwiniać pojęcie klucz: „Kryzys”. Można zawodników za niewypełnienie sportowych celów. Mam wrażenie, że nie chodzi tu wcale o problemy z budżetem – wszak kolarstwo nie jest astronomicznie drogim sportem, doping – sezon 2011 był wyraźnie „czystszy” od poprzednich ani brak wyników – Cavendish i spółka nawygrywali się aż nadto.

    Jeśli można gdzieś szukać przyczyn, trzeba spojrzeć na sponsoring sportu nieco szerzej. Pisałem o tym niedawno w kontekście klubów amatorskich, to samo może dotyczyć grup zawodowych, nawet najbardziej skutecznych. Aby przekonać mecenasa do łożenia na drużynę, trzeba dać mu coś więcej. Owszem, marketingowiec wyliczy zwrot (o ile mnie pamięć nie myli Wyspy Balearskie miały zwrot z inwestycji w grupę pierwszej dywizji więcej niż dwukrotny), ale niekoniecznie przełoży się on na sprzedaż czy wizerunek. Nowe grupy takie jak Sky czy Garmin zmieniły nieco podejście do tego czym jest grupa zawodowa. Nie są to „drużyny” lecz „projekty” z konkretną identyfikacją (narodową jak Sky) czy wizerunkiem („czyste kolarstwo” jak Garmin). Istotne jest również umiejętne korzystanie z nowych mediów – sama obecność w telewizji czy nieskoordynowane działania na Twitterze (Cavendish) nie muszą przekładać się na możliwość korzystnego zaprezentowania się sponsorowi.

    Sezon 2012 będzie więc inny pod wieloma względami. Powstają „super grupy”, do głosu coraz silniej dochodzi świat angielskojęzyczny. Kolarska konserwa została w wyraźny sposób rozhermetyzowana, niestety, nie obyło się bez strat.

    Zwiastun filmu „The Road Uphill” o braciach Schleck, liderach nieistniejącej już grupy Leopard

    Wygranie Vuelty przez Juana Jose Cobo nie wystarczyło do przetrwania grupy Geox

    Dwanaście dni przed końcem roku wystartowałem z podsumowaniem sezonu. Codziennie jedno z dwunastu, moim zdaniem najważniejszych wydarzeń kolarskiego roku 2011. Oto one:

    12. Czeski Offroad
    11. Klenbuterolowa żenada
    10. Zmiany w polskim MTB 
    9. Ewakuacja sponsorów

  • Przegrywali aż miło

    Przegrywali aż miło

    Alberto Contador, Mark Cavendish, Philippe Gilbert, Bradley Wiggins, Vicenzo Nibali. O Andym Schlecku i Fabianie Cancellarze nie wspominając. W minionym sezonie wielcy faworyci mieli swoje chwile chwały, ale równocześnie zdarzało im się ponosić dotkliwe porażki. Jeśli się zastanowić – to po prostu piękne.

    Tak, sezon 2011 zaskakiwał od początku do końca. Skupiając się na najważniejszych wyścigach trzeba zacząć od Mediolan – Sanremo. Na podium stanęli Fabian Cancellara i Philippe Gilbert. Czyli murowani faworyci wiosennych klasyków. W jednej z licznych kraks odpadła z rywalizacji większość sprinterów. Okazało się, że team HTC ma w rękawie więcej niż jednego asa. Mark Cavendish, który nie zdołał dogonić czołówki został godnie zastąpiony przez Mathew Gossa. Zawodnika, który wcześniej nie wygrał tak wyścigu lub choćby pojedynczego etapu znaczącej imprezy. Zatem faworyci polegli po raz pierwszy.

    Klasyki północy miały być domeną Fabiana Cancellary. Szwajcar był zmotywowany nowym otoczeniem. Team Leopard na papierze prezentował się jak idealna maszyna zaprojektowana do wygrywania. Pierwsze starty sugerowały szokująco wysoką dyspozycję Cancellary. Podczas E3 Prijs zniszczył a wręcz upokorzył konkurentów odjeżdżając im, jak gdyby nigdy nic, na płaskiej, szerokiej szosie. Nie wiadomo czy to tak wstrząsnęło peletonem czy też wszyscy mieli w pamięci jego jazdę z zeszłego roku. Dość powiedzieć, że podczas Dookoła Flandrii i Paryż – Roubaix praktycznie każdy z faworytów wraz z pomocnikami jechał przeciwko niemu. We Flandrii Szwajcar dał się sprowokować Boonenowi na czym skorzystał Nuyens, w Roubaix przegrał z lepszą taktyką ekipy Garmin. Wyniki w klasykach musiały być dla niego naprawdę dotkliwą porażką, tym większą, że fizycznie wydawał się o klasę przewyższać rywali. By tego było mało podczas Tour de France mimo naprawdę ciężkiej pracy nie był w stanie doprowadzić żadnego z braci Schleck do zwycięstwa. Idąc dalej, wydawało się, że zbudował dobrą formę podczas hiszpańskiej Vuelty. Na ostatnich górskich etapach mocno trenował i stając na starcie mistrzostw świata w jeździe na czas był jednym z faworytów. Tony Martin okazał się rywalem nie do pokonania a Bradley Wiggins miał więcej szczęścia i Szwajcar musiał zadowolić się zaledwie brązowym medalem.

    Będąc już przy braciach Schleck i ekipie Leopard, to cóż, przegrali wszystko co było do przegrania. „Wielka Pętla” ułożona była pod możliwości Andy’ego jednak liczne błędy taktyczne uniemożliwiły mu wypracowanie należytej przewagi nad lepiej jeżdżącym na czas Cadelem Evansem. Cancellara, o czym wspomniałem wyżej poległ w klasykach brukowanych, natomiast w Ardenach Andy i Frank Schleck mogli co najwyżej przyglądać się temu co wyprawia Philippe Gilbert. Belg swoją dominację udowodnił najdobitniej podczas Liege-Bastogne-Liege gdy w decydującej fazie wyścigu jechał sam przeciwko dwóm rywalom, braciom Schleck, których ograł w sposób perfekcyjny.

    Gilbert sezonu takiego jak 2011 może już nigdy nie powtórzyć. Wygrywając cztery ardeńskie klasyki, podwójne mistrzostwo kraju, etap Tour de France (niemal do końca był faworytem walki o zieloną koszulkę, co jest nietypowe, ponieważ nie jest sprinterem), Clasica San Sebastian, jednodniówkę w Montrealu czy Strade Bianche wpisał się do grona kolarzy wybitnych. Koniec końców okazało się, że jest tylko człowiekiem. Posługując się metaforą Joe Friela, Gilbert wypalił wszystkie zapałki i na jesienne klasyki oraz mistrzostwa świata sił już nie starczyło tym bardziej, że po genialnej pierwszej połowie sezonu był pod większą presją kibiców i mediów oraz baczną obserwacją rywali. Było to widczone szczególnie podcza Paryż – Tours i Giro di Lombardia, gdzie było mu równie ciężko jechać przeciwko koalicji konkurentów co Cancellarze wiosną.

    Skoro już wspomniałem o jesieni, to trudno nie napisać kilku zdań o Marku Cavendishu. Wydawać by się mogło, że ma za sobą, podobnie jak Gilbert, sezon – marzenie. Trzy wygrane w Giro d’Italia, pięć w Tour de France i koszulka najlepszego sprintera. Do tego wykorzystał szansę, jaką raz na jakiś czas kolarze jego specjalności dostają od UCI i wygrał mistrzostwo świata ze startu wspólnego na stosunkowo płaskiej, czyli przygotowanej de facto dla niego trasie. Co zatem było nie tak? Cóż, jeśli ktoś jest topowym sprinterem i ma na swoim koncie wygraną w Mediolan – Sanremo to brak obecności w czołowej grupie na mecie tego wyścigu jest porażką. Nawet jeśli spowodowaną przez kraksę. Co więcej zawodnik z wyspy Manx będąc w szczytowej formie w spekatkularny sposób poległ podczas innego sprinterskiego klasyku: Paryż – Tours. Być może na fakt, że jego pomocnicy nie opanowali peletonu i oddali zwycięstwo ucieczce wpłynęła sytuacja ekipy HTC dla której był to jeden z ostatnich występów w sezonie. Tyle, że to sam, nowo kreowany mistrz świata zaordynował zaprzestanie pogoni, bo był zwyczajnie zmęczony…

    Pozostaje jeszcze Alberto Contador. Zanim jednak o nim, słów kilka o Vicenzo Nibalim. Przegraną w Giro można by mu „wybaczyć” gdyby nie fakt, że poległ nie tylko w starciu ze znakomicie dysponowanym Hiszpanem, ale również z lokalnym rywalem, czyli Michele Scarponim. Na starcie Vuelta Espana stanął z kolei jako obrońca tytułu by po bezbarwnej jeździe zająć siódmą lokatę. Oba te rezultaty wciąż są niezłe i dobrze rokują na przyszłość. Nibali ma ciągle więcej przed sobą niż za sobą a fakt, że rok temu wygrał Vueltę nie jest argumentem który ma go stawiać w roli murowanego faworyta wielkich tourów. Zatem to z czym przegrał to nie tylko lepsza dyspozycja rywali ale przede wszystkim oczekiwania i PR grupy Liquigas. Podejrzewam, że dodatkowo nakręcane lokalnie, ponieważ traktujemy tę ekipę oraz jej liderów jako „swoich” ze względu na jeżdżących dla nich polskich gregario. Tak więc Nibali ma jeszcze czas by trafić do grona Wielkich Przegranych, podobnie jak Bradley Wiggins, który i tak z każdym kolejnym występem w wielkim tourze jedzie ponad to, czego w najśmielszych oczekiwaniach mogli mu życzyć najwierniejsi fani.

    Na koniec wspomniany Contador. „Pistolet” podjął pierwszą od czasów Pantaniego próbę wygrania dubletu Giro-Tour w jednym sezonie. Tour, choć z klasą, przegrał, zatem cały test został oblany. Tyle tylko, że nie wierzę, by tegoroczne podejście do dubletu było wcześniej planowane. Mordercze Giro i Tour który odbierał część atutów Hiszpanowi a dawał je braciom Schleck to nie były najbardziej optymalne warunki. Contador pojechał Giro, bo nie był pewny startu w Tourze a gdy mu na to pozwolono nie wypadało zdezerterować. Obronił pozycję najlepszego specjalisty wyścigów etapowych, to pewne. Do każdego kolejnego nadal będzie przystępował jako główny faworyt. To, że mógł w ogóle startować w sezonie 2011 już samo w sobie można uznać za sukces. Jeśli w najbliższym czasie UCI, WADA i CAS ostatecznie odstąpią od wymierzenia mu kary za ślady Clenbuterolu w organizmie podczas ubiegłorocznego Tour de France będzie zwycięzcą i w przyszłym roku prawdopodobnie znów stanie na podium w Paryżu w żółtej koszulce. Jeśli organy sportowej administracji zaskoczą nas wyrokiem skazującym, odbiorą Hiszpanowi zdobyte laury i zawieszą na dwa lata… cóż. Całą powyższą listę będzie można skasować. Największym przegranym będzie właśnie Alberto Contador.

  • Stworzony by przegrywać

    Stworzony by przegrywać

    Andy Schleck po raz czwarty w karierze zajął drugie miejsce w wielkim tourze, przegrywając z trzecim kolarzem. Tymczasem na horyzoncie wyrasta inna młoda gwiazda, zawodnik, który póki co nie powtarza błędów Luksemburczyka.

    Tour de France 2011 został skrojony na wymiar dla młodszego z braci Schleck. Ciężkie, górskie etapy ? pod tym względem to najciekawsza Wielka Pętla od lat. Mało jazdy na czas ? wszak wiadomo, że Andy choć nie traci wiele, to jednak odstaje w próbach indywidualnych od swoich najgroźniejszych rywali. Do tego nowa ekipa ? projekt Leopard powołany specjalnie dla Braci. W międzyczasie pojawiła się kolejna okoliczność. Alberto Contador stając na starcie był nie w pełni sił po morderczym Giro d?Italia. Aby tego było mało, potencjalni kandydaci do podium wykruszali się jeden za drugim.  Lidera ekipy Leopard, jako jednego z najmocniejszych kolarzy wyścigu pech omijał. Do tego w Alpach popisał się brawurową ucieczką nadrabiając czas nad Evansem, Basso i Contadorem. A mimo to przegrał i to wyraźnie.

    Cyrille Guimard, wybitny dyrektor sportowy, który opiekował się m.in. takimi kolarzami jak Bernard Hinault, Laurent Fignon czy Lucien van Impe uczestniczył także w rozwoju kariery młodszego ze Schlecków. Choć trwało to tylko pół roku, zdążył poznać drugiego kolarza tegorocznego Touru. W wywiadzie udzielonym na kilka dni przed wyścigiem magazynowi Pro Cycling Guimard sugeruje, że Andy Schleck być może nigdy nie wygra Wielkiej Pętli. Luksemburczyk ma znakomite warunki fizyczne, które stawiają go w nielicznym gronie najwybitniejszych kolarzy świata, ale ze względu na popełnione błędy nie będzie psychicznie gotowy do zdobycia najważniejszego celu.

    Andy przeszedł na zawodowstwo niezwykle wcześnie, bo jako dziewiętnastolatek. Bjarne Riis ?wykradł? go z VC Roubaix prowadzonego przez Guimarda i zaoferował angaż w swoim CSC. Od tego czasu młodszy Schleck wygrał mistrzostwo swojego kraju, monument Liege-Bastogne-Liege i? tyle. Giro d?Italia, swój debiut w wielkim tourze przegrał z Di Lucą. W wyścigu tym był liderem ekipy i tak naprawdę nie miał się od kogo uczyć. Rok później był już w formie na wygranie Tour de France, ale po gorszym dniu w Pirenejach Riis poświęcił go na rzecz Carlosa Sastre. Następnie dwukrotnie przegrał z Contadorem. Guimard twierdzi, że kolarz z tej klasy talentem powinien być szczególnie chroniony by unikać porażek. A tymczasem Schleck nie dostał szansy, by nauczyć się wygrywać. Do całej sprawy dochodzi oczywiście specyficzna więź ze starszym bratem oraz presja ze strony ojca ? byłego dobrego kolarza, ale kwestia przełamania się do wzięcia odpowiedzialności za zwycięstwo wydaje się być kluczowa.

    Andy, choć ma już 26 lat, ciągle potrafi zachować się jak nieodpowiedzialny nastolatek, czego przykładem może być wyrzucenie go z drużyny biorącej udział w zeszłorocznej Vuelcie. Fakt, został de facto zmuszony do startu w kolejnym tourze sezonu, jego kontrakt z Saxo Bankiem nie był przedłużany, ale nie musiał manifestować swojego niezadowolenia wypijaniem po etapie kilku drinków.

    Sam Guimard twierdzi, że przez zbyt wczesne przejście na zawodowstwo Andy?emu ?zabrano młodość? i być może przez to właśnie nie będzie nigdy zdolny zrealizować swego potencjału. Krótko mówiąc, uznawany za wybitnego dyrektora sportowego Bjarne Riis skaził brylant, który wpadł mu w ręce. Zespół przyszłego mistrza, zanim ten rzeczywiście nim się stał.

    Biorąc pod uwagę zastrzeżenia doświadczonego dyrektora sportowego, na tegorocznym Tourze pojawiła się gwiazdka, która już wkrótce może zabłysnąć pełnią blasku. Nie wiadomo, czy Pierre Rolland zostanie kolejną Wielką Nadzieją Francuzów. Wiadomo za to, że od kilku sezonów wprowadzany jest w świat wielkiego ścigania i krok po kroku uczy się wygrywać. Nie jest to postać całkiem nowa. W 2008r sięgnął po koszulkę najlepszego górala w Dauphine Libere. Całkiem adekwatny sukces jak na utalentowanego dwudziestojednolatka. Później przyszło kilka pomniejszych, ale jednak sukcesów. W tym roku, mając dwadzieścia cztery lata zadebiutował w Tour de France u boku doświadczonego Thomasa Voecklera. Być może był nawet mocniejszy od swojego lidera, ale służąc mu pomocą uniknął bodźca w postaci dobrego miejsca, które jedyne co realnie oznacza, to że dobrze rokuje na przyszłość. W zamian za to został najlepszym młodzieżowcem (Schleck wygrywał białą koszulkę trzy razy w Tourze i raz w Giro, to nie zawsze jest gwarancją późniejszych triumfów), ale co najważniejsze, wygrał na Alpe d?Huez. Tym samym przeszedł do historii, jako zaledwie drugi Francuz, który był najszybszy na tym legendarnym podjeździe, pokazał moc i klasę. Już u progu kariery wygrał coś istotnego a nie przegrał coś wielkiego! Mimo, że Patric Lefevre, dyrektor ekipy Quick Step widzi w nim raczej kolarza klasycznego, Rolland ma odpowiednie warunki fizyczne by myśleć o dobrych wynikach w trudnych etapówkach. Oczywiście może być tak, że jego wewnętrzny ?silnik? nie ma dość mocy by wygrać Tour de France. Za to jego głowa dostała impuls na tyle mocny, że być może, jak tegoroczny triumfator, Cadel Evans doczeka tego momentu, że będzie w stanie sięgnąć najgłębszych rezerw i zawalczyć o zwycięstwo. Tymczasem Schleck będzie się dobrze zapowiadał do końca swojej kariery.

  • Kolarstwo jakiego nie znałem

    Kolarstwo jakiego nie znałem

    Pierwsze wspomnienia sięgają Wyścigu Pokoju i Igrzysk Olimpijskich w Seulu. Wkrótce potem zaczął się szaleńczy wyścig chemicznych zbrojeń. Teraz zastanawiam się, czy kolarstwo, które mnie wówczas zafascynowało, istniało naprawdę.

    Na początku mały disclaimer. Z euforią trzeba poczekać do mniej więcej połowy października. Wtedy wszystko będzie jasne. Czy, kto, co i ile. Wziął. Tego nauczyła nas najświeższa historia, w której zwycięstwa wielkich tourów wygrywa i przegrywa się w laboratorium lub sądzie. Skoro jednak kolarze z tempem jazdy wrócili do czasów Fignona i Lemonda, czyli do ostatniego momentu przed gwałtownym przyspieszeniem, trzeba inaczej spojrzeć na sponiewieraną skandalami dyscyplinę.

    Pierwsze zdziwienie przyszło na Luz Ardiden. Przecierałem oczy ze zdumienia nie dlatego, że Andy Schleck ze swymi super-przybocznymi nie zniszczył rywali. Wraz z herosami, którzy w ostatnich latach kreowali oblicze wyścigów etapowych wjechali Thomas Voeckler, Pierre Roland i Jelle Vanendert. Kto? Jakim prawem? Co oni tam robili? Później było jeszcze ciekawiej. Voeckler do ostatniego górskiego etapu bronił żółtej koszulki a Rolland uciekł Contadorowi na Alpe d?Huez. Nie, nie został puszczony w prezencie przez sześciokrotnego zwycięzcę wielkich tourów. Po prostu mu odjechał, bo ten był najzwyczajniej w świecie śmiertelnie ujechany. Tak samo jak Andy i Frank Schleck, Samuel Sanchez oraz Cadel Evans, którzy przez kilka dni toczyli zacięty bój na alpejskich przełęczach.

    Indurain, Ullrich czy Armstrong byli górami mięśni pędzącymi po tych samych szosach bez większego wysiłku, na mecie co najwyżej lekko spoceni. Pantani w koszmarnych warunkach wykonał cudowny rajd przez góry by pognębić rywali ustawiając całą klasyfikację. W tym roku Andy Schleck i Alberto Contador spróbowali tego samego. Wycieniowani do granic możliwości ? wysoki Luksemburczyk ma sylwetkę ?klasycznego górala? choć powoli zbliża się bardziej do skoczka narciarskiego, niż wzorca z Sevres ostatnich 20 lat, szczupłego, ale atletycznego Pantaniego. Na cudownym, wręcz magicznym sprzęcie ? rower ?Pirata? sprzed 13 sezonów zapewne znalazłby się w ogonie współczesnych szosówek ze średniej półki jako nienadający się do jazdy. Obstawieni zdobyczami współczesnej nauki i elektroniki optymalizującej trening, pozycję, dietę, regenerację. Na metach alpejskich etapów po ponad dwóch tygodniach ścigania wyglądali jak zwłoki. I nie zyskali zbyt wiele czasu nad rywalami, mimo heroicznych wysiłków i spektakularnych (choć w opinii niektórych komentatorów ciągle zbyt rachitycznych) ataków i rozbicia peletonu w strzępy.

    Czasy, gdy pretendent do wygrania Paryż ? Roubaix radośnie hasa na najcięższych wzniesieniach kasując ucieczki teoretycznie świetnych wspinaczy minęły. Na l?Alpe d?Huez Contador, Evans i Schleck wjeżdżali w tempie Lemonda i Fignona z 1989r oraz? rekordzisty wśród amatorów z 2005r. Wspomniany pretendent, George Hincapie był na mecie 17 minut później. Zmęczony gregario, którego praca tym razem nie przyniosła efektów. Takie ściganie jest kompletnie inne niż to, które można było oglądać przez ostatnie 20 lat. Nie jest wcale mniej fascynujące. Jestem absolutnie na tak, ponieważ jest prawdziwsze.

    Można pytać, dlaczego ?stracone pokolenie?, od Induraina po Landisa robiło to, co robiło? Wulgarnie cytując współczesnego pop-klasyka (Gregory House): ?A dlaczego pies sam liże się po genitaliach? Bo może!?. Zaawansowany koks stał się bardziej dostępny. Testów nie było lub były nieskuteczne. Pojawiały się nowe, coraz bardziej efektywne substancje i metody. Zestaw: EPO, Hormon Wzrostu i Testosteron był świętą trójcą zawodowców, tyle, że z każdym sezonem w coraz nowocześniejszym wydaniu. Dodatkowo, po upadku żelaznej kurtyny kolarze z NRD i ZSRR do zawodowego kolarstwa, które kulturowo posiada ciągoty do wspomagania wprowadzili swoje metody, oparte na planowym, systemowym i nielegalnym poprawianiu możliwości ludzkiego organizmu. Niektórzy szli na całość, inni, w trosce o zdrowie i życie kolarzy organizowali instytucjonalny doping by nie wypaść z gry. Ci, którzy byli poza układem nie mieli szans ani na wynik ani na pieniądze ani nawet na możliwość spokojnej jazdy na własną rękę.

    Takiego kolarstwa jak w tegorocznym Tourze trzeba się będzie uczyć od nowa. Uczyć sytuacji, gdzie zawodnik jest bardziej człowiekiem i nawet, gdy ma słuchawkę w uchu a dyrektor sportowy mówi mu ?jedź? on nie jedzie, bo zwyczajnie nie ma siły. Takiego, gdzie niepokonany dominator może mieć słabszy dzień. Wreszcie takiego, gdzie szanse są bardziej wyrównane a dobrze zapowiadający się zawodnik by wygrać musi mieć wybitny talent a nagły wyskok formy zależy od zbiegu wielu czynników a nie nawiązaniu współpracy z dobrym hematologiem. Teraz nikt nie fruwa, wszyscy atakują wszystkich i męczą się jak ludzie. Żegnajcie Pantani, Riisie, Armstrongu. Jesteście częścią historii. Znakiem czasów, które, miejmy nadzieję, odchodzą.