Rok: 2019

  • Córka trenera

    Córka trenera

    Trochę kino o dorastaniu a trochę film drogi. Do tego historia ojca trenującego nastolatkę w realiach jednej z popularnych dyscyplin sportu. Choć „Córka Trenera” jest o tenisie, znajdziecie w nim wiele smaczków, które spotykacie na co dzień samemu startując w zawodach.

    Łukasz Grzegorzek stworzył kameralny, wizualnie zgrabny „indie-filmik„, który spotkał się z pozytywnym przyjęciem krytyków. Choć często kwalifikowany jest jako „dramat” a bohaterowie od czasu do czasu na siebie krzykną lub uronią łzę, oglądamy małą historię, pozornie bez większego znaczenia. Taką, która przydarzyła się każdemu z nas. Lub przynajmniej mogła się przydarzyć.

    Ktoś o czymś marzy, ktoś się rozczarowuje, jest też odrobina romansu i paru kolorowych bohaterów drugoplanowych. Ot, życie. 

    „Córka Trenera” ma kilka zalet: sensowny scenariusz, bezpretensjonalność, ładne zdjęcia i budzących pewne zainteresowanie bohaterów nieźle zagranych przez dobrze dobraną obsadę (m.in Jacek Braciak, Agata Buzek oraz Karolina Bruchnicka i Bartłomiej Kowalski). 

    Zalicza się więc do, wciąż nielicznych, polskich produkcji, które można obejrzeć bez poczucia, że twórca nami gardzi a swój film zrobił wyłącznie dla pieniędzy. 

    Jeśli lubicie takie kino, to polecam, jeśli nie, to nie stracicie za wiele. Tak czy inaczej nie pisałbym o nim gdyby nie fakt, że historia, którą opowiada dzieje się w świecie sportu. 

    Nie wiem, jak „Córka Trenera” odwzorowuje realia polskiego, juniorskiego tenisa natomiast mogę śmiało powiedzieć, że niesie ze sobą wiele obserwacji, których każdy z nas doświadcza lub doświadczał na co dzień rywalizując w swojej ulubionej dyscyplinie sportu.

    Plastikowe pucharki i listy wyników rozwiewane przez wiatr? Zaliczone. Dekoracja zwycięzców oklaskiwana wyłącznie przez trenerów lub rodziców? Jest. Pracownik urzędu wręczający trofea w zastępstwie nieobecnego burmistrza? Mamy to!

    Noclegi w podrzędnych kwaterach, podróże z zawodów na zawody leciwym busem, treningi gdzie popadnie, bo co by się nie działo przecież „muszą zostać odbyte”… a przy tym dbałość o dietę, niewyleczone kontuzje i gasnące marzenia o wynikach, karierze lub jakiejkolwiek innej formie pozostania przy sporcie, wokół którego zbudowane jest życie. Bohaterów filmu lub po prostu nasze. 

    Można jeszcze poruszyć temat perspektyw, jakie mają młodzi ludzie wchodzący w dorosłość, zarówno tę życiową i tę sportową. Przyszłości, której wizji w wyczynie zazwyczaj nie ma o ile nie jest się w wąskim gronie najbardziej utalentowanych i zamożnych jednostek. 

    Ponieważ jednak „Córka Trenera” jest sama w sobie małym, bezpretensjonalnym filmikiem, sam też nie powinienem uderzać w zbyt poważny ton, zatem w tym miejscu się zatrzymam i mimo kilku drobnych niedociągnięć po prostu go polecę. 

    „Córka Trenera”, 2018
    Reżyseria: Łukasz Grzegorzek
    90 minut. 
    Film miał premierę kinową wiosną 2019; w listopadzie 2019 jest dostępny w HBO Go.

  • Pierwszy sezon CCC w World Tourze

    Pierwszy sezon CCC w World Tourze

    Dwudzieste miejsce w rankingu UCI i sześć zwycięstw to dorobek zespołu CCC w sezonie 2019. Przejęcie finansowania zespołu Jima Ochowicza przez Dariusza Miłka skróciło drogę do upragnionego startu polskiej drużyny w Tour de France. Pora więc na ocenę i podsumowanie tegorocznej przygody ekipy CCC w World Tourze.

    Wszystko na barkach Belga

    Jeszcze przed Tour de France 2018 wydawało się, że utytułowany zespół BMC przestanie istnieć. Wraz z ogłoszeniem zakończeniem sponsoringu przez szwajcarskiego producenta rowerów kolejni kolarze podpisywali kontrakty z nowymi pracodawcami. Z ważnych nazwisk na pokładzie został tylko Greg van Avermaet. Gdy Ochowicz i Miłek ogłosili współpracę oznaczającą przetrwanie drużyny zaczęliśmy się zastanawiać, na co stać zespół mający w składzie zaledwie jednego kolarza mogącego zwyciężać w najważniejszych wyścigach. 

    Van Avermaet to wciąż urzędujący mistrz olimpijski, który zaliczył kilka świetnych sezonów z rzędu. To samo w sobie budziło pewne wątpliwości, bo trudno utrzymać się w najwyższej dyspozycji przez kolejne lata, dodatkowo mając przed sobą zmianę sprzętu, słabsze wsparcie pomocników, ogólne perturbacje wiążące się ze zmianą sponsora drużyny oraz presję związaną z byciem jedyną nadzieją na sportowy sukces grupy. 

    Z perspektywy czasu można powiedzieć, że choć ?GvA? miewał lepsze sezony niż 2019 a z pewnością takie, które okraszone były bardziej spektakularnymi sukcesami, ma ten rok rozliczony. Bo jak inaczej nazwać sytuację, gdy zawodnik wygrywa prestiżowy klasyk (GP Montrealu), w kolejnych czterech staje na podium (Quebeck, E3, Omloop Het Niewuwsblad i Classica San Sebastian) i ostatecznie zajmuje szóste miejsce w rankingu UCI?

    Owszem, w kluczowych momentach: podczas Ronde van Vlaanderen, Paryż-Roubaix i Tour de France zabrakło mu skuteczności. Ale w ostatecznym rozrachunku zdobył ponad 60% punktów całej drużyny CCC a w rzeczonym rankingu UCI lepsi od niego byli tylko Roglic, Alaphilippe, Fuglsang, Bernal i Valverde. 

    W szkolnej skali można więc jego sezon ocenić na solidną ?czwórkę? a uzasadnić ją można w prosty sposób: choć bywało już lepiej, zarówno bardzo dobrze jak i celująco, to nie ma się czego wstydzić, wszak ?czwórka? to, jak sama nazwa wskazuje ocena ?dobra?. 

    Greg Van Avermaet wygrywa w Montrealu

    Nieskuteczni?

    Z drugim celem ekipy CCC, czyli zwycięstwami na etapach ważnych wyścigów czy to tygodniowych czy też wielkich tourów było już gorzej. Choć kolarze w charakterystycznych, pomarańczowych strojach byli etatowymi uciekinierami, za każdym razem brakowało im a to szczęścia a to ?dnia? by osiągnąć sukces. 

    Szczególnie widoczna była ich nieskuteczność podczas wielkich tourów, gdzie niemal codziennie było widać zawodników CCC przed peletonem, ale na koniec dnia zawsze ktoś jechał lepiej do nich. W tym kolarze ekip startujących z dziką kartą. Tu na przeszkodzie stanęła choćby kontuzja, jakiej podczas Tour de France uległ specjalista takich akcji, Alessandro de Marchi.

    Podobnie było na finiszach z dużej grupy: w top3 zameldowali się tylko Szymon Sajnok na Vuelcie i podczas Tour de Wallonie oraz Jakub Mareczko na Tour de Wallonie i Tour Down Under a także Jonas Koch trzy razy na Österreich-Rundfahrt.  

    Jasnym punktem sezonu 2019 w wykonaniu drużyny CCC była postawa Patricka Bevina. Nowozelandczyk rozpoczął ten rok od zwycięstwa w mistrzostwach swojego kraju w jeździe indywidualnej na czas, następnie dołożył do tego wygraną na etapie Tour Down Under a w kolejnych wyścigach prezentował bardzo solidną dyspozycję w próbach indywidualnych, czego wyrazem były siódme miejsce na czasówce podczas Vuelta a Espana i czwarte na mistrzostwach świata. 

    Dodać trzeba jeszcze wygraną w jeździe drużynowej w Hammer Series w Stavanger. 

    Szymon Sajnok finiszuje w Madrycie podczas Vuelta a Espana

    I właściwie to by było na tyle.

    Realnie rzecz ujmując, drużyna CCC była jednym z najsłabszych zespołów World Touru. Gdyby nie fakt, że licencje przyznawane są na kilka lat a system awansów i spadków wciąż jest w budowie, zespół sponsorowany przez Dariusza Miłka byłby na granicy pożegnania się z elitą światowego kolarstwa (gorzej wypadły Dimension Data i Katiusha – Alpecin, z grona Pro Continental od CCC lepsze były Israel Cycling Academy, Corendon – Circus, Wanty – Gobert i Total – Direct Energie). 

    Bez polskiego sponsora, polskiej licencji a co za tym idzie kilku polskich kolarzy w składzie, średnio zainteresowany kolarstwem kibic nie zwróciłby na ?pomarańczowych? uwagi, może poza kilkoma występami Van Avermaeta. 

    Natomiast obecność kapitału Dariusza Miłka w tym kontekście zmienia wszystko. Wieloletnie zaangażowanie w polskie kolarstwo, częściowe połączenie struktur dawnych BMC i CCC a także istnienie ?Development Team?, w składzie którego jeździło dziesięciu utalentowanych zawodników z naszego kraju powodują, że losy tego, konkretnego projektu śledzimy z wyjątkową uwagą. 

    Krótsza droga do World Touru

    Zapomnijmy na chwilę o tym, że Polski Związek Kolarski jest organizacją specjalnej troski. Że tor w Pruszkowie jest zadłużony, przez co federacji grozi nawet likwidacja. Że owszem, działacze i trenerzy są w stanie znaleźć i wychować utalentowanych kolarzy, ale gdy przychodzi do zarządzania na poziomie ogólnopolskim stają się nagle kompletnie indolentni. O tym, że poza Tour de Pologne i CCC w kraju de facto nie mamy zawodowego kolarstwa szosowego. I tak dalej i tym podobne, nie warto po raz kolejny tego wszystkiego powtarzać.

    Gdy włączymy sobie taki filtr, okaże się, że wychowanek stworzonego w PZKol programu od kategorii juniorskich odnosi sukcesy na torze, czego zwieńczeniem jest mistrzostwo świata w olimpijskiej konkurencji Omnium w 2018r w wieku zaledwie 21 lat. 

    Mowa oczywiście o Szymonie Sajnoku, który wraz z objęciem przez Dariusza Miłka sponsoringu nad worldtourową drużyną Jima Ochowicza przeszedł z prokontynentalnej grupy CCC Sprandi Polkowice do światowej elity. Tam, jako dwudziestodwulatek przejeździł cały sezon, pod koniec którego zadebiutował w wielkim tourze. Vueltę nie tylko ukończył, ale też był w jej trakcie aktywny, uczestniczył w finiszach z peletonu a podczas kończącego zmagania etapu w Madrycie zajął dobre, trzecie miejsce. 

    W sezonie 2020 worldtourową CCC zasilą Kamil Małecki i Michał Paluta z Development Teamu. W kolejce do takiego awansu czekają choćby Stanisław Aniołkowski czy Szymon Tracz.

    Jeżeli dołożymy do tego zaangażowanie CCC S.A. w sponsorowanie kobiecej grupy CCC-Liv, która daje możliwości rozwoju Marcie Lach i Agnieszce Skalniak, inwestycja firmy Dariusza Miłka nabiera o wiele szerszego kontekstu.

    Nie będę udawał, że wiem, jak żyje się kolarzom reprezentujących interesy ?znanego producenta obuwia?. Niewielu sportowców funkcjonujących w zawodowym otoczeniu może sobie pozwolić na publiczne wyrażenie niezadowolenia, zatem to, co pozostaje, to ocena funkcjonowania tego typu projektów po efektach. 

    Marianne Vos i jeden z jej atomowych finiszy

    Teraz będzie tylko lepiej?

    Obecność CCC w zawodowym peletonie w sezonie 2019 to zatem niezły sezon Grega van Avermaeta, 19 zwycięstw Marianne Vos i szansa rozwoju, jaką polski kapitał daje wybranym wychowankom rodzimej myśli szkoleniowej. Bez niego droga do startu w wielkich tourach byłaby dla nich o wiele dłuższa i bardziej wyboista. 

    Sezon 2020 zapowiada się o wiele bardziej różowo pomarańczowo. Kilka dobrych transferów (Trentin, Zakarin, Hirt, Masnada) zdejmie presję z Van Avermaeta, bardziej równomiernie rozłoży akcenty między wyścigami jednodniowymi oraz etapowymi i ogólnie daje perspektywę na kilka naprawdę wartościowych rezultatów. 

    Na koniec dodam jeszcze kilka słów o obecności drużyn CCC w mediach, zarówno tradycyjnych jak i społecznościowych. Jeszcze jako zespół prokontynentalny CCC działała w tej materii dość prężnie. Powiedziałbym nawet, że lepiej niż niektóre zespoły World Touru. Po przejęciu licencji BMC, zarówno ilość i jakość dostarczanych treści jeszcze wzrosła i jeśli miałbym komuś pokazać dobre praktyki komunikacji w sporcie po polsku, to CCC będzie jednym z przykładów. Dodatkowy plus warto przyznać za partnerstwo z UNICEF.

  • Der Läufer. Biegacz.

    Der Läufer. Biegacz.

    Historia mocno zaburzonego człowieka, który równocześnie jest wyczynowym biegaczem z nadziejami na udział w Igrzyskach Olimpijskich to przykład filmu sportowego, który odchodzi od utartych schematów tego typu kina.

    Pełnometrażowy debiut szwajcarskiego reżysera, Hannesa Baumgartnera jest oparty na prawdziwych wydarzeniach. W przeciwieństwie do większości gatunkowych filmów o tematyce sportowej nie jest schematyczną produkcją „klasy B” lecz aspiruje do nagród na prestiżowych festiwalach.

    Ze zwiastunów i zapowiedzi możemy dowiedzieć się, że „Biegacz” opowiada o losach Jonasa Widmera. To utalentowany zawodnik, idol lokalnej społeczności w Bernie, zwycięzca imprezy, w której startuje się w stroju wojskowym. Jonas trenuje w klubie, wyniki kolejnych sprawdzianów i badań wskazują, że ma szansę awansować do Igrzysk Olimpijskich, gdzie chce wystartować w maratonie.

    Choć zarówno w sporcie jak i w życiu osobistym odnosi kolejne sukcesy (ma ciekawą pracę, jest w stałym związku), równocześnie zmaga się z poważnymi traumami. Wychowywał się w rodzinie zastępczej a jego brat popełnił samobójstwo.

    Nie radząc sobie z problemami, wieczorami zaczyna napadać na kobiety, co ułatwia mu umiejętność szybkiej ucieczki z miejsca rabunku.

    W filmie Baumgartnera dostajemy nieco retrospekcji, znajdziemy w nich także sekwencje snów głównego bohatera. Całość jest jednak prostą historią pokazującą kolejne etapy eskalacji jego problemów.

    Obserwujemy kilka poziomów dramatu. Trudne są zarówno treningi, porażki, kontuzje Jonasa, jego bezradność związana z wydarzeniami z przeszłości jak i wreszcie popełniane przez niego kolejne przestępstwa.

    Wszystko jest jednak zagrane na niskim poziomie intensywności co podkreślają zdjęcia w charakterystycznych, pozbawionych nasycenia kolorach i brak ścieżki dźwiękowej (mając w pamięci tradycyjne filmy sportowe wyobraźcie sobie sceny treningu bez inspirującej muzyki).

    Nie jest to może wielkie kino, za to kolejny przykład na to, że można opowiedzieć historię biegacza w sposób autorski, unikając utartych schematów. Dzięki odejściu od kina gatunkowego, sport wyczynowy staje się pełnoprawną częścią kultury, pretekstem do dyskusji nad rolą wychowania, socjalizacji, toksyczną męskością, militaryzacją społeczeństwa czy zaburzeniami psychicznymi. Jest tłem solidnego, europejskiego dramatu, jedną ze składowych kameralnej historii, która, zależnie od wrażliwości odbiorcy, mniej lub bardziej będzie oddziaływać na jego emocje.

    Hannes Baumgartner
    „Der Laufer”. Polski tytuł „Biegacz”, można go też spotkać pod angielskim „Midnight Runner”
    Szwajcaria, 88 minut.
    Film był prezentowany np. podczas festiwalu Off Camera, obecnie (październik 2019) jest dostępny w HBO Go i tam też go obejrzałem.

  • Rowerowy kościół świętego młotka

    Rowerowy kościół świętego młotka

    Jak żyć gdy kolejne plagi: e-bike?i, zwift, fatbike’i, radio, mierniki mocy spadają na chcących w spokoju spędzać czas na świeżym powietrzu rowerzystów

    Luddyści zawsze żywi

    Gdy rewolucja przemysłowa zmieniała nasz świat, w obronie tradycyjnych metod wytwarzania dóbr stanęli luddyści. Chcąc zachować miejsca pracy i w obawie przed zmianami w swoim życiu niszczyli krosna a ich działalność została zdelegalizowana przez parlament (brytyjski, bo tam ów ruch funkcjonował).

    Każdy postęp budzi obawy a jego konsekwencje bywają zarówno dobre jak i złe. Póki co jednak egzystujemy w rzeczywistości, gdzie obowiązuje paradygmat ciągłego wzrostu, zatem, cóż, z pewnymi wahaniami, ale zmiany są nieuniknione.

    Co ciekawe, patrząc z długoterminowej perspektywy, obawy luddystów mogły być słuszne, bo wiele wskazuje na to, że przyspieszenie rozwoju w ostatnich 200 latach zaowocuje końcem naszej cywilizacji.

    Równocześnie, choć nasze życie być może skończy się marnie, zanim to nastąpi będzie dłuższe i bardziej komfortowe niż kiedykolwiek wcześniej.

    W ten sposób dochodzimy powoli do tematyki rowerowej. Bo rowery, szanowni państwo są teraz najlepsze. Zarówno górskie jak i szosowe, i trzeba przyznać, że ewolucja tych drugich wyraźnie przyspieszyła wraz z presją wywieraną na rynku przez producentów ?górali?, którzy nota bene na dobre zadomowili się w elicie wyścigów zawodowców wypierając zeń rzemieślnicze produkty europejskich mistrzów.

    Lepsze jest wrogiem… a może po prostu jest lepsze?

    Gdyby Pantaniemu czy Ullrichowi pokazać w ?96 roku współczesną ?super-szosówkę?, zapewne parsknęliby śmiechem na widok ?juniorskiego? (by nie powiedzieć ?babskiego?) przełożenia 36×28.

    Embed from Getty Images
    Embed from Getty Images

    Gdy popatrzymy na pozycję Miguela Induraina bijącego rekord godzinny i porównamy go ze współczesnymi czasowcami, można by pomyśleć, że siedzi w prywatnym miejscu zadumy zamiast na legendarnym rowerze Pinarello Espada.

    Droga, jaką przeszły hamulce tarczowe, zawieszenia i kompozyty węglowe sprawiła, że po pierwsze obecnie większość najlepszego sprzętu wygląda i działa w bardzo zbliżony do siebie sposób a w ostatecznym rozrachunku liczą się drobne detale świadczące o lepszym projekcie i wykonaniu.

    Każda zmiana, niczym u luddystów, wywoływała gorące dyskusje, protesty i opór. Kolejne zębatki na kasecie, hamulce tarczowe, ?teleskopy?, owalne blaty, kaski (w ogóle) a następnie aerodynamiczne, szerokie siodła i cała masa innych elementów potrzebowały bardzo wiele czasu by przebić się do szerszej świadomości i na dobre zadomowić na rynku.

    Czego się boi UCI

    Jeszcze 20 lat temu z miernikiem mocy jeździła garstka zawodowców, licznik SRM był dostępny wyłącznie dla elity. Z GPS podróżowali głównie albo rowerowi nerdzi albo prawdziwi podróżnicy. Obecnie w miarę precyzyjny zestaw monitorujący absolutnie wszystko możemy kupić za mniej niż 1000USD, co przy okazji jest wartością zbliżoną do średniej pensji w Polsce w połowie 2019r.

    Mierniki mocy, łączność radiowa czy aerodynamika mają rzekomo zabijać rywalizację w zawodowym peletonie. Tymczasem w ostatnich sezonach obserwujemy spektakularne ataki, „epickie” akcje i heroiczne wyczyny, o których czytaliśmy w książkach. Froome na Finestre, Gilbert we Flandrii, Nibali na Mediolan – San Remo, Quintana na Vuelcie (i to kilka razy), Bernal na Tourze… przykładów można by mnożyć i mnożyć.

    Różnica jest taka, że coraz częściej obserwujemy teraz wyścigi w całości, od startu do mety, zatem również w tych momentach, gdy dzieje się mniej. Wbrew naciskom konserwatywnych gremiów, spodziewam się więc raczej zwiększania dostępu do danych prezentowanych widzom w trakcie tasiemcowych transmisji niż powodzenia prób archaizowania kolarstwa zawodowego.

    Wkrótce padnie pewnie jeden z ostatnich bastionów, czyli limit wagowy dla roweru szosowego wynoszący 6,8kg. Skoro średnio zasobny amator może pójść do sklepu i kupić lżejszy sprzęt, dlaczego na takim nie może ścigać się profesjonalista? Przy okazji niższa dopuszczalna masa roweru mogłaby zmniejszyć zagrożenie związane z „dopingiem mechanicznym”.

    Kto wyprzedził swój czas?

    Wynalazków, które miały zmienić zasady gry i sposób jazdy na rowerze po drodze było na pęczki. Część z nich poszła całkowicie w zapomnienie, część po kilku czy kilkunastu latach powróciła w nowej odsłonie a niektóre szybko wyewoluowału w coś zupełnie innego.

    Pamiętacie elektryczne przerzutki Mavica? Zdecydowanie wyprzedziły swój czas. Shimano Biopace? Amortyzowane wsporniki kierownicy Girvin? A co z fatbike?ami, których gwiazda zabłysła na moment i niemal od razu zgasła.

    Plaga elektryków

    Kolejną zmianą są rowery elektryczne. Wygląda na to, że zostaną z nami na dłużej. Wiele wskazuje, że faktycznie zmienią sposób, w jaki poruszamy się na rowerze. Nie ja. Nie ty. W sensie nie konkretne jednostki, ale my jako grupa, społeczność rowerowa.

    Śmiem twierdzić, że najbardziej zaawansowane modele elektryków z 2019r wraz z rozwojem baterii i sterowników będą z perspektywy kilku następnych chwil wyglądały kuriozalnie. Niebawem też technologia umożliwiająca realnie komfortową jazdę stanie się bardziej dostępna cenowo. Choć trzeba w tym miejscu przyznać, że np. sterowane elektrycznie przerzutki wciąż są dobrem luksusowym mimo dekady na otwartym rynku.

    Tak czy inaczej ?e-bike? doczekał się w tym roku pierwszych mistrzostw świata mtb. I choć lista startowa przypomniała nieco tę z samochodowego rajdu Dakar (wielkie gwiazdy, które zostały w sporcie, ale poza głównym nurtem), z czasem można spodziewać się specjalizacji w tej odmianie kolarstwa. UCI wciąż poszukuje sposobów na zwiększenie zainteresowania kolarstwem.

    Dynamiczna konkurencja dająca szansę promocji producentom sprzętu to istny samograj. Można ją kontestować, ale na koniec dnia okaże się, że rower elektryczny wyprze tradycyjny. Komfort i dobra zabawa ostatecznie sprawią, że najwierniejsi towarzysze rowerzystów: wyrzeczenia i cierpienie pozostaną tylko z wąskim gronem koneserów.

    Z drugiej strony, grono owych koneserów może się gwałtownie zwiększać. Skoro wszystko jest tak komfortowe, wysiłek fizyczny i związana z nim rywalizacja realizują potrzeby zaspokajania bardziej pierwotnych potrzeb.

    Kolarstwo dla mięczaków

    I tutaj dochodzimy do następnego trendu, który powoduje, że tradycjonalistom włosy jeżyłyby się na nogach, o ile oczywiście nie zostałyby precyzyjnie wydepilowane. Indoor cycling. Zwift. Nowy wróg rowerowych konserwatystów. Bo kolarstwo to przecież wiatr we włosach a nie kałuża potu na podłodze przed telewizorem.

    Miałem pisać, że wcześniej niż później doczekamy się prologu wielkiego touru rozgrywanego na podpiętych do internetu trenażerach, ale UCI mnie uprzedziła zapowiadając mistrzostwa świata w zwiftowaniu.

    W kolarstwie jest bardzo wiele konkurencji, którymi interesuję się marginalnie. Lub w ogóle. Każdy pasjonat sportu rowerowego ma swoją niszę, zarówno jako kibic jak i uczestnik. Wszystko zależy od predyspozycji, temperamentu, dostępnego czasu i wielu innych czynników.

    Skoro i tak kolarze od lat trenowali pod dachem, albo w czasie złej pogody albo dochodząc do zdrowia po kontuzji albo po prostu z braku innych możliwości, nie widzę powodu, by i ten aspekt naszej aktywności był okupiony nudą, dyskomfortem i cierpieniem.

    Ewolucja trenażerów czy też stacjonarnych cykloergometrów podobnie jak towarzyszącego im oprogramowania sprawia, że nie trzeba już patrzeć się tępo w ścianę a w najlepszym wypadku oglądać kolejnych sezonów seriali równocześnie pilnując przełożeń czy kadencji chcąc wykonać wartościowy trening pod dachem.

    Jak pokazuje znana anegdota, trenując przy pomocy Zwifta można nawet przygotować się do zwycięstwa w Paryż-Roubaix. I nawet jeśli to nie jest propozycja, która podoba się każdemu, już sam fakt istnienia takiej możliwości jest dość pozytywny.

    Jedyny problem to wysoka bariera wejścia. To już nie jest zabawa ?dla każdego kto ma rower?. Potrzeba sporo nietaniego sprzętu, komputera sensownej klasy i solidnego łącza oraz subskrybcji. Ale równie dobrze zabawy można spróbować z telefonem średniej klasy i kilkudniowym ?trialem?.

    Oczywiście można podnieść argument, że postęp w przemyśle rowerowym zmierza w niewłaściwą stronę. Rowery, choć doświadczenie jazdy jest inne, wciąż co do zasady nie różnią się szczególnie od swoich protoplastów z XIXw. Większość stosowanych rozwiązań czy materiałów to żadna innowacja a prawdziwie rewolucyjne pomysły albo nie przebijają się na rynku, albo są torpedowane na poziomie prawnym lub regulaminowym albo zostają gdzieś w garażach ?szalonych? wynalazców.

    Jazda na rowerze i towarzyszące jej wrażenia wciąż jest o wiele fajniejsza niż brak jazdy na rowerze. Narzędzie to tylko narzędzie i jako takie jest wtórne do umiejętności, zaangażowania czy naturalnego talentu. Co nie zmienia faktu, że zawsze to miło mieć narzędzie lepsze niż gorsze. Bez względu na to, czy to młotek, wiertarka czy rower.

  • Ranking mistrzów świata, edycja 2019

    Ranking mistrzów świata, edycja 2019

    Alejandro Valverde kończy sezon w tęczowej koszulce z kilkoma wartościowymi wynikami na koncie. Choć nie było mu łatwo jako zawodnikowi pod specjalnym nadzorem, ostatecznie nie dał się pokonać ?klątwie? i jest jednym z najlepszych championów w XXIw.

    Jak radzą sobie kolejni mistrzowie świata zacząłem sprawdzać, gdy w ogniu krytyki znalazł się w sezonie 2015 Michał Kwiatkowski. W ramach rozwoju tego niewielkiego projektu przyjąłem, że skupię się na mistrzach świata w XXIw a za miarę sukcesu przyjmę liczbę zwycięstw oraz punkty w ?CQ Ranking?, odpornym na zawirowania przepisów i reform UCI.

    Najwięcej zwycięstw w tęczowej koszulce odniósł Tom Boonen, natomiast najlepszy sezon jako urzędujący mistrz zaliczył Peter Sagan.

    Na podsumowanie swojej kadencji doczekał się więc Alejandro Valverde. Hiszpan swoje panowanie w sezonie 2019 rozpoczął od zwycięstwa na etapie w Emiratach Arabskich. Potem było jednak gorzej. ?Klątwa tęczowej koszulki? to bowiem nie tylko wyraz umiejętności jej właściciela, ale też szereg obowiązków sportowych, na których nadmiar uskarżał się doświadczony lider Movistaru.

    Choć regularnie pojawiał się w czołówce, zarówno w górzystych etapówkach jak i w klasykach rywale byli od niego mocniejsi. Dopiero w czerwcu znów stanął na najwyższym stopniu podium podczas Route d’Occitanie, imprezy zaledwie kategorii 2.1. Chwilę później został też mistrzem Hiszpanii w wyścigu ze startu wspólnego. Na Tour de France chciał polować na etapy, ale, jak wiosną, za każdym razem czegoś brakowało by mógł otworzyć szampana.

    Aż przyszła Vuelta. Wyścig, który bezapelacyjnie wygrał Primoz Roglic, ale gdzie Valverde nie tylko w imponującym stylu zwyciężył na etapie z metą na Mas de la Costa, ale przede wszystkim pewnie zajął drugie miejsce, prezentując bardzo równą dyspozycję przez całe trzy tygodnie.

    Dzięki temu jego dorobek punktowy w sezonie 2019 jest czwartym najlepszym wśród mistrzów świata w XXIw. Warto zaznaczyć, że pierwsze i trzecie miejsce należy do Sagana.

    Choć przed rywalizacją w Harrogate większe szanse daje się kolarzom takim jak Alaphilippe, Van der Poel, Van Avermaet czy Matthews, zapewne Valverde tanio skóry nie sprzeda.

    Osobiście uważam, że z wielu względów Hiszpan jeżdżąc w tęczowej koszulce nie był ambasadorem kolarstwa odpowiednim do współczesnych czasów, m.in. ze względu na jego brak stanowiska względem dopingu w tym sporcie i własnego uczestnictwa w nielegalnym procederze w przeszłości.

    Jednak obiektywnie rzecz ujmując, z czysto kronikarskiego punktu widzenia, sezon 2019 był w jego wykonaniu udany, zwłaszcza biorąc pod uwagę szczególne warunki, w których funkcjonuje każdy kolejny mistrz świata.

    Ranking kolarskich mistrzów świata, edycja 2019:

    Ranking kolarskich mistrzów świata

  • Vuelta a Espana 2019 – hot or not?

    Vuelta a Espana 2019 – hot or not?

    Ostatni, ale czy najmniej ważny? Trzeci wielki tour sezonu zawsze budzi mieszane uczucia. Tyle, że często zaskakuje, kreuje nowych bohaterów i dostarcza wielu emocji. Czy tak będzie w tym roku?

    Wszyscy na pokład

    Po raz kolejny przywołam pewną metaforę, która porównuje peleton Vuelty do naprędce zwerbowanej załogi statku pirackiego. Jest w niej sporo uroku, ale i sensu. W tym sezonie ponad 40% zawodników ścigających się na hiszpańskich szosach nie ma jeszcze zapewnionego kontraktu na kolejny rok!

    W związku z tym można spodziewać się absolutnie wszystkiego. Łowcy etapów, uciekinierzy, poszczególni kolarze jak i całe drużyny rzutem na taśmę szukające sukcesu ratującego ich sezon zadbają o suspens od początku do końca wyścigu.

    A równocześnie w peletonie znajdą się zawodnicy wracający po kontuzjach, desygnowani do startu w zastępstwie, w ostatniej chwili lub myślący o treningu przed mistrzostwami świata.

    Zacnych nazwisk na liście mamy sporo, sporo też kolarzy, których gwiazda rozbłyśnie właśnie teraz lub dopiero za kilka lat.

    Z jednej strony kandydatów do czołowych pozycji można wskazać i kilkudziesięciu, z drugiej w porywach kilku. Ot, taki urok tego wyścigu, ale?

    Wielki tour to zawsze wielki tour

    Jeśli próbujecie deprecjonować czy to prestiż dobrego wyniku na Vuelcie, czy to w klasyfikacji generalnej czy to na jednym z etapów, proponuję zastanowić się nad własnymi osiągnięciami. Niekoniecznie w sporcie, w życiu w ogóle.

    Nawet jeśli i Giro i Tour są ważniejsze, wyścig dookoła Hiszpanii to wciąż jedno z najpoważniejszych wyzwań w świecie sportu. Trzy tygodnie ścigania, nawet, jeśli nie cały peleton jest w 100% przygotowany i zmotywowany (bo tak bywa tylko w trakcie Wielkiej Pętli) to ekstremum i gdyby to wszystko lepiej opakować, spokojnie mogłoby być firmowane przez RedBulla a nie przez UCI.

    Owszem, Vuelta na swojej trasie nie ma miejsc, gdzie tworzyła się historia kolarstwa. Gdy peleton Giro i Touru przemierza kolejne kilometry, niemal za każdym zakrętem czekają nań legendarne lokalizacje, gdzie coś ważnego zrobili a to Coppi a to Merckx a to Anquetil a to Hinault.

    Tymczasem w ich czasach większość kluczowych podjazdów w Hiszpanii była wówczas w porywach ścieżkami, po których na wysoko położone pastwiska doprowadzano owce.

    Idąc dalej, wyzwania, jakie czekają na peleton Vuelty są trudniejsze do zakomunikowania. Tak, zgadza się, peleton czasami odwiedza przełęcze w Pirenejach lub wjeżdża do Sierra Nevada, ale główne trudności to zazwyczaj stromizna, powtarzające się wspinaczki, kręte, wąskie szosy a nie ?mityczne? serpentyny wijące się wprost do nieba jak Stelvio, Gavia czy Galibier.

    Do tego Hiszpania, choć malownicza, na przełomie sierpnia i września jest już solidnie spalona przez słońce, zatem krajobraz będący tłem dla rywalizacji kolarzy jest surowy i monotonny.

    I właściwie co z tego? Wielki tour to zawsze wielki tour. Arena zmagań elity tego sportu.

    Kryzys i co z niego wynikło?

    Przeniesiona w latach ?90 z wczesnej wiosny na późne lato Vuelta szukała swojego charakteru. Zaczęto eksperymentować z trasą, szukać nowych, ekstremalnie stromych podjazdów, skracać dystanse etapów.

    Reforma UCI wprowadzająca World Tour sprawiła, że rywalizacja stała się sprawą międzynarodową a nie głównie wewnątrz hiszpańską i wszystko było na dobrej drodze do sukcesu gdy Hiszpanię dotknął kryzys gospodarczy. Wraz z kolejnymi kłopotami ekonomicznymi oraz aferami dopingowymi spadać zaczęło zainteresowanie kibiców a co za tym idzie morale sponsorów.

    W efekcie Vuelta została przejęta przez A.S.O, właściciela Tour de France, przez co po części wdrożono ją w korporacyjne ramy. Koniec końców wyszło to wyścigowi na dobre, bo choć wciąż w podmęczonych sezonem i zawodnikach i kibicach budzi nieco mniejsze emocje, wydaje się być godnym i ekscytującym zamknięciem sezonu wielkich tourów.

    Trzy tygodnie w górach

    74. Vuelta a Espana to, kolejny rok z rzędu, trzy tygodnie spędzone w górach. Osiem odcinków kończy się na mniejszym lub większym podjeździe. Do tego pięć kolejnych oferuje sporo wzniesień, w tym także takie, które mogą zachęcać do ataku niedaleko przed metą.

    Zmagania, co typowe dla hiszpańskiego touru, rozpoczną się od niedługiej, drużynowej jazdy na czas. Co ciekawe, próba indywidualna tak jak na Tour de France rozegrana zostanie w Pau, ale będzie dłuższa (jak na współczesne standardy 36km to sporo) i mniej pofałdowana. Szans stricte dla sprinterów będzie niewiele. W teorii sześć, w praktyce może trzy, bo niektóre, teoretycznie płaskie etapy mają w końcówce jakieś niespodzianki.

    Sporo okazji będą więc mieli uciekinierzy. Dzięki brakowi wyraźnego faworyta w klasyfikacji generalnej i słabszej obsadzie sprinterów kontrola peletonu nie będzie tak intensywna jak na Giro czy Tourze, przez co kilku śmiałków więcej sięgnie po życiowy sukces. Bo tak, wygrana etapowa ?nawet? na Vuelcie to dla wielu kolarzy marzenie i szczyt kariery.

    Nieco nietypowo ułożono w tym roku najtrudniejsze akcenty. Ostatni finisz na dużym podjeździe to etap 16. po nim są jeszcze pewne trudności, ale jeśli do tego momentu klasyfikacja generalna będzie jakkolwiek otwarta, walka o czerwoną koszulkę lidera wymagała będzie czegoś więcej niż tylko przewagi fizycznej.

    Kto wygra Vuelta a Espana 2019?

    Nieustająco bawią mnie typowania kandydatów do zwycięstwa, w których jako tacy wskazywani są wszyscy liderzy drużyn, wszyscy kolarze, którzy w przeszłości stawali na podium i przynajmniej połowa ?dobrze zapowiadających się?, wschodzących gwiazd.

    Nie wiemy, w jakiej dyspozycji będzie Nairo Quintana i jakie, realnie, otrzyma wsparcie ekipy Movistar, którą po tym sezonie opuszcza. Trudno powiedzieć, czy liderzy, teoretycznie rosnącej w siłę drużyny Jumbo-Visma, Steven Kruijskwijk i Primoz Roglic odpowiednio: wypoczęli po Tourze i właściwie potrenowali po Giro. Groźny powinien być Miguel Angel Lopez, o ile ominie go pech i pojedzie mądrzej niż zazwyczaj. Nie wiemy, czy Esteban Chaves, Fabio Aru, Wilco Kelderman wrócili do formy, czy Rigoberto Uran myśli o ?generalce? czy o mistrzostwach świata a także, na co stać ?młodych zdolnych?: Higuitę, Geoghegan Harta, Pogacara. Wreszcie, na co stać solidne postaci takie jak Poels, Latour czy Rafał Majka a także weterana Valverde.

    W teorii Majka może myśleć nawet o podium, ale? Vuelta to Vuelta i różne rzeczy mogą się tam wydarzyć. Lider Bora-Hansgrohe jedzie w solidnej drużynie i w kluczowych momentach powinien mieć wsparcie kolegów.

    Na liście startowej znajdziemy Pawła Poljańskiego, wiernego druha Majki, Tomasza Marczyńskiego (Lotto Soudal) polującego na etapowe zwycięstwo oraz Szymona Sajnoka i Pawła Bernasa w barwach CCC.

    Teoretycznie więc na podium powinien znaleźć się jeden kolarz Jumbo-Visma, Lopez i jeden z ?czarnych koni?. Jak będzie i co wydarzy się o drodze, dowiemy się za trzy tygodnie.

    Transmisje na żywo w Eurosporcie będą codziennie od 24.08 do 15.09 między 15.00 a 17.45 nie licząc etapów pierwszego i ostatniego, które rozgrywane będą wieczorem (odpowiednio od 18.50 i 17.00) oraz wybranych odcinków górskich, które będą pokazywane w większości lub w całości. Dni przerwy zaplanowano na poniedziałek 02.09 i wtorek 10.09.

    Ze swojej strony zapraszam na mojego twittera, facebooka i youtube, gdzie możecie spodziewać się, zależnie od kanału i medium na krótsze lub dłuższe komentarze oraz ciekawe, linkowane materiały.

    A jako bonus mam dla Was wideo-suplement do tego artykułu :)

  • Ryszard Szurkowski. Wyścig.

    Ryszard Szurkowski. Wyścig.

    Biografia wciąż najwybitniejszego polskiego kolarza to nie tylko jego wspomnienia z wypełnionej sukcesami kariery sportowej. Część dochodu zostanie przeznaczona na rehabilitację po poważnym wypadku, jakiemu Szurkowski uległ podczas jednego z amatorskich wyścigów, którymi wciąż cieszy się wiele lat po zakończeniu profesjonalnego uprawiania sportu.

    Przejdę od razu do rzeczy. Gdyby nie fakt, że za tym wydawnictwem stoi właśnie cel charytatywny, z pewnością bym go nie polecił. A tak, można oddać mistrzowi co mistrzowskie. Wszak przez wiele lat swoją postawą na szosie, jak i później w roli trenera sprawiał wiele radości kibicom żyjącym w niełatwych realiach „Polski Ludowej”, zatem wsparcie Ryszarda Szurkowskiego w trudnych chwilach jest pewnego rodzaju obowiązkiem (a jeżeli chcecie wydatniej dołożyć się do jego leczenia, możecie to zrobić tutaj).

    Ryszard Szurkowski - osiągnięcia sportowe
    Ryszard Szurkowski – osiągnięcia sportowe

    Cztery zwycięstwa w Wyścigu Pokoju, indywidualne mistrzostwo i wicemistrzostwo świata indywidualnie i dwa złota drużynowo oraz dwa srebra olimpijskie w drużynie. Ryszard Szurkowski może nie był „polskim Merckxem”, ale prawie.

    „Wyścig” to de facto opis jego największych sukcesów sportowych (a także kilku porażek) i… niewiele więcej. Na całość składają się trzy elementy: fragmenty książki „Być liderem” z 1983r autorstwa Krzysztofa Wyrzykowskiego, rozmów przeprowadzonych współcześnie oraz „dzienników” Szurkowskiego publikowanych w trakcie Wyścigu Pokoju (zatem nasz mistrz był pierwszym w kraju kolarskim blogerem ;) ).

    Efekt jest taki, że o tych samych faktach, często w bardzo zbliżonej formie, czytamy trzykrotnie. Biorąc pod uwagę, że zarówno sam bohater jak i indagujący go dziennikarze nie wchodzą zbytnio w szczegóły, dostajemy rodzaj kroniki sportowej z lat ’60, ’70 i ’80 XXw, w której nazwiska, miejsca i daty zlewają się w jedno. Dodatkiem mającym nadać nieco kontekstu są wyróżnione, krótkie wypowiedzi kolarzy, których Szurkowski wymienia w swoich wspomnieniach.

    Być może dla czytelników pamiętających emocje związane z rywalizacją polskiej kadry z „zaprzyjaźnionymi” reprezentacjami ZSRR i NRD podczas Wyścigu Pokoju będzie to powrót do czasów młodości, przez co przychylniej spojrzą na taką formę, choćby przez sam sentyment.

    Choć wydawałoby się, że sportowiec z tak licznymi sukcesami będzie po latach usatysfakcjonowany przebiegiem swojej kariery, w wielu miejscach nawet nie odczuwalny a wręcz wyrażany wprost jest rodzaj żalu czy nawet pretensji. Do okoliczności, do rywali czy działaczy.

    Ponieważ Szurkowski w swojej biografii raczej opowiada o swoich wynikach niż o sobie, wnioskować można tylko po pewnych tropach, które wskazują, że jest człowiekiem niezmiernie wymagającym, tak od siebie (co tłumaczyłoby poczucie niedosytu) jak i od innych (co może być odpowiedzią na pytanie o źródło licznych, dziwnych wypowiedzi i ocen, które znajdziemy w mediach).

    Powiedziałbym, że być może to właśnie jest powód słabości tej książki. Mistrz peletonu narzucił swoją narrację, w której zabrakło miejsca np. na większe osadzenie w realiach epoki, które przybliżyłoby jego historię współczesnemu czytelnikowi. Nie spodziewałem się, że to kiedykolwiek napiszę, ale zdecydowanie lepiej zrobił to Czesław Lang w biograficznej części swoich wspomnień (tutaj moja recenzja).

    Zakładam jednak, że wydanie „Wyścigu” akurat w tym momencie i formie wynika z potrzeby chwili, związanej z trudną sytuacją, jaką po wypadku na Gran Fondo w Kolonii znalazł się Ryszard Szurkowski. Raczej więc dla wydawnictwa SQN należą się gratulacje, bo to kolejna kolarska pozycja w ich portfolio. Nawet, jeśli, realnie rzecz ujmując, dość kiepska.

    Ryszard Szurkowski. Wyścig.
    Wydawnictwo SQN 2019
    Ryszard Szurkowski, Krzysztof Wyrzykowski, Kamil Wolnicki
    356 stron
    Wydanie elektroniczne kupiłem za 27,99zł

    PS. Ryszard Szurkowski do legenda Wyścigu Pokoju. Sam jestem jednym z ostatnich roczników, które pasjonowały się rywalizacją w tym „amatorskim odpowiedniku Tour de France”. Ile pamiętam z „Course de la Paix” możecie przeczytać TUTAJ.

  • Tour de France 2019 – pierwszy dzień przerwy

    Tour de France 2019 – pierwszy dzień przerwy

    Czy w wielkich tourach, które zazwyczaj wygrywa się o minuty naprawdę liczy się każda sekunda? Póki co Tour de France 2019 rozgrywany jest tak, jakby faktycznie o losach żółtej koszulki miały rozstrzygnąć minimalne różnice.

    Tour jak Giro?

    Na twitterze oraz w codziennych podsumowaniach na youtube wspominałem już Wam, że największym komplementem dla tego touru jest stwierdzenie, że przypomina to, co zazwyczaj dzieje się mna Giro d?Italia.

    Najbliższe skojarzenia mam z ?Corsa Rosa? 2015, gdy niemal każdego dnia drużyna Astany atakowała Alberto Contadora. Dni, gdy ?nic się nie działo? praktycznie nie było.

    I tak jest też na tegorocznej ?Wielkiej Pętli?.

    Dziesięć dni, dziesięć historii

    Zaczęliśmy od sprinterskiego etapu, kilku kraks i niespodziewanego lidera. Mike Teunissen skorzystał z chaosu by zaskoczyć Petera Sagana, sięgnąć po zwycięstwo i żółtą koszulkę.

    Następnie w jeździe drużynowej jego ekipa, Jumbo – Visma wyprowadziła zaskakująco mocny cios każdemu z rywali. To był prawdziwy knock out, ponieważ lider i jego koledzy byli szybsi od drugiego Team Ineos o 20 sekund. Z kolei Ineos od dziesiątej Astany dzieliło kolejnych 21 sekund. Czyli mieliśmy kolarzy holenderskiego zespołu i całą resztę.

    Trzeciego dnia Teunissen stracił prowadzenie na rzecz jadącego w końcówce ? bloc Juliana Alaphilippe?a. I niby to było spodziewane, bo teren sprzyjał Francuzowi, jednak styl, w jakim sięgnął on po etapowe zwycięstwo i żółtą koszulkę był imponujący. Nie tylko moc pod górę, ale też odwaga i precyzja na zjazdach wzbudziły najwyższy podziw. Warta wspomnienia jest też minimalna przewaga, jaką Egan Bernal zdobył w Épernay nad Geraintem Thomasem.

    Czwartego dnia do głosu w końcu doszli prawdziwi sprinterzy. W niezakłóconym niczym finiszu najszybszy był Elia Viviani. I nawet, jeśli nie przepadacie za płaskimi etapami, w takiej konfiguracji jak na tegorocznym Tour de France to była prawdziwa uczta dla fanów kolarstwa.

    Wjazd w Wogezy i trudniejszy teren dał upragnione zwycięstwo Peterowi Saganowi, który jedzie po rekordowy, siódmy triumf w klasyfikacji punktowej. Słowak w swoim stylu buduje przewagę niemal wszędzie, ale triumf w Colmarze sprawia, że jeśli dowiezie zieloną koszulkę do Paryża, jego sukces będzie pełnowartościowy.

    Pierwszy, poważny test w górach to etap numer sześć i ciężka przeprawa na La Planche des Belles Filles. Istotna z kilku powodów. Po pierwsze praktycznie nikt z faworytów tam nie zawiódł. Po drugie młody Giulio Ciccone odebrał żółtą koszulkę Alaphilippowi a ten z kolei znakomicie jej bronił, uciekając najlepszym góralom w peletonie. Swoją chwilę sławy dzięki etapowemu zwycięstwu zaliczył Dylan Teuns a Thomas odegrał się na Bernalu i objął prowadzenie w walce o pozycję samca alfa w Ineos.

    Chwilę oddechu peleton postanowił złapać na najdłuższym etapie tegorocznego Touru, liczącym 230km odcinku do Chalon-sur-Saône. I choć całość była dość nużąca, finałowa rozgrywka dostarczyła sporo emocji. Wygrał najszybszy sprinter w peletonie, Dylan Groenewegen. I mało kto wyobrażał sobie, by ten wyścig mógł być jeszcze lepszy dla zespołu Jumbo-Visma.

    Gdy tylko karawana Tour de France wjechała w Masyw Centralny, zaczęły się jeszcze większe emocje. Thomas de Gendt wspaniałym rajdem obronił się przed szarżującym po powrót na pozycję lidera Alaphilippem. W peletonie wywracał się Team Ineos, Michałowi Kwiatkowskiemu Pinarello rozpadło się na kawałki a Thibaut Pinot zdobył 20 sekund przewagi nad najgroźniejszymi rywalami. Ten etap był esencją kolarstwa i zaprezentował wszystko, co w tym sporcie najlepsze.

    Teoretycznie następny dzień miał być łatwiejszy i w zadadzie tak było, ponieważ liczna ucieczka dojechała do mety przed główną grupą. Życiowym sukces na mecie w Brioude odniósł Daryl Impey, ale także z tyłu działy się ważne rzeczy. Atakowali Romain Bardet, Richie Porte i George Bennett, po raz kolejny wywierając presję na kolarzy Team Ineos. Na posterunku był jednak Michał Kwiatkowski i jego liderzy ukończyli etap bez strat.

    Rewanż na naciskających rywalach, zwłaszcza na zespołach Education First i Groupama – FDJ zawodnicy Ineos wzięli ostatniego dnia przed przerwą. Etap do Albi był teoretycznie płaski, oferował jednak prawie 3000m przewyższenia. W połączeniu z wiatrem i skumulowanym zmęczeniem akcja Ineos oraz specjalistów wyścigów klasycznych przyniosła oczekiwany rezultat. Pinot stracił przez swoją nieuwagę więcej niż zyskał wcześniejszymi atakami a wraz z nim Uran, Porte i Bennet. Do tego Mikel Landa miał spięcie z Barguilem i również spadł w klasyfikacji. A na mecie koło Vivianiemu wystawił Wout van Aert powodując u Włocha minę, która będzie jednym z ważniejszych memów tego sezonu.

    Tramadol, ketony i świetna trasa

    Choć za nami już dziesięć dni rywalizacji, peleton jedzie praktycznie bez strat. Z rywalizacji wycofało się zaledwie pięciu kolarzy, z czego, niestety, dwóch z ekipy CCC (Patrick Bevin i Alessandro de Marchi). Z obrażeniami twarzy wyścig przedwcześnie zakończył Tejay Van Garderen (EF), do domu pojechało również dwóch zawodników Cofidisu: Laporte i Edet.

    Jedna z teorii głosi, że w peletonie jest bezpieczniej, ponieważ nasi bohaterowie nie są otumanieni tramadolem, lekiem przeciwbólowym zabronionym od tego sezonu a powszechnie nadużywanym w poprzednich latach.

    Myślę jednak, że istotny jest również układ trasy. Mimo ekscytującej rywalizacji, licznych ataków i wysokiego tempa niewiele jest momentów, gdy w grze o konkretny cel walczą wszyscy. Drużynowa czasówka oraz sporo mniejszych lub większych wzniesień ustawiły stawkę dość wcześnie, do tego mamy sprzyjającą pogodę.
    Ciekawostką jest, że na 10 etapów sześć zostało wygranych przez przedstawicieli dwóch drużyn: Jumbo-Visma zgarnęła cztery a Deceuninck – Quick-Step dwa.

    W rankingu, który dość dobrze obrazuje, kto najskuteczniej jedzie w wyścigu, czyli w rankingu nagród finansowych dobrze wypada też Lotto-Soudal oraz Bora-Hansgrohe:

    1.Team Jumbo Visma ?66,560
    2.Lotto Soudal ?53,530
    3.Deceuninck-QuickStep ?43,750
    4.Bora-hansgrohe ?32,710
    5.Bahrain Merida ?29,950
    6.Trek-Segafredo ?27,460
    7.Mitchelton Scott ?19,930
    8.Wanty Gobert Cycling Team ?18,060
    9.Team Sunweb ?14,090
    10.Team Ineos ?11,840

    13.CCC ?9970

    Oprócz poprawy bezpieczeństwa uzyskanej dzięki wyeliminowaniu nadużywania opioidów, gorącym tematem są również suplementy ketonowe. Te, legalne, ale drogie odżywki mają poprawiać gospodarkę energetyczną organizmu i tym samym wpływać na poprawę wyników. Koneserami napojów ketonowych mają być zwłaszcza zawodnicy Jumbo-Visma co ma przekładać się na ich sukcesy sportowe.

    Wirtualny odpoczynek

    Po faktycznym dniu przerwy w Albi, we środę Tour ruszy do Tuluzy. Znów nie będzie całkiem płasko a 3km przed metą przygotowano niewielki podjazd (Sagan, van Aert i Alaphilippe zacierają ręce), ale to całkiem ?miękkie? wejście w dalszą część wyścigu. Nawet, jeśli zapowiadany jest spory wiatr.

    Dalej mamy wjazd w Pireneje, ale na czwartkowym odcinku do Bagn?res-de-Bigorre nie spodziewam się fajerwerków.

    Natomiast w piątek dla zawodników przygotowano jedyną, indywidualną czasówkę. 27,2km w pofałdowanym terenie wokół Pau wprowadzi porównywalne różnice w klasyfikacji generalnej co pierwsze prawie dwa tygodnie wyścigu.

    A potem będzie już tylko ciekawiej: w sobotę finisz na słynnej przełęczy Tourmalet a w niedzielę charakterystyczny dla Pirenejów rajd przez tamtejsze, wąskie i strome szosy z metą na Prat d?Albis.

    I tyle, zaledwie pięć etapów przed kolejnym dniem odpoczynku.

    To oznacza, że w przyszły poniedziałek będziemy mówili o zupełnie innej sytuacji, i z pewnością poznamy węższe grono realnie mogące wspiąć się na podium w Paryżu.

    Dwa tuziny pretendentów, Thomas faworytem

    Z rywalizacji o żółtą koszulkę na dobre wypadł bowiem właściwie tylko Vincenzo Nibali, który ewidentnie nie odzyskał świeżości po Giro d?Italia.

    Realnie rzecz ujmując, do zajmującego 21. miejsce Mikela Landy (strata do Alaphiliippe?a 4?15? i 3?3? do Thomasa) mamy samych liderów lub współliderów drużyn. Dopiero 27. George Bennett traci ponad 11? i może być bardziej bezkarnie puszczony w ucieczkę na pierwszych, górskich etapach.

    A to oznacza, że zgodnie z przewidywaniami, mamy bardzo otwarty i wyrównany Tour.

    Nie zmienia to faktu, że mimo braku Chrisa Froome?a, kilku przygód po drodze oraz odczuwalnej i widocznej rywalizacji o pozycję numeru jeden w drużynie, poza łowcami etapów z Jumbo-Visma i Deceuninck-Quick-Step póki co najlepiej jedzie drużyna Ineos.

    Teoretycznie po czasówce to Geraint Thomas powinien stać się właścicielem żółtej koszulki i przed najtrudniejszymi, górskimi etapami mieć przewagę uprawniającą go do rozsądnej defensywy. To z kolei oznacza wymuszenie na ?góralach? kolejnych ataków do? skutku.

    Mam jednak nadzieję, że ta Wielka Pętla nas zaskoczy a zamiast dominacji ?pociągu? Team Ineos zobaczymy śmiałe szarże rywali Thomasa. W końcu ten Tour ma być lepszy niż Giro!

    Ciekawa rywalizacja zapowiada się też w walce o pozostałe koszulki. Jadący w zielonej Peter Sagan ma bezpieczną przewagę nad Matthewsem, ale nie może sobie pozwolić a chwilę nieuwagi. Giulio Ciccone pewnie nie da rady powalczyć z Bernalem i Masem o tytuł najlepszego młodzieżowca, ale atak na koszulkę w grochy i rywalizacja z duetem Lotto Soudal, czyli Wellensem i de Gendtem może być całkiem ciekawym urozmaiceniem górskich etapów.

    Będzie zatem co śledzić, do czego Was szczerze zachęcam. A jeśli wieczorami będziecie mieli chwilę czasu, zapraszam również na mój kanał youtube, gdzie codziennie wrzucam krótkie komentarze do wydarzeń na każdym z etapów.

  • Czego się spodziewać po Tour de France 2019?

    Czego się spodziewać po Tour de France 2019?

    Górzysty, bez faworyta, z wieloma wizytami na dużej wysokości. A równocześnie jak zawsze przytłaczający i wulgarny. Tour de France 2019 rozbudza wyobraźnię. Pytanie więc, czy zobaczymy pokaz fajerwerków czy może za trzy tygodnie, niemal jak co roku będziemy rozczarowani?

    Tour jak Giro?

    ?Wielka Pętla? ma w tym roku ograniczoną liczbę etapów stricte sprinterskich, spora część rywalizacji będzie się rozgrywała w terenie pagórkowatym i na mniejszych drogach. Pierwszy poważny test dla górali zobaczymy już szóstego dnia. Zaplanowany pięć finiszy na podjazdach a tam, gdzie teoretycznie powinno być łatwiej, na peleton czekają nerwowe i wymagające końcówki rodem z wiosennych klasyków.

    Co więcej siedem premii górskich usytuowanych jest powyżej 2000m n.p.m. a przynajmniej trzy etapy, choć kończą się zjazdami, mają potencjał na dokonanie selekcji podobnej jak te z metą na wzniesieniach. Do tego dostajemy belgijskie bruki na inaugurację zmagań w Brukseli i szuter na przedłużonym La Planche des Belles Filles.

    To jedna z najbardziej progresywnych tras Tour de France w XXIw, porównywalna z ekscytującymi propozycjami organizatorów Giro d?Italia.

    Tour bez faworyta?

    Choć ubiegłoroczny zwycięzca, Geraint Thomas staje na starcie z numerem ?1? na plecach, brak Chrisa Froome?a i Toma Dumoulina, najmocniejszych a równocześnie nasolidniejszych kolarzy etapowych ostatnich kilku sezonów sprawia, że 106. Tour de France anonsowany jest jako szczególnie ?otwarta? impreza.

    Ze względu na górzysty charakter trasy sporo mówi się o szansach Egana Bernala, nominalnie wicelidera Team Ineos. Czy jednak brytyjska ekipa, choć na papierze tak samo mocna jak zawsze (m.in. z niezawodnymi Poelsem i Kwiatkowskim) będzie tak samo zdyscyplinowana, czy też w jej szeregach zobaczymy rywalizację o pozycję samca alfa?

    O zwycięstwie nie tylko marzą, ale wręcz domagają się go od swoich ?złotych dzieci?: Bardeta i Pionta Francuzi.

    Choć mało kto wierzy w Nairo Quintanę, kto wie, może Kolumbijczyk nawiąże do swoich najlepszych występów.

    Jakob Fuglsang nigdy nie pojechał dobrze wielkiego touru, ale ma swój sezon życia a w sytuacji otwartej rywalizacji jego solidność może okazać się kluczowa. Z kolei forma Adama Yatesa wydaje się wyraźnie rosnąć.

    Richie Porte stoi przed prawdopodobnie ostatnią szansą walki o zwycięstwo a dla równowagi Rigoberto Uran, Michael Woods, Warren Barguil, Vincenzo Nibali, Fabio Aru, Steven Kruiswijk czy Dan Martin de facto nic nie muszą, więc powinno być im w związku z tym nieco łatwiej.

    Można by tak wymieniać i wymieniać bez końca, ale po co. Lista startowa jest znana a jak co roku najważniejsze będzie, by do pierwszych poważnych testów: La Planche des Belles Filles oraz jedynej indywidualnej czasówki po pierwsze w ogóle dojechać po drugie dojechać bez kontuzji a po trzecie dojechać bez strat.

    Tour dla wytrzymałych?

    Kumulacja etapów rozgrywanych na dużej wysokości w ostatnich dniach TdF może oznaczać, że w grze o żółtą koszulkę będą się liczyć nie tylko kolarze dynamiczni, którzy wypracują sobie przewagę w pierwszym tygodniu czy nawet w Pirenejach, ale ci wytrzymali, którzy dobrze radzą sobie z wysiłkiem w rozrzedzonym powietrzu.

    Równocześnie wymagająca pierwsza część rywalizacji powoduje, że nie można pozwolić sobie na zbyt duże straty w Wogezach czy Masywie Centralnym.

    Z kilkoma bardzo mocnymi drużynami oraz z grupą kolarzy, którzy mają być może jedyną szansę na sukces w Wielkiej Pętli istnieje scenariusz, gdy każdego dnia w peletonie będzie się toczyć prawdziwa wojna. Jej wynikiem będą kolejni kolarze z czołówki padający jak muchy na Izoard, Galibier i Iseran.

    Równocześnie jestem sobie w stanie wyobrazić, że team Ineos wygrywa drużynową czasówkę z kilkudziesięciosekundową przewagą, ich liderzy dobrze radzą sobie w próbie indywidualnej a siła zespołu wystarcza by mimo ekscytujących zapowiedzi wyścig rozegrał się pod ich dyktando.

    Nowością w tym roku są dodatkowe bonifikaty przyznawane na wybranych ośmiu premiach górskich. Maksymalnie będzie można tam zarobić aż 64 sekundy, pytanie więc, czy zawodnicy walczący o żółtą koszulkę wpiszą tę szansę do swoich planów taktycznych.

    Peter Sagan vs reszta świata

    Z Pewnością słowacki mistrz nie jest najszybszym sprinterem w peletonie, ale jest najbardziej wszechstronny, dzięki czemu zdobył sześć zielonych koszulek należnych zwycięzcy klasyfikacji punktowej.

    W tym roku powalczy o przejście do historii i rekordowy, siódmy tytuł w czym powinna pomóc mu trasa w teorii eliminująca wielu klasycznych sprinterów z uczestnictwa w finiszach na mocno pofałdowanych etapach.

    Dla wyrównania szans te najbardziej płaskie odcinki są wyraźnie wyżej punktowane a na kilku cięższych etapach premie lotne przesunięto przed najtrudniejszymi podjazdami by jeszcze bardziej uatrakcyjnić rywalizację w klasyfikacji punktowej.

    Tour z Polską drużyną

    Mamy to. Po latach marzeń i oczekiwań zarejestrowana w Polsce drużyna startuje w Tour de France. Przejęcie licencji teamu BMC przez Dariusza Miłka zaowocowało wejściem marki CCC do World Touru a co za tym idzie startem w Wielkiej Pętli.

    Choć zespół póki co ma niezbyt udany sezon, na francuskich szosach będzie się ścigał w mocnym i wyrównanym składzie nastawionym na zwycięstwa etapowe. Liderem ekipy jest Greg van Avermaet a na miejsce w peletonie TdF solidną postawą zapracował Łukasz Wiśniowski.

    Oprócz niego we Francji będziemy mieli jeszcze tylko jednego reprezentanta, Michała Kwiatkowskiego w barwach Ineos.

    Zakładam, że jest to dopiero początek drogi CCC i Miłka na tym poziomie kolarskiego wyczynu. Życzę im więc powodzenia i wytrwałości a przede wszystkim tego, by kontynentalny Development Team dostarczał utalentowanych zawodników, którzy w kolejnych sezonach będą zasilali szeregi głównej drużyny. By tak się stało i by cały projekt się rozwijał potrzebny jest sukces sportowy, nie pozostaje nic innego jak trzymać kciuki za wygrany etap van Avermaeta i czerwony numer startowy ?najbardziej walecznego? zawodnika dla de Marchiego.

    Tour ekspertów

    Jeszcze przed startem pierwszego etapu rozpoczyna się drugi wyścig. Wyścig o to, kto będzie najlepszym ekspertem i znawcą kolarstwa. Tak to przynajmniej wygląda patrząc na nasze, rowerowe social media.

    Zachęcam Was nie tylko do śledzenia rywalizacji zawodników, ich wypowiedzi dla telewizji, prasy i portali oraz aktywności w portalach społecznościowych, ale też do własnych obserwacji i krytycznego podejścia do tego co oglądacie, czytacie, słuchacie i? piszecie.

    Oczywiście mam plan i ambicję, by w trakcie Touru tworzyć więcej treści (zapraszam przede wszystkim na swojego Twittera, ale co nieco będzie się pojawiać i tutaj, na blogu i na facebooku i na youtube), ale w roli komentatora czy też felietonisty planuję podejść do tego wyścigu z wyjątkową pokorą.

    Tak wielka impreza jak Tour de France to jak najbardziej element kultury masowej, ale ostatecznie wyścig to nie film a kolarze to nie bohaterowie Marvela i ich możliwości są ograniczone.

    Zamierzam przede wszystkim cieszyć się sportową rywalizacją, choć zapewne z pewną dozą dystansu. A będzie co oglądać, bo tak jak rok temu 100% zmagań Eurosport pokaże na żywo.

    Nartomiast jeżeli chcecie przeczytać bardziej klasyczną zapowiedź 106. Wielkiej Pętli, to możecie sprawdzić tę na rowery.org oraz tę na The Inner Ring. Więcej nie trzeba :)