Rok: 2019

  • Jonathan Vaughters: One Way Ticket

    Jonathan Vaughters: One Way Ticket

    Od utalentowanego juniora z VO2Max 90ml/kg/min, przez niespełnionego zawodowca po CEO jednej z najciekawszych, choć nie najbogatszych ekip World Touru. Jonathan Vaughters doprowadził do upadku Lance?a Armstronga, stworzył grupę deklarującą jazdę 100% fair i rozpowszechnił wśród kolarzy charakterystyczny wzór ?argyle?.

    Zacznę od laurki dla Jonathana Vaughtersa. Uważam go za jedną z najciekawszych i inteligentnych postaci w zawodowym kolarstwie. Z przyjemnością czytam jego kolejne wypowiedzi i artykuły, ponieważ wnoszą sporo świeżości do konserwatywnego świata sportu rowerowego, do tego zazwyczaj są sensownie uargumentowane.

    ?One Way Ticket? jest dość standardową, linearną biografią sportowca z tą różnicą, że opisuje losy osoby, która faktycznie zmieniła swoją dyscyplinę. Choć trzeba pamiętać, że opis wydarzeń dostajemy z punktu widzenia naszego bohatera, trudno polemizować z kilkoma faktami.

    Bez względu na sympatię lub jej brak do postaci ?JV?, w swojej dotychczasowej karierze dokonał kilku istotnych rzeczy. Jako kolarz zmagał się z różnymi problemami które sprawiły, że jako atleta pozostał niespełniony.

    Jonathan Vaughters.JPG
    By KennethnortonOwn work, CC BY-SA 4.0, Link

    Wiele wskazuje, że tak jak w przypadku innych, utalentowanych młodych ludzi, którzy uczestniczyli w zawodowym sporcie na przełomie XX i XXIw, jego wyniki były zaburzone przez powszechnie stosowane, niedozwolone środki i kulturę z tym związaną.

    Dlatego też Vaughters odcisnął piętno na światowym kolarstwie nie jako zawodnik a jako działacz. Twórca Slipstream Sports, orędownik jazdy bez dopingu, prezydent AIGCP i wreszcie jeden z głównych świadków w sprawie prowadzonej przez Travisa Tygarta i Amerykańską Agencję Antydopingową (USADA).

    Owszem, wiele osób może być znużonych ewangelizacją za ?czystym kolarstwem?, nie podzielać podejścia Vaughtersa do kwestii związanych ze sponsoringiem w tym sporcie i wreszcie uważać go za hipokrytę (sam brał doping a później zatrudniał skruszonych dopingowiczów), jednak jego udział w stworzeniu w zawodowym peletonie lepszych i uczciwszych warunków pracy jest znaczny.

    Co więcej, choć cała opowieść jest momentami nieco rozwlekła, główny wątek, jaki można zaobserwować w prezentowanym czasie, od lat ?80 do 2019 to właśnie zaburzenia, które doping wprowadza do sportowej rywalizacji. To odebrane szanse prawdziwie utalentowanym jednostkom, to przerwane kariery i stracone marzenia.

    https://www.instagram.com/p/BzNOO5roTx8/

    Wygląda na to, że materiały do książki powstawały przez wiele lat. Część z nich Vaughters publikował w formie własnych artykułów, część historii, głównie tych związanych z dopingową przeszłością mogliśmy poznać w udzielanych przez niego wywiadach.

    Czynnikami, które miał wpłynąć na jej publikację były drugi rozwód, przebyta terapia (w trakcie której zdiagnozowano u niego lekką postać zespołu Aspergera) i wyczerpująca walka o zapewnienie bezpieczeństwa finansowego drużyny.

    Niewątpliwie Vaughters nie ma też do końca przepracowanej swojej relacji z Lancem Armstrongiem, którego postać przewija się przez kolejne strony jako nemezis autora, ale wygląda na to, że wcześniej czy później przyjdzie czas na pojednanie tych dwóch postaci.

    Zatem, jeśli nie przeszkadza wam czytanie po angielsku (nie sądzę by ta pozycja kiedykolwiek ukazała się po polsku), jest to lektura obowiązkowa dla każdego fana kolarstwa zawodowego.

    Jonathan Vaughters
    ?One Way Ticket: Nine Lives on Two Wheels?
    Quercus 2019
    Wydanie na Kindle kupiłem na Amazonie za $12,16

  • Druga strona medalu: Skandal w amerykańskiej gimnastyce.

    Druga strona medalu: Skandal w amerykańskiej gimnastyce.

    Larry Nassar, fizjoterapeuta gimnastycznej kadry USA przez lata współpracy z narodową federacją, uczelnią oraz prywatnymi ośrodkami i pod przykrywką rehabilitacji molestował ponad 250 młodych zawodniczek. O tej bulwersującej sprawie w trudnym a równocześnie imponującym dokumencie wyprodukowanym przez HBO opowiada Erin Lee Carr.

    Lekarz gimnastyczek stopniowo budował zaufanie pacjentek. Bazując na fizycznym kontakcie z jakim wiąże się jego zawód przekraczał kolejne granice a równocześnie był kryty przez władze swojego związku sportowego, uczelnię oraz współpracowników.

    W połączeniu ze specyfiką gimnastyki: uczestnictwem bardzo młodych zawodniczek, katorżniczym treningiem, częstymi kontuzjami i izolacją kadrowiczek w ośrodkach treningowych Nassar miał stworzone idealne warunki do swoich nadużyć.

    Historia skandalu jest przerażająca a równocześnie trudno jej się dziwić. Schemat działania Larry’ego Nassara wydaje się być zbliżony do innych tego typu postaci, podobnie jak, do pewnego momentu, zachowanie ofiar czy ich bliskich.

    Dokument Erin Lee Carr idealnie trafia w moment zmian, jakie obserwujemy w świecie rozrywki, sportu czy biznesu, które rozpoczęły się od #MeToo.

    Sam proces Nassara, ostatecznie skazanego na 175 lat więzienia zakończył się w poruszający sposób, ponieważ sędzia przed wydaniem wyroku pozwoliła wypowiedzieć się wszystkim, chętnym do tego, poszkodowanym.

    Choć jest to temat trudny i bolesny, zarówno na sali sądowej jak i później, przed kamerą dokumentalistki nie tylko opowiedziały o swoich doświadczeniach i uczuciach, ale zrobiły to wprost, z otwartą przyłbicą, prezentując swoją twarz i nazwisko.

    Przełamanie wstydu, tabu a także zmierzenie się ze społeczną presją i agresją to najbardziej imponująca część zarówno całej sprawy jak i filmu. Wyraz niezwykłej odwagi, której podłoże ma niewątpliwie znaczenie terapeutyczne, ale również jest przykładem dla innych poszkodowanych w podobnych sprawach, które wychodzą na jaw w kolejnych środowiskach, grupach zawodowych czy branżach.

    Choć cały obraz to właściwie wyłącznie „gadające głowy” zmontowane z archiwalnymi ujęciami z treningów i zawodów, „Druga strona medalu” (oryginalny tytuł jest zdecydowanie ciekawszy: „At the heart of gold”) trzyma znakomite tempo i angażuje, nie tylko ze względu na poruszaną tematykę. To kawał dobrego dokumentu i trudno się dziwić, że autorka znajduje się wśród „30 najbardziej wpływowych ludzi w mediach przed trzydziestką”.

    Poniżej znajdziecie wersję tekstu z 01.07.2019

    Tyle o samym filmie, ale nie byłbym sobą, gdybym nie wspomniał o istotnym kontekście. Kilka dni przed tym, gdy obejrzałem „Drugą stronę medalu” dowiedzieliśmy się o kolejnej fazie, w jaką weszła sprawa Andrzeja P., oskarżonego o molestowanie i gwałt na swoich podopiecznych, byłego trenera i dyrektora sportowego w Polskim Związku Kolarskim.

    Po ośmiu miesiącach pracy warszawska prokuratura skierowała postępowanie do sądu a P. w areszcie będzie przebywał przynajmniej do 24. września.

    Pamiętając o domniemaniu niewinności i o tym, by nie wydawać publicznie wyroku zanim nie zrobi tego wymiar sprawiedliwości nawiążę do pewnych podobieństw z seksskandalem w amerykańskiej gimnastyce.

    O postępowaniu Larry’ego Nassera wiedziało wiele osób. A jeśli nie wiedziało, to przynajmniej dostawało wystarczająco sygnałów, by pochylić się nad tematem. Tymczasem władze jego uczelni utajniły część raportu po jednej ze skarg, prowadzący komercyjne, gimnastyczne szkoły trenerzy przymykali oko na zachowanie Nassera.

    Uniwersytet Stanowy w Michigan ma w sumie wypłacić pół miliarda dolarów odszkodowań ofiarom. Z kolei Amerykański Komitet Olimpijski zmusił cały zarząd tamtejszej federacji gimnastycznej do rezygnacji, następnie rozpoczął proces decertyfikacji Związku, który w grudniu 2018r ogłosił bankructwo.

    W październiku 2018, były już CEO Związku, Steve Penny został aresztowany z zarzutami o manipulowanie dowodami a rektor uniwersytetu w Michigan, Lou Anna Simon została oskarżona o składanie fałszywych zeznań.

    Wiele wskazuje na to, że o nadużyciach Andrzeja P. w Polskim Związku Kolarskim również wiedziało wiele osób. A gdy grunt zaczął palić się pod nogami, środowisko, podobnie jak amerykańskie środowisko gimnastyczne, zaczęło nieudolnie sprawę tuszować lub załatwić bez uszczerbku na wizerunku związku i jego działaczy. Kto tak robił, w jakim interesie, czy z własnej woli czy pod presją i czy Andrzej P. rzeczywiście dopuszczał się zarzucanych mu czynów, zarówno tych obyczajowych jak i innych, które równolegle bada Prokuratura Regionalna dowiemy się za jakiś czas.

    Ostatecznie najważniejsze co się liczy, to dobro poszkodowanych. Mam więc nadzieję, że niezależnie od wyroku sądu, wykażemy się względem nich należną empatią.

    „Druga strona medalu: Skandal w amerykańskiej gimnastyce” („At the Heart of Gold: Inside the USA Gymnastics Scandal”)
    Reżyseria: Erin Lee Carr
    Produkcja: HBO
    85 minut
    Film obejrzałem w HBO GO w czerwcu 2019.

    Suplement 02.02.2022

    Na początku lutego 2022, po niemal dwóch latach procesu, Sąd Okręgowy w Legnicy wydał wyrok skazujący Andrzeja P. na 4,5 roku bezwzględnego pozbawienia wolności, 6 lat zakazu wykonywania zawodu oraz zbliżania się do poszkodowanych. To wyrok I instancji i nie jest prawomocny, Andrzej P. może się od niego odwołać.

    Ponieważ sąd, m.in. z myślą o poszkodowanych utajnił rozprawę, prawdopodobnie nie poznamy jej szczegółów. Choć oczywiście każda sprawa tego typu jest inna, temat molestowania, mobbingu i innych nadużyć w świecie sportu czy kultury doczekał się już wielu relacji, artykułów, książek, wywiadów czy nawet filmów. Na przykład takich jak recenzowany powyżej „Druga Strona Medalu”. Co jest istotne, to pewne wspólne mechanizmy charakterystyczne zarówno dla postępowania sprawców jak i świadków. Możecie przyjrzeć się oglądając m.in. „Drugą Stronę Medalu”, „Małą Królową” czy „Slalom„.

  • To było dobre Giro

    To było dobre Giro

    Wyrównana rywalizacja, wzruszające zwycięstwa i niespodziewany triumfator. Mimo spokojnego startu i wielu płaskich etapów, Giro d?Italia 2019 było ciekawym wielkim tourem. Jak to Giro.

    Embed from Getty Images

    Pierwszy i ostatni raz Carapaza?

    Po Australijczykach (Cadel Ewans, TdF 2011), Kanadyjczykach (Ryder Hesjedal, Giro 2012), Brytyjczykach (Wiggins, Froome, Yates), mamy kolejną narodowość, która w drugiej dekadzie XXIw dołączyła do grona zwycięzców wielkich tourów.

    Ekwadorczyk Richard Carapaz był najskuteczniejszy na trasie Giro d?Italia 2019. Nie tylko wygrał dwa etapy, ale był też najmocniejszy i najbardziej regularny przez całe trzy tygodnie wyścigu. Owszem, nie zaprezentował się dobrze podczas prób jazdy indywidualnej na czas, ale przewaga, jaką zdobył w górach: dzięki własnym, odważnym atakom, słabości rywali i wsparciu kolegów z drużyny Movistar złożyły się na jego sukces.

    Zawodnik z Ameryki Południowej już rok temu zaprezentował swój talent finiszując w ciężkim wyścigu na czwartym miejscu. Tym razem teoretycznie liderem Movistaru miał być Mikel Landa, ale gorzej pojechał czasówkę w San Marino, co ustawiło go w hierarchii za klubowym kolegą.

    Etapy z metą przy jeziorze Serru i dzień później z metą w Courmayeur były pokazem zarówno siły Carapaza jak i taktycznej przewagi jego drużyny. Dwa ataki dały Ekwadorczykowi nie tylko koszulkę lidera, ale w obliczu słabnącego Roglica szansę na przejście do defensywy.

    Kolejni rywale, w tym Vincenzo Nibali, na zmianę tracili czas do późniejszego zwycięzcy wyścigu, który do finałowej czasówki w Weronie przystąpił z bezpieczną przewagą de facto gwarantującą mu różową koszulkę i spektakularne trofeum.

    Trudno sobie wyobrazić bardziej korzystny przebieg rywalizacji dla obchodzącego w czasie wyścigu dwudziestosześcioletniego zawodnika.

    Bez względu na to, czy Carapaz zmieni barwy klubowe i za 1,5 miliona Euro rocznie stanie się kolejnym elementem machiny Team Ineos, czy też podąży inną drogą może się okazać, że była to jego jedyna szansa na wygranie wielkiego touru.

    I nie dlatego, że Ekwadorczyk zwyciężył przypadkiem, raczej dlatego, że wygrana w trzytygodniowej imprezie kolarskiej to rzadkość, szczyt marzeń i najjaśniejszy punkt kariery.

    Niewątpliwie w każdym kolejnym starcie Carapaz będzie teraz wymieniany w gronie faworytów, wywierana będzie na niego presja i prawdopodobnie nikt mu nie pozwoli na odjazdy takie, jak na tegorocznym Giro. Co nie zmienia faktu, że by zakończyć tegoroczną ?Corsa Rosa? na pierwszym miejscu, musiał być ?po prostu? najlepszym kolarzem w peletonie.

    Na koniec tego wątku wspomnę jeszcze, że poza historycznym zwycięstwem kolarza z Ekwadoru ważny jest jeszcze jeden fakt. Trenerem Carapaza jest była zawodniczka, Iosune Murillo Elkano, z którą zwycięzca Giro współpracuje jeszcze od czasów, gdy był amatorem. W patriarchalnym świecie zawodowego kolarstwa kobieta na takiej pozycji to rzadkość, ale jak widać to nie płeć decyduje o sukcesie.
    Embed from Getty Images

    Giro wzruszeń

    Gdy zawodnicy tacy jak Cesare Benedetti czy Dario Cataldo jako pierwsi mijają linię mety, łza kręci się w oku. Na co dzień pozostający w cieniu, prawdziwi rzemieślnicy z krwi i kości, bez których nie byłoby ani zawodowego peletonu ani imponujących triumfów i sławy największych gwiazd.

    Raz, czasami dwa razy w karierze przychodzi dzień, gdy wierny gregario ma swój dzień, swoje pięć minut, spełnienie marzeń. By się wydarzył, musi zagrać wiele elementów. Dyspozycja, sytuacja lidera drużyny, pogoda, skład ucieczki i wreszcie szczęście.

    To wyjątkowe momenty, charakterystyczne właściwie tylko dla tego sportu. Pokazują, że choć jest to piękna praca i wspaniała pasja, równocześnie bywa bardzo niewdzięczna. W powszechnej opinii wyrazem sukcesu jest tylko zwycięstwo a na to jedno, jedyne czasem trzeba wiele, wiele lat i dziesiątki, jeśli nie setki tysięcy kilometrów.

    Kolarzem, który w ucieczkach na trasie tegorocznej ?Corsa Rosa? przejechał prawie 1000km był Damiano Cima. Na 18. etapie również uczestniczył w śmiałej akcji i na ostatnich metrach obronił się przed napierającym peletonem, tylko nieznacznie wyprzedzając finiszującego po objęcie prowadzenia w klasyfikacji sprinterskiej Pascala Ackermana.

    Cima to reprezentant drużyny Nippo – Vini Fantini, startującej w Giro z ?dziką kartą?. Dzięki niemu zespół może uznać swoje uczestnictwo za spory sukces, podobnie jak Androni Giocatolli-Sidermec za sprawą Fausto Masnady, najszybszego na odcinku numer sześć.

    Embed from Getty Images

    Swoje pięć minut mieli także kolarze UAE Team Emirates za sprawą Valerio Contiego i Jana Polanca, którzy od szóstego do trzynastego etapu byli kolejno liderami klasyfikacji generalnej a jeśli doliczymy do tego przesuniętego na pierwsze miejsce odcinka nr. 3 Fernando Gavirię można mówić o jeździe ponad stan.

    Na szczególną uwagę zasługuje również Pello Bilbao z Astany, dwukrotny triumfator a także kolarze Treka-Segafredo: Giulio Ciccone, najlepszy ?góral? i zwycięzca etapowy oraz niespodziewany triumfator finałowej ?czasówki?, Chad Haga.

    Miło było też oglądać odbudowującego formę Estebana Chaveza, zawodnika z równie wielkim potencjałem co pechem do problemów zdrowotnych.

    Nie pastwmy się nad CCC

    Na drugim biegunie są zespoły takie jak CCC oraz Dimension Data, które przejechały 102. Giro d?Italia bez zauważalnego sukcesu. Zamiast na siłę doszukiwać się pozytywów, których de facto nie było, lepiej sprawę wytłumaczyć w dość prosty sposób.

    Nawet w World Tourze nie wszystkie ekipy są w stanie zbudować skład na tyle mocny, by równo obstawić wszystkie trzy wielkie toury oraz najważniejsze klasyki. Niewątpliwie Dariusz Miłek nie ma udanego debiutu na najwyższym poziomie zawodowego kolarstwa, ale ostateczną ocenę będziemy wystawiali po sezonie. Wiosenne klasyki przejechane na ?+3? i kiepskie Giro nie przekreślają szans w nadchodzących miesiącach. Dobra forma van Avermaeta na Tour de France, kilka wygranych etapów na tygodniowych etapówkach i ostatnia szansa, czyli Vuelta mogą sprawić, że zapomnimy o bezbarwnym występie we Włoszech.

    Co więcej, z Giro w minorowych nastrojach wyjechali nie tylko nasi ?pomarańczowi?. Utytułowana ekipa Deceuninck – Quick Step po odebraniu zwycięstwa na trzecim odcinku wyścigu Elii Vivianiemu nie była w stanie odegrać większej roli do końca wyścigu.

    Z kolei Arnaud Demare, choć raz był najszybszy, po błędzie taktycznym swojej drużyny przegrał koszulkę najlepszego sprintera z Pascalem Ackermannem.

    Przy okazji sprinterów wspomnę jeszcze Caleba Ewana. Tak jak większość specjalistów finiszy z peletonu wycofał się z rywalizacji przed wjazdem w góry, ale zrobił to z dwoma wygranymi etapami. Australijczyk ewidentnie dojrzewa jako sprinter i można o nim myśleć jako o następcy Robbiego McEwena.

    Embed from Getty Images

    Rafał Majka a sprawa polska

    Współlider Bora-Hansgrohe, Rafał Majka dojechał do mety w Weronie na 6. pozycji. Podczas finałowej czasówki wyprzedził w klasyfikacji generalnej Miguela Angela Lopeza. Po drodze zaliczył dwa trudne dni, gdy do Primoza Roglica (3. miejsce) i Bauke Mollemy (5. miejsce) stracił łącznie 2?47? (czyli wbrew powszechnej opinii to nie był jakiś dramat, raczej chwilowa niedyspozycja). W ostatecznym rozrachunku Majka był wolniejszy od Carapaza o 6?57?, a Roglica i Mollemy odpowiednio o 4?26? i 1?13?.

    To trzeci, najlepszy wynik Majki w wielkim tourze, po trzeciej lokacie na Vuelcie (2015) i piątej na Giro (2016) oraz wyrównanie wyniku z Włoch z 2014r. Równocześnie to pierwszy od 2016r trzytygodniowy wyścig, który zakończył w czołówce i pierwszy, gdy momentami stanowił realne zagrożenie dla zawodników walczących o podium.

    Rafał Majka pojechał bowiem w Giro d?Italia 2019 inaczej niż wcześniejsze toury. Kilkukrotnie atakował (m.in. na etapie do jeziora Serru), sprawdzając formę zarówno swoją jak i rywali. Choć nie jest wybitnym specjalistą jazdy indywidualnej na czas, przypomniał o swoich dobrych czasówkach z przeszłości (z Giro czy z Tour de Pologne) oraz, co ważne, podczas dni kryzysu zminimalizował straty najbardziej jak się dało.

    Szkoda, że wzorem Ilnura Zakarina nie udało mu się wygrać etapu, ale i tak cały występ Polaka trzeba zapisać na plus. Z grona faworytów wypadł jedynie Tom Dumoulin, zatem stawka, z którą mierzył się Majka była wyjątkowo mocna.

    Kto przed wyścigiem spodziewał się, że na mecie w Weronie będzie przed Simonem Yatesem i Miguelem Angelem Lopezem czy uciekał Vincenzo Nibalemu? Brytyjczyk był typowany do zwycięstwa a tymczasem nie był w stanie nawiązać rywalizacji z czołówką. Lopez zaś w górach należał do najmocniejszych kolarzy tegorocznego Giro, lecz jechał zarówno nerwowo jak i pechowo, co chwilę plącząc się w jakieś kłopoty. Sam Nibali, choć po raz dwunasty w karierze stanął na podium wielkiego touru i raczej jest zadowolony ze swojej postawy nie był w stanie pokonać Carapaza i stracił, prawdopodobnie ostatnią, szansę na wygranie swojego trzeciego Giro.

    W tym miejscu muszę też dodać, że choć wygrana Carapaza wygląda na przekonującą a dominacja jego drużyny na wyraźną, cały wyścig był rozgrywany w ofensywnym stylu z poszukiwaniem ryzykownych i ambitnych rozwiązań przez jego głównych bohaterów.

     

     

    Smutek i żal

    Rosnąca popularność kolarstwa powoduje, że więcej i więcej osób ma potrzebę wypowiedzi, skomentowania i oceny najważniejszych wydarzeń. To świetnie.

    Natomiast nieco mniej świetnie prezentuje się styl tych wypowiedzi. Nie mówię, że złośliwość, pochopność a przede wszystkim brak szacunku dla wysiłku sportowców dominują, ale są zauważalne nie tylko na profilach ?anonimowych internautów?, ale też zawodowych czy pół zawodowych komentatorów.

    Jasne, nie chodzi o to by ekscytować się każdym obrotem korbą, co można usłyszeć np. w brytyjskim Eurosporcie, ale odrobina empatii a także zrozumienia rozmaitych funkcji, jakie w zawodowym peletonie pełnią poszczególne postaci byłaby mile widziana. A i na żarty w czasie wielogodzinnych relacji znajdzie się miejsce, niekoniecznie w chwilach, gdy kolejni zawodnicy na trasie przeżywają trudne chwile.

    Nie sądzę, by w czasie nadchodzącego Tour de France miało się coś zmienić. Wręcz przeciwnie, przewidywana dominacja Team Ineos w połączeniu z obecnością Michała Kwiatkowskiego tylko wzmocni emocje, ale cóż, takie czasy. Co nie zmienia faktu, że w kwestii (social-i-nie-tylko)medialnych komentarzy Giro skończyłem obserwować z pewnym niesmakiem.

  • #Giro102, akt pierwszy

    #Giro102, akt pierwszy

    Obserwując pierwszą część Giro d?Italia 2019 mogliśmy się poczuć niczym dekadę temu. Dwie czasówki, szereg płaskich etapów i oczekiwanie na góry.

    A może nawet więcej niż dekadę? Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych, gdy po szkole pierwszą rzeczą, jaką robiłem po przyjściu do domu było włączenie telewizora z kablówką, spora część etapów wielkich tourów była długa i płaska. Co zrozumiałe, dość szybko kończyło się to drzemką, przerywaną dopiero wtedy, gdy komentatorzy nieco podnosili głos opisując ustawianie się ?pociągu? Mario Cipolliniego.

    Takie trochę jest i 102. Giro d?Italia. Dwie jazdy indywidualne na czas ustawiły klasyfikację generalną, wyprowadzając zwycięzcę obu prób, Primoza Roglica na pewne prowadzenie przed wjazdem w góry. Na etapach płaskich najmocniejszy w peletonie był Pascal Ackerman, choć nie zdominował rywalizacji jak to czasem robią ?supersprinterzy?. Był najszybszy dwukrotnie, podobnie jak Caleb Ewan a dodatkowo finisze z peletonu wygrywali Arnaud Demare i Elia Viviani.

    Tyle tylko, że mistrzowi Włoch odebrano zwycięstwo za niebezpieczną jazdę i trzeci etap przypisano Fernando Gavirii. To ewidentnie rozstroiło Vivianiego, który nie był w stanie jeszcze raz minąć linii mety jako pierwszy, co niewątpliwie jest dla niego sporym rozczarowaniem. Tak czy inaczej niewielu sprinterów ukończy ten wyścig. Do końca Giro pozostał dla nich zaledwie jeden etap, trudno się więc dziwić, że już w czwartek rozpoczął się charakterystyczny dla włoskiego touru eksodus.

    Ciekawostką pierwszego tygodnia było odpuszczenie mocnej ucieczki na etapie do San Giovanni Rotondo, po którym nie tylko liderem został Valerio Conti, ale przede wszystkim sporo czasu nadrobili mocni Andrey Amador i Sam Oomen. Co więcej, dzień później, w l?Aquili peleton pozwolił, by zyskali Formolo i Bilbao. Całkiem możliwe, że w ostatecznym rozrachunku te minuty osiągnięte podczas ucieczek w pierwszej części wyścigu będą dla któregoś z nich ważne w kontekście wyniku uzyskanego w całym Giro.

    Taka sytuacja we w miarę dobrej pozycji ustawia również drużynę CCC. Amaro Antunes w San Giovanni Rotondo przyjechał przed peletonem a następnie przyzwoicie zaprezentował się w czasówce w San Marino. Dzięki temu przed wjazdem w wysokie góry jest siódmy w klasyfikacji generalnej i póki co ratuje ten wyścig dla polskiej ekipy. Ambicje dotyczące zajęcia dobrego miejsca w klasyfikacji generalnej wyraża też Victor de la Parte.

    Wspomniany wcześniej Roglic zrobił to, czego od niego oczekiwaliśmy. Zdominował jazdę indywidualną na czas, oba etapy o łącznej długości 43km. Choć jego możliwości poznaliśmy zarówno podczas Giro 2016, Touru 2018 i kolejnych, tygodniowych etapówek, Słoweniec nie przestaje mnie zadziwiać. Przeszłość skoczka narciarskiego jest z jednej strony anegdotyczna, z drugiej trudno sobie wyobrazić, by możliwa była tranzycja między dyscyplinami sportu wymagającymi tak różnych cech motorycznych.

    A jednak, Roglic stał się uniwersalnym kolarzem etapowym, łączącym znakomity stosunek mocy do masy wymagany w czasówkach i górach z wciąż sporą dynamiką. Pozostaje pytanie, czy będący w gazie od lutego zawodnik (wygrywał w tym roku kolejno UAE Tour, Tirreno-Adriatico i Tour de Romandie) wytrzyma trudny drugiego aktu Giro.

    We włoskim tourze często bowiem liczy się nie tylko moc, ale też wytrzymałość i wytrwałość. W tym roku niemal wszystkie trudności wyścigu znajdują się w jego ostatnich dziesięciu dniach. Ponieważ dodatkowo karty rozgrywała będzie pogoda – organizatorzy planujący odwiedzić wysoko położone przełęcze do ostatnich dni walczą o ich przejezdność – zapowiada się emocjonujące ściganie.

    Fakt, że przed kluczowymi etapami straty mają Simon Yates, Mikel Landa i Miguel Angel Lopez oznacza tyle, że myśląc o podium muszą atakować. Brak Toma Dumoulina, który odpadł po kraksie zmniejsza grono kolarzy, którzy mogliby jechać defensywnie.

    To z kolei otwiera szansę dla zawodników, którzy w przeszłości popisywali się wytrzymałością i wraz z kolejnymi kilometrami wykazywali najmniej zmęczenia. W tym miejscu myślę przede wszystkim o Vincenzo Nibalim, ale również o Rafale Majce, który pierwszy raz od wielu miesięcy przejechał początek wyścigu etapowego nie tylko w dobrej formie (skuteczny w czaówkach), bez upadku, ale i bez większych problemów w ogóle.

    Pierwszy finisz na dużym podjeździe czeka na kolarzy w piątek, ciekawie zapowiada się też sobotni etap z ciężką wspinaczką na przełęcz San Carlo a królewski odcinek z Gavią i Mortirolo zaplanowano na wtorek. Poza przyszłym czwartkiem (etap głównie zjazdowy, z płaską końcówką) oraz dniem odpoczynku w poniedziałek, peleton będzie się zmagał z wyrafinowanymi trudnościami już do końca tegorocznego Giro d?Italia.

  • Dwadzieścia lat po Madonna di Campiglio

    Dwadzieścia lat po Madonna di Campiglio

    Marco Pantani wyrzucony z Giro d?Italia 1999 to jeden z symboli kolarstwa ?Ery EPO?. Od tego wydarzenia minie w tym roku dwadzieścia lat. Od jego śmierci minęło już piętnaście.

    Aby zobrazować, jak dziwne to były czasy posłużę się jednym przykładem. Klasyczny ?góral?, będący w glorii chwały zwycięzcy Giro i Touru 1998, Marco Pantani przez sporą część wyścigu walczył o różową koszulkę z Laurentem Jalabertem. Tym samym, który zaledwie cztery lata wcześniej wygrał zieloną koszulkę najlepszego sprintera Tour de France. To tak, jakby teraz o wygraną walczył Sagan z Quintaną.

    Fruwający w górach ?Pirat? od lat będący najszybszym ?wspinaczem? zawodowego peletonu (do tej pory czas uzyskany przez niego w 1997r na Alpe d?Huez jest rekordem tego podjazdu, Włoch jest dodatkowo autorem trzeciego i piątego rezultatu) dokonywał na trasie Giro rzeczy niezwykłych. Wspomnieć trzeba choćby słynną pogoń za Jalabertem do mety usytuowanej przy sanktuarium Oropa i dominację na etapach do Alpe di Pampeago i Madonna di Campiglio.

    Embed from Getty Images

    Zarówno to Giro jak i poprzednie oglądałem z zapartym tchem, wpatrzony w ekran telewizora, z nabożnym podziwem dla wyczynów Pantaniego. Jedno muszę włoskiemu kolarzowi oddać. Charyzma i charakter, jakie prezentował na alpejskich szosach były nieporównywalne z cechami jakiegokolwiek innego zawodnika.

    Nie miało dla mnie znaczenia, że wygrany przez niego Tour był tak naprawdę ?tourem wstydu?, nie miałem pojęcia, że zawodowi sportowcy w tamtych czasach nie funkcjonowali bez epo, testosteronu i hormonu wzrostu. ?Przerwany łańcuch?, Operacja Puerto, ?Wyścig tajemnic?, raport USADA, Armstrong u Oprah?y, to wszystko wydarzyło się później.

    Pantani został wyrzucony z Giro za nieznaczne przekroczenie dozwolonego poziomu hematokrytu, mimo wahań formy był potem jeszcze w stanie wrócić na trasę Touru 2000 i rzucić wyzwanie Armstrongowi.

    Zmarł w samotności, w pokoju hotelowym z powodu przedawkowania narkotyków, zimą 2004r. Na przełęczy Mortirolo znajdziecie jego pomnik, wielu kibiców wciąż uważa go za jednego z najbardziej wybitnych kolarzy w historii. Część uważa, że zabiła go mafia, część, że Pantani ?nigdy nie miał pozytywnego wyniku testu antydopingowego?. Jeszcze inni, że skoro wszyscy wówczas brali, Włoch i tak był najlepszy.

    Tak jak wspomniałem, nie można mu odmówić niepowtarzalnego stylu oraz odwagi. Całe epo świata nie sprawi, że jeżdżący zachowawczo kolarz rzuci się do samotnego ataku na wiele kilometrów przed metą. To nigdy nie boli mniej, po prostu jedzie się szybciej, by przywołać znany bon mot Grega LeMonda.

    Nie zmienia to faktu, że Pantani był równie bezkompromisowym, kolarskim artystą, co bezkompromisowym oszustem. Choć to Bjarne Riisa nazywa się ?panem 60%?, od poziomu hematokrytu, jaki osiągał dzięki kuracji epo, Pantani w swojej karierze również zanotował taki wynik, np. gdy jego krew zbadano przy okazji poważnego wypadku, jakiemu uległ w 1995r (czyli w roku ostatniego zwycięstwa Miguela Induraina w Tour de France, gdzie sam Pantani wygrał dwa etapy i klasyfikację młodzieżową).

    Co więcej, przebadane ponownie próbki z Touru 1998 dały wynik pozytywny, z resztą całe podium tamtego wyścigu zajmowali zawodnicy stosujący podobny, sprawdzony i klasyczny wówczas zestaw środków. Jak wiemy choćby ze wspomnieć Willy?ego Voeta, masażysty niesławnej ekipy Festina, niektóre zespoły i zawodnicy ze względów nie tyle etycznych co zdrowotnych trzymały doping w pewnych ryzach. Inni kolarze ?brali? niemal bez ograniczeń.

    Pewna powściągliwość była mimo wszystko wskazana. Jeśli bowiem uważacie (a takie, nieroztropne głosy wciąż pojawiają się w dyskursie, czasem nawet z ust osób na co dzień roztropnych), że doping należy zalegalizować i pozwolić atletom brać wszystko i w dowolnych ilościach to, cóż, lata ?90 XXw de facto były właśnie takim czasem. Efekt? Sportowcy zwyczajnie umierali z powodu zatorów, zawałów czy zatrzymania akcji serca podczas snu.

    Embed from Getty Images
    Również Pantani za doping zapłacił najwyższą cenę. Depresja, zaburzenia psychiczne, uzależnienie od narkotyków i wreszcie śmierć. Wierzę, że życie po wydarzeniach w Madonna di Campiglio, po kolejnych przesłuchaniach, po nalotach policji na pokoje hotelowe w czasie wyścigów, po ciągłych pytaniach musiało być koszmarem. Podobnie jak odnalezienie się w realiach sportu, w którym można wciąż wiele, ale już nie wszystko i nie aż tak bezwstydnie.

    Rekord Pantaniego na Alpe d?Huez obowiązuje, podobnie jak inne, wciąż najlepsze osiągnięcia w historii sportu. Bieg na 800m Jarmili Kratochvilovej, 100m Flo-Jo, do niedawna 400m Michaela Johnsona.

    Emocji czy inspiracji, których w tych, konkretnych momentach dostarczali nie odbierze nam nikt. Czy wstydzę się tego, że przez lata podziwiałem ?Pirata?, ba, że wrażenie robiła na mnie jazda Armstronga czy Herasa? Oczywiście, że nie, co nie przeszkadza mi oceniać tych wydarzeń jako przykrych a ich bohaterów za ciekawe a nawet wybitne postaci, jednak zaliczane do kategorii czarnych charakterów.

    Celebrowanie bohaterów ?ery epo?, jakkolwiek nie byliby fascynujący uważam za niestosowne. Dużo ważniejsze jest wsparcie dla deklarujących jazdę fair a także tych, którzy po błędach robią coś więcej niż tylko dyskretnie milczą. Choć wygląda na to, że kolarstwo wyczynowe po raz kolejny zaczyna zjadać swój ogon, wciąż można znaleźć zawodników będących po ?jasnej stronie mocy?. I to na nich warto skupiać uwagę.

  • Time Trial. Czasówka. Próba charakteru.

    Time Trial. Czasówka. Próba charakteru.

    Zamiast triumfalnego pożegnania na Polach Elizejskich, David Millar w swoim ostatnim sezonie doświadczył kumulacji trudności, z jakimi na co dzień zmaga się zawodowy kolarz. Dokument ?Time Trial? pokazuje wszystko, co zazwyczaj jest pomijane w telewizyjnych relacjach z kolejnych wyścigów.

    Bardzo chciałem obejrzeć ten film. David Millar jest jedną z moich ulubionych postaci w profesjonalnym kolarstwie. To jeden z tych zawodników, którzy w obliczu dopingowej wpadki zamiast chować głowę w piasek lub opowiadać głodne kawałki postanowili coś zmienić.

    Szkot był jednym z cudownych dzieci ?ery EPO?. Podczas czasówki na Tour de France pokonał samego Armstronga, zdobył też tęczową koszulkę mistrza świata w jeździe indywidualnej. ?Afera Cofidisu? odmieniła jego karierę. Po powrocie z dwuletniej dyskwalifikacji Millar nie tylko stał się orędownikiem czystego kolarstwa, ale też odnalazł się w nowej rzeczywistości odnosząc kolejne, choć już nie tak spektakularne sukcesy.

    W sezonie 2014 postanowił zakończyć wyczynową karierę i właśnie w tym, trudnym dla każdego sportowca czasie, towarzyszy mu autor filmu ?Time Trial?, Finlay Pretsell.

    Plan był taki, by wraz z Millarem odbyć ostatnie tournee, zwieńczone trzynastym uczestnictwem w Tour de France. Sam kolarz planował celebrować swoje pożegnanie. M.in. sponsorująca go firma Fi?z:k na każdy z wyścigów przygotowała specjalne buty, unikatową grafiką nawiązujące do kolejnych imprez.

    Niestety życie bywa brutalne a sport bywa okrutny jeszcze bardziej. Zamiast cieszyć się sławą, Millar przeżywał trudne chwile niemiłosiernie męcząc się podczas następujących po sobie wyścigów. Mimo problemów, zdołał jeszcze przejechać hiszpańską Vueltę i jesienią zakończył karierę podczas organizowanego przez lokalny klub uphillu.

    ?Time Trial? wbrew polskiemu tytułowi nie opisuje specjalizacji Millara, czyli jazdy indywidualnej na czas. Jest za to historią, która jak żadna inna do tej pory odkrywa kulisy zawodowego kolarstwa. Mamy więc nieocenzurowane rozmowy dyrektorów sportowych w teamowym samochodzie, wymiany zdań przed snem w hotelowych pokojach czy smalltalki w peletonie.

    Film Pretsella jest obrazem o kolarzu, o kolarstwie i niemal wyłącznie dla kolarzy. Nie znajdziemy w nim właściwie żadnej ekspozycji. Bardziej niż słowem operuje obrazem, często skupiając się na brutalnej i bolesnej stronie tego sportu. Gdy sam Millar mówi wprost do kamery, jego wypowiedzi najczęściej są dosadne lub przepełnione goryczą.

    Tak jak odwagi wymagała antydopingowa krucjata ?skruszonego? kolarza, tak i występ w poruszającym filmie musiał wiązać się z pewnego rodzaju heroizmem. Kolejny raz szkocki zawodnik złamał liczne, obowiązujące w peletonie tabu, wprowadzając fanów tam, gdzie zazwyczaj nie mają wstępu.

    Nie wiem, co o takim podejściu sądzą byli czy obecni kolarze zawodowi. Wiem natomiast, że choć ?Time Trial? nie jest pozbawiony wad, ale ponieważ zamiast hagiografii, okrągłych słów napisanych przez ghostwritera czy specjalistę od wizerunku dostaliśmy bombę prawdziwych emocji, jest po prostu bezcenny.

    Time Trial (polski tytuł ?Czasówka. Próba charakteru?)
    reż. Finlay Pretsell
    Wielka Brytania 2017
    Film obejrzałem podczas festiwalu Off Camera, w legalnej dystrybucji dostępny jest np. na Amazon Prime na itunes.

  • Peter Sagan. Mój świat

    Peter Sagan. Mój świat

    Największa gwiazda współczesnego peletonu opowiada o swoim podejściu do kolarstwa. I do życia trochę też. Choć to wciąż ?sportowa biografia?, skutecznie wymyka się schematom obciążającym tego typu publikacje i dzięki temu pozytywnie zaskakuje.

    Gdy ?The Inner Ring? opublikował nieszczególnie przychylną recenzję książki Sagana, do lektury zasiadłem bez entuzjazmu. Na szczęście wraz z kolejnymi stronami niechęć mijała i muszę stwierdzić, że spisane przez ghostwritera przemyślenia trzykrotnego mistrza świata to dobra propozycja dla fanów kolarstwa bez względu na ich doświadczenie czy poziom zaawansowania.

    Przede wszystkim Sagan unika schematycznej, linearnej opowieści, w zamian opierając swoją opowieść o bezprecedensowe, zdobyte z rzędu, trzy tytuły najlepszego kolarza globu.

    Sporo miejsca poświęca swojej relacji z Olegiem Tińkowem, kontrowersyjnym miliarderem i pasjonatem kolarstwa, który był równocześnie szefem Sagana w sponsorowanym przez siebie zespole. Wygląda na to, że mimo wielu konfliktów i różnicy zdań, słowacki mistrz ostatecznie znajdował wspólny język z ?szalonym? Rosjaninem. Z pewnością obu panom nie brakuje charyzmy, cechy, która we współczesnym, zawodowym peletonie jest na wagę złota.

    Motywem przewodnim ?Mojego Świata? jest znaczenie i funkcjonowanie ?Team Peter?, czyli grupy najbliższych współpracowników i przyjaciół Sagana. Nie byłoby trzech tęczowych koszulek bez brata, menadżera, trenerów, rzecznika prasowego, przyjaciół-gregario, masażysty i mechanika. Myśląc o kolarstwie jako o sporcie zespołowym, zazwyczaj mówimy o roli, jaką pełni drużyna na szosie. Tymczasem Peter Sagan przybliża swoim czytelnikom zasady działania grupy ludzi, którzy wydatnie przyczyniają się do jego kolejnych sukcesów.

    A cała reszta? Cóż, zawodowego sportowca, celebrytę, gwiazdę kina, jakąkolwiek osobę publiczną znamy na tyle, na ile ona sama zechce dać się poznać. Sagan prezentuje się jako wyluzowany gość, chwytający życie i każdego dnia cieszący się swoim talentem.

    Książka sama w sobie ma nieco wad. Momentami czuć, że spory udział miał ghostwriter, pewne nieścisłości pojawiają się również w tłumaczeniu. Jest też już nieco nieaktualna, ponieważ od jej napisania sporo zmieniło się w życiu prywatnym Petera Sagana (jest w separacji z żoną, w biografii znajdziemy tylko informację o ich spektakularnym weselu). Mimo wszystko fajnie, że wydawnictwo SQN wprowadziło tę pozycję na nasz rynek, co więcej wiosną, czyli w czasie, gdy jej bohater co roku walczy w wyścigach klasycznych.

    Peter Sagan. Mój Świat
    Wydawnictwo SQN, 2019
    Cena na okładce: 39,99, swój egzemplarz kupiłem w promocyjnej cenie 28zł.

  • Top zwycięstw Katarzyny Niewiadomej

    Top zwycięstw Katarzyny Niewiadomej

    Po wygraniu klasyfikacji generalnej Tour de France Femmes Katarzyna Niewiadoma wchodzi na zawsze do panteonu polskiego kolarstwa.

    Zawodniczka z Ochotnicy ma wielki talent, który w każdym kolejnych sezonach nie tylko potwierdza, ale i rozwija. Urodzona w 1994r Niewiadoma od dwudziestego roku życia reprezentuje najlepsze grupy zawodowe: najpierw Rabo-Liv, następnie po zmianie przez ten zespół sponsora WM3 Pro Cycling a obecnie Canyon-SRAM.

    Specjalizuje się w jeździe w górach, ale nie raz pokazała, że dobrze radzi sobie także na bruku czy szutrze. Niemal z równą skutecznością spisuje się w wyścigach etapowych jak i w klasykach.

    Licznik jej zwycięstw w profesjonalnym peletonie obecnie wskazuje liczbę „20” a ich lista jest imponująca. Oczywiście w życiu zawodowego sportowca różne rzeczy się zdarzają, ale Niewiadoma jest jedną z tych atletek, które konsekwentnie dokładają kolejne sukcesy do swojego CV. 

    Lista zwycięstw Katarzyny Niewiadomej

    By móc w dowolnej chwili przywoływać najważniejsze z nich, przygotowałem poniższe zestawienie.

    Emakumeen Euskal Bira (2015)

    Czyli tam wszystko się zaczęło, przynajmniej w kwestii sukcesów na wyścigach wyższej kategorii. Ta etapówka w Kraju Basków rozgrywana jest od 1988r a wśród triumfatorek znajdziecie same sławy kobiecego peletonu. W 2015r pięciodniową imprezę młodziutka Polka wygrała minimalnie, zaledwie o jedną sekundę przed Ashleigh Moolman. Choć nie była najszybsza na żadnym z etapów, solidnie zaprezentowała się w krótkiej czasówce a w kolejnych sprawdzianach dojeżdżała do mety wraz z najgroźniejszymi rywalkami, co dało jej pierwsze zwycięstwo w zawodowej karierze.

    Podwójne mistrzostwo Polski (2016)

    W sezonie 2016 Niewiadoma miała już nie tylko wielki talent i potencjał, ale de facto była jedną z najjaśniejszych, wschodzących gwiazd kobiecego kolarstwa. Na rozgrywanych wokół Świdnicy trasach mistrzostw Polski najpierw pokonała w czasówce swoją imienniczkę, doświadczona Pawłowską a następnie w wyścigu ze startu wspólnego była wyraźnie szybsza od Anny Plichty i pozostałych rywalek. Podwójna korona to zawsze wydarzenie wyjątkowe a dzięki jej zdobyciu mogliśmy oglądać „koszulkę z orłem” w każdym wyścigu, w którym startowała Niewiadoma przez kolejnych 12 miesięcy.

    Giro del Trentino (2016)

    Chronologicznie jeszcze przed mistrzostwami kraju nasza bohaterka wygrała wymagający, choć krótki (trzy etapy, w tym jazda drużynowa na czas) wyścig w górzystym Trydencie. Po zwycięstwo sięgnęła dzięki solowemu atakowi na pierwszym etapie. Prowadzenia nie oddała do końca imprezy.

    Ovo Energy Women’s Tour (2017)

    Samotny, prawie 50km rajd dający pierwsze zwycięstwo Niewiadomej w wyścigu World Touru.  Gdyby była mężczyzną, z pewnością czytalibyśmy o epickiej akcji a tymczasem, cóż, kolarstwo kobiet wciąż musi zabiegać o atencję widzów. Polka śmiałym atakiem rozstrzygnęła losy Ovo Energy Women’s Tour już pierwszego dnia pięciodniowej rywalizacji. Przy okazji zyskała też sympatię widzów na całym świecie. Naprawdę chciałbym, żeby triumfatorzy wyścigów szosowych udzielali tak fajnych wywiadów jak Kasia Niewiadoma na tej imprezie.

    Trofeo Alfredo Binda (2018)

    Póki co nasza zawodniczka bezskutecznie poluje na wygraną w Strade Bianche, ale na wiosnę 2018 wygrała w innym włoskim klasyku, mającym ponad dwudziestoletnią historię Trofeo Alfredo Binda. W trudnych, deszczowych warunkach znów popisała się atakiem na podjeździe w decydującej fazie wyścigu, gubiąc rywalki i dojeżdżając do mety samotnie przed nimi.

    Amstel Gold Race (2019)

    Takie ataki na Caubergu przeprowadzał tylko Philippe Gilbert w szczycie swoich możliwości. Niewiadoma zdemolowała rywalki dynamicznym przyspieszeniem, utrzymała tempo i w samej końcówce obroniła się przed ścigającą ją Annemiek van Vleuten. W ten sposób po raz pierwszy wygrała w klasyku zaliczanym do „ardeńskiego tryptyku” i choć to bardzo prestiżowy sukces, oprócz punktów i sławy ważny jest też styl, w jakim po niego sięgnęła. Klasa, czapki z głów i… czekamy na więcej!

    Brązowy medal mistrzostw świata (2021)

    Choć mistrzostwa świata we Flandrii wygrała Włoszka Elisa Balsamo, trzecie miejsce Kasi Niewiadomej trafia na listę najważniejszych sukcesów. Medal w wyścigu o tęczową koszulkę to kolejny kamień milowy zarówno w historii polskiego kolarstwa jak i w karierze samej zawodniczki. Tym bardziej, że w tych mistrzostwach jechała znakomicie, prezentując niezmiernie wysoką dyspozycję a jej kolejne ataki miały istotny wpływ na przebieg rywalizacji. Choć w końcówce jechała sama przeciwko rywalkom z liczniejszych reprezentacji, zdołała wydrzeć trzecie miejsce i stanąć na podium. 

    Walońska Strzała (2024)

    W wyjątkowo trudnych warunkach, w zimnie i deszczu nasza bohaterka sięgnęła po długo wyczekiwany sukces. To symboliczny wynik pokazujący, jak bardzo w wyczynowym sporcie liczą się cierpliwość i konsekwencja. W Top 5 Walońskiej Strzały Niewiadoma była po raz pierwszy w 2015r, wielokrotnie była blisko podium (w sumie stała na nim 3 razy) a nawet zwycięstwa. Podjazd na Mur de Huy wymaga nie tylko znakomitego przygotowania fizycznego, ale właśnie cierpliwości i wyczucia odpowiedniego momentu do ataku. Wiosną 2024 Katarzyna Niewiadoma prezentowała znakomitą dyspozycję, w najważniejszych wyścigach jeżdżąc ofensywnie i zabierając się do decydujących akcji. Kropkę nad „i” postawiła podczas Walońskiej Strzały, gdzie kontrolowała Demi Vollering, nie dała się ponieść emocjom przy ataku Longo Borghini by z wyraźną przewagą minąć linię mety na pierwszej pozycji. 

    Tour de France Femmes avec Zwift (2024)

    Po pechowym wyścigu na Igrzyskach Olimpijskich w Paryżu kilka dni później Katarzyna Niewiadoma stanęła na starcie kobiecego Tour de France. To trzecia edycja damskiej „Wielkiej Pętli”, reaktywowanej po latach przerwy, tym razem oficjalnie organizowana przez ASO, czyli właściciela najważniejszej marki w kolarstwie w ogóle, czyli TdF właśnie.

    Niewiadoma zaczęła wyścig nie najlepiej – dość słabo pojechała na czas w Rotterdamie, natomiast na kolejnych etapach była nie tylko mocna, ale i czujna.

    Kluczowy dla rywalizacji był etap numer 5, gdzie w kraksie leżała obrończyni tytułu, Demi Vollering a Niewiadoma jadąc wyżej w grupie uniknęła perypetii i zyskała przewagę. Trzeba jednak podkreślić, że zarówno na odcinkach w Ardenach jak i górzystych w Burgundii i w Jurze pokonywała była bardzo aktywna i współdecydowała o przebiegu rywalizacji.

    Katarzyna Niewiadoma wygrywa Tour de France Femmes

    Ostateczny test: alpejski etap z przejazdem przez Glandon i z metą na Alpe d’Huez pojechała wyjątkowo mądrze. Po trudnych chwilach na Glandon, gdzie przyspieszyła Vollering, utrzymała równe tempo a na Alpe d’Huez kontrolowała sytuację docierając do mety na czwartej pozycji wygrywając cały wyścig o cztery sekundy.

    Bonus – gravelowe mistrzostwo świata (2023)

    Nawet, jeśli gravel racing to wciąż pewne novum, tęcza to tęcza. Zwłaszcza, gdy wygrywa się ją po liczącym 25km, solowym ataku a za sobą zostawia rywalki z szosy: Silvię Persico i Demi Vollering. Choć wygrane gravelowe mistrzostwo świata nie przebiło się do świadomości szerszej publiki w kraju (Niewiadoma nie została nominowana w Plebiscycie Przeglądu Sportowego), należy docenić ten sukces. Biorąc pod uwagę, że jazda po szutrze w oficjalnym, uznanym przez UCI wydaniu funkcjonuje od niedawna, Polka w ten sposób zapisała się na kartach historii kolarstwa. 

    ZOBACZ TAKŻE:

    Top Zwycięstw Michała Kwiatkowksiego

    Top Zwycięstw Rafała Majki

    Zdjęcie na okładce: materiały prasowe ASO

  • Najlepszy w XXIw

    Najlepszy w XXIw

    Philippe Gilbert pewnie nie wygra już Mediolan-San Remo i nie zgromadzi na swoim koncie wszystkich, kolarskich ?monumentów?. Zwycięstwo w Paryż-Roubaix w połączeniu z wcześniejszymi osiągnięciami sprawia, że jego nazwisko będzie wymieniane przy okazji najważniejszych imprez po wsze czasy.

    W kolarstwie niewiele jest rekordów sensu stricto. Najbardziej znany to rekord w jeździe godzinnej, o najlepszy na świecie rezultat walczą też torowcy w wyścigu na 4km, w sprincie oraz na 1km. Do tego można dołożyć czasy notowane na najbardziej znanych podjazdach z Alpe d?Huez na czele i właściwie na tym temat się kończy. Cała reszta historycznych osiągnięć to różnego rodzaju kombinacje sukcesów w określonych imprezach.

    Mamy więc grono pięciokrotnych zwycięzców Tour de France (plus jednego, zdyskwalifikowanego siedmiokrotnego triumfatora), mamy świętego graala, wielki szlem, czyli Giro, Tour i mistrzostwo świata w jednym sezonie, jego poślednią wersję, dwa wygrane wielkie toury w jednym roku a także zgromadzenie wygranych w Giro, Tourze i Vuelcie.

    Przechodząc na grunt wyścigów klasycznych zdobycie więcej niż jednego ?monumentu? to sprawa wyjątkowa, zwycięstwo we wszystkich pięciu to równie duże osiągnięcie co skompletowanie wygranych w wielkich tourach.

    Szczególną estymą darzeni są triumfatorzy Ronde van Vlaanderen i Paryż Roubaix. Dodatkowe punkty i bardziej eksponowane miejsce w kolarskim panteonie można uzyskać będąc najszybszym w obu wyścigach w jednym sezonie oraz za sukces odniesiony w tęczowej koszulce mistrza świata. Można też myśleć o wygraniu wszystkich, najważniejszych imprez na bruku (a przynajmniej tych rozgrywanych na przełomie marca i kwietnia). Podobne znaczenie ma podbój wszystkich imprez ?ardeńskiego tryptyku?, czasami rozszerzanego o Brabancką Strzałę.

    Choć wydaje się, że możliwości jest wiele, zdarzają się pokolenia kolarzy, w których nikt nie zdobywa jednej z tych wyjątkowych kombinacji. Obecnie wygrane w trzech wielkich tourach dzierżą Vincenzo Nibali i Chris Froome, wcześniej po podobny sukces sięgnął Alberto Contador przed którym ostatnim takim kolarzem był Bernard Hinault w latach ?80 XXw (a jeszcze wcześniej dokonali tego jeszcze tylko Merckx, Anquetil, Gimondi).

    Wszystkie monumenty wygrało zaledwie trzech Belgów: Merckx, de Vlaemink i van Looy.

    Kelly, de Bruyne, Derycke, Kuiper oraz od kwietnia 2019 również Philippe Gilbert to ci, którzy byli najlepsi w czterech z pięciu najważniejszych klasyków świata.

    Sukces Gilberta na trasie z Paryża do Roubaix to kolejny krok na jego drodze do skompletowania całej piątki, choć realnie rzecz ujmując trudno sobie wyobrazić, by Belg w jednym z dwóch nadchodzących sezonów był w stanie wygrać Mediolan-San Remo (ma już 37 lat, najwyższa lokata w tej imprezie to 3. miejsce w 2008r). Nawet, jeśli tego nie dokona, ma na swoim koncie dość kolarskich rekordów.

    Brak w portfolio ?wiosennych mistrzostw świata? (czyli M-SR właśnie) rekompensuje zdobyta w 2012r tęczowa koszulka. Do tego jako jeden z dwóch kolarzy wygrał w jednym roku cały ?ardeński tryptyk? (Amstel Gold Race, Walońską Strzałę, Liege-Bastogne-Liege), ale w odróżnieniu od Davide Rebellina nie tylko dołożył do tego Strzałę Brabancką, lecz także nie miał dopingowej wpadki.

    Co więcej, Gilbert potrafił zmotywować się również jesienią, gdy rok po roku wygrywał Giro di Lombardia, w 2009r łącząc charakterystyczny dla ?górali? włoski klasyk z dedykowany sprinterom Paryż-Tours (przy okazji będąc też najlepszym kolarzem Giro del Piemonte).

    Jeśli dołożymy prestiżową obecność w klubie zawodników, którzy wygrywali etapy podczas każdego z trzech wielkich tourów, mistrzostwo swojego kraju zarówno ze startu wspólnego jak i w jeździe indywidualnej na czas a w sumie 75 oficjalnych zwycięstw można śmiało stwierdzić, że mamy do czynienia z tytanem szos.

    Czy Gilbert jest najwybitniejszym specjalistą wyścigów klasycznych w XXIw? Wiele na to wskazuje, że tak. Co o tym sądzą Bettini, Boonen i Cancellara? Cóż, w poszczególnych elementach są od Gilberta lepsi. Bettini wygrał Mediolan-San Remo, Boonen i Cancellara byli skuteczniejsi na brukach. Każdy z nich ma na swoim koncie jakąś niezwykłą serię lub kombinację zwycięstw.

    Jednak to ?Phil? jest przynajmniej na równi utytułowany a przy tym najbardziej wszechstronnym zawodnikiem seryjnie wygrywającym najważniejsze jednodniówki.

    Przeszedł też ciekawą ewolucję, od kolarza znanego z atomowego przyspieszenia na średnio stromym podjeździe (w ten sposób wygrywał i swoje mistrzostwo świata i kolejne edycje Amstel Gold Race) po świetnego gracza zespołowego, wytrwałego uciekiniera i podejmującego ryzyko wczesnych ataków herosa.

    Nie bez znaczenia jest również fakt, że początki kariery oraz pierwsze sukcesy łączą się ze zwiększoną skutecznością w walce z dopingiem. Choć tak imponująca liczba zwycięstw, często połączona w serie, jak również związana z pokonaniem zawodników z niechlubną przeszłością zawsze budzi wątpliwości, kontrowersje omijały Gilberta dość szerokim łukiem.

    Trzeba pamiętać, że w sytuacji, w których dominacja teamu Sky w etapówkach budzi niechęć i krytykę, kilkadziesiąt triumfów rocznie zespołu Decunink-Quickstep jest opisywanych jako wyraz geniuszu prowadzącego go Patricka Lefevere?a. A w zasadzie powinno być traktowane dokładnie tak samo.

    To przykre, że obecnie każda chwila wyjątkowego triumfu, a takim była wygrana Philippe?a Gilberta w Paryż-Roubaix opatrywana jest tego typu komentarzem, ale cóż, doświadczenie pokazuje, że być powinna.

    Tak czy inaczej Belg przechodzi do wieczności, jeszcze przed zakończeniem kariery. Przy każdej okazji gdy zawodowy peleton będzie odwiedzał bruki Flandrii i północnej Francji, Ardeny, Limburgię, Lombardię czy Kraj Basków jego nazwisko będzie wymieniane w pierwszej kolejności. No dobrze, kilka chwil po nazwisku Merckxa.

    Zdjęcie okładkowe: Twitter Trends 2019 Follow, Flickr, CC BY 2.0