Jak żyć gdy kolejne plagi: e-bike’i, zwift, fatbike’i, radio, mierniki mocy spadają na chcących w spokoju spędzać czas na świeżym powietrzu rowerzystów

Luddyści zawsze żywi

Gdy rewolucja przemysłowa zmieniała nasz świat, w obronie tradycyjnych metod wytwarzania dóbr stanęli luddyści. Chcąc zachować miejsca pracy i w obawie przed zmianami w swoim życiu niszczyli krosna a ich działalność została zdelegalizowana przez parlament (brytyjski, bo tam ów ruch funkcjonował).

Każdy postęp budzi obawy a jego konsekwencje bywają zarówno dobre jak i złe. Póki co jednak egzystujemy w rzeczywistości, gdzie obowiązuje paradygmat ciągłego wzrostu, zatem, cóż, z pewnymi wahaniami, ale zmiany są nieuniknione.

Co ciekawe, patrząc z długoterminowej perspektywy, obawy luddystów mogły być słuszne, bo wiele wskazuje na to, że przyspieszenie rozwoju w ostatnich 200 latach zaowocuje końcem naszej cywilizacji.

Równocześnie, choć nasze życie być może skończy się marnie, zanim to nastąpi będzie dłuższe i bardziej komfortowe niż kiedykolwiek wcześniej.

W ten sposób dochodzimy powoli do tematyki rowerowej. Bo rowery, szanowni państwo są teraz najlepsze. Zarówno górskie jak i szosowe, i trzeba przyznać, że ewolucja tych drugich wyraźnie przyspieszyła wraz z presją wywieraną na rynku przez producentów “górali”, którzy nota bene na dobre zadomowili się w elicie wyścigów zawodowców wypierając zeń rzemieślnicze produkty europejskich mistrzów.

Lepsze jest wrogiem… a może po prostu jest lepsze?

Gdyby Pantaniemu czy Ullrichowi pokazać w ‘96 roku współczesną “super-szosówkę”, zapewne parsknęliby śmiechem na widok “juniorskiego” (by nie powiedzieć “babskiego”) przełożenia 36×28.

Embed from Getty Images
Embed from Getty Images

Gdy popatrzymy na pozycję Miguela Induraina bijącego rekord godzinny i porównamy go ze współczesnymi czasowcami, można by pomyśleć, że siedzi w prywatnym miejscu zadumy zamiast na legendarnym rowerze Pinarello Espada.

Droga, jaką przeszły hamulce tarczowe, zawieszenia i kompozyty węglowe sprawiła, że po pierwsze obecnie większość najlepszego sprzętu wygląda i działa w bardzo zbliżony do siebie sposób a w ostatecznym rozrachunku liczą się drobne detale świadczące o lepszym projekcie i wykonaniu.

Każda zmiana, niczym u luddystów, wywoływała gorące dyskusje, protesty i opór. Kolejne zębatki na kasecie, hamulce tarczowe, “teleskopy”, owalne blaty, kaski (w ogóle) a następnie aerodynamiczne, szerokie siodła i cała masa innych elementów potrzebowały bardzo wiele czasu by przebić się do szerszej świadomości i na dobre zadomowić na rynku.

Czego się boi UCI

Jeszcze 20 lat temu z miernikiem mocy jeździła garstka zawodowców, licznik SRM był dostępny wyłącznie dla elity. Z GPS podróżowali głównie albo rowerowi nerdzi albo prawdziwi podróżnicy. Obecnie w miarę precyzyjny zestaw monitorujący absolutnie wszystko możemy kupić za mniej niż 1000USD, co przy okazji jest wartością zbliżoną do średniej pensji w Polsce w połowie 2019r.

Mierniki mocy, łączność radiowa czy aerodynamika mają rzekomo zabijać rywalizację w zawodowym peletonie. Tymczasem w ostatnich sezonach obserwujemy spektakularne ataki, “epickie” akcje i heroiczne wyczyny, o których czytaliśmy w książkach. Froome na Finestre, Gilbert we Flandrii, Nibali na Mediolan – San Remo, Quintana na Vuelcie (i to kilka razy), Bernal na Tourze… przykładów można by mnożyć i mnożyć.

Różnica jest taka, że coraz częściej obserwujemy teraz wyścigi w całości, od startu do mety, zatem również w tych momentach, gdy dzieje się mniej. Wbrew naciskom konserwatywnych gremiów, spodziewam się więc raczej zwiększania dostępu do danych prezentowanych widzom w trakcie tasiemcowych transmisji niż powodzenia prób archaizowania kolarstwa zawodowego.

Wkrótce padnie pewnie jeden z ostatnich bastionów, czyli limit wagowy dla roweru szosowego wynoszący 6,8kg. Skoro średnio zasobny amator może pójść do sklepu i kupić lżejszy sprzęt, dlaczego na takim nie może ścigać się profesjonalista? Przy okazji niższa dopuszczalna masa roweru mogłaby zmniejszyć zagrożenie związane z “dopingiem mechanicznym”.

Kto wyprzedził swój czas?

Wynalazków, które miały zmienić zasady gry i sposób jazdy na rowerze po drodze było na pęczki. Część z nich poszła całkowicie w zapomnienie, część po kilku czy kilkunastu latach powróciła w nowej odsłonie a niektóre szybko wyewoluowału w coś zupełnie innego.

Pamiętacie elektryczne przerzutki Mavica? Zdecydowanie wyprzedziły swój czas. Shimano Biopace? Amortyzowane wsporniki kierownicy Girvin? A co z fatbike’ami, których gwiazda zabłysła na moment i niemal od razu zgasła.

Plaga elektryków

Kolejną zmianą są rowery elektryczne. Wygląda na to, że zostaną z nami na dłużej. Wiele wskazuje, że faktycznie zmienią sposób, w jaki poruszamy się na rowerze. Nie ja. Nie ty. W sensie nie konkretne jednostki, ale my jako grupa, społeczność rowerowa.

Śmiem twierdzić, że najbardziej zaawansowane modele elektryków z 2019r wraz z rozwojem baterii i sterowników będą z perspektywy kilku następnych chwil wyglądały kuriozalnie. Niebawem też technologia umożliwiająca realnie komfortową jazdę stanie się bardziej dostępna cenowo. Choć trzeba w tym miejscu przyznać, że np. sterowane elektrycznie przerzutki wciąż są dobrem luksusowym mimo dekady na otwartym rynku.

Tak czy inaczej “e-bike” doczekał się w tym roku pierwszych mistrzostw świata mtb. I choć lista startowa przypomniała nieco tę z samochodowego rajdu Dakar (wielkie gwiazdy, które zostały w sporcie, ale poza głównym nurtem), z czasem można spodziewać się specjalizacji w tej odmianie kolarstwa. UCI wciąż poszukuje sposobów na zwiększenie zainteresowania kolarstwem.

Dynamiczna konkurencja dająca szansę promocji producentom sprzętu to istny samograj. Można ją kontestować, ale na koniec dnia okaże się, że rower elektryczny wyprze tradycyjny. Komfort i dobra zabawa ostatecznie sprawią, że najwierniejsi towarzysze rowerzystów: wyrzeczenia i cierpienie pozostaną tylko z wąskim gronem koneserów.

Z drugiej strony, grono owych koneserów może się gwałtownie zwiększać. Skoro wszystko jest tak komfortowe, wysiłek fizyczny i związana z nim rywalizacja realizują potrzeby zaspokajania bardziej pierwotnych potrzeb.

Kolarstwo dla mięczaków

I tutaj dochodzimy do następnego trendu, który powoduje, że tradycjonalistom włosy jeżyłyby się na nogach, o ile oczywiście nie zostałyby precyzyjnie wydepilowane. Indoor cycling. Zwift. Nowy wróg rowerowych konserwatystów. Bo kolarstwo to przecież wiatr we włosach a nie kałuża potu na podłodze przed telewizorem.

Miałem pisać, że wcześniej niż później doczekamy się prologu wielkiego touru rozgrywanego na podpiętych do internetu trenażerach, ale UCI mnie uprzedziła zapowiadając mistrzostwa świata w zwiftowaniu.

W kolarstwie jest bardzo wiele konkurencji, którymi interesuję się marginalnie. Lub w ogóle. Każdy pasjonat sportu rowerowego ma swoją niszę, zarówno jako kibic jak i uczestnik. Wszystko zależy od predyspozycji, temperamentu, dostępnego czasu i wielu innych czynników.

Skoro i tak kolarze od lat trenowali pod dachem, albo w czasie złej pogody albo dochodząc do zdrowia po kontuzji albo po prostu z braku innych możliwości, nie widzę powodu, by i ten aspekt naszej aktywności był okupiony nudą, dyskomfortem i cierpieniem.

Ewolucja trenażerów czy też stacjonarnych cykloergometrów podobnie jak towarzyszącego im oprogramowania sprawia, że nie trzeba już patrzeć się tępo w ścianę a w najlepszym wypadku oglądać kolejnych sezonów seriali równocześnie pilnując przełożeń czy kadencji chcąc wykonać wartościowy trening pod dachem.

Jak pokazuje znana anegdota, trenując przy pomocy Zwifta można nawet przygotować się do zwycięstwa w Paryż-Roubaix. I nawet jeśli to nie jest propozycja, która podoba się każdemu, już sam fakt istnienia takiej możliwości jest dość pozytywny.

Jedyny problem to wysoka bariera wejścia. To już nie jest zabawa “dla każdego kto ma rower”. Potrzeba sporo nietaniego sprzętu, komputera sensownej klasy i solidnego łącza oraz subskrybcji. Ale równie dobrze zabawy można spróbować z telefonem średniej klasy i kilkudniowym “trialem”.

Oczywiście można podnieść argument, że postęp w przemyśle rowerowym zmierza w niewłaściwą stronę. Rowery, choć doświadczenie jazdy jest inne, wciąż co do zasady nie różnią się szczególnie od swoich protoplastów z XIXw. Większość stosowanych rozwiązań czy materiałów to żadna innowacja a prawdziwie rewolucyjne pomysły albo nie przebijają się na rynku, albo są torpedowane na poziomie prawnym lub regulaminowym albo zostają gdzieś w garażach “szalonych” wynalazców.

Jazda na rowerze i towarzyszące jej wrażenia wciąż jest o wiele fajniejsza niż brak jazdy na rowerze. Narzędzie to tylko narzędzie i jako takie jest wtórne do umiejętności, zaangażowania czy naturalnego talentu. Co nie zmienia faktu, że zawsze to miło mieć narzędzie lepsze niż gorsze. Bez względu na to, czy to młotek, wiertarka czy rower.

Skomentuj

Komentarze

Powered by Facebook Comments