Tag: Mark Cavendish

  • Loverove 23.02.2016

    Loverove 23.02.2016

    Loverove na wtorek: dobry plakat, doniesienia z „bike biznesu” i sposób na relaks przed wyścigiem.

    1. Plakat dnia

    Tro Bro Leon to jeden z tych „wariackich” wyścigów, gdzie szosowcy omijają szosy szerokim łukiem. Trasa zawodów wiedzie częściowo polnymi drogami w Bretanii. Prosiak jest tradycyjną nagrodą dla najlepszego Bretończyka w tym wyścigu.

    2. Przejęcie dnia

    Amer Sports, korporacja będąca właścicielem takich marek jak: Salomon, Wilson, Atomic, oraz, co ważne z naszego punktu widzenia: Mavic czy Suunto do swojego portfolio dołączy specjalistów od kompozytów, czyli Enve. Amerykański producent znany z jednych z najlepszych na rynku karbonowych obręczy zostanie kupiony za 50 milionów dolarów.

    3. Mark Cavendish vs kostka rubika

    1’50” i gotowe. Spędzając tyle czasu w podróży i pokojach hotelowych można dojść do perfekcji!

  • Poniedziałkowy skrót#34

    Rekord godzinny, wyścigi na Półwyspie Arabskim, niezły początek sezonu CCC Sprandi Polkowice i nieustająca walka o równouprawnienie. Do tego ciekawe plany Bartosza Huzarskiego i prośba o głosowanie w plebiscycie Blog Roku. Poniedziałkowy skrót to jedyna w swoim rodzaju synteza wszystkiego, co najważniejsze w kolarskim światku.

    http://instagram.com/p/y2tHO8NEdZ/

    Dennis nie zawiódł

    Zgodnie z oczekiwaniami, Rohan Dennis pobił rekord godzinny. Co więcej, pobił go wyraźnie, zbliżając się na dziewięć metrów do granicy 52,5km. Wynik jest imponujący, jednak podobnie jak Jack Bobridge, Dennis wyraźnie osłabł w końcówce. Jego załamanie nie było na tyle poważne, by nie obronić prowadzenia. Kolejnym śmiałkiem, za raptem dwa tygodnie, będzie Holender Thomas Dekker. Sytuacja jest o tyle ciekawa, że obecnie nie ma on kontraktu z żadną drużyną zawodową. Podejście do ?godziny? ma być jego szansą na powrót do biznesu. Trzeba pamiętać, że Dekker to znakomity czasowiec, jednak większość dobrych wyników uzyskał przed dyskwalifikacją za doping. Z kolei obecny rekordzista, czyli Dennis, to wschodząca gwiazda światowego kolarstwa, za którym stoi nie tylko wielki talent, ale i wsparcie jednej z bogatszych i mających dostęp do najnowszych technologi grup, czyli BMC. Za to Dekker postanowił postawić wszystko na jedną kartę i do swojej próby podejdzie w Meksyku na wysokości niemal 1900m n.p.m. Kto spodziewał się, że po zmianie przepisów rywalizacja o miano najlepszego kolarza jeżdżącego w kółko przez godzinę po drewnianym torze będzie tak emocjonująca?

    Cavendish rośnie w siłę

    Nie ma nic lepszego dla sprintera, niż zwycięstwa. W tej specjalności, jak w żadnej innej liczy się pewność siebie a tę najlepiej budują kolejne wygrane. Po upadku na pierwszym etapie zeszłorocznego Tour de France, Mark Cavendish długo dochodził do formy. Jego start w Tour of Dubai otwiera kolejny rozdział w karierze. Brytyjczyk zapisał na swoim koncie dwa etapy oraz klasyfikację generalną całej imprezy. Co ważne, rywali miał zacnych, do tego czuje się mocny psychicznie. Jego dobra dyspozycja jest ważniejsza, niż może się nam wydawać. Biorąc pod uwagę, że na rynku jest kilku świetnych sprinterów (Kittel, Degenkolb. Bouhanni, Demare, Kristoff i wielu innych), obecność Cavendisha w wysokiej formie może zaowocować wieloma znakomitymi pojedynkami. Czy czeka nas ?złota era kolarskiego sprintu?, jeszcze nie wiadomo, ale z dzisiejszej perspektywy cały sezon zapowiada się niezwykle emocjonująco.

    Dobry transfer CCC Sprandi Polkowice

    Pozyskanie Słoweńca Gregi Bole to niezbyt głośny, ale znakomity ruch polskiego zespołu. Ten zawodnik jest solidnym sprinterem, który w ciągu roku może wiele razy pokazać się z dobrej strony. W Dubaju, gdzie startowali kolarze w pomarańczowych strojach, Bole na jednym z etapów był siódmy, podobnie jak w Trofeo Tramuntana rozgrywanym kilka dni wcześniej na Majorce. Biorąc pod uwagę klasę konkurentów, można zaryzykować stwierdzenie, że przy odrobinie szczęścia Słoweniec wygra w nadchodzących miesiącach przynajmniej kilka wyścigów.

    Kobiety w Katarze

    Mam ambiwalentny stosunek do kobiecego Tour of Qatar. Pisałem o tym rok temu i od tego czasu niewiele się zmieniło w zasadniczych kwestiach: zarówno sytuacji kobiet w Katarze jak i finansowania kobiecego kolarstwa w Europie. Kronikarski obowiązek nakazuje napisać, że czterodniowe zawody wygrała Lizzie Armitstead z ekipy Boels Dolmans. Obraz nielicznej, choć zamożnej, męskiej publiczności przyglądającej się dziewczynom w lycrze w kraju, gdzie kobietom ciągle niewiele wolno to okazja do dyskusji, którą jednak mało kto podejmuje. W sumie zarówno równouprawnienie w Katarze jak i równouprawnienie w kolarstwie mało kogo obchodzi.

    Huzar-profesor

    Bartosz Huzarski założył swoją, kolarską ?akademię?. Więcej na temat projektu znajdziecie w informacji prasowej np. w rowery.org. Ciekawy jest model finansowania działalności. Część kosztów szkolenia młodzieży ma pokrywać komercyjna oferta trenerska połączona ze zgrupowaniami dla amatorów. Ta bardziej szlachetna część działalności Akademii Kolarskiej Barosza Huzarskiego to współpraca z gminą Sobótka, klubem KS Ślęża i zajmowanie się 12-14 letnimi adeptami kolarstwa.

    Zagłosuj na mnie w konkursie Blog Roku

    Tak, tak, jeszcze kilka razy przypomnę Wam o plebiscycie Blog Roku. Rewelacyjnie działacie i z Waszej strony spotkało mnie niezwykle dużo życzliwości i wsparcia. ALE! Do czołowej dziesiątki i awansu do półfinału, gdzie blogi będą oceniane przez jurorów jeszcze odrobinę brakuje. Zagłosowało Was już ponad 250 osób, zmobilizujcie więc kogo się da i wprowadźmy razem kolarstwo do głównego nurtu internetowych mediów.

    blogroku

    Głosować można SMSem o treści H11229. na numer 7122. Koszt to 1,23zł a dochód przeznaczany jest na fundację ?Dzieci Niczyje?.

  • Poniedziałkowy Skrót #32

    Poniedziałkowy Skrót #32

    Mark Cavendish wygrywa na torze, Kevin Pauwels w przełajach, do tego Andy Schleck wygrywający Tour de France w Pałacu Elizejskim i drużyna Astany niepewna swojej przyszłości. Poniedziałkowy skrót gotowy. Zobacz, co ciekawego wydarzyło się w kolarskim światku przez miniony weekend.

    Seria Cavendisha

    Po drugim miejscu w Gandawie, Mark Cavendish w parze z Iljo Keisse wziął udział w kolejnej torowej ?sześciodniówce?, tym razem w Zurychu. Brytyjski sprinter wraca do źródeł – jego kariera rozpoczynała się na torze, tam zdobywał pierwsze doświadczenia związane z wykorzystaniem siły, szybkości i sprytu. Teraz kilkudniowe imprezy traktuje nie tylko jako dobrą odskocznię od szosy w okresie między sezonami, ale też dobrą bazę związaną z planem ataku na medal olimpijski w Rio de Janeiro. Biorąc pod uwagę, że w 2005r i w 2008r był mistrzem świata w wyścigu Madison (odmiana wyścigu punktowego, tyle, że parami), nie dziwią zarówno wyniki w tegorocznych sześciodniówkach jak i marzenia o złocie Igrzysk.

    Kto rządzi w przełajach?

    Jeśli już mowa o Wielkiej Brytanii, w tamtejszym Milton Keyns rozegrano trzecią eliminacją przełajowego Pucharu Świata. Miejscowość znana jest ostatnio przede wszystkim jako siedziba zespołu F1 – Red Bull Racing. Kolarze poruszają się oczywiście z mniejszą prędkością, ale ich wyścigi są o wiele bardziej ekscytujące. W trzeciej eliminacji tegorocznego pucharu świata zwyciężył trzeci kolejny zawodnik. Po Larsie Van Der Haarze i Woutcie Van Aercie najwyższą dyspozycję zaprezentował Kevin Pauwels. Jego równa forma od początku sezonu zaowocowała również objęciem prowadzenia w klasyfikacji generalnej. W zawodach startował Mariusz Gil, który zajął 29. miejsce. Może się to wydawać wynikiem niezbyt ciekawym, ale biorąc pod uwagę, że raptem kilka lokat przed nim byli choćby Jeremy Powers czy Radomir Simunek, trzeba spojrzeć na sprawę inaczej: poziom sportowy w przełajach jest na bardzo wysokim poziomie.

    O ile wśród mężczyzn gospodarze nie mieli zbyt wiele do powiedzenia, o tyle w wyścigu kobiet Nikki Harris zajęła trzecie miejsce. Triumfowała jednak Belgijka, Sanne Cant.

    Andy Schleck z Pucharem


    Luksemburczyk, choć ogłosił zakończenie kariery, doczekał się w końcu trofeum, które oficjalnie należy mu się za wygranie Tour de France 2010. Andy Schleck na trasie, choć nieco pechowo, uległ Alberto Contadorowi, jednak Hiszpan po długiej batalii sądowo-dyscyplinarnej musiał oddać zwycięstwo z powodu śladowych ilości klenbuterolu znalezionych w próbce krwi pobranej podczas wyścigu. Smak zwycięstwa po ponad czterech latach jest pewnie mocno nieświeży, ale by poprawić wrażenie choć odrobinę, puchar Schleckowi wręczył prezydent Francois Hollande.

    Ciężki tydzień dla Astany

    W tym tygodniu komisja licencyjna UCI zadecyduje, czy grupa Astana będzie nadal zaliczana do grona Pro Teams. To standardowa procedura, licencje przyznawane są ma 1,2 lub 4 lata, po prostu przyszedł czas na rozpatrzenie dokumentów kazachskiego zespołu. Choć finansowo i organizacyjnie wszystko się zgadza, na decyzji cieniem kładą się dopingowe wpadki sportowców reprezentujących barwy drużyny. Co prawda właściwy zespół zhańbiło ?tylko? dwóch braci Iglińskich (za to wpadli na EPO), to kontynentalna młodzieżówka może poszczycić się aż trzema pozytywnymi wynikami testów na sterydy Czy UCI postanowi dla przykładu ukarać Astanę, czy też, zgodnie z literą prawa, potraktuje sprawy w ekipie właściwej i młodzieżowej oddzielnie, dowiemy się za kilka dni. Z pewnością będzie to jednak ekscytujący tydzień, jeśli wziąć pod uwagę zamieszanie w mediach, jakie powoduje ta sprawa.

    Zdjęcie okładkowe: johnthescone, wikimedia commons cc by 2.0

  • Tour w skrócie

    Tour w skrócie

    Tłumy przy trasie, kraksa Cavendisha i żółta koszulka dla Nibalego. Tour de France w Wielkiej Brytanii wystartował z rozmachem.

    Ironia losu

    Mark Cavendish miał wygrać etap do Harrogate i zdobyć choćby na kilkanaście godzin żółtą koszulkę. Podobno podporządkował cały sezon temu jednemu dniu. Nic dziwnego, ?Manx Man? jeszcze nigdy nie był liderem Tour de France a jeśli do regulaminu wyścigu nie wrócą bonifikaty na premiach lotnych i metach etapów najbliższą okazję będzie miał najwcześniej za dwa lata. Za rok wyścig rozpocznie się w Utrechcie od 13km jazdy na czas, zatem szansa by sprinter objął prowadzenie jest nikła.

    Ostatnie metry pierwszego etapu były trudniejsze niż wszyscy się spodziewali. Niewielkie nachylenie szosy sprawiło, że finisz wymagał więcej mocy i choć koledzy z drużyny doprowadzili Cavendisha do linii 500m przed metą, Brytyjczyk spalił się psychicznie. Widząc, że nie odjeżdża rywalom, zaczął się przepychać, wpadł w Simona Gerransa, runął na asfalt i zwichnął bark. Stan zdrowia zmusił go do wycofania się z wyścigu i sześciotygodniowej pauzy. Zakrojona na wielką skalę akcja wizerunkowa legła w gruzach. Specjalny kask Cavendisha pomalowany w brytyjskie barwy miał reklamować fundację zbierającą datki na poszkodowanych i niepełnosprawnych żołnierzy. Tymczasem to niedoszły bohater będzie przez najbliższe dni chodził z ręką na temblaku niczym powstaniec styczniowy.

    Zobacz galerię z drugiego etapu Tour de France:

     

     

    Eksportowy sukces

    Wydawało się, że wizyta Giro d?Italia w Irlandii to szczyt możliwości w kwestii popularności kolarstwa na Wyspach. Tymczasem Brytyjczycy fetują trzydniową obecność Tour de France w swoim kraju z jeszcze większym entuzjaznem. Niemal każdy metr szosy, którą jadą kolarze jest obstawiony szpalerem widzów. Górzysty etap do Sheffield zgromadził tłumy niczym z pirenejskich przełęczy. Tak wielkie zainteresowanie Tourem stawia nowe wyzwania przed organizatorami wyścigu. Póki co nie doszło do żadnego poważnego incydentu, ale jazda w tłumie 70km/h coraz mniej zaczyna podobać się kolarzom. Tym bardziej, że kibice fetują peleton na wiele sposobów, w tym robiąc sobie ?selfies? stojąc tyłem do drogi. Wcześniej czy później ktoś wpadnie pod koła i oby stało się to na podjeździe przy niewielkiej prędkości. Z drugiej strony nie można ustawić 200km barierek – urok kolarstwa to właśnie bezpośredni kontakt widzów z zawodnikami. Tak czy inaczej popularność kolarstwa w Wielkiej Brytanii i Irlandii przechodzi najśmielsze oczekiwania.

    Tłumy kibiców przy szosach w Yorkshire. Fot. Dave Haygarth, flickr, CC BY 2.0
    Tłumy kibiców przy szosach w Yorkshire. Fot. Dave Haygarth, flickr, CC BY 2.0

     

    Zdeterminowany Nibali

    Można pytać po co i zastanawiać się nad sensem akcji Vincenzo Nibalego. Dwie sekundy to niewiele a żółta koszulka obciąża jej posiadacza (konferencje prasowe, zwiększone zainteresowanie mediów, dodatkowe kontrole antydopingowe) oraz kolegów z drużyny (konieczność prowadzenia peletonu). Mimo to Włoch zdecydował się na śmiały atak w końcówce drugiego etapu, sięgnął po zwycięstwo i prowadzenie w klasyfikacji generalnej. Odcinek do Sheffield liczył ponad 3300m przewyższenia i zgodnie z zapowiedziami był niczym wiosenny klasyk w Ardenach. Kolejne podjazdy dokonały selekcji w peletonie, na ostatnich kilometrach na czele pozostała niewielka, wyselekcjonowana grupa najmocniejszych zawodników. Do akcji weszli Froome i Contador sprawdzając swoje możliwości krótkimi szarpnięciami. Inaczej niż na Criterium di Dauphine, tempo konkurentów wytrzymał Vincenzo Nibali a następnie ?poprawił? wzbudzając konsternację w grupie liderów. Peter Sagan, który przyjaźni się z Włochem od czasów jazdy w ekipie Liquigas nie rozpoczął pogoni, Froome patrzył się na Contadora a Nibali zyskał kilkadziesiąt metrów przewagi. Jeśli przyjąć początek wyścigu jako sprawdzian formy, Włoch potwierdził swoje aspiracje i zamknął usta wątpiącym w jego dyspozycję. Nie zapominajmy też, że, cytując klasyka, ?liczy się każda sekunda?. Nawet jeśli zaledwie dwie to nikła zaliczka, jednak przewaga, choćby taktyczna, już teraz jest po stronie Nibalego i zespołu Astana.

    Przestrzeń dla Kwiatkowskiego

    Kontuzja Cavendisha psuje plany zespołu Omega Pharma Quick Step. Zobaczymy, jak teraz rozwiążą kwestię walki o wygrane etapowe. Czy Manx Mana zastąpi ktoś z jego ?pociągu? (Petacchi, Renshaw?), czy może więcej miejsca i wsparcia dostanie polski kolarz. Oczywiście ?Kwiato? nie może rywalizować z klasycznymi sprinterami na płaskich etapach, ale brak Cavendisha powinien zapewnić Polakowi większe wsparcie na pozostałych odcinkach. O tym, że jest w formie, przekonaliśmy się na mecie w Sheffield, gdzie co prawda za Nibalim i Van Avermaetem, ale pokonał Petera Sagana i zajął trzecie miejsce. To wciąż nie jest upragnione zwycięstwo, ale wygląda na to, że doczekamy się go wcześniej niż później.

    Co dalej?

    Dziś sprinterski etap z Cambridge do Londynu alias Londres. Swoją drogą, zabawnie wyglądają angielskie nazwy pisane po francusku lub z francuską manierą na oficjalnych profilach wyścigu, ale cóż, takie prawo właściciela. Bez dnia przerwy kolarze zostaną przetransportowani do północnej Francji i wyruszą w stronę Lille. A już we środę czekają na nich bruki znane z Paryż-Roubaix na etapie z Ypres do Arenbergu.

     

    Zdjęcie okładkowe: peleton TdF w Yorkshire, fot. Dave Haygarth, flickr CC BY 2.0

  • Transferowe sagi w kolarstwie – krótki ranking

    Transferowe sagi w kolarstwie – krótki ranking

    Rewelacja Vuelta a Espana 2013, prawie emeryt Chris Horner po długiej sadze trafia do włoskiego zespołu Lampre-Merida. To nie były ani pieniądze ani prestiż jak w piłce nożnej, ale sprawie towarzyszyły spore emocje. Poniżej krótki ranking najciekawszych historii ostatnich sezonów.

    1. Chris Horner do Lampre-Merida

    Zwycięzca Vuelty ma zbyt wiele wad, by być pożądanym towarem. Jest – jak na profesjonalnego sportowca – stary, jego zeszłoroczny wyskok formy budzi spore podejrzenia a do życzył sobie sporo pieniędzy. 750tyś Euro w połączeniu z ryzykiem inwestycji w takiego zawodnika to było za wiele dla większości drużyn. Dopiero nowy, nieoficjalny menadżer, Baden Cooke pomógł i Horner będzie jeździł we włoskim Lampre-Merida, odraczając emeryturę przynajmniej o rok. Amerykanin ma pojechać Giro jako ?mentor? i Vueltę jako lider drużyny.

    2. Philippe Gilbert do BMC.

    Belgijski zawodnik już w trakcie swojego sezonu marzeń 2011 (genialna wiosna i świetny Tour de France) temu stał się najgorętszym towarem na rynku transferowym. Ponieważ w kolarstwie oficjalnie można podpisywać kontrakty po pierwszym września, pogłoskom i plotkom nie było końca. Ostatecznie Gilbert przeszedł z Lotto do dream teamu BMC. Andy Rhiis, ekscentryczny milioner, stworzył drużynę mistrzów świata, w której jednak Gilbert zupełnie zgasł. Co prawda zdobył tęczową koszulkę, ale do dyspozycji z czasów jazdy w poprzedniej ekipie ma bardzo daleko i myśli nawet o końcu kariery.

    3. Oleg Tinkow kupuje Riis Cycling

    Rosyjscy i arabscy milionerzy chętnie inwestują w sport. Oleg Tinkow nie jest typowym postsowieckim oligarchą, ale ma na tyle pieniędzy, by móc wystarczająco zamieszać w kolarskim światku. Ponieważ jest kontrowersyjny i ma niewyparzony język (oraz twittera), okazało się, że choć w peletonie brakuje kasy, nikt nie chciał jego milionów. W końcu Rosjanin skorzystał z osobisto-dopingowych problemów Bjarne Riisa, przejął jego drużynę z dobrodziejstwem inwentarza: Alberto Contadorem i Rafałem Majką i będzie po swojemu zarządzał zespołem.

    4. Bezpańskie miliony od Alonso

    Kolejny wizjoner, Fernando Alonso, mistrz świata Formuły 1 chce inwestować w kolarstwo. Sam trenuje na rowerze, rywale-kierowcy śmieją się z jego ogolonych nóg. Chce jak Tinkow stworzyć nową jakość i drużynę marzeń. Gdy upadała grupa Euskaltel, przez kilka tygodni tematem numer jeden był pomysł ratowania jej przez hiszpańską gwiazdę motosportu. Alonso ekipę zbuduje jednak sam. Chce wprowadzić technologie, procedury i metody znane mu z F1. Zespół ma być finansowany pieniędzmi z Dubaju, co może przewrócić kolarski rynek transferowy do góry nogami. Na horyzoncie mamy więc spore zamieszanie wokół Petera Sagana oraz Alberto Contadora.

    5. Cavendish do Sky i ze Sky.

    W pędzącym świecie to już przeszłość, ale droga Marka Cavendisha z HTC – Highroad gdzie rozbłysła jego gwiazda do Omega Pharma – Quick Step wiodła przez Team Sky, gdzie stworzył gwiazdorski duet z Bradleyem Wigginsem. ?Manx-Missle? nie czuł się jednak wystarczająco zaopiekowany w brytyjskiej drużynie i przeniósł się do Belgii.

    Pięć wystarczy. Przykładów jest więcej, ale ponieważ to nie piłka nożna, więc wystarczy. Historii kontraktu Roberta Lewandowskiego z Bayernem Monachium i tak nic nie dorówna.

  • 12 Wydarzeń 2011r. Herosi to jednak ludzie

    12 Wydarzeń 2011r. Herosi to jednak ludzie

    Sezon 2011 miał kilku wielkich zwycięzców. Philippe Gilbert, Alberto Contador, Mark Cavendish. Można by długo wymieniać. Choć każdy z nich był przez pewną część sezonu nie do pokonania, ostatecznie przychodził moment, gdy organizm odmawiał dalszej współpracy. W mijającym roku nie oglądaliśmy androidów, tylko – zwyczajnie – wybitnych sportowców.

    Szerzej pisałem o tym tutaj, chwilę po zakończeniu sezonu. Dziś więc w nieco większym skrócie i bardziej syntetycznie. Opinie oczywiście mogą być różne. Np. taka, że Philippe Gilbert wygrywał mimo wszystko za dużo i za łatwo. A na metach etapów bywał za mało zmęczony. Albo, że Contador w ogóle nie powinien startować w Giro. Czy też to, że Cavendish zbyt wiele zawdzięcza wsparciu drużyny.

    Skupiając się tylko na tych trzech zawodnikach, którzy sięgali we wspaniałym stylu po wielkie zwycięstwa wrócę raczej do chwil, gdy przegrywali. Dominator klasyków, Philippe Gilbert nie był w stanie powtórzyć ubiegłorocznej serii i walczyć jesienią. Sezon w wysokiej dyspozycji od Montepaschi Strade Bianche przez ardeńskie klasyki, Tour de France a na weekendzie w Kanadzie kończąc to było dla niego zbyt wiele. W Paryż – Tours i Giro di Lombardia nie zaistniał. Do tego oficjalnie związany był już nową drużyną, jego przyboczni z Omega Pharma Lotto nie kontrolowali peletonu tak precyzyjnie jak wcześniej. Ilość zapałek – możliwych do wygrania startów w sezonie została wypalona a gdy do tego nie miał mu kto pomagać ze stuprocentowym zaangażowaniem w jesiennych klasykach triumfował kto inny.

    Mark Cavendish to z pewnością super sprinter. Jednak jak wielu z nich odpada na większości małych pagórków. To nie Erik Zabel z czasów „złotego wieku EPO”. Co więcej, „Cav” wiele ze swoich sukcesów zawdzięcza pomocy wiernego giermka, Marka Renshawa. Śmiem twierdzić, że Cavendish to nawet nie heros. By wejść do świata sportowych półbogów nie tylko trzeba seryjnie wygrywać, ale też wykazać się pewną klasą. Tej Brytyjczykowi z wyspy Manx z pewnością brakuje. Jest największym kolarskim plotkarzem na twitterze a na rowerze często ociera się o granice fair play. W przyszłym roku będzie woził na plecach tęczową koszulkę. Czy to sprawi, że będzie się inaczej zachowywał? I czy zmieni się z super sprintera w wielkiego mistrza? Jak poradzi sobie bez najlepszego rozprowadzjącego w peletonie, który odchodzi do Rabobanku? Czy stworzy mistrzowski duet z Wigginsem? Pytań jest zbyt wiele. Z pewnością Mark Cavendish to świetny kolarz, ale do bóstwa mu daleko.

    Zanim kilka słów o Contadorze trzeba wspomnieć Grega van Avermaeta. Kolarz teamu BMC, raczej „czarny koń” niż wielki faworyt pokonał w tym roku nowo kreowanego mistrza świata – Cavendisha i niekwestionowanego króla klasyków – Gilberta podczas jednego z bardziej prestiżowych wyścigów sezonu: Paryż Tours. Za takie momenty można kochać kolarstwo. Van Avermaet jako pogromca herosów z pewnością zasłużył na okładkę wpisu.

    Alberto Contador to nieco inna historia. Sprawa z klenbuterolem ciąży nad jego osiągnięciami. Giro wygrał w wielkim stylu, gdy spróbował sięgnąć po dublet i zwyciężyć również w Tour de France okazało się że i on i jego przyboczni są zbyt zmęczeni ściganiem we Włoszech. Alberto zrobił więc co mógł – oddał żółtą koszulkę z honorem, robiąc piękny show dla kibiców, jednak bez szans na wygraną. Na Alpe d’Huez przegrał z młodym francuskim gregario, Pierrem Rollandem. Czy ktoś wyobraża sobie Armstronga w takiej sytuacji? Właśnie etap przez Galibier i Alpe d’Huez dobitnie pokazał, że w sezonie 2011 na rowerach walczyli, i przegrywali, ludzie a nie roboty.

    W rankingu przegrywających z własnymi słabościami i błędami mistrzów miejsce znajdują również Fabian Cancellara, który poległ w wiosennych klasykach, Tom Boonen, którego kariera znajduje się na poważnym zakręcie i bracia Schleck, którzy cały czas borykają się z niemocą względem rywali. Już nie tylko Contadora, ale i Cadela Evansa.

    Herosi pokonani – Nick Nuyens wygrywa we Flandrii

    Herosi pokonani – Greg Van Averamet wygrywa Paryż – Tours

    Dwanaście dni przed końcem roku wystartowałem z podsumowaniem sezonu. Codziennie jedno z dwunastu, moim zdaniem najważniejszych wydarzeń kolarskiego roku 2011. Oto one:

    12. Czeski Offroad
    11. Klenbuterolowa żenada
    10. Zmiany w polskim MTB 
    9. Ewakuacja sponsorów
    8. Srebro Włoszczowskiej
    7. Herosi to jednak ludzie

  • 12 Wydarzeń 2011r. Ewakuacja sponsorów

    12 Wydarzeń 2011r. Ewakuacja sponsorów

    Po sezonie 2011 swój żywot zakończyły ekipy: HTC, Geox, mecenat Flavio Becca’i a na naszym podwórku CCC finansowo spadło do trzeciej ligi. To nie był łatwy rok dla kolarstwa. Światowy kryzys zniechęca do inwestowania w ryzykowne przedsięwzięcia co odbija się na stanie grup zawodowych.

    Roszady wśród ekip z najwyższej półki to nic nowego. Niewiele jest takich, które działają latami ze zbliżonym zestawem sponsorów a nawet najwytrwalsi dyrektorzy sportowi w końcu muszą się poddać. Zazwyczaj działo się tak jednak z powodu afer dopingowych i złego klimatu wokół kolarstwa.

    W tym roku swój żywot zakończyła ekipa, która od pewnego czasu z dopingiem nie miała zbyt wiele wspólnego. Do tego była kuźnią młodych talentów (zatem realnie nie była droga w utrzymaniu bo budżetu nie nadwerężały gwiazdorskie kontrakty), miała w składzie najlepszego sprintera ostatnich sezonów i najwięcej zwycięstw na koncie. Wraz z transparentną polityką antydopingową team Highroad był teoretycznie łakomym kąskiem dla potencjalnych sponsorów.

    Ekipa Geox to nieco inna historia, choć z kilkoma gwiazdami na pokładzie (Menchov, Cobo) to jednak nie miała tak dobrego PR jak Highroad. Mimo tego mając za sobą sezon z dobrymi wynikami w wielkich tourach i charyzmatycznego lidera (wspomniany Cobo, który w świetnym stylu wygrał Vueltę) taki zespół powinien liczyć raczej na przedłużenie współpracy ze sponsorami lub nawet na podwyższenie budżetu a nie na likwidację.

    Team Leopard to z kolei przykład, jak kapryśny miliarder może bawić się przy pomocy zawodowych sportowców a gdy ci nie spełniają jego oczekiwań, odstawić ich w kąt niczym niechciane zabawki. Owszem, Cancellara i bracia Schleck zawiedli, bo nie zdobyli założonych celów, ale była to perspektywiczna ekipa z szansami na sukces w kolejnym sezonie.

    Również polskie CCC od strony sportowej prezentowało się nieźle. Kilka dobrych wyników nie przekonało Dariusza Miłka, że warto rozwijać projekt. W zamian za to obciął go do minimum i po jednorocznym pobycie wśród ekip w pełni zawodowych drużyna wróciła do trzeciej ligi.

    Można za te niepowodzenia obwiniać pojęcie klucz: „Kryzys”. Można zawodników za niewypełnienie sportowych celów. Mam wrażenie, że nie chodzi tu wcale o problemy z budżetem – wszak kolarstwo nie jest astronomicznie drogim sportem, doping – sezon 2011 był wyraźnie „czystszy” od poprzednich ani brak wyników – Cavendish i spółka nawygrywali się aż nadto.

    Jeśli można gdzieś szukać przyczyn, trzeba spojrzeć na sponsoring sportu nieco szerzej. Pisałem o tym niedawno w kontekście klubów amatorskich, to samo może dotyczyć grup zawodowych, nawet najbardziej skutecznych. Aby przekonać mecenasa do łożenia na drużynę, trzeba dać mu coś więcej. Owszem, marketingowiec wyliczy zwrot (o ile mnie pamięć nie myli Wyspy Balearskie miały zwrot z inwestycji w grupę pierwszej dywizji więcej niż dwukrotny), ale niekoniecznie przełoży się on na sprzedaż czy wizerunek. Nowe grupy takie jak Sky czy Garmin zmieniły nieco podejście do tego czym jest grupa zawodowa. Nie są to „drużyny” lecz „projekty” z konkretną identyfikacją (narodową jak Sky) czy wizerunkiem („czyste kolarstwo” jak Garmin). Istotne jest również umiejętne korzystanie z nowych mediów – sama obecność w telewizji czy nieskoordynowane działania na Twitterze (Cavendish) nie muszą przekładać się na możliwość korzystnego zaprezentowania się sponsorowi.

    Sezon 2012 będzie więc inny pod wieloma względami. Powstają „super grupy”, do głosu coraz silniej dochodzi świat angielskojęzyczny. Kolarska konserwa została w wyraźny sposób rozhermetyzowana, niestety, nie obyło się bez strat.

    Zwiastun filmu „The Road Uphill” o braciach Schleck, liderach nieistniejącej już grupy Leopard

    Wygranie Vuelty przez Juana Jose Cobo nie wystarczyło do przetrwania grupy Geox

    Dwanaście dni przed końcem roku wystartowałem z podsumowaniem sezonu. Codziennie jedno z dwunastu, moim zdaniem najważniejszych wydarzeń kolarskiego roku 2011. Oto one:

    12. Czeski Offroad
    11. Klenbuterolowa żenada
    10. Zmiany w polskim MTB 
    9. Ewakuacja sponsorów

  • Przegrywali aż miło

    Przegrywali aż miło

    Alberto Contador, Mark Cavendish, Philippe Gilbert, Bradley Wiggins, Vicenzo Nibali. O Andym Schlecku i Fabianie Cancellarze nie wspominając. W minionym sezonie wielcy faworyci mieli swoje chwile chwały, ale równocześnie zdarzało im się ponosić dotkliwe porażki. Jeśli się zastanowić – to po prostu piękne.

    Tak, sezon 2011 zaskakiwał od początku do końca. Skupiając się na najważniejszych wyścigach trzeba zacząć od Mediolan – Sanremo. Na podium stanęli Fabian Cancellara i Philippe Gilbert. Czyli murowani faworyci wiosennych klasyków. W jednej z licznych kraks odpadła z rywalizacji większość sprinterów. Okazało się, że team HTC ma w rękawie więcej niż jednego asa. Mark Cavendish, który nie zdołał dogonić czołówki został godnie zastąpiony przez Mathew Gossa. Zawodnika, który wcześniej nie wygrał tak wyścigu lub choćby pojedynczego etapu znaczącej imprezy. Zatem faworyci polegli po raz pierwszy.

    Klasyki północy miały być domeną Fabiana Cancellary. Szwajcar był zmotywowany nowym otoczeniem. Team Leopard na papierze prezentował się jak idealna maszyna zaprojektowana do wygrywania. Pierwsze starty sugerowały szokująco wysoką dyspozycję Cancellary. Podczas E3 Prijs zniszczył a wręcz upokorzył konkurentów odjeżdżając im, jak gdyby nigdy nic, na płaskiej, szerokiej szosie. Nie wiadomo czy to tak wstrząsnęło peletonem czy też wszyscy mieli w pamięci jego jazdę z zeszłego roku. Dość powiedzieć, że podczas Dookoła Flandrii i Paryż – Roubaix praktycznie każdy z faworytów wraz z pomocnikami jechał przeciwko niemu. We Flandrii Szwajcar dał się sprowokować Boonenowi na czym skorzystał Nuyens, w Roubaix przegrał z lepszą taktyką ekipy Garmin. Wyniki w klasykach musiały być dla niego naprawdę dotkliwą porażką, tym większą, że fizycznie wydawał się o klasę przewyższać rywali. By tego było mało podczas Tour de France mimo naprawdę ciężkiej pracy nie był w stanie doprowadzić żadnego z braci Schleck do zwycięstwa. Idąc dalej, wydawało się, że zbudował dobrą formę podczas hiszpańskiej Vuelty. Na ostatnich górskich etapach mocno trenował i stając na starcie mistrzostw świata w jeździe na czas był jednym z faworytów. Tony Martin okazał się rywalem nie do pokonania a Bradley Wiggins miał więcej szczęścia i Szwajcar musiał zadowolić się zaledwie brązowym medalem.

    Będąc już przy braciach Schleck i ekipie Leopard, to cóż, przegrali wszystko co było do przegrania. „Wielka Pętla” ułożona była pod możliwości Andy’ego jednak liczne błędy taktyczne uniemożliwiły mu wypracowanie należytej przewagi nad lepiej jeżdżącym na czas Cadelem Evansem. Cancellara, o czym wspomniałem wyżej poległ w klasykach brukowanych, natomiast w Ardenach Andy i Frank Schleck mogli co najwyżej przyglądać się temu co wyprawia Philippe Gilbert. Belg swoją dominację udowodnił najdobitniej podczas Liege-Bastogne-Liege gdy w decydującej fazie wyścigu jechał sam przeciwko dwóm rywalom, braciom Schleck, których ograł w sposób perfekcyjny.

    Gilbert sezonu takiego jak 2011 może już nigdy nie powtórzyć. Wygrywając cztery ardeńskie klasyki, podwójne mistrzostwo kraju, etap Tour de France (niemal do końca był faworytem walki o zieloną koszulkę, co jest nietypowe, ponieważ nie jest sprinterem), Clasica San Sebastian, jednodniówkę w Montrealu czy Strade Bianche wpisał się do grona kolarzy wybitnych. Koniec końców okazało się, że jest tylko człowiekiem. Posługując się metaforą Joe Friela, Gilbert wypalił wszystkie zapałki i na jesienne klasyki oraz mistrzostwa świata sił już nie starczyło tym bardziej, że po genialnej pierwszej połowie sezonu był pod większą presją kibiców i mediów oraz baczną obserwacją rywali. Było to widczone szczególnie podcza Paryż – Tours i Giro di Lombardia, gdzie było mu równie ciężko jechać przeciwko koalicji konkurentów co Cancellarze wiosną.

    Skoro już wspomniałem o jesieni, to trudno nie napisać kilku zdań o Marku Cavendishu. Wydawać by się mogło, że ma za sobą, podobnie jak Gilbert, sezon – marzenie. Trzy wygrane w Giro d’Italia, pięć w Tour de France i koszulka najlepszego sprintera. Do tego wykorzystał szansę, jaką raz na jakiś czas kolarze jego specjalności dostają od UCI i wygrał mistrzostwo świata ze startu wspólnego na stosunkowo płaskiej, czyli przygotowanej de facto dla niego trasie. Co zatem było nie tak? Cóż, jeśli ktoś jest topowym sprinterem i ma na swoim koncie wygraną w Mediolan – Sanremo to brak obecności w czołowej grupie na mecie tego wyścigu jest porażką. Nawet jeśli spowodowaną przez kraksę. Co więcej zawodnik z wyspy Manx będąc w szczytowej formie w spekatkularny sposób poległ podczas innego sprinterskiego klasyku: Paryż – Tours. Być może na fakt, że jego pomocnicy nie opanowali peletonu i oddali zwycięstwo ucieczce wpłynęła sytuacja ekipy HTC dla której był to jeden z ostatnich występów w sezonie. Tyle, że to sam, nowo kreowany mistrz świata zaordynował zaprzestanie pogoni, bo był zwyczajnie zmęczony…

    Pozostaje jeszcze Alberto Contador. Zanim jednak o nim, słów kilka o Vicenzo Nibalim. Przegraną w Giro można by mu „wybaczyć” gdyby nie fakt, że poległ nie tylko w starciu ze znakomicie dysponowanym Hiszpanem, ale również z lokalnym rywalem, czyli Michele Scarponim. Na starcie Vuelta Espana stanął z kolei jako obrońca tytułu by po bezbarwnej jeździe zająć siódmą lokatę. Oba te rezultaty wciąż są niezłe i dobrze rokują na przyszłość. Nibali ma ciągle więcej przed sobą niż za sobą a fakt, że rok temu wygrał Vueltę nie jest argumentem który ma go stawiać w roli murowanego faworyta wielkich tourów. Zatem to z czym przegrał to nie tylko lepsza dyspozycja rywali ale przede wszystkim oczekiwania i PR grupy Liquigas. Podejrzewam, że dodatkowo nakręcane lokalnie, ponieważ traktujemy tę ekipę oraz jej liderów jako „swoich” ze względu na jeżdżących dla nich polskich gregario. Tak więc Nibali ma jeszcze czas by trafić do grona Wielkich Przegranych, podobnie jak Bradley Wiggins, który i tak z każdym kolejnym występem w wielkim tourze jedzie ponad to, czego w najśmielszych oczekiwaniach mogli mu życzyć najwierniejsi fani.

    Na koniec wspomniany Contador. „Pistolet” podjął pierwszą od czasów Pantaniego próbę wygrania dubletu Giro-Tour w jednym sezonie. Tour, choć z klasą, przegrał, zatem cały test został oblany. Tyle tylko, że nie wierzę, by tegoroczne podejście do dubletu było wcześniej planowane. Mordercze Giro i Tour który odbierał część atutów Hiszpanowi a dawał je braciom Schleck to nie były najbardziej optymalne warunki. Contador pojechał Giro, bo nie był pewny startu w Tourze a gdy mu na to pozwolono nie wypadało zdezerterować. Obronił pozycję najlepszego specjalisty wyścigów etapowych, to pewne. Do każdego kolejnego nadal będzie przystępował jako główny faworyt. To, że mógł w ogóle startować w sezonie 2011 już samo w sobie można uznać za sukces. Jeśli w najbliższym czasie UCI, WADA i CAS ostatecznie odstąpią od wymierzenia mu kary za ślady Clenbuterolu w organizmie podczas ubiegłorocznego Tour de France będzie zwycięzcą i w przyszłym roku prawdopodobnie znów stanie na podium w Paryżu w żółtej koszulce. Jeśli organy sportowej administracji zaskoczą nas wyrokiem skazującym, odbiorą Hiszpanowi zdobyte laury i zawieszą na dwa lata… cóż. Całą powyższą listę będzie można skasować. Największym przegranym będzie właśnie Alberto Contador.

  • Nie ma nic nad Klasyki

    Nie ma nic nad Klasyki

    Niech mi wybaczą marketingowcy z UCI, ale mogą sobie organizować dowolnie wiele wyścigów w Chinach, Australii czy nawet na księżycu. Mogą za to płacić uczestnikom wysokie startowe albo zmuszać ich do uczestnictwa szantażem. Ostatni prawdziwy akcent kolarskiego sezonu przed nami: jesienne klasyki.

    W moim prywatnym rankingu imprez kolarskich, wyścigi jednodniowe stawiam zdecydowanie przed etapówkami. Fakt, gdy przychodzi maj, z uwagą śledzę Giro. W lipcu, co oczywiste, fascynuje mnie walka o żółtą koszulkę Tour de France. Ale jeśli mogę powiedzieć, że z niecierpliwością oczekuję relacji a nawet planuję sobie popołudnie przed telewizorem, dotyczy to właśnie klasyków.

    Mediolan – Sanremo, Flandria, Paryż – Roubaix wiążą się z oczekiwaniem na wiosnę i prawdziwe ściganie na początku sezonu. Szczególnie u nas, gdy przy drogach często jeszcze leży śnieg, peleton finiszujący w popołudniowym słońcu na liguryjskim wybrzeżu rozpala wyobraźnię. Następnie przychodzi czas zmagań prawdziwych herosów. Chyba nic tak bardzo jak flandryjskie bruki nie łączy współczesności z historią kolarstwa. Łączność radiowa, gps, najnowsze technologie przestają się liczyć w konfrotnacji z sytuacją, gdy niemal stuprocentowy faworyt staje na poboczu z przebitą szytką a samochód techniczny nie może przecisnąć się do przodu w kolumnie wyścigu jadącej po wąskiej drodze pośród pól…

    Jesienią sprawa wygląda nieco inaczej. Jesteśmy po najważniejszych i najbardziej emocjonujących wydarzeniach sezonu. Najcenniejsze trofea zostały już rozdane. W Lombardii (a od niedawna również w Paryż – Tours) mistrz świata ma szansę zaprezentowania tęczowej koszulki. To zawsze jest okazja do zweryfikowania możliwości nowo mianowanego czempiona.

    Wygrana Paolo Bettiniego w Lombardii, kilka dni po zdobyciu mistrzostwa świata (2006) była chwilą szczególnie wzruszającą. W przerwie między dwoma prestiżowymi wyścigami w wypadku samochodowym zginął brat włoskiego kolarza. Bettini, choć w świetniej formie, musiał zmierzyć się z osobistą tragedią. Myślał nawet o zakończeniu sportowej kariery, ale podjął wyzwanie i w hołdzie bratu odniósł jedno z najpiękniejszych zwycięstw w swojej karierze.

    W tym roku stając na starcie Paryż – Tours w tęczowej koszulce, Mark Cavendish będzie zamykał pewien etap w historii kolarstwa. Dwudziestoletnia epoka grupy znanej najpierw jako Team Telekom a ostatnio jako Highroad dobiega właśnie końca. Sytuacja w której drużyna z najlepszym sprinterem, trzema kolarzami z podium mistrzostw świata i wieloletnim dorobkiem nie jest w stanie znaleźć finansowania pokazuje, jak trudną sprawą jest prowadzenie zawodowej grupy kolarskiej. Trasa z Paryża do Tours preferuje sprinterów i choć w końcówce długiego wyścigu trudno jest kontrolować peleton, Cavendish jest z pewnością jednym z faworytów. Jego ewentualna wygrana byłaby więc szczególnym symbolem.

    Takich historii, anegdot, nawiązań czy kontekstów można znaleźć bez liku. Wyścigi klasyczne tworzą klimat, legendę i atmosferę. Przez lata budowane są wokół miejsc, które stają się obiektami kultu dla kibiców. Nawet, jeśli wiadomo, że dany wyścig rozstrzygnie się w bardzo określonym miejscu, co roku dzieje się to w inny sposób. Nic więc dziwnego, że gdy postanowiono zmienić trasę Dookoła Flandrii, miejscowi fani urządzili symboliczny pogrzeb kluczowego podjazdu (Mur de Grammont). Klasyki to esencja kolarstwa: taktyki, siły, pracy zespołowej i niezbędnej odrobiny szaleństwa.

    Zawodowcy zaczynają dziś żegnać mijający sezon. Przed nimi Giro dell’Emilia (sobota, 08.10), Paryż – Tours (niedziela, 09.10), Giro del Piemonte (czwartek, 13.10) i wreszcie Giro di Lombardia (sobota, 15.10). Czy „Cav” wygra w Tours w koszulce mistrza świata? Czy Philippe Gilbert okaże się nadczłowiekiem i zakończy swój sezon życia kolejnym pięknym zwycięstwem? A może Samuel Sanchez triumfując w Lombardii w końcu wpisze do swojego portfolio jeden z kolarskich monumentów? Oglądajcie tegoroczne jesienne Klasyki. Naprawdę warto.