Tag: maratony

  • Jedz normalnie – posiłki regeneracyjne

    Jedz normalnie – posiłki regeneracyjne

    To ten czas. Przechodzimy z biernego kibicowania kolarzom na czynne starty w zawodach. Po wyścigu dobrze jest coś zjeść. Najlepiej, aby było pożywne, zdrowe i niesłodkie. Żele, batony i węglowodany w płynie przyjmowane w trakcie jazdy powodują, że sama myśl o cukrze powoduje nieprzyjemną reakcję organizmu.

    Posiłek regeneracyjny po zawodach mtb
    Posiłek regeneracyjny po zawodach mtb – klasyczna kiełbaska, przynajmniej ładnie wypieczona

    Nie wiem, co będę jadł po wyścigach w tym roku. Pewnie nie raz i nie dwa skuszę się na rarytasy, które organizatorzy przygotowali dla zawodników. Taki gest dobrej woli w rewanżu za przybycie i opłatę startową. W ciągu ponad dwudziestu lat przygody z mtb, na palcach jednej ręki mogę wymienić posiłki regeneracyjne, które miały sens.

    Ugotowanie i przechowanie przez kilka godzin makaronu, by nie stał się rozgotowaną breją nie jest proste. Podobnie jak zrobienie sosu, który składa się z czegoś innego niż parówek i rozwodnionego koncentratu pomidorowego. Zamiast skomplikowanych w obróbce i – jak się okazuje – kosztownych dań, dostajemy często bigos, grochówkę lub pieczoną kiełbasę. Zazwyczaj jest to tłuste i średnio jadalne.

    Posiłek regeneracyjny po zawodach mtb
    Posiłek regeneracyjny po zawodach mtb – żurek, tłusty, z jajkiem (tyle dobrze) i podejrzaną wędliną

    Czasem bywa, że organizator się postara i posiłek jest smaczny, ba, nawet wygląda zachęcająco. Mimo to i tak daleko mu do wymogów jedzenia, które powinno się przyswoić po intensywnym i długotrwałym wysiłku.

    Rozgrzeszenie należy się lokalnym społecznikom, którzy robią wyścigi z niewielkim budżetem, a ich celem nie jest komercyjny zysk. Co ciekawe, często to oni wypadają lepiej na tle firm żyjących z imprez masowych. Przynajmniej się starają.

    Posiłek regeneracyjny po zawodach mtb, makaron zaskakująco mało rozgotowany, z mielonym mięsem, ale nie mogło zabraknąć parówki!
    Posiłek regeneracyjny po zawodach mtb, makaron zaskakująco mało rozgotowany, ale za to z sosem na bazie mielonki i parówek

    Kłopot mają nie tylko ?normalsi?, ale też wegetarianie. Bywa, że pozostaje im zjedzenie suchej bułki z musztardą. Często spotykają się z kompletnym niezrozumieniem swoich potrzeb a swoistym hitem stało się stwierdzenie ?może pan to zjeść, w tym klopsie nie ma za wiele mięsa?.

    Realnie rzecz ujmując i patrząc na serwowane posiłku, pomysł na bycie ?wege?, może być po prostu bezpieczniejszy dla żołądka.

    Posiłek regeneracyjny po zawodach mtb - żurek, wersja oszczędnościowa
    Posiłek regeneracyjny po zawodach mtb – żurek, wersja oszczędnościowa

    Innym tematem są wyścigi etapowe. Wspomnienia wiążą się z poczuciem, że o mnie zadbano. Wszak procent tych, którzy dojadą do mety kolejnego dnia wpływa na zadowolenie klientów. Usatysfakcjonowani i syci wrócą za rok, głodni i z sensacjami – nie. Dobre wyżywienie na etapówce jest więc istotne i z tego co sam pamiętam sprzed lat, jak i wiem z bardziej aktualnych relacji, jest nieźle.

    Posiłek regeneracyjny po zawodach mtb
    Posiłek regeneracyjny po zawodach mtb – Słowacy mają gest: do wyboru bryndzowe haluszki lub gulasz, Kofola, Piwo lub Piwo bez alkoholu

    Problem z posiłkiem przed i postartowym jest wbrew pozorom spory. Gdyby kłopotliwy był sam dobór dań w menu, można by na sprawę przymknąć oko. Nie słyszałem co prawda, by ktoś się zatruł makaronową breją serwowaną ?na bloczek? po zawodach, ale już z jedzeniem w drodze do domu bywa różnie. Stąd też częstym widokiem są samochody z rowerami mającymi nieodpięte jeszcze numery startowe, zaparkowane rzędem przed przydrożnym McDonaldsem.

    Posiłek regeneracyjny po zawodach mtb
    Posiłek regeneracyjny po zawodach mtb

    Ten tekst powstał już jakiś czas temu, niektórzy organizatorzy poprawili swój standard, inni, choć może się to wydać trudne, temat odpuścili jeszcze bardziej. Poniżej znajdziecie jeszcze kilka zdjęć „powyścigowej paszy”. Jeśli macie swoje obrazki, wrzućcie w komentarzach :)

    Posiłek regeneracyjny po zawodach mtb - ten bigos był smaczny a w składzie miał sporo niezłej jakości mięsa
    Posiłek regeneracyjny po zawodach mtb – ten bigos był smaczny a w składzie miał sporo niezłej jakości mięsa
    Posiłek regeneracyjny po zawodach mtb
    Posiłek regeneracyjny po zawodach mtb – „lekkostrawna” fasolka po bretońsku, uszlachetniona, a jakże, parówkami

     

    Posiłek regeneracyjny po zawodach mtb
    Posiłek regeneracyjny po zawodach mtb – kolejna wersja bigosu

     

  • Sezon ogórkowy

    Wróciłem na rower i wystartowałem w kilkunastu wyścigach. Głównie XC, do tego dwa maratony. Naprawdę za tym tęskniłem, to świetne doświadczenie, polecam każdemu. Przy okazji rozejrzałem się po krajowej scenie mtb. Zamiast klasycznego podsumowania sezonu, garść wrażeń.

    Nie wiem, ile osób brało w tym roku udział w zawodach. Być może magazyn bikeBoard znów policzy ilość ?osobostartów? w maratonach. Temu, kto wklei wszystkich do Excela, usunie duplikaty i wyciągnie wnioski należy się sława, chwała i należna cześć od branży rowerowej. Wiem natomiast, że tak jak w latach ubiegłych, zainteresowanych regularnymi startami, rywalizacją o czołowe lokaty i zbieraniem punktów do klasyfikacji generalnych była garstka.

    Puchar Szlaku Solnego 2013

    Połączyłem zawodników w sportowym ?wieku produkcyjnym?, czyli między 20 a 40 rokiem życia i sprawdziłem, ilu z nich znalazło się ponad kreską, oznaczającą wymaganą ilość startów do bycia sklasyfikowanym w ?generalce? (na właściwym maratonom dystansie Giga). W najtrudniejszej lidze, MTB Marathon, było to 38 mężczyzn i 6 kobiet. W najbardziej popularnej serii imprez, która odwiedza góry, czyli Bikemaraton, dzielnych mężczyzn było 36 zaś kobiet jest 19 (panie na dystansie Mega).

    W Pucharze Polski (w większości w ramach cyklu Skandia) na liście widnieje 27 nazwisk męskich i 6 żeńskich. Podobnie sprawa wygląda na wielu mniejszych seriach maratonów oraz na wyścigach cross country. Osób zdeterminowanych na tyle, by przez cały sezon regularnie walczyć o punkty jest więc niewiele.

    Nie oszukujmy się, niemal wszyscy to amatorzy. Nawet czołowi kolarze górscy rywalizujący na krajowych trasach nie żyją z jazdy rowerem. Właściwie każdy ma źródło dochodu, które zabezpiecza jego poboczne potrzeby, takie jak dach nad głową i pożywienie. Podstawowe, czyli jazdę w wyścigach, najlepszym zapewniają sponsorzy, średni nieco do tego interesu dokładają a słabsi większość budżetu startowo – treningowego pokrywają z własnej kieszeni.

    Skandia Maraton 2013

    Z drugiej strony, aby stanąć na podium, choćby w regionalnych zawodach, trzeba być przygotowanym. Kilkuset kolarzy górskich codziennie wsiada na rower z myślą, by zrealizować swój cel. Wygrana, pierwsza piątka, pierwsza dziesiątka. Dekoracja, puchar, medal, dyplom. O nagrodach celowo nie wspominam, choć bywa, że to one decydują przy ustalaniu indywidualnego planu startów.

    Mamy więc listę zwycięzców i dekorowanych. Sam skorzystałem z takiej możliwości. Wracając w tym sezonie na rower wybrałem dwie serie zawodów i liczyłem po cichu, że będę w nich w stanie rywalizować z kolegami o miejsca w czołówce. Efektem było podium w klasyfikacji generalnej regionalnego cyklu zawodów XC. Wiem, że gdyby jeden z konkurentów inaczej ułożył swój kalendarz, byłbym nie trzeci a czwarty. Ponieważ tego nie zrobił, udało się i jestem trzeci na podwórku. On jest za to pierwszy na swoim.

    W sezonie są trzy faktycznie ważne wyścigi. Mistrzostwa Polski w XC, w Maratonie oraz wyścig Mai Włoszczowskiej. Reszta ma mniejsze znaczenie. Bo czym jest maraton, który choć trudny, nie przyciąga na start więcej niż kilku zawodników. Albo czym jest Puchar Polski, który choć daje pieniądze, punkty i obecność w telewizji jest powszechnie krytykowany i kontestowany przez wyczynowych kolarzy. Nie widzę powodu, by narzekać na to, że tego samego dnia prawnik z Warszawy jedzie 500km na maraton w Sudety, student z Podkarpacia 50km do pobliskiej miejscowości na xc a aspirujący zawodnik ze Śląska na Puchar Czech. Tak chcieli, to sprawia im największą przyjemność i uważają, że jest to dla nich najlepsze.

    Puchar Tarnowa 2013

    Szkoda tylko, że tak mało jest imprez, które byłyby czymś więcej niż ?ogórkiem?. O ile trudno mieć pretensje do komercyjnych, prywatnych firm, które szukają klientów wpłacających wpisowe, o tyle Polski Związek Kolarski mógłby wykazać się większą uwagą przy ustalaniu kalendarza. Pokrywające się terminy amatorskich imprez nie szkodzą nikomu. Dorośli, zamożni ludzie mogą sami podejmować wybory, których jedyną konsekwencją będzie co najwyżej utrata części potencjalnych wrażeń, jakie dostarczają im weekendowe wypady na wyścigi. Sytuacja, gdy kluby szkolące młodzież muszą rezygnować z ważnych imprez, których jest jak na lekarstwo, bo w tym czasie rozgrywane są np. mistrzostwa regionu to większy problem. Tym bardziej, że zawodów dla kolarzy wyczynowych jest jak na lekarstwo, zatem zajmujący się nimi Związek powinien wykazać się większą uwagą. Tak, by zamiast sezonu ogórkowego z kilkoma świetlanymi akcentami przedstawić propozycję, która sprawi, że częściej na linii startu pojawiać się będzie nie dwóch a pięciu równorzędnej klasy sportowców. Pretendenci do medali imprez mistrzowskich powinni mieć możliwość wspólnej rywalizacji częściej niż trzy, cztery razy w sezonie. Bo to i lepiej dla nich i lepiej dla kibiców i lepiej dla organizatorów zawodów.

    Puchar Tarnowa 2013

    Ponieważ bycie medalistą póki co mi nie grozi, własny, przyszłoroczny kalendarz startów ułożę tak, by znów fajnie spędzić kilkanaście weekendów od kwietnia do października. Mieć motywację do treningów, spotkać znajomych, dobrze się pościgać. Złapać sporo pozytywnej energii, którą dostarcza mi udział w zawodach. Przeżyć coś ciekawego, doświadczyć czegoś nowego, poszukać nowych wyzwań. Może coś wygrać, może coś przegrać. Ponieważ i tak cała ta zabawa ma wymiar czysto osobisty i wpływa głównie na moje własne dobre samopoczucie, nie zamierzam się przejmować tym, czy pan X dogada się z panem Y co do terminów, nagród i lokalizacji. I tak będę miał do wyboru kilkadziesiąt imprez, zdecyduję się na te, które z wyżej wymienionych powodów będą dla mnie, prywatnie i osobiście, najcenniejsze.

  • Święty Mikołaju, przynieś mi Sponsora!

    Święty Mikołaju, przynieś mi Sponsora!

    Kto chce w przyszłym roku być w formie właśnie zaczyna trenować. Kalendarze ogłoszone, można więc budować dyspozycję. Cóż z tego, skoro spora część czołowych zawodników dyscyplin outdoorowych będzie się ścigać wyłącznie „za swoje” niemal bez żadnego wsparcia finansowego.

    Sprawa dotyczy szeroko pojętego amatorskiego sportu wyczynowego. Imprezy masowe, prócz tego, że gromadzą na starcie tysiące uczestników, dla których sam udział jest przygodą, zachęcają także do podnoszenia umiejętności i kwalifikacji. Pojawiają się specjaliści, kształtuje się czołówka. Dla kilku procent granica między sportem a rekreacją jest wyraźnie nakreślona i wiedzą, po której stronie się znajdują. Setki godzin treningów przed każdym sezonem, tysiące złotych wydanych na sprzęt, odżywki, zgrupowania. Później dochodzą dojazdy na zawody, noclegi, dieta. wpisowe… Obojętne, czy jesteś kolarzem, biegaczem czy AeRowcem, ładujesz w to, by być amatorem przez duże „A”, kupę kasy.

    Bart Brentjens w krótkim wywiadzie  zwrócił uwagę, że kolarze-amatorzy próbują robić to wszystko co kolarze-zawodowcy. Trenują, jedzą, regenerują się, dobierają sprzęt i tak dalej. To prawda. Przegrywają, bo nie mają tyle czasu na ćwiczenia, odpoczynek, brakuje im lat doświadczenia a często podstaw, jakie profesjonalista zyskuje w wieku juniorskim. Tracą w jeszcze jednym elemencie. Sponsorzy. Filantropi. Mecenasi. Płacą za to, by ktoś inny mógł jeździć, biegać, skakać, pływać. Tyle, że ostatnio jakby mniej. A tym, którzy są mniej profesjonalni w swoich działaniach – w ogóle.

    Powiedzmy sobie szczerze, reklamowanie firmy, która nie jest działalnością gospodarczą ojca kolegi w zamian za „wpisowe i koszulkę” dla kogoś, kto całe życie poświęca na trening jest upokarzające. Przypomina się w tym miejscu facebookowa akcja sfrustrowanych, młodych projektantów: „Jestem ilustratorem ? zrobię grafikę za bułkę„. Ok, każde wsparcie jest ważne, ale niejeden klub ma sponsora tytularnego, który płaci 5000 (pięć tysięcy) złotych rocznie. I nie jest to lokalny zakład masarski, lakiernik czy piekarnia, która wspiera zawodnika ze swojej gminy, lecz ogólnopolska marka lub nawet światowy koncern łożący na grupę sportową z ambicjami. Trudno się dziwić zniechęceniu zawodników, których pasja wbrew pozorom nie jest kosztowna, zwłaszcza w porównaniu z piłką nożną, rajdami samochodowymi czy skokami na spadochronach a którzy nie mogą mieć zagwarantowanych godziwych warunków.

    Popatrzmy jednak na sprawę z drugiej strony. Mamy kryzys i nawet bogatych może nie być stać na filantropię. A nawet jeśli mieliby ochotę, to w pierwszej kolejności można wymienić przynajmniej dziesięć innych, lepszych i bardziej wartościowych celów niż wspieranie, zdrowych, dorosłych i często zarabiających powyżej średniej krajowej ludzi, którzy chcą realizować swoje fanaberie.

    Niestety sport wyczynowy to biznes. Potrzebny jest zwrot. Nie musi być przekładalny stricte na sprzedaż, może  również budować pozytywny wizerunek sponsora. A w zdecydowanej większości przypadków tak nie jest. Być może jesteś jednym najlepszych sportowców w swojej specjalności, jednak sama obecność na zawodach, nawet poparta znakomitymi wynikami nie wystarczy. Jeśli chcesz się odwdzięczyć swojemu darczyńcy, musisz sprzedać ludziom swoją historię. Zrobić event, zaangażować się, dołożyć coś ekstra.

    Było wiele projektów, kosztujących spore pieniądze i angażujących wiele osób, które się nie sprawdziły. Było, minęło, nikt nie pamięta. Projektów amatorskich, półzawodowych lub, pozornie, w pełni profesjonalnych. Nudny PR, standardowy zestaw czynności marketingowych, bazowanie tylko na wynikach zawodników i obecności w mediach branżowych. To na nic. Zwrot jest wtedy tylko hipotetyczny, ponieważ przekaz trafia niemal wyłącznie do wąskiej grupy zainteresowanych. Trudno więc się dziwić, gdy potencjalny sponsor woli wesprzeć lokalną drużynę trampkarzy (ach ci przeklęci piłkarze, którzy zabierają nam kasę), gdzie ma przynajmniej gwarancję, że część dzieciaków zobaczy coś więcej niż ławkę przed blokiem i w ten sposób „wyjdzie na ludzi”, niż grupkę zapaleńców, od których w ostatecznym rozrachunku nie dostanie nic poza kolejnym roszczeniem „daj”.

    Przed biegiem na Kasprowy słyszałem przypadkiem, gdy jedna z czołowych zawodniczek biegów górskich żaliła się, że media o niej nie piszą. Za to o jej rywalce niemal non stop, mimo, że ta jest zazwyczaj od niej słabsza. Cóż, po prostu ta słabsza dostarcza mediom ciekawy content. Może nie porywający, ale sensownie przygotowany, ze zdjęciami i napisany po polsku, do tego bez wyczuwalnego na kilometr sztucznego zadęcia. Znakomitych klubów lub zawodników indywidualnych, którzy nie radzą sobie w świecie wciąż ewoluujących mediów jest wielu. Biegacze, kolarze, triatloniści. Tych, którzy dobrze się promują, policzyć można na palcach jednej ręki.

    Zanim zaczniesz szukać sponsora, zapytaj znajomych z pracy, czy słyszeli kiedyś o mistrzu polski dyscypliny, którą z takim zapałem uprawiasz. I czy w ogóle rozróżniają maraton od downhillu („aaa… to takie jeżdżenie po górkach”) lub bieg górski od „Biegnij Warszawo” („to ci co blokują pół miasta”).

  • Piętnastu dzielnych ludzi

    Piętnastu dzielnych ludzi

    Piętnastu mężczyzn w wieku 20-30 lat zostało sklasyfikowanych w „Top-5 Giga” serii MTB Marathon. Wynikałoby z tego, że tylu jest w kraju zawodników elity, którzy chcą lub mogą ścigać się górskich maratonach rowerowych. Mało? Dużo? W sam raz?

    Tymczasem na facebookowym profilu Bikemaratonu toczy się uroczy flejm w stylu sprzed niemal dekady. Poszło o frekwencję i o to kto ma dłuższego czyje maratony są lepsze. Czy te, które gromadzą na starcie więcej uczestników czy może te, które najbardziej zapadają w pamięć prowadząc trasę przez dzikie, leśne ostępy w mało znanych górskich rejonach. Jest też taka, którą oficjalnie wszyscy gardzą, bo jest do bólu komercyjna (a tak naprawdę zazdroszczą sukcesu) oraz taka, która może nie błyszczy w rankingach, ale za to ma relacje w telewizji.

    Będąc wewnątrz pewnej społeczności różnice, które oddzielają ją od otoczenia, stanowią o własnej tożsamości i wyjątkowości są dla zainteresowanych bardzo wyraźne. Tym bardziej, im bardziej samemu jest się zaangażowanym. Jeśli przez ostatnie dziesięć miesięcy ktoś wypruwał sobie żyły ciężko trenując, wydał przynajmniej kilka tysięcy złotych na dojazdy, noclegi i rekonstrukcję sprzętu a do tego spędził ten czas jeżdżąc na rowerze z po prostu fajnymi ludźmi, trudno odmówić prawa do pewnego rodzaju sentymentu. Sentymentu, nieco przygasającego, gdy spojrzeć na szkiełko z postrzępioną wstążką ozdobione przyklejoną na dwustronnej taśmie plastikową tabliczką, które bywa nagrodą za zajęcie premiowanego miejsca w niemal dowolnej serii imprez.

    A co, jeśli wyjść z grona krewnych i znajomych królika? Spojrzeć na maratony okiem zwykłego śmiertelnika? Mam znajomych, którzy regularnie odwiedzają krakowskie Błonia, gdy tylko jest tam jakaś rowerowa impreza. Kolega chce powspominać dawne czasy, zobaczyć, jak wyglądają współczesne rowery, przyglądnąć się zawodnikom. Jego partnerka dla odmiany traktuje to jako okazję do miłego spędzenia czasu i szansę na obserwację „ludzi z pasją”. Sama ma swoją, więc otoczenie różnego rodzaju freaków dobrze jej robi. Efekt? Nie widzą różnicy. Czy to Lang, Golonko, Grabek lub Zamana, wrażenia są te same. Jadą, jest ich dużo, nic się nie dzieje, wracają, wchodzą na dekoracje. Dziesiątki klasyfikacji, więc nie wiadomo, kto wygrał. Tak, brak kategorii open to spory problem. Dwudziestodziewięciolatek oddzielony w klasyfikacji od trzydziestojednolatka to absurd.

    Kolejna sprawa, to nieobecność gwiazd. Jeśli na starcie staje Maja Włoszczowska czy Marek Galiński, jest to traktowane w kategoriach wydarzenia. Często zresztą nasi kadrowicze maraton traktują towarzysko-treningowo. Trudno się dziwić, wszak to impreza masowa. Ale maratony nie kreują również swoich własnych bohaterów. Zarówno w top5 MTB Marathonu, czyli, docelowo najtrudniejszej a zatem najbardziej prestiżowej serii imprez, jak i w szerszej klasyfikacji tego cyklu a także na Bikemaratonie próżno szukać medalistów mistrzostw Polski. No dobrze, nadinterpretacją jest, że na maratonach ścigają się całkowici amatorzy. Ale nieliczna grupa zawodników – nazwijmy ich wyczynowymi –  rozpierzchła się po seriach, ligach, cyklach i edycjach. Jak zawsze najbardziej dotkliwe jest to dla kobiet, które chcąc się ścigać wkładają równie wiele pracy w przygotowania co mężczyźni a zdarza się, że nie są w stanie skompletować obsady na pełne podium. Więcej jest więc przygody, wyzwania, pasji niż sportu jako takiego.

    Zatem skoro są to imprezy dalekie od wyczynu, jak rozróżnić, która jest lepsza i ważniejsza? Argument „najbardziej prestiżowa seria maratonów, bo wjeżdża na górskie szczyty powyżej tysiąca metrów i oferuje prawdziwe mtb” trafia więc tylko do zainteresowanych. Jeśli gros startujących to i tak amatorzy a większość z nich nie aspiruje do bycia sportowcem wyczynowym (bo ich nie stać, bo nie mają czasu, bo mają inne priorytety a na rowerze zmęczyć się po prostu lubią), jaka jest różnica, czy wjadą na Śnieżnik czy na górkę pod Otwockiem? A w ogóle, to gdzie leży Śnieżnik? W tym kontekście wygrywa ten, kto zorganizuje imprezę bardziej masową, czyli z większą frekwencją.

    Rywalizację kolarzy górskich ogląda się fajnie. To niezły sposób na spędzenie dnia na świeżym powietrzu. Aby było co oglądać, potrzebna jest frekwencja nie mas a zawodników wyczynowych i ich wymierna, sportowa walka. Reaktywację Pucharu Polski w maratonie w ramach serii Skandia przyjąłem z cichym entuzjazmem. Bo choć przeprowadzona w najgorszym stylu Polskiego Związku Kolarskiego daje nikłą, ale jednak nadzieję, na odbudowę wyczynowego mtb na skalę szerszą niż kadra narodowa i Maja Włoszczowska. Do rozwoju pobudzają tylko silne i określone bodźce. Piknik, nawet zorganizowany na Evereście, wciąż będzie tylko piknikiem. Wyścig, nawet jeśli poprowadzony na osiedlu, będzie zawsze wyścigiem.

  • Promocyjny dysonans

    Promocyjny dysonans

    Miłym zaskoczeniem była dla mnie obecność kroniki Skandia Maratonu, na którą trafiłem włączając TVP w niedzielne popołudnie. W telegraficznym skrócie kilkukrotnie pojawiły się nazwy: miejscowości (Białystok), sponsora tytularnego (Skandia), organizatora (Lang Team) oraz nazwiska i kluby czołowych zawodników.

    Lang Team zawsze dobrze współpracował z TVP. „Publiczna” w sporej części odpowiada za sukces Tour de Pologne i awans wyścigu do światowej elity. Dużo łatwiej o finansowanie imprezy, gdy w dziale marketingu sponsora można policzyć odpowiedni zwrot z obecności w mediach. Czas antenowy w godzinach popołudniowych jest drogi, zatem wsparcie wyścigu pokazywanego w telewizji może być opłacalne. Przestaje się liczyć, co dana firma produkuje, jej logotypy mrugają w tle jadących kolarzy. Przekaz tak czy inaczej dociera do odbiorców a umiejętnie prowadząc kampanię można z towarzystwa sportu wycisnąć o wiele więcej.

    Z kolarstwem górskim jest nieco inaczej. Zawody są mniej prestiżowe, gwiazd również nie ma tylu co na szosie. Cross country czy maratony niby można podciągnąć pod dyscypliny ekstremalne, ale jak na tę kategorię brak im spektakularności. XC jest za to dyscypliną olimpijską, w której od lat, zwłaszcza w wydaniu kobiecym, odnosimy sukcesy. Z kolei maratony to piękny przykład sportu masowego, w który bawić mogą się całe rodziny. Tym samym otrzymujemy dobrą mieszankę dla Telewizji Publicznej. Nawet, jeśli same zawody trącają nudą, są niemal idealnie „misyjne”, zatem relacja zalicza się na plus przy negocjacjach z ustawodawcą czy Krajową Radą Radiofonii i Telewizji jako argument za istnieniem dotacji z budżetu.

    Po tej małej dygresji wróćmy do kroniki Skandia Maratonu. Trwała trzy minuty. Na początku migawka z Białegostoku. Super. Ładnie tam. Następnie Czesław Lang w firmowym trykocie i kasku mówi o bezpieczeństwie i ruchu na świeżym powietrzu. Fajnie – może to dobry pomysł na weekend z rodziną? Liczba uczestników: „ponad 700”. Plus przebitka na ojca z córką radośnie jadących parkową alejką. Cool… też tak chcę, inni też to robią. Cięcie. Puchar Polski. Andrzej Kaiser, Adrian Brzózka, rywalizacja, błoto, punkty, zawodowcy. Zaraz, to właściwie dla kogo ta impreza? Przeglądając pozostałe materiały, z poprzednich etapów serii Skandia, wygląda to tak samo.

    Dobrze, że któraś z serii maratonów ma realną promocję. Dobrze też, że, choć nieco wykrzywiony (informacje na ostatnią chwilę, niejasności regulaminowe itp.), rozgrywany jest w jej ramach Puchar Polski. Maratony Lang Teamu nie są ani najlepsze, ani najciekawsze, co do – słowo klucz w branży – organizacji można polemizować i toczyć boje, ale to bez sensu. Mają za to jeden, istotny wyróżnik. Próbują złamać schemat zamkniętych imprez dla, niemal zamkniętej społeczności, któremu hołduje większość serii maratonów mtb w kraju. Społeczności regionalnej, „hardcorowej”, miło spędzającej czas i tak dalej. Każdy może dobrać grupę do serii, z którą jest związany wedle upodobań.

    O tym, jak istotną rolę odgrywa dobry lub zły marketing można było się przekonać w Krakowie, gdy na wiosnę Lang Team poniósł frekwencyjną porażkę ze „społecznością” G&G Promotion. Zachęcić osobę nie związaną z tym sportem, że warto przyjść pokibicować a może nawet samemu wziąć udział po niewielkim przygotowaniu jest ciężko. Maraton mtb nie jest konkurencją łatwą do uprawiania a do oglądania nieco smętną. Mnogość kategorii, klasyfikacji, dystansów dodatkowo utrudnia pojmowanie całości. Imprezy masowe z natury są dla wszystkich. Zawodowcy to tylko niewielka część uczestników, czasem mierzona w promilach. Ale to oni nakręcają koniunkturę, pokazują granice wysiłku niedostępne dla przeciętnego zjadacza chleba. Wplatanie w to obrazków rodzin z dziećmi nie robi dobrze nikomu. W ten sposób sportowe wydarzenie zmienia się w piknik, na którym bliżej nieznani profesjonaliści zabierają amatorom zabawki.

    Przykład, że może być inaczej? Oczywiście maratony biegowe. Z imprez takich jak maraton londyński czy bostoński Eurosport przeprowadza pełnowymiarowe transmisje. Na żywo. Z 35 tysięcy uczestników w Londynie, kamera pokazuje najpierw 30, potem 20, 10 a na koniec pierwszą trójkę walczącą o najwyższe cele. Amatorzy są tłem. I fakt, że nie ma z nimi wywiadów w wiadomościach nie zmienia tego, że uczestnictwo samo w sobie jest marzeniem dla setek tysięcy ludzi na świecie.

    TVP i Lang Team robią dobrą robotę już samą prezentacją Skandia Maratonu szerokiej publiczności. Sponsorzy się cieszą, bo mają zwrot (patrz wyżej), jest więc szansa, że docelowo dzięki temu impreza się rozwinie. Czy jednak taka relacja pobudzi czyjekolwiek marzenia i sprawi, że będzie chciał poświęcić zimę, by wziąć udział w maratonie? Albo zmieni biznesmena z nadwagą w prawdziwego amatora sportu?

    Materiały filmowe ze Skandia Maratonu można zobaczyć tutaj: http://sport.tvp.pl/inne/wokol-sportu/sport-amatorski/magazyn/skandia-maraton-lang-team/wideo

  • Miły Dzień na Świeżym Powietrzu

    Miły Dzień na Świeżym Powietrzu

    Dwa lata minęły od kiedy ostatni raz obserwowałem krakowski maraton rowerowy. W tym roku wróciłem, niestety nadal w roli kibica. Patrząc całkiem z boku i nie będąc kompletnie zaangażowanym w imprezę mogłem skupić się na rywalizacji zawodników i przyglądnąć się zmaganiom mniej zaawansowanych maratończyków.

    Na początek wrzucę symulację informacji prasowej, podobne w najbliższych dniach znajdziecie na większości rodzimych portali.

    „Kolejna edycja MTB Marathon 2011 za nami. Na starcie w Krakowie stanęło około 1400 zawodników. Deszcz, który spadł w nocy sprawił, że leśne ścieżki Garbu Tenczyńskiego stały się błotniste a szybka trasa – bardziej wymagająca. Dla wielu uczestników pokonanie dystansów: mini (ok. 30km), mega (ok. 60km) i królewskiego giga (ok. 100km) było więc nie lada wyzwaniem. Na całe szczęście uciążliwe upały odeszły w zapomnienie i maratończycy mogli sprawdzić swoje możliwości w optymalnej temperaturze.

    Na Giga ciekawą walkę stoczyli Bartosz Janowski (Dobre Sklepy Rowerowe) i Wojciech Halejak (Mróz), którzy przez cały wyścig rywalizowali o zwycięstwo. Ostatecznie na mecie usytuowanej na krakowskich Błoniach pierwszy zameldował się Janowski. Wśród pań najszybsza była Agnieszka Gulczyńska (Corratec), która nieznacznie pokonała Justynę Frączek (KTM bikeworld.pl WRT).

    Na Mega klasę pokazał Mateusz Zoń, który uciekł grupie rywali i samotnie dojechał przed grupą kilku zawodników, z której najszybciej finiszował Szymon Biel (Bieniasz Team) a trzeci ukończył Paweł Urbańczyk (Dobre Sklepy Rowerowe). Wśród pań ciekawa rywalizacja rozegrała się między Katarzyną Sową, która przyjechała tuż przed Katarzyną Galewicz (Kellys).

    Dla wielu zawodników była to ważna eliminacja MTB Marathon. Sezon powoli zbliża się do końca, zatem obserwowaliśmy ambitną walkę o punkty do klasyfikacji generalnej w poszczególnych kateogoriach. O tym, kto zwycięży, dowiemy się już wkrótce – do końca pozostały jeszcze dwie edycje: w Międzygórzu i wielki finał w Istebnej.”

    Fascynujące. Impreza się odbyła. Uczestnicy są z pewnością zadowoleni, choć, jak co roku o tej porze, wielu z nich odczuwa już znużenie sezonem. Krakowska trasa nie jest porywająca. To głównie tłuczenie się po polnych drogach przetykane przedzieraniem się przez błotniste przesieki wśród krzaków. Z drugiej strony maraton ma wieloletnią tradycję i zasługuje na miano swoistego klasyku. Niestety, jak większość maratonów mtb nie jest wydarzeniem ani dla miasta, ani dla szerzej pojmowanego sportu. Świadomość istnienia imprezy wśród masowej publiczności jest niemal zerowa. Właściwie to temat na oddzielny wpis, ale sprawę muszę jeszcze dokładniej przemyśleć i przeanalizować, choć mam już pewne intuicje w temacie.

    Wracając do samych zawodów. Starałem się być w kilku miejscach trasy i śledzić rywalizację czołówki zarówno na Giga jak i na Mega. Runda, której najtrudniejsze elementy oddzielone są długimi przelotami w otwartym terenie sprzyja raczej rozgrywkom taktycznym i jeździe w grupie. Tym większy respekt dla Bartka Janowskiego i Wojtka Halejaka, którzy na Giga jechali przed resztą stawki atakując się nawzajem oraz dla Mateusza Zonia, który samotnie uciekał grupie mocnych rywali na Mega. W tych warunkach oglądanie waszej jazdy było sporą przyjemnością. Imponująco pojechał również Bogdan Czarnota, który po kontuzji wrócił do ścigania w długich maratonach. 40 sekund zabrakło mu do podium, a pamiętajmy, że niedawno jego łokieć był niemal w drzazgach…

    Różnice, które można wyczytać w wynikach nie oddają tego, co działo się na trasie. Mega okazało się być bardzo szybkie, stąd też niewielkie różnice w szeroko pojętej czołówce. Z zewnątrz wyglądało to nieco inaczej. Za plecami grupy ścigającej Mateusza Zonia wisiało jeszcze kilku zawodników. Reszta jechała w innej lidze. Na Giga różnica między pierwszym a  dziesiątym zawodnikiem to blisko pół godziny. W końcówce trudno było wypatrzeć liderów najważniejszego dystansu między dublami z Mega i Mini. Z całym szacunkiem dla kolarzy, którzy przygotowują się do ponad czterogodzinnego wysiłku – niewielu was, oj niewielu. Około 12% wszystkich uczestników wzięło udział w Maratonie a nie w Wyścigu.

    Błoto, które powstało po nocnych opadach deszczu pachniało w charakterystyczny dla tych okolic sposób. I kleiło się takoż. Było więc nieco funu i trochę wypadków. Niektóre poważniejsze – zjazdy w okolicach Krakowa nie są trudne, za to są szybkie. Pojawiające się po ulewach koleiny potrafią wyrzucić z siodła nieuważnego jeźdźca. Trzeba więc było uważać, ale przynajmniej można było uniknąć smażenia się na polnych drogach w upale. Aby przebić się z Lasku Wolskiego w ciekawszą okolicę, trzeba niestety przejechać przez dość przykry teren wzdłuż autostrady i lotniska. Nic miłego a do tego sprawia, że samotnym zawodnikom trudniej wypracować przewagę nad grupkami i peletonikami.

    Tak czy inaczej, zawody zakończone. „Mówią na mieście” że za rok z Błoń już maraton nie wystartuje. Przynajmniej nie ten. Czy to dobrze, czy to nie dobrze, wyjdzie w praniu. Póki co, mimo tradycji, trochę brak mu do wydarzenia szerszego niż event, który porusza tylko niewielką grupę zainteresowanych. Jako jej przedstawiciel, bawiłem się dobrze i spędziłem dzień na świeżym powietrzu. Takich jak ja (kibiców) nie było jednak zbyt wielu.

    Poniżej kilka obrazków, być może inni zainteresowani się na nich znajdą. Enjoy.

    [nggallery id=5]

  • Cała Polska je truskawki?

    Cała Polska je truskawki?

    Cała Polska biega. Cała Polska na rowery. Cała Polska klaszcze. Raz, dwa trzy. Cała Polska je truskawki (choć drogie). Miłe, pożyteczne i robiące wiele dobrego akcje, moderowane głównie przez Gazetę & co. Szkoda tylko, że rozmijające się z prawdą.

    W czym problem? W domenie. Sezonowe akcje podpięte są pod sport.pl. Na polskanarowery.SPORT.pl opisywane są więc głównie sprawy związane ze zmianami w Prawie o Ruchu Drogowym (o refleksjach z tym związanymi przy innej okazji), zachowaniem w mieście, ubiorem, stylem, BHP i czymkolwiek jeszcze. A nie ze sportem. Fakt, znajdziemy tam też kalendarium, czasami zdarzy się też jakaś relacja albo zaproszenie. Nie to jest jednak najważniejsze.

    Minister Sportu w wywiadzie, którego udzielił Przemysławowi Iwańczykowi jest zbudowany tym, ile osób trenuje, odchudza się lub po prostu dojeżdża do pracy. Ja jestem zbudowany tym, ile osób biega wokół krakowskich Błoń albo uprawia sprint za odjeżdżającym autobusem (także w nieprzystającym do tego obuwiu). Ba jestem pod wrażeniem sprawności fizycznej lokalnych bandytów uciekających przed policjantami. Ci z kolei wprawiają mnie w lekkie przygnębienie, gdyż z pewnością nie dołączyli do akcji Polska Biega (sport.pl), dostali zadyszki i gnojki im uciekły.

    Mylone są pojęcia, mylone są pomysły, mylone są idee, mylone jest wszystko. Minister narzeka, że w pracy nie ma prysznica, więc do pracy dojechał samochodem a nie rowerem (czyli jak sądzę, zamiast spokojnie przemieścić się na mieszczuchu, zrobił godzinny trening z kilkoma akcentami). Na pytanie o wyzwanie, udziela odpowiedzi, że chce wziąć udział w maratonach Mazovii i spróbować rywalizacji z zawodowcami (i tymi, którzy nimi się czują). Ok, dla ministra niewątpliwie wyzwaniem może być wygospodarowanie czasu w weekendowe przedpołudnie, jednak na stówkę wpisowego raczej go stać. To, że nie powącha nawet spalin zawodników nie zmieni faktu, że ukończył maraton. Tak jak trzydziestoletni biegacze (w sensie: zdrowi mężczyźni w wieku zbliżonym do tego, w którym dysponują maksymalnymi możliwościami fizycznymi), dla których celem jest przebiegnięcie maratonu w cztery i pół godziny. Można to osiągnąć miło spędzając czas na świeżym powietrzu, często ze znajomymi. Nie trzeba trenować, nie trzeba uważać na to, co się je. Ba, można nawet nie rzucać palenia.

    Minister sportu chce, aby Ministerstwo angażowało się w akcje promujące sport. Śledząc jego tok myślenia, zapewne chodzi o rodzinne pikniki z elementami rywalizacji dla podtrzymania atmosfery. Zadanie w sam raz dla rad dzielnic przed wyborami (dla kontrastu rada Gminy gdzieś w Wielkopolsce lub na Śląsku wesprze w zimie zawody przełajowe, gdzie ścigać się będą juniorzy z lokalnych UKSów).

    Fakt, że w Krakowie (drugim co do wielkości mieście w Polsce, zielonej wyspie na mapie pogłębionej w kryzysie Europy) jest co roku kilka tysięcy „osobostartów” na maratonach mtb (o możliwość startu na Błoniach lub w okolicy stara się niemal każdy organizator) nie wpływa na to, że nie bardzo można zapisać nastoletnie dziecko do klubu, w którym mogłoby próbować treningów z prawdziwego zdarzenia. Czemu? Bo działający jest jeden (Krakus w Swoszowicach, nota bene kształcący co chwilę kolarza, który próbuje robić karierę w szerokim świecie), a mtb nie ma ani jednego. Możemy więc sobie promować sport do woli, ale fajnie, gdyby najpierw było go gdzie, z kim i za co uprawiać. Bo to nie polityka i nie marketing. Tylko ciężka praca. Tu trzeba coś umieć.