Tag: Alberto Contador

  • Contador nie przegra?

    Jeśli Alberto Contador obroni prowadzenie w Hiszpańskiej Vuelcie do niedzieli, będziemy świadkami jednego z lepszych, kolarskich powrotów na szczyt.

    Hiszpański kolarz nigdy tak naprawdę nie zdominował wielkich tourów, choć jego kolekcja zwycięstw jest imponująca. Jeśli jednak sięgniemy pamięcią wstecz, zobaczymy obraz, w którym swoją pierwszą Wielką Pętlę (2007) wygrał po usunięciu z wyścigu Michaela Rasmussena. Z kolei Giro d?Italia kolejnej wiosny zdobył bez zwycięstwa etapowego a Vueltę tego samego roku przejechał wraz z drużynowym kolegą, Levim Leipheimerem niemal na remis. Nie było jasnych ?team orders?, ale liderem Astany był Contador i to on dopisał do swojego portfolio hiszpański wielki tour, tym samym kompletując wszystkie trzytygodniówki w około 13 miesięcy. ?Prawdziwe? zwycięstwo przyszło jednak w 2009r, gdy jadąc de facto przeciwko swojej drużynie i Lance?owi Armstrongowi zdołał pokonać i Teksańczyka i braci Schleck i Bradleya Wigginsa. Był najlepszy w górach, świetnie też pojechał na czas. Zdecydowanie był to jego najlepszy wyścig w karierze.

    Rok później (2010) nie było już tak łatwo. Andy Schleck prezentował taką samą formę i choć na trasie minimalnie przegrał (m.in po ataku rywala w momencie, gdy Luksemburczykowi spadł łańcuch), ostatecznie został zwycięzcą wyścigu po długim postępowaniu sądowym. W jednej z próbek pobranych od Contadora znaleziono śladowe ilości klenbuterolu. Ponieważ zawodnik wielokrotnie odwoływał się od zadanej kary zawieszenia, mógł nadal startować, co wykorzystał brylując na trasie kolejnego Giro d?Italia. Na włoskich szosach był bezsprzecznie najmocniejszy (drugie najbardziej przekonywające zwycięstwo w karierze), ale różowa koszulka ostatecznie powędrowała do Michele Scarponiego. Trybunał Arbitrażowy wstecznie zdyskwalifikował Hiszpana, odbierając mu tytuł a także piąte miejsce w rozgrywanym w tym samym roku Tour de France.

    Trudno stwierdzić, czy Contador był zmęczony podczas Wielkiej Pętli, czy też jechał bez pełnego zaangażowania, mając świadomość, że i tak jego wynik w ostatecznym rozrachunku zostanie anulowany. Tak czy inaczej, nie był w stanie nawiązać do poziomu, jaki prezentowali Cadel Evans i Andy Schleck. Z drugiej strony Hiszpan wprowadził do defensywnie rozgrywanego wyścigu element nieprzewidywalności. To wtedy na dobre rozwinął się jego talent do bezkompromisowych akcji. ?Pistolero? zawsze chętnie atakował, ale podczas Touru 2011r kilkukrotnie pojechał na wywrócenie klasyfikacji generalnej, co trzeba przyznać, niemal mu się udało. Po przymusowej absencji powrócił do ścigania w sierpniu 2012r. Właściwie bez kilometrów startowych stanął do boju o wygraną w Vuelta a Espana. Wyraźnie nie był już tym samym zawodnikiem, co przed dopingową banicją. Czy było to związane z niemal roczną przerwą, czy też Hiszpan potrzebował czasu, by zaadaptować się w peletonie z innym systemem kontroli dopingowych, trudno powiedzieć. Zarówno Alejandro Valverde jak i Joaquin ?Purito? Rodriguez byli od Contadora mocniejsi, ale to jednak on wygrał cały wyścig. Stało się to dzięki niespodziewanej akcji na etapie do Fuenta De, gdzie zaatakował na mniejszym podjeździe, kilkadziesiąt kilometrów do mety. W międzyczasie w peletonie urosła nowa siła: Team Sky, a do głosu zaczęło również dochodzić pokolenie młodszych kolarzy z piekielnie mocnym Nairo Quintaną na czele. Tour de France 2013 miał być pojedynkiem Contadora z Chrisem Froomem, jednak Hiszpan mimo szczerych chęci nie był w stanie utrzymać tempa brytyjskiego kolarza. Próbował więc swoich popisowych numerów: atakował na zjazdach, wraz z kolegami oraz kolarzami innych drużyn zyskał przewagę na jednym w wietrznych etapów, ryzykował gdzie się dało, ale tak jak w 2011r znalazł się poza podium.
    Kibice zaczęli wieścić ?koniec Contadora? i wysyłać go na emeryturę. Nie było to bezpodstawne. Choć zawodnik urodził się w 1982r, zatem spokojnie mógł myśleć o jeszcze kilku sezonach na bardzo wysokim poziomie, jego wewnętrzny silnik działał na wysokich obrotach od siedmiu lat. Co więcej, pojawiły się problemy w komunikacji z właścicielem drużyny. Oleg Tińkow, który wykupił zespoł Bjarne Riisa jest twitterowym mistrzem ciętej riposty i często nie ważąc słów pisze szybciej niż myśli. Mimo problemów, Contador zebrał siły i przygotował się do kolejnego sezonu najlepiej jak potrafił. Zmienił nieco cykl treningowy oraz program startów, co było strzałem w dziesiątkę. Świetnie zaprezentował się w wiosennych etapówkach, zdominował Tirreno Adriatico i nie miał sobie równych w Kraju Basków. Podczas Criterium du Dauphine utrzymał się na kole Froome?a a wyścig, nieco przypadkiem, przegrał z Andrew Talanskym. Na starcie Touru, stanął skupiony i zmotywowany, jako jeden z trzech pretendentów do tytułu. Co się stało później, wszyscy wiemy. Upadek na zjeździe w Wogezach zakończył się pękniętą kością piszczelową. Nikt nie wie, jakim cudem kolarz tak szybko się wyleczył, zrehabilitował i wrócił do treningów. Prawdopodobnie uraz był mniej groźny niż się wszyscy spodziewali a grupa Tinkoff-Saxo wspięła się na wyżyny przebiegłości ukrywając ten fakt. Mimo wszystko, kilka dni zajęło Contadorowi wejście w odpowiedni rytm. Przymusowa przerwa związana z kontuzją zaszkodziła mu jednak mniej niż innemu rekonwalescentowi, Chrisowi Froomowi. Tymczasem z walki o koszulkę lidera wypadł Nairo Quintana, upadając na trasie czasówki, zatem ze stawki wykruszył się jeden z najgroźniejszych rywali. Miniony weekend był już popisem Contadora. Górski tryptyk wytrzymał najlepiej z czołówki, na finałowym podjeździe La Farrapona prezentując moc oznaczającą jedno: znów jest kolarzem z najwyższej półki a jego organizmi daleko do wypalenia. Do końca Vuelty pozostały jeszcze dwa podjazdy na metach etapów. Lider wyścigu pokazał, że znakomicie radzi sobie z kontrolowaniem rywali i choć w sobotę będzie musiał wykazać czujność i zachować na ten dzień nieco sił, powinien wygrać swój szósty (a odliczając dyskwalifikacje ósmy) wielki tour w karierze. Niedzielna czasówka w Santiago de Compostella jest na tyle krótka (niespełna dziesięć kilometrów), że dla wszystkich powinna być tylko formalnością. Oczywiście to jest sport, jednak nie wierzę, by Contadorowi w takiej formie mogła stać się jakakolwiek krzywda. Mistrz powrócił, o czym świadczą nie tylko statystyki, ale i styl. Czego by bowiem nie mówić, to element, który w ocenie między zwycięzcą a mistrzem ma niebagatelne znaczenie.

  • TdF: Czy możliwa jest niespodzianka?

    Rok temu mało kto zakładał inny scenariusz, niż wygrana Chrisa Froome?a i ekipy Sky. Dziś sytuacja się zmieniła: Brytyjski zespół i obrońca tytułu, choć są najpoważniejszymi kandydatami do zwycięstwa, równie dobrze mogą przegrać wyścig i żółtą koszulkę.

    Miguel Indurain a następnie Lance Armstrong przyzwyczaili nas do długiego panowania na tronie Touru. Po zakończeniu ery Hiszpana/Baska, w czwartym roku pojawił się Amerykanin, który zdominował wyścig na siedem długich lat. Kolejne sezony to przeplatane wygrane Alberto Contadora (był najszybszy trzykrotnie, z czego raz tytuł przyznano Andy?emu Schleckowi po pozytywnym wyniku kontroli antydopingowej). Okresy długiej dominacji nie są czymś oczywistym w historii Wielkiej Pętli. Poza wspomnianą na wstępie dwójką, czterokrotnie z rzędu triumfowali Merckx i Anquetil a trzy razy Bobet.

    Gdy rok temu Froome i Porte rozbili rywali na podjeździe Ax3 Domaines a następnie ?poprawili? na Mt Ventoux, de facto zabezpieczając wygraną Froome?a, zaczęto wieszczyć wieloletnią dominację ?Białego Kenijczyka? i jego drużyny. Alberto Contador wydawał się słaby i niewiele wskazywało, by miał powrócić do najwyższej dyspozycji. Nairo Quintana wciąż jest bardzo młody a Vincenzo Nibalego z niewiadomych powodów wciąż nieco się lekceważy. Połączenie siły faworyta z teoretyczną słabością konkurentów miało zapewnić Sky przynajmniej kilka sezonów na czele klasyfikacji Touru.

    Kolarstwo jest bardzo wymierną dyscypliną sportu, w której niespodzianki rzadko się zdarzają, zwłaszcza w wyścigach wieloetapowych. Moc na progu i jej stosunek do masy kolarza w teorii mogą dać odpowiedź na to, kto stanie na podium. Co więcej, przypadki, gdy forma jakiegoś zawodnika eksploduje znienacka są sprawą nietypową. Jeśli już, talent objawia się na innych imprezach: Giro, Vuelcie, mniejszych etapówkach czy klasykach. Tour to Tour i rządzi się swoimi prawami.

    Przyglądając się układowi sił przed tegoroczną Wielką Pętlą, muszę jednak stwierdzić, że zapowiada się niezwykle otwarty wyścig. Trasa jest wymagająca i nie preferuje żadnego z pretendentów. Niemal każdy z kandydatów posiada silną i zdeterminowaną drużynę, w tej kwestii ciężko wskazać zespół, który miałby wyraźną przewagę nad rywalami. Tak samo łatwo jak mocne strony, można wskazać słabości poszczególnych liderów.

    I tak: Froome broni tytułu, jest jednym z najmocniejszych w górach oraz na czas, ale ma gorszy sezon niż rok temu, mocno poobijał się na Criterium du Dauphine, jego pomocnicy borykają się z nierówną formą a drużyna nękana jest węwnętrznymi konfliktami. Contador ma znakomity rok, jest najbardziej doświadczony i zarazem bezkompromisowy a do tego powraca do dyspozycji, jaką prezentował przed dopingowymi problemami. Z drugiej strony tuż przed Tourem z jego ekipy wypadł główny pomocnik, Roman Kreuziger a sam lider jest pod presją wyniku. Z kolei Vincenzo Nibali to kolarz, który na poprzednim Giro podjeżdżał tym tempem co Froome na Tourze, ale następnie przegrał Vueltę z Chrisem Hornerem a w tym sezonie formę buduje bardzo powoli, póki co ustępując rywalom w głównych sprawdzianach.

    Tradycyjne grono ?czarnych koni?, jak zawsze jest liczne: Talansky, Van Den Broeck, Van Garderen, Valverde, Mollema, Kruijswijk, Costa czy Pinot także ma sporo argumentów za jak i przeciw. Biorąc pod uwagę, że pierwszy tydzień wyścigu wymagał będzie sporo uwagi (pagórki, wiatr i bruki), już po etapie do Arenbergu kilku kolarzy wykreślimy z tej listy.

    Scenariuszy jest wiele, przełamanie dwuletniej dominacji Sky całkiem prawdopodobne, choć może nadejść z innej, niż się powszechnie spodziewamy strony. Lubując się w pojedynkach, jako najbardziej spektakularnej i tradycyjnej formie rywalizacji o żółtą koszulkę, trudno w tym roku wskazać jednoznacznie finałową parę. Froome-Contador? Możliwe. Froome-Nibali? A jakże! Nibali-Talansky? Kto wie? Jeśli więc w tytule pytam o niespodziankę, za taką uznam konwencjonalny przebieg wyścigu z zakończonym sukcesem atakiem Sky na La Planche des Belle Filles (10 etap, pierwszy poważniejszy finisz pod górę) i dalszą kontrolę sytuacji aż do finałowej jazdy na czas. Liczę na częstsze zmiany prowadzenia i więcej bliskich konfrtontacji. Stawka jest wyrównana, jak nie była dawno a tym razem organizator zapewnił kolarzom interesującą scenerię rywalizacji.

  • Blast from the past – góra kontrowersji

    W sobotę Tour de Suisse zawita do Verbier. Zaledwie pięć lat temu ta niewielka miejscowość była świadkiem rekordowego wyczynu Alberto Contadora. Hiszpan nie tylko pokonał rywali i został liderem Tour de France, ale wiele wskazuje na to, że podjeżdżał najszybciej w historii wyścigów rowerowych w ogóle.

     

    Wielka Pętla 2009 była pod wieloma względami dziwna, głównie za sprawą powrotu Lance?a Armstronga. Siedmiokrotny zwycięzca wyścigu zamiast cieszyć się sportową emeryturą i życiem celebryty postanowił jeszcze raz stawić czoła wyzwaniu, jakim jest jazda w peletonie Tour de France. Kolarstwo, do jakiego wrócił było już jednak inne, drużyna, którą reprezentował miała nowego lidera. Kryzys przywództwa i liczne kontrowersje zdominowały atmosferę w ekipie Astany. Nieco więcej na ten temat znajdziecie w filmie ?The Armstrong Lie?.

     

    Specyficznie ułożona trasa sprawiła, że przez niemal połowę Touru kolarze walczący o żółtą koszulkę nie mieli zbyt wiele okazji do ataków. Contador odrobił straty z pierwszej fazy wyścigu na pirenejskim podjeździe do Arclais, ale nie była to góra wystarczająco trudna, by powstały na niej większe różnice. Pretendenci do tytułu byli więc spragnieni konfrontacji, a dodatkowo Alberto w Astanie był de facto skazany sam na siebie. Przy pierwszej nadarzającej się szansie wziął więc sprawy w swoje ręce i znokautował rywali przy okazji bijąc wszelkie możliwe rekordy i na długie lata wprowadzając poważną kontrowersję co do osiągniętego w Verbier rezultatu.

     

    Szwajcarski podjazd jest długi, ale w pierwszej części niemal płaski. Dopiero ostatnie dziewięć kilometrów to solidne wyzwanie, strome na ponad 8%. To tam zmierzono czas Hiszpana i to tam jego średnia prędkość wznoszenia (VAM) sięgnęła niemal 1900m/h. Do analizowania wysiłku Contadora rzucili się najwięksi krytycy i poszukiwacze dopingowych spisków. Antoine Vayer, były trener niesławnej Festiny, a od pewnego czasu entuzjasta statystyk i pomiarów klasyfikujących kolarzy wedle stopnia hipotetycznego ?dopalenia?, oszacował, że zwycięzca etapu musiał podczas 20 minut wysiłku wygenerować moc 490W. Temat szybko podchwycił Greg LeMond twierdząc, że taki wynik oznacza, iż Contador wykazał się maksymalnym pochłanianiem tlenu (VO2max) na poziomie 99,5ml/min/kg i uznał, że to po stronie zawodnika leży obowiązek dostarczenia dowodów na niestosowanie dopingu. W teorii bowiem taki rezultat miał być niemożliwy do uzyskania w naturalnych warunkach przez człowieka.

     

    Niemal każdy specjalista i komentator zaczął analizować rezultaty z Verbier. Michele Ferrari, ?doktor zło?, na swoim blogu wskazał, że hiszpański kolarz uzyskał VAM 1852m/h, co przy jego wadze 62kg dało średnią moc 6,73W/kg. Andrew Coggan, jeden z najbardziej znanych fizjologów w kolarstwie wrócił uwagę, że sam podjazd był stosunkowo krótki (20 minut) co wpłynęło korzystnie na wysoki rezultat. Pojawiły się również informacje, że kolarzom sprzyjał wiatr. Jednak nawet biorąc poprawkę na liczne okoliczności łagodzące (wcześniejszy przebieg wyścigu, fakt, że było to de facto pierwsze poważne starcie na podjeździe, wiatr, oraz licząc najbardziej korzystne dla zawodników długość i przewyższenie), w Verbier padł rekord. Contador w 2009r był szybszy niż Riis w Hautacam w 1999, Pantani na Alpe d?Huez w 1997 czy Armstrong tamże w 2004r. Drugi na mecie Andy Schleck, jadąc finałowy podjazd o 43 sekundy dłużej, również uzyskał znakomity rezultat (VAM nieco poniżej 1800), ale nie tak szokujący. Co więcej, warto w tym miejscu wspomnieć, że tego typu szacunki dają jeszcze wyższe rezultaty na bardziej stromych podjazdach. Verbier ze swoimi około 8% daje wynik właściwie neutralny. Na bardziej brutalnym wzniesieniu osiągnięcie Contadora byłoby więc jeszcze bardziej wyśrubowane.

     

    Pięć lat później kolarstwo wygląda inaczej, choćby ze względu na fakt, że w peletonie na dobre nie ma już Lance?a Armstronga. Bywają momenty, że kolarze jeżdżą wyraźnie wolniej, jak podczas Touru 2011, ale też i takie, gdy podejrzanie blisko zbliżają się do historycznych rekordów, jak na zeszłorocznej ?Wielkiej Pętli?. Każdy kolejny sezon daje wzrost popularności tego typu pomiarów. Śledząc wyścigi w HD i mając niemal każdy podjazd dokładnie zmierzony przez tysiące amatorów umieszczających swoje rezultaty na Stravie dużo łatwiej prowadzić paranaukowe statystyki. Trzeba jednak pamiętać, że zawsze są to tylko szacunki. Ostateczne wyniki: moc w watach na kilogram czy VO2max znają tylko sami zainteresowani. Należy również brać pod uwagę zmienne, które nie zawsze są znane (wiatr), układ trasy całego wyścigu oraz jego przebieg. Zatem jest to bardziej ciekawe wyzwanie dla fizjologów-amatorów oraz gorący temat dla publicystów niż podstawa do realnej oceny dokonań kolarzy.

     

    Sobotnia jazda czołówki Tour de Suisse na podjeździe w Verbier będzie więc ciekawym porównaniem z dokonaniem Contadora z 2009r, ale co najwyżej poszlaką a nie realną oceną obecnego stanu kolarstwa.

  • Wtorek na skróty: bez kompromisów

    Jest tylko jeden kolarz, który potrafi pojechać w 100% bez kompromisów. To Alberto Contador, który śmiałym atakiem rozbił rywali w ?wyścigu dwóch mórz?.

    Nie wiem, czy Alberto Contador będzie w stanie sprzeciwić się Chrisowi Froome?owi w lipcu na trasie Tour de France. Wiem natomiast, że w miniony weekend po raz kolejny zrobił to, za co go wszyscy podziwiamy: pojechał bez najmniejszych kompromisów. Oczywiście powinno być nam żal, że atak Contadora na Passo Lanciano zniweczył plany Michała Kwiatkowskiego na utrzymanie koszulki lidera Tirreno-Adriatico. Tyle, że Polak został ?trafiony? bronią, przed którą niewielu kolarzy na świecie potrafi się ustrzec. Dynamiczny atak z zaskoczenia to firmowy znak ?Pistolero?. W ten sposób wygrywał Giro d?Italia (ten tytuł stracił przez działającą wstecznie decyzję o dyskwalifikacji), odebrał ?Purito? Rodriguezowi wygraną w hiszpańskiej Vuelcie i przyczynił się do porażki Andy?ego Schlecka w Tour de France 2011.

    Nie znalazłem jeszcze danych o mocy, jaką generował Contador na Lanciano oraz finałowym Murze Guardiagrele, ale nie tylko tempo jazdy zadecydowało o zwycięstwie. Kluczowa była brawurowa taktyka. Michałowi Kwiatkowskiemu pozostają na pocieszenie dni w koszulce lidera, wygrany etap oraz dobra jazda w finałowej czasówce (siódme miejsce, z niewielką stratą do najlepszych specjalistów). Godny odnotowania jest również cenny rezultat, jaki uzyskał Bartosz Huzarski. 15. miejsce w tak dobrze obsadzonym wyścigu to zwiastun wysokiej formy.

    W wiosennym kalendarzu widoczna jest pewna zamiana ról. Zazwyczaj to Paryż-Nicea był wyścigiem, który skupiał uwagę faworytów wielkich tourów. Tirreno-Adriatico raczej wzbudzało zainteresowanie sprinterów czy też specjalistów klasyków. Tymczasem gwiazdy Sky i Tinkoff-Saxo wybrały się do Włoch a we Francji rywalizowali inni. Brytyjski zespół być może wygrałby wyścig ?ku słońcu? za sprawą Gerainta Thomasa, ale ten musiał się wycofać z powodu kontuzji odniesionej po kraksie. Statystycznie istotne zwycięstwo przypadło więc Carlosowi Betancurowi: to pierwszy Kolumbijczyk, który wygrał Paryż-Nicea oraz pierwszy od 1991r triumfator jeżdżący we francuskiej drużynie (Ag2r). Rywal Rafała Majki z ubiegłorocznego Giro d?Italia po drodze do Nicei był najszybszy na dwóch etapach, na żółtą koszulkę zapracował więc uczciwie. Rafał Majka jechał pechowo, defekt i kraksa kosztowały go straty i ostatecznie uplasował się na początku czwartej dziesiątki. Przemysław Niemiec był dwa miejsca za nim a Sylwester Szmyd treningowo zajął setną lokatę.

    Przy takiej konfiguracji trasy obu wyścigów pojawiają się pytania, czy kolarze przygotowujący się do pierwszego monumentu sezonu, Mediolan-Sanremo (w najbliższą niedzielę) dobrze wybrali. Peter Sagan niewątpliwie jest w wysokiej formie, ale jeszcze nie błyszczy, Fabian Cancellara również nie jest jeszcze w najwyższej dyspozycji. Czy ciężkie góry na trasie ?wyścigu dwóch mórz? to nie było za wiele? Być może wyjątkowo lepiej spiszą się ci, którzy wybrali ściganie ?ku słońcu? we Francji? Może więc nie Sagan i Cavendish a Tom Boonen, Zdenek Stybar lub Rui Costa będą głównymi postaciami ?wiosennych mistrzostw świata??

  • 12 Wydarzeń 2011r. Podwójna próba Contadora

    12 Wydarzeń 2011r. Podwójna próba Contadora

    Od czasów Marco Pantaniego nikt, kto miałby realne szanse na ustrzelenie dubletu: Giro di Italia – Tour de France nie próbował tego dokonać. W tym roku, trochę wymuszone okolicznościami, podejście takie wykonał Alberto Contador. Choć poległ i w przyszłym roku z pewnością nie zaryzykuje ponownie, to jednak był blisko zdania tego ekstremalnego testu.

    Problemy z ciągnącą się sprawą pozytywnego wyniku testu na klenbuterol spowodowały, że Contador nie był pewny startu w Tour de France. Zbudował więc wysoką formę na wiosnę i pojechał w Giro d’Italia. Wyścig dookoła Włoch był w tym roku morderczy. Dość powiedzieć, że królewski etap miał więcej przewyższenia niż tygodniowa, górzysta etapówka Tour de Romandie. A takich dni było sporo. Contador pojechał mądrze, umiejętnie korzystając nie tylko z pracy swoich kolegów z drużyny, ale i z rywalizacji pomiędzy innymi zawodnikami. Wygrał dwa etapy: na Etnę oraz podjazdową czasówkę w Nevegal. Oprócz tego, mając problem ze wsparciem kibiców, którzy kilkukrotnie witali go na podium gwizdami i buczeniem budował PR oraz pozycję w peletonie. Jak prawdziwy mistrz uhonorował swojego byłego gregario z Astany, Paolo Tiralongo i pomógł mu w wygraniu etapu do Macugnagi. Do tego, jak się później okazało, rozpoczął budowę koalicji z Baskami z drużyny Euskaltel oddając im zwycięstwa na Zoncolanie i Gardeccia’i.

    W ten sposób zyskał nie tylko status prawdziwego mistrza wśród sporej części kibiców, ale i zyskał pomoc Samuela Sancheza i jego przybocznych podczas Tour de France. Przedłużające się postępowanie przed CAS sprawiło, że Alberto Contador mógł stanąć na starcie Wielkiej Pętli. Wraz z nim w składzie znalazło się jeszcze czterech kluczowych pomocników. Nerwowy początek wyścigu w połączeniu z niepełną regeneracją lidera i jego kolegów sprawiły, że jeszcze przed pierwszymi poważniejszymi trudnościami Hiszpan miał niemal 1,5 minuty straty do Cadela Evansa. W Pirenejach nie był w stanie przejąć inicjatywy, rozkręcił się nieco w Alpach, gdzie korzystał ze wsparcia Samuela Sancheza. Za ataki na zjazdach do Gap i Pinerolo zapłacił jednak na Galibier. Andy Schleck odważną akcją zmęczył Contadora i obrońca tytułu ostatecznie stracił szanse na zwycięstwo.

    Gdy wydawało się, że „El Pistolero” jest już zupełnie pokonany, spróbował jeszcze raz. Zaatakował na pierwszych kilometrach etapu do l’Alpe d’Huez, czym pogrążył dzielnie walczącego o podium Thomasa Voecklera, ale sam również opadł z sił i na finałowym podjeździe uległ młodemu Francuzowi, Pierrowi Rollandowi. Cały wyścig z Evansem przegrał o niecałe cztery minuty zajmując piątą lokatę. Natomiast, co warte uwagi, różnica dzieląca go od podium i obu braci Schleck była w granicach jego starty z pierwszego tygodnia wyścigu.

    Po Pantanim próbę walki w Tour de France po wygranym Giro podjął Gilberto Simoni, ale było to raczej tylko jego marzenie niż realny potencjał. Próba zakończyła się wygraną etapu w Pirenejach. Później każdy, kto walczył w Giro, na trasie Touru płacił za to wysoką cenę. W tym roku przeciwko Contadorowi było bardzo wiele czynników. Trasa Giro uznana została za jedną z trudniejszych w historii. Tour również do łatwych nie należał, zwłaszcza, że pierwszy tydzień okazał się być bardzo wymagający. Dodatkowo, będąc jeszcze nie w pełni sił, Alberto popełniał błędy taktyczne oraz miał nieco pecha, co zaowocowało startą przed wjazdem w wysokie góry. Za to na koniec, gdy okazało się, że nie będzie w stanie wygrać klasyfikacji generalnej, podjął ryzyko i choć nie wygrał nawet etapu, zrobił wielki show na etapie przez Galibier i l’Alpe d’Huez. Można pokusić się więc o stwierdzenie, że był naprawdę blisko zrealizowania wielkiego celu i choć zapowiedział, że w 2012 nie wystartuje w Giro, w swojej karierze jeszcze podejmie taką próbę. Prywatnie wierzę, że będzie to  w roku 2014. Contador będzie miał wtedy 32 lata a jesienią mistrzostwa świata rozegrane zostaną na górzystej trasie w hiszpańskiej Ponferradzie. Będzie mógł więc ugrać nie tylko dublet, ale i kolarskiego Wielkiego Szlema: Giro, Tour i Tęczową Koszulkę.

    Alberto Contador na królewskim etapie do Gardeccia di Fassa podczas Giro d’Italia:

    Contador robi show na Galibier podcza Tour de France:

    Dwanaście dni przed końcem roku wystartowałem z podsumowaniem sezonu. Codziennie jedno z dwunastu, moim zdaniem najważniejszych wydarzeń kolarskiego roku 2011. Oto one:

    12. Czeski Offroad
    11. Klenbuterolowa żenada
    10. Zmiany w polskim MTB 
    9. Ewakuacja sponsorów
    8. Srebro Włoszczowskiej
    7. Herosi to jednak ludzie 
    6. Fuzje i supergrupy
    5. Genialny sezon Gilberta
    4. Podwójna próba Contadora

  • 12 Wydarzeń 2011r. Herosi to jednak ludzie

    12 Wydarzeń 2011r. Herosi to jednak ludzie

    Sezon 2011 miał kilku wielkich zwycięzców. Philippe Gilbert, Alberto Contador, Mark Cavendish. Można by długo wymieniać. Choć każdy z nich był przez pewną część sezonu nie do pokonania, ostatecznie przychodził moment, gdy organizm odmawiał dalszej współpracy. W mijającym roku nie oglądaliśmy androidów, tylko – zwyczajnie – wybitnych sportowców.

    Szerzej pisałem o tym tutaj, chwilę po zakończeniu sezonu. Dziś więc w nieco większym skrócie i bardziej syntetycznie. Opinie oczywiście mogą być różne. Np. taka, że Philippe Gilbert wygrywał mimo wszystko za dużo i za łatwo. A na metach etapów bywał za mało zmęczony. Albo, że Contador w ogóle nie powinien startować w Giro. Czy też to, że Cavendish zbyt wiele zawdzięcza wsparciu drużyny.

    Skupiając się tylko na tych trzech zawodnikach, którzy sięgali we wspaniałym stylu po wielkie zwycięstwa wrócę raczej do chwil, gdy przegrywali. Dominator klasyków, Philippe Gilbert nie był w stanie powtórzyć ubiegłorocznej serii i walczyć jesienią. Sezon w wysokiej dyspozycji od Montepaschi Strade Bianche przez ardeńskie klasyki, Tour de France a na weekendzie w Kanadzie kończąc to było dla niego zbyt wiele. W Paryż – Tours i Giro di Lombardia nie zaistniał. Do tego oficjalnie związany był już nową drużyną, jego przyboczni z Omega Pharma Lotto nie kontrolowali peletonu tak precyzyjnie jak wcześniej. Ilość zapałek – możliwych do wygrania startów w sezonie została wypalona a gdy do tego nie miał mu kto pomagać ze stuprocentowym zaangażowaniem w jesiennych klasykach triumfował kto inny.

    Mark Cavendish to z pewnością super sprinter. Jednak jak wielu z nich odpada na większości małych pagórków. To nie Erik Zabel z czasów „złotego wieku EPO”. Co więcej, „Cav” wiele ze swoich sukcesów zawdzięcza pomocy wiernego giermka, Marka Renshawa. Śmiem twierdzić, że Cavendish to nawet nie heros. By wejść do świata sportowych półbogów nie tylko trzeba seryjnie wygrywać, ale też wykazać się pewną klasą. Tej Brytyjczykowi z wyspy Manx z pewnością brakuje. Jest największym kolarskim plotkarzem na twitterze a na rowerze często ociera się o granice fair play. W przyszłym roku będzie woził na plecach tęczową koszulkę. Czy to sprawi, że będzie się inaczej zachowywał? I czy zmieni się z super sprintera w wielkiego mistrza? Jak poradzi sobie bez najlepszego rozprowadzjącego w peletonie, który odchodzi do Rabobanku? Czy stworzy mistrzowski duet z Wigginsem? Pytań jest zbyt wiele. Z pewnością Mark Cavendish to świetny kolarz, ale do bóstwa mu daleko.

    Zanim kilka słów o Contadorze trzeba wspomnieć Grega van Avermaeta. Kolarz teamu BMC, raczej „czarny koń” niż wielki faworyt pokonał w tym roku nowo kreowanego mistrza świata – Cavendisha i niekwestionowanego króla klasyków – Gilberta podczas jednego z bardziej prestiżowych wyścigów sezonu: Paryż Tours. Za takie momenty można kochać kolarstwo. Van Avermaet jako pogromca herosów z pewnością zasłużył na okładkę wpisu.

    Alberto Contador to nieco inna historia. Sprawa z klenbuterolem ciąży nad jego osiągnięciami. Giro wygrał w wielkim stylu, gdy spróbował sięgnąć po dublet i zwyciężyć również w Tour de France okazało się że i on i jego przyboczni są zbyt zmęczeni ściganiem we Włoszech. Alberto zrobił więc co mógł – oddał żółtą koszulkę z honorem, robiąc piękny show dla kibiców, jednak bez szans na wygraną. Na Alpe d’Huez przegrał z młodym francuskim gregario, Pierrem Rollandem. Czy ktoś wyobraża sobie Armstronga w takiej sytuacji? Właśnie etap przez Galibier i Alpe d’Huez dobitnie pokazał, że w sezonie 2011 na rowerach walczyli, i przegrywali, ludzie a nie roboty.

    W rankingu przegrywających z własnymi słabościami i błędami mistrzów miejsce znajdują również Fabian Cancellara, który poległ w wiosennych klasykach, Tom Boonen, którego kariera znajduje się na poważnym zakręcie i bracia Schleck, którzy cały czas borykają się z niemocą względem rywali. Już nie tylko Contadora, ale i Cadela Evansa.

    Herosi pokonani – Nick Nuyens wygrywa we Flandrii

    Herosi pokonani – Greg Van Averamet wygrywa Paryż – Tours

    Dwanaście dni przed końcem roku wystartowałem z podsumowaniem sezonu. Codziennie jedno z dwunastu, moim zdaniem najważniejszych wydarzeń kolarskiego roku 2011. Oto one:

    12. Czeski Offroad
    11. Klenbuterolowa żenada
    10. Zmiany w polskim MTB 
    9. Ewakuacja sponsorów
    8. Srebro Włoszczowskiej
    7. Herosi to jednak ludzie

  • 12 Wydarzeń 2011r. Klenbuterolowa żenada

    12 Wydarzeń 2011r. Klenbuterolowa żenada

    Alberto Contador to sportowy oszust czy ofiara pechowego zbiegu okoliczności? UCI to „przeżarty korupcją kolarski PZPN” czy może po prostu niewydolny, biurokratyczny moloch? Trybunał Arbitrażowy ds. Sportu pogrąży hiszpańskiego kolarza czy baskijskich hodowców bydła? Klenbuterolowa saga była w tym roku bardziej żenująca niż filmowa adaptacja ostatniej części „Zmierzchu”.

    Za nami piękny i ekscytujący sezon. Autor bloga The Inner Ring określił go mianem „vintage”. Niestety z powodu opieszałości/dociekliwości/polityki Trybunału Arbitrażowego (CAS) rezultaty, punktacja i wspomnienia mogą zostać anulowane, anihilowane, wystrzelone w kosmos. Jednym z głównych aktorów był bowiem Alberto Contador, którego, jeśli CAS podważy decyzję hiszpańskiej federacji i skaże na dwuletnią dyskwalifikację, w ogólnie nie powinno być ani na Giro ani na Tourze ani na etapówkach w Murcii czy Katalonii. Tym samym wspaniała walka na etapie do Gardecci czy szarża na Galibier uznane zostaną za niebyłe. Również wyniki ekscytujących etapów z finiszami na Mur de Bretagne czy w Gap zostaną zmienione. Do tego czynnik ludzki w postaci ofensywnego zachowania Hiszpana i jego wpływu na pozostałych rywali zostanie całkowicie pominięty.

    Byłby to jeden z większych absurdów w historii sportu, tym bardzie, że zgodnie z wynikami testów antydopingowych oraz danych z paszportu biologicznego w sezonie 2011 Contador jeździł „na czysto”. Do tego Andy Schleck nie domaga się przyznania mu zwycięstwa w Tour de France 2010 gdy „El Pistolero” miał faktycznie pozytywny wynik testu na klenbuterol.

    CAS wyraźnie zagiął parol na Contadora i być może są ku temu powody. Wszak nie wiemy o nim zbyt wiele – Hiszpan jest dość enigmatyczną postacią.  Mimo, że sporo faktów wskazuje na jego praktyki dopingowe a tłumaczenie związane ze skażonym mięsem można uznać za śmieszne, większy problem leży po stronie UCI, WADA i CAS. Sprawa Contadora pokazała, że w sytuacjach trudnych organizacje te dalekie są od sprawnego, jednoznacznego i transparentnego działania. I choć z założenia dbają o dobro sportu, efekt ich poczynań może dodatkowo wypaczyć dwa lata rywalizacji w kolarstwie. Sytuacja jest więc jak z antycznej tragedii, gdy każdy wybór jest wyborem złym.

    Alebrto Contador kontra Andy Schleck. Tour de France 2010. Contador ma we krwi 50 pikogramów klenbuterolu.

    Dwanaście dni przed końcem roku wystartowałem z podsumowaniem sezonu. Codziennie jedno z dwunastu, moim zdaniem najważniejszych wydarzeń kolarskiego roku 2011. Oto one:

    12. Czeski Offroad
    11. Klenbuterolowa żenada

  • Sezon na Conatdora

    Sezon na Conatdora

    Przesłuchanie zakończone. Zarówno sam Alberto Contador jak i świadkowie, w tym rzekomy dostawca felernego kawałka mięsa skażonego klenbuterolem odpowiedzieli na liczne pytania. Trybunał Arbitrażowy ma wydać wyrok dopiero w styczniu. Hiszpański kolarz jest jednak pewny swego i już planuje kolejny sezon.

    Nie mam wątpliwości, że Contador ucieknie sprawiedliwości. Nawet jeśli CAS (Trybunał Arbitrażowy do spraw Sportu) udowodni mu jakiś rodzaj winy, sprawa nie zostanie zakończona. Ilość niejasności formalnych czy też proceduralnych które pojawiają się po drodze umożliwi Hiszpanowi dalszą drogę prawną. Sprawa jest wyraźnie cięższego kalibru niż 50 pikogramów klenbuterolu w mililitrze krwi kolarza, ale głównie poszlakowa, zatem w razie hipotetycznego wyroku skazującego zapewne będzie dalej walczył.

    Kalendarium (po angielsku) można znaleźć tutaj. To dość dokładna rekonstrukcja od momentu gdy Contador zapragnął zjeść wołowy stek do ostatniego przesłuchania przed CAS. Zakładając nawet niewielkie prawdopodobieństwo sytuacji, że w Europie szprycuje się krowy sterydami i z takiego, „lewego” źródła korzysta czołowa gwiazda światowego sportu (tak, to brzmi równie absurdalnie co cukierki Simoniego z kokainą od ciotki z Kolumbii, leki dla teściowej Rumsasa i epo w związku z anemią psa Vandenbroucke’a), Contador się wybroni.

    Sęk w tym, że klenbuterol prawdopodobnie nie znalazł się w jego organizmie z powodu spożycia wołowego steku i stąd, między innymi bierze się tak długi czas trwania dopingowego procesu. Linia obrony Alberto jest niemal perfekcyjna. Sprawy związane ze skażoną żywnością były ostatnio dość popularne. W październiku blisko 100 młodych piłkarzy na mistrzostwach świata U-17 w Meksyku miało pozytywne wyniki testu na clenbuterol. Podobne przypadki zdarzały się również sportowcom, którzy startowali lub trenowali w Chinach lub Ameryce Południowej. Władze sportu różnie postępowały w takich sytuacjach i zawieszały (jak kolarza Li Fuyu czy naszego kajakarza, Adama Seroczyńskiego) lub uniewinniały (jak wspomnianych piłkarzy). Można to interpretować różnie, ale biorąc pod uwagę niezmiernie silną pozycję Contadora, trudno uwierzyć, by został zawieszony a jego rezultaty w czasie gdy startował podczas procesu anulowane.

    Linia obrony hiszpańskiego kolarza jest również o tyle dobra, że przyjmowanie klenbuterolu w trakcie Tour de France to nonsens. Ten, pierwotnie lek na astmę, jest stosowany w hodowli bydła by je dodatkowo odtłuścić, uzyskać więcej mięsa z kilograma zwierzęcia. Sportowcy mogą po niego sięgać by przyspieszyć lub wspomóc odchudzanie, wspomóc budowę masy mięśniowej lub ewentualnie jako stymulant (może mieć podobne działanie jak salbutamol na którym wpadł m.in. Alessandro Petacchi). W przeszłości był często stosowany, jednak jako dość prymitywny i łatwo wykrywalny stracił na popularności. Co więcej, ma działanie termogeniczne, przyjmowanie go więc w czasie wyścigu etapowego gdy raczej należy oszczędzać energię niż dodatkowo podkręcać przemianę materii jest niewskazane. A nawet jeśli, to w wynikach byłoby go o wiele więcej niż 50 pikogramów na mililitr krwi.

    Niewielka ilość substancji która jest często używanym argumentem („nawet jeśli przyjął nielegalnie, to za mało by w jakikolwiek sposób wspomóc swoje wyniki”) poddaje jednak w wątpliwość teorię o skażonym mięsie. U sportowców, którzy faktycznie jedli szprycowaną wołowinę np. w Chinach, we krwi znajdowano o wiele więcej klenbuterolu niż u Contadora. Nie 50 pikogramów a nawet 1300. No ale Alberto jadł stek z europejskiej krowy, która była szprycowana bardziej dyskretnie, (to tak, aby udobruchać baskijskie lobby masarskie) zatem przyjął mniej zabronionej substancji.

    Na swoje nieszczęście w pobranych próbkach znaleziono coś jeszcze. Osławione „plastyfikatory”, które są poszlaką, że Alberto Contador dokonał autotransfuzji. Niestety ten właśnie scenariusz dostania się klenbuterolu do organizmu kolarza jest najbardziej prawdopodobny. „Contador podczas jednego ze zgrupowań (przed Tourem lub nawet w zimie) się nieco odchudzał lub budował masę, wspomagając się niedozwoloną substancją. Równocześnie, ponieważ jego krew miała pożądane parametry pobrał nieco i podał sobie w czasie Touru”. Tak mógłby powiedzieć pewny swoich racji oskarżyciel. Plastyfikatory mają sugerować że krew była przechowywana, choć z drugiej strony znaleziono je nie we krwi a w moczu, zatem również mogą pochodzić z pożywienia.

    Prawdopodobnie stąd kolejne przekładanie terminów przesłuchań oraz ostatecznego werdyktu przez CAS. Badane są bowiem dane z paszportu biologicznego Contadora, na podstawie których można by wzmocnić, mimo wszystko poszlakowy argument związany z transfuzją. Porównywana jest ilość krwinek, hemoglobiny, osocza, krwinek „młodych” i krwinek „starych”. W ten sposób można namierzyć ubytek lub dodatek płynów ustrojowych i zewnętrzną ingerencję.

    Wygląda więc na to, że sportowe władze i agencje antydopingowe zagięły parol na Alberto Contadora. Szkoda tylko, że sprawa ta nie miała najwyższego priorytetu. Próbki z pozytywnym wynikiem na klenbuterol pobrano prawie 1,5 roku temu. UCI postanowiła nie zawieszać Hiszpana i ten ścigał się przez cały sezon 2011. I to ścigał się pięknie, do tego wiele wskazuje, że „na czysto”. Trudno więc sobie wyobrazić by klasyfikacje, punkty a przede wszystkim emocje i wspomnienia uznać za niebyłe, domagać się zwrotu nagród i transferować je do tych którzy byli w tym roku za Contadorem. Do tego dochodzi kwestia wizerunku kolarstwa, który z trudem podnosi się z kolan a z pewnością upadłby na dobre, gdyby okazało się, że największa gwiazda jest oszustem. Zatem wyniki badań i śledztwa sobie a praktyka i polityka sobie. Alberto ma się dobrze, rozpoczyna przygotowania do nowego sezonu i już planuje podbój europejskich szos w sezonie 2012 jakby wiedział, że decyzja CAS, która ma zapaść w styczniu to już tylko formalność. Mimo, że sezon polowań na Contadora jest otwarty, Hiszpan raczej nie zostanie w rytualny sposób odstrzelony i poświęcony na ołtarzu piękna dobra i prawdy.

  • Przegrywali aż miło

    Przegrywali aż miło

    Alberto Contador, Mark Cavendish, Philippe Gilbert, Bradley Wiggins, Vicenzo Nibali. O Andym Schlecku i Fabianie Cancellarze nie wspominając. W minionym sezonie wielcy faworyci mieli swoje chwile chwały, ale równocześnie zdarzało im się ponosić dotkliwe porażki. Jeśli się zastanowić – to po prostu piękne.

    Tak, sezon 2011 zaskakiwał od początku do końca. Skupiając się na najważniejszych wyścigach trzeba zacząć od Mediolan – Sanremo. Na podium stanęli Fabian Cancellara i Philippe Gilbert. Czyli murowani faworyci wiosennych klasyków. W jednej z licznych kraks odpadła z rywalizacji większość sprinterów. Okazało się, że team HTC ma w rękawie więcej niż jednego asa. Mark Cavendish, który nie zdołał dogonić czołówki został godnie zastąpiony przez Mathew Gossa. Zawodnika, który wcześniej nie wygrał tak wyścigu lub choćby pojedynczego etapu znaczącej imprezy. Zatem faworyci polegli po raz pierwszy.

    Klasyki północy miały być domeną Fabiana Cancellary. Szwajcar był zmotywowany nowym otoczeniem. Team Leopard na papierze prezentował się jak idealna maszyna zaprojektowana do wygrywania. Pierwsze starty sugerowały szokująco wysoką dyspozycję Cancellary. Podczas E3 Prijs zniszczył a wręcz upokorzył konkurentów odjeżdżając im, jak gdyby nigdy nic, na płaskiej, szerokiej szosie. Nie wiadomo czy to tak wstrząsnęło peletonem czy też wszyscy mieli w pamięci jego jazdę z zeszłego roku. Dość powiedzieć, że podczas Dookoła Flandrii i Paryż – Roubaix praktycznie każdy z faworytów wraz z pomocnikami jechał przeciwko niemu. We Flandrii Szwajcar dał się sprowokować Boonenowi na czym skorzystał Nuyens, w Roubaix przegrał z lepszą taktyką ekipy Garmin. Wyniki w klasykach musiały być dla niego naprawdę dotkliwą porażką, tym większą, że fizycznie wydawał się o klasę przewyższać rywali. By tego było mało podczas Tour de France mimo naprawdę ciężkiej pracy nie był w stanie doprowadzić żadnego z braci Schleck do zwycięstwa. Idąc dalej, wydawało się, że zbudował dobrą formę podczas hiszpańskiej Vuelty. Na ostatnich górskich etapach mocno trenował i stając na starcie mistrzostw świata w jeździe na czas był jednym z faworytów. Tony Martin okazał się rywalem nie do pokonania a Bradley Wiggins miał więcej szczęścia i Szwajcar musiał zadowolić się zaledwie brązowym medalem.

    Będąc już przy braciach Schleck i ekipie Leopard, to cóż, przegrali wszystko co było do przegrania. „Wielka Pętla” ułożona była pod możliwości Andy’ego jednak liczne błędy taktyczne uniemożliwiły mu wypracowanie należytej przewagi nad lepiej jeżdżącym na czas Cadelem Evansem. Cancellara, o czym wspomniałem wyżej poległ w klasykach brukowanych, natomiast w Ardenach Andy i Frank Schleck mogli co najwyżej przyglądać się temu co wyprawia Philippe Gilbert. Belg swoją dominację udowodnił najdobitniej podczas Liege-Bastogne-Liege gdy w decydującej fazie wyścigu jechał sam przeciwko dwóm rywalom, braciom Schleck, których ograł w sposób perfekcyjny.

    Gilbert sezonu takiego jak 2011 może już nigdy nie powtórzyć. Wygrywając cztery ardeńskie klasyki, podwójne mistrzostwo kraju, etap Tour de France (niemal do końca był faworytem walki o zieloną koszulkę, co jest nietypowe, ponieważ nie jest sprinterem), Clasica San Sebastian, jednodniówkę w Montrealu czy Strade Bianche wpisał się do grona kolarzy wybitnych. Koniec końców okazało się, że jest tylko człowiekiem. Posługując się metaforą Joe Friela, Gilbert wypalił wszystkie zapałki i na jesienne klasyki oraz mistrzostwa świata sił już nie starczyło tym bardziej, że po genialnej pierwszej połowie sezonu był pod większą presją kibiców i mediów oraz baczną obserwacją rywali. Było to widczone szczególnie podcza Paryż – Tours i Giro di Lombardia, gdzie było mu równie ciężko jechać przeciwko koalicji konkurentów co Cancellarze wiosną.

    Skoro już wspomniałem o jesieni, to trudno nie napisać kilku zdań o Marku Cavendishu. Wydawać by się mogło, że ma za sobą, podobnie jak Gilbert, sezon – marzenie. Trzy wygrane w Giro d’Italia, pięć w Tour de France i koszulka najlepszego sprintera. Do tego wykorzystał szansę, jaką raz na jakiś czas kolarze jego specjalności dostają od UCI i wygrał mistrzostwo świata ze startu wspólnego na stosunkowo płaskiej, czyli przygotowanej de facto dla niego trasie. Co zatem było nie tak? Cóż, jeśli ktoś jest topowym sprinterem i ma na swoim koncie wygraną w Mediolan – Sanremo to brak obecności w czołowej grupie na mecie tego wyścigu jest porażką. Nawet jeśli spowodowaną przez kraksę. Co więcej zawodnik z wyspy Manx będąc w szczytowej formie w spekatkularny sposób poległ podczas innego sprinterskiego klasyku: Paryż – Tours. Być może na fakt, że jego pomocnicy nie opanowali peletonu i oddali zwycięstwo ucieczce wpłynęła sytuacja ekipy HTC dla której był to jeden z ostatnich występów w sezonie. Tyle, że to sam, nowo kreowany mistrz świata zaordynował zaprzestanie pogoni, bo był zwyczajnie zmęczony…

    Pozostaje jeszcze Alberto Contador. Zanim jednak o nim, słów kilka o Vicenzo Nibalim. Przegraną w Giro można by mu „wybaczyć” gdyby nie fakt, że poległ nie tylko w starciu ze znakomicie dysponowanym Hiszpanem, ale również z lokalnym rywalem, czyli Michele Scarponim. Na starcie Vuelta Espana stanął z kolei jako obrońca tytułu by po bezbarwnej jeździe zająć siódmą lokatę. Oba te rezultaty wciąż są niezłe i dobrze rokują na przyszłość. Nibali ma ciągle więcej przed sobą niż za sobą a fakt, że rok temu wygrał Vueltę nie jest argumentem który ma go stawiać w roli murowanego faworyta wielkich tourów. Zatem to z czym przegrał to nie tylko lepsza dyspozycja rywali ale przede wszystkim oczekiwania i PR grupy Liquigas. Podejrzewam, że dodatkowo nakręcane lokalnie, ponieważ traktujemy tę ekipę oraz jej liderów jako „swoich” ze względu na jeżdżących dla nich polskich gregario. Tak więc Nibali ma jeszcze czas by trafić do grona Wielkich Przegranych, podobnie jak Bradley Wiggins, który i tak z każdym kolejnym występem w wielkim tourze jedzie ponad to, czego w najśmielszych oczekiwaniach mogli mu życzyć najwierniejsi fani.

    Na koniec wspomniany Contador. „Pistolet” podjął pierwszą od czasów Pantaniego próbę wygrania dubletu Giro-Tour w jednym sezonie. Tour, choć z klasą, przegrał, zatem cały test został oblany. Tyle tylko, że nie wierzę, by tegoroczne podejście do dubletu było wcześniej planowane. Mordercze Giro i Tour który odbierał część atutów Hiszpanowi a dawał je braciom Schleck to nie były najbardziej optymalne warunki. Contador pojechał Giro, bo nie był pewny startu w Tourze a gdy mu na to pozwolono nie wypadało zdezerterować. Obronił pozycję najlepszego specjalisty wyścigów etapowych, to pewne. Do każdego kolejnego nadal będzie przystępował jako główny faworyt. To, że mógł w ogóle startować w sezonie 2011 już samo w sobie można uznać za sukces. Jeśli w najbliższym czasie UCI, WADA i CAS ostatecznie odstąpią od wymierzenia mu kary za ślady Clenbuterolu w organizmie podczas ubiegłorocznego Tour de France będzie zwycięzcą i w przyszłym roku prawdopodobnie znów stanie na podium w Paryżu w żółtej koszulce. Jeśli organy sportowej administracji zaskoczą nas wyrokiem skazującym, odbiorą Hiszpanowi zdobyte laury i zawieszą na dwa lata… cóż. Całą powyższą listę będzie można skasować. Największym przegranym będzie właśnie Alberto Contador.

  • Gwiazdy z Polski

    Gwiazdy z Polski

    Marcel Kittel wśród zawodowców ściga się dopiero pierwszy sezon. Ma już na swoim koncie kilka cennych zwycięstw, ale eksplozja jego formy nastąpiła na pierwszych etapach Tour de Pologne. Nie jest to odosobniony przypadek. Tygodniowe etapówki często mają taką właśnie funkcję. Wysoka kategoria naszego wyścigu powoduje, że sukces przywieziony z Polski staje się wartościowym punktem w portfolio zawodnika.

    Szczególnie od czasów awansu do Pro Tour start w Tour de Pologne jest wyznacznikiem zmian w karierze wielu kolarzy. Trudno mówić, używając wytartego już frazesu, że „wyścig ten kreuje gwiazdy a nie gwiazdy kreują wyścig”. Większe znaczenie ma tu raczej fakt, że wbrew pozorom przyjeżdżają do nas zawodnicy nieprzypadkowi. A raczej nieprzypadkowi zawodnicy walczą o zwycięstwa. Dziś zatem proponuję rzut oka na kilka krótkich historii, zawodników związanych z Tour de Pologne.

    Alessandro Ballan

    Od kilku dni jest o nim głośno. Włoch, były mistrz świata ma od dłuższego czasu problemy z rodzimą prokuraturą. Sprawa dotyczy okresu, gdy Ballan był u szczytu formy, m.in wygrywał nasz wyścig w koszulce mistrza świata. Zanim to nastąpiło, w 2006r zaprezentował znakomitą formę, aktywnie atakując na Orlinku. W wywiadzie dla bikeworld.pl pytałem go wtedy, czy myśli o tym, by zostać liderem reprezentacji Włoch. Dwa lata później został mistrzem świata. Po wielu perturbacjach związał się z ekipą BMC. Do Polski przyjechał, jak wielu innych kolarzy, szukać formy i pewności siebie. Nie może niestety spać spokojnie. Po zakończeniu wyścigu wraca do swojego kraju na przesłuchanie.

    Stefan Schumacher

    Historia z gatunku przykrych. W sezonie 2006, dwudziestopięcioletni wówczas Niemiec zaczął rozpychać się w światowym peletonie. Wygrał dwa etapy Giro d’Italia, Eneco Tour a zaraz potem Tour de Pologne. Z perspektywy czasu widać, że Schumacher był bezkompromisowym koksiarzem. Od początku kariery ciągnęły się za nim kłopoty. A to amfetamina a to niewłaściwe parametry krwi. Mimo tego piął się w górę, wygrywając klasyk Amstel Gold Race oraz brązowy medal na mistrzostwach świata w Stuttgarcie (2007). Później była wielka forma na Tour de France 2008 (m.in wygrana czasówka) i wielka wpadka na EPO-CERA zakończona dwuletnią dyskwalifikacją oraz upadkiem grupy Gerolsteiner. Obecnie Schumacher, już jako trzydziestolatek próbuje odbudować formę w kontynentalnej grupie Miche. Ma już kilka dobrych wyników w tym sezonie, możliwe więc, że za rok lub dwa znów przyjedzie na Tour de Pologne. Ciekawe, jak wtedy zostanie przywitany przez kibiców.

    Alberto Contador

    Na ten temat powiedziano już chyba wszystko. Tak, to prawda. Kariera sześciokrotnego zwycięzcy wielkich tourów zaczęła się właśnie w Polsce. W 2003r Contador miał raptem 21 lat i jako neo-profi ścigał się w grupie ONCE. Nasz wyścig miał wtedy kategorię 2.2 a kibice emocjonowali się walką Cezarego Zamany z zagranicznymi rywalami i z uwagą śledzili poczynania Marka Rutkiewicza – naszej Wielkiej Nadziei. Contador błysnął podczas finałowej czasówki na Orlinek, którą niespodziewanie wygrał. Kilka miesięcy później jego kariera stanęła pod znakiem zapytania z powodu wykrytego tętniaka mózgu. Hiszpan podniósł się po problemach zdrowotnych, następnie wygrał 3x Tour de France, 2x Giro d’Italia i raz Vuelta Espana. Obecnie ma sprawę przed Trybunałem Arbitrażowym do spraw Sportu w związku ze śladami Clenbuterolu w jego organizmie podczas ubiegłorocznej Wielkiej Pętli.

    Tom Boonen

    Do niedawna to on był belgijskim królem klasyków. Trzykrotnie wygrywał Paryż – Roubaix, dwukrotnie Dookoła Flandrii, był najlepszym sprinterem Tour de France oraz mistrzem świata. Od trzech lat jego forma nie jest już tak imponująca. W tym sezonie „uratował” swoją wiosnę wygrywając w Gandawa – Wevelgem, ale z Tour de France musiał się wycofać. W Polsce debiutował w 2000r, trzeba przyznać, że było to już bardzo dawno temu. Tym razem ściga się u nas po to, by spróbować kolejny raz odbudować swoją dyspozycję. Póki co nie idzie mu najlepiej, ale być może kilometry przejechane po naszych szosach pomogą mu w dalszej części sezonu.

    Johan van Summeren

    Gdy wygrywał w 2007r na Orlinku po samotnej ucieczce, wszyscy byli pewni, że to fuks. Z tyłu czaili się di Luca, Gesink (on również w Polsce zaliczył pierwszy cenny wynik w wyścigu wysokiej kategorii), Ballan czy Frank Schleck. Van Summerena puścili, bo byli przekonani, że zdążą go dogonić. Tymczasem Belg dojechał przed nimi do mety i wygrał wyścig. W kolejnych sezonach udowodnił, że nie był to przypadek. Jest solidnym pomocnikiem liderów oraz niezłym kolarzem klasycznym. W tym roku, również nieco przez zaskoczenie rywali zwyciężył w Paryż – Roubaix.

    Jose Joaquin Rojas

    Pokazał się w Polsce w tym samym roku co van Summeren. Co ciekawe, poza zwycięstwem w klasyfikacji punktowej nic wielkiego wtedy nie ugrał. Styl, w jakim tego dokonał jest jednak jego cechą charakterystyczną. Jak na sprintera Rojas bowiem dobrze spisuje się na podjazdach. Później (2008) był też jednodniowym liderem TdP. Od startu w Tour de Pologne nabrał jeszcze nieco szybkości a dzięki regularnej jeździe w tym roku był do ostatniego zagrożeniem dnia dla Marka Cavendisha w walce o klasyfikację punktową Tour, ale nie Pologne a France. W Polsce startował mając lat 22, teraz ma zaledwie 26, kto wie, czego jeszcze dokona.

    Wouter Weylandt

    Tragicznie zmarły podczas trzeciego etapu tegorocznego Giro d’Italia (na zjeździe z Passo del Bocco) belgijski kolarz chętnie przyjeżdżał do Polski. Wygrywał klasyfikację punktową (2006) i dwa razy był liderem wyścigu (2006, 2008), ale – tak jak Rojas, etapu nie wygrał. Jego kariera nabrała za to rozpędu, ponieważ później zwyciężał na odcinak wielkich tourów: Giro i Vuelty. Niestety jego życie i kariera zostały brutalnie przerwane.