Tag: Alberto Contador

  • Czego nie wiemy o Contadorze?

    Czego nie wiemy o Contadorze?

    Jako pierwszy od 13 lat podjął próbę wygrania dubletu Giro-Tour w jednym sezonie. Nie udało się, ale na obu wyścigach pokazał wielką klasę. Jak mistrz zwyciężył i jak mistrz poniósł porażkę. Teraz przed nim największy bój ? przesłuchanie przed CAS.

    Czy Alberto Contador podjął się w tym roku niemożliwego? Trudno powiedzieć. Przy minimalnie innej trasie i przy większej ilości uwagi, nawet nie będąc w 100% dyspozycji mógł wygrać Tour a przynajmniej stanąć na podium. Gdy stało się jasne, że szanse na to są minimalne, nie spuścił głowy, tylko zacisnął zęby i zrobił show. Rozbił wyścig, zmusił rywali do największych poświęceń, spowodował, że jego główny rywal i niemal pewny kandydat to wygranej popełnił błąd. Udowodnił jeszcze jedno, zresztą nie po raz pierwszy. Z walczących w wielkich tourach faworytów jest kolarzem najbardziej kompletnym. Rewelacyjnie podjeżdża, świetnie zjeżdża i znakomicie radzi sobie w czasówkach. Ostatni element do poprawy, to ?pozycjonowanie? w peletonie. Prawdopodobnie to ten fragment kolarskiego kunsztu zadecydował o porażce Hiszpana. Upadki, straty czasowe i kontuzja wynikły właśnie z jego nieuwagi.

    W czasie Touru zwróciła, nie pierwszy raz zresztą, uwagę inna rzecz. Peleton wyraźnie podzielony był na zwolenników i przeciwników Contadora. Cała kolarska Hiszpania wspierała ?Księgowego?. Sojusz z Euskaltelem był najbardziej widoczny. Baskowie mogli się w ten sposób odwdzięczyć za prezenty na włoskim Giro, gdzie Alberto oddał im dwa królewskie etapy. Ich lider, Samuel Sanchez to z kolei partner treningowy Contadora, obaj zawodnicy mają też wspólnego trenera. Lider Saxo Banku mógł również liczyć na wsparcie ze strony kolarzy Movistaru a także w pewnym stopniu Astany, swojej poprzedniej ekipy. Było to o tyle istotne, że większość pomocników Hiszpana była, wraz z nim, zmęczona morderczym Giro i nie była w stanie w pełni kontrolować peletonu.

    Peletonu, który był bardziej wyrównany niż w ubiegłych latach a przy okazji spora część zawodników jechała tak, by uniemożliwić Contadorowi zwycięstwo. Dwóch braci Schleck, którzy ostatecznie przegrali wyścig, ale pokonali Alberto atakowało na przemian. Ivan Basso i jego pomocnicy z Liquigasu byli często przedłużeniem ekipy Leopard, dyktując tempo, które w danej chwili pasowało Braciom. Thomas Voeckler i jego wierni giermkowie z Europcar wyraźnie bardziej pilnowali Contadora, nawet gdy stało się jasne, że to Frank Schleck będzie większym zagrożeniem jeśli chodzi o miejsce na podium. Jeden Cadel Evans i jego BMC jechali swoje, niezależnie czy z przodu był Schleck Młodszy, Schleck Starszy czy Alberto Contador.

    Jakie były motywy takiego układu sił, wiedzą tylko sami zawodowcy. Sam Contador jest postacią na tyle enigmatyczną i cichą, że trudno mieć na jego temat zdanie, poza oceną wyników sportowych. Jeździ bowiem jak mistrz. Wygrywa jak mistrz, przegrywa również jak wielki kolarz. Gdy trzeba, bierze sprawy w swoje ręce, gdy trzeba, szczodrze wspiera słabszych, acz głównie wybranych. Tiralongo mógł wygrać etap na Giro. Szmyd na Alpe d?Huez  podczas Dauphine Libere już nie…

    Hiszpański mistrz może zdobywać sympatię części peletonu i kibiców dzięki tej samej cesze, co jego wielki poprzednik, Miguel Indurain. Contador prezentuje się jako osoba skromna i cicha, w przeciwieństwie do innej wybitnej postaci, Lance’a Arsmtronga nie eksponuje wybujałego ego. Oczywiście, w mediach jest go sporo, nie ma się zresztą czemu dziwić, wszak jest najlepszym kolarzem etapowym ostatniego pięciolecia. Nie mamy jednak „Planety Alberto” w telewizji, atakujących z każdego miejsca internetu twittów i obecności w popkulturze poprzez reklamowy gadżet. Contador wypowiada się stanowczo, ale powściągliwie, unikając radykalnych czy agresywnych stwierdzeń. Po prostu robi swoje.

    Robi swoje również w kwestii przygotowań. Informacje na temat treningów lidera Saxo Banku są bardzo enigmatyczne. Wiadomo tylko, że jego prywatnym trenerem-opiekunem jest Pepe Marti. Do tego, jak każda gwiazda sportu Contador ma wokół siebie sztab ludzi. Doświadczona poliglotka Pascale Schyns jest rzeczniczką prasową, dzieli tę funkcję z Jacinto Vidarte. O to, by rower mistrza był zawsze sprawny i szybszy niż rowery rywali dba „magik-serwisant” Faustino Munoz. Ciałem kolarza, jakkolwiek by to nie brzmiało, zajmuje się masażysta Valentin Doronzoro. Całą grupę koordynuje starszy brat Alberto – Francisco Javier.

    Postacią kluczową jest jednak Pepe Marti. Postać równie enigmatyczna co jego podopieczny. Hiszpański trener nie jest gwiazdą wśród fizjologów jak Chris Carmichael, Michele Ferrari czy Aldo Sassi. Współpracuje z Contadorem od lat i od lat pomaga mu budować szczyty formy, do niedawna niedostępne dla innych zawodników. Opinia publiczna nie jest dopuszczana w najmniejszym stopniu do tego, co robi sześciokrotny zwycięzca wielkich tourów. Nie wiemy, kiedy jest w górach, kiedy śpi w namiocie tlenowym a kiedy zbiera siły. Nawet, jeśli jest mocny podczas Dauphine Libere czy też startów, które poprzedzają kluczową imprezę, kilka tygodni później wzrost dyspozycji jest wyraźnie widoczny. Zdecydowanie bardziej, niż u jego rywali. Giuseppe Martinelli, który prowadził Contadora w Astanie twierdzi, że Hiszpan świetnie czuje swój organizm i jest w stanie precyzyjnie ocenić swoje możliwości. Z kolei masażysta tej drużyny, który choć nieczęsto miał okazję bezpośredniego kontaktu z zawodnikiem, zajął się nim kilka razy twierdzi, że mięśnie Alberto są nadzwyczaj luźne, co ma wskazywać na umiejętność szybkiej regeneracji. Są to jednak w zasadzie wszystkie informacje, jakie udało się zebrać dziennikarzom z całego świata. Niewiele, prawda?

    Ze względu na liczne niejasności dopingowe we współczesnym sporcie, brak transparentności to spory problem. Tym bardziej, że Contador stoi przed wyzwaniem równie ciężkim co wygranie dwóch wielkich tourów w jednym roku. Podczas przesłuchania przed CAS (Trybunał Arbitrażowy ds. Sportu) ma nie tylko po raz kolejny opowiadać o skażonym clenbuterolem mięsie, ale też o śladach plastyfikatorów sugerujących transfuzję. Do tego dochodzą pogłoski o kontaktach kolarza z Javierem Fernandezem Albą, bohaterem kolejnej hiszpańskiej afery dopingowej. Contador oczywiście zaprzecza i prawdopodobnie sprawa zostanie przynajmniej odłożona ad acta. Tak jak jego udział w „Operation Puerto”, gdzie uratowało go słowo „lub” w notesie Eufemiano Fuentesa (Przy inicjałach A.C. znajdował się dopisek „Nic lub to samo co Jorg Jaksche”. Zadziałało domniemanie niewinności).

    Wyroki sądów i trybunałów są niezależne tylko w teorii. Przy obecnej dyskusji na temat clenbuterolu wiele wskazuje, że Alberto Contador zostanie retroaktywnie uniewinniony, mimo, że w jego organizmie znalazł się środek zabroniony. Sprawa plastyfikatorów jest za to postawiona na zbyt wątłych argumentach, by jednoznacznie uznać go winnym. Do tego dochodzi dobra prasa, którą zdobył nie tylko jako Wielki Zwycięzca, ale też jako Wielki Mistrz. Paradoksalnie przegrana w Tourze mu w tym pomogła. Jest więc całkiem prawdopodobne, że „Księgowy” umknie spod spadającej gilotyny a w sporcie dokona jeszcze kilku wielkich rzeczy.

    Osobiście nie wierzę, że zrezygnuje z pomysłu ustrzelenia „dubletu”. Jeśli nie Giro-Tour, to być może Tour-Vuelta. A kto wie, może nawet sięgnie po kolarskiego „Wielkiego Szlema”. Mistrzostwa Świata w 2014 roku rozegrane zostaną w hiszpańskiej Ponferradzie. Trasa powinna być najbardziej górzysta od lat. Alberto Contador będzie miał wtedy zaledwie 32 lata.

     

  • Kolarstwo jakiego nie znałem

    Kolarstwo jakiego nie znałem

    Pierwsze wspomnienia sięgają Wyścigu Pokoju i Igrzysk Olimpijskich w Seulu. Wkrótce potem zaczął się szaleńczy wyścig chemicznych zbrojeń. Teraz zastanawiam się, czy kolarstwo, które mnie wówczas zafascynowało, istniało naprawdę.

    Na początku mały disclaimer. Z euforią trzeba poczekać do mniej więcej połowy października. Wtedy wszystko będzie jasne. Czy, kto, co i ile. Wziął. Tego nauczyła nas najświeższa historia, w której zwycięstwa wielkich tourów wygrywa i przegrywa się w laboratorium lub sądzie. Skoro jednak kolarze z tempem jazdy wrócili do czasów Fignona i Lemonda, czyli do ostatniego momentu przed gwałtownym przyspieszeniem, trzeba inaczej spojrzeć na sponiewieraną skandalami dyscyplinę.

    Pierwsze zdziwienie przyszło na Luz Ardiden. Przecierałem oczy ze zdumienia nie dlatego, że Andy Schleck ze swymi super-przybocznymi nie zniszczył rywali. Wraz z herosami, którzy w ostatnich latach kreowali oblicze wyścigów etapowych wjechali Thomas Voeckler, Pierre Roland i Jelle Vanendert. Kto? Jakim prawem? Co oni tam robili? Później było jeszcze ciekawiej. Voeckler do ostatniego górskiego etapu bronił żółtej koszulki a Rolland uciekł Contadorowi na Alpe d?Huez. Nie, nie został puszczony w prezencie przez sześciokrotnego zwycięzcę wielkich tourów. Po prostu mu odjechał, bo ten był najzwyczajniej w świecie śmiertelnie ujechany. Tak samo jak Andy i Frank Schleck, Samuel Sanchez oraz Cadel Evans, którzy przez kilka dni toczyli zacięty bój na alpejskich przełęczach.

    Indurain, Ullrich czy Armstrong byli górami mięśni pędzącymi po tych samych szosach bez większego wysiłku, na mecie co najwyżej lekko spoceni. Pantani w koszmarnych warunkach wykonał cudowny rajd przez góry by pognębić rywali ustawiając całą klasyfikację. W tym roku Andy Schleck i Alberto Contador spróbowali tego samego. Wycieniowani do granic możliwości ? wysoki Luksemburczyk ma sylwetkę ?klasycznego górala? choć powoli zbliża się bardziej do skoczka narciarskiego, niż wzorca z Sevres ostatnich 20 lat, szczupłego, ale atletycznego Pantaniego. Na cudownym, wręcz magicznym sprzęcie ? rower ?Pirata? sprzed 13 sezonów zapewne znalazłby się w ogonie współczesnych szosówek ze średniej półki jako nienadający się do jazdy. Obstawieni zdobyczami współczesnej nauki i elektroniki optymalizującej trening, pozycję, dietę, regenerację. Na metach alpejskich etapów po ponad dwóch tygodniach ścigania wyglądali jak zwłoki. I nie zyskali zbyt wiele czasu nad rywalami, mimo heroicznych wysiłków i spektakularnych (choć w opinii niektórych komentatorów ciągle zbyt rachitycznych) ataków i rozbicia peletonu w strzępy.

    Czasy, gdy pretendent do wygrania Paryż ? Roubaix radośnie hasa na najcięższych wzniesieniach kasując ucieczki teoretycznie świetnych wspinaczy minęły. Na l?Alpe d?Huez Contador, Evans i Schleck wjeżdżali w tempie Lemonda i Fignona z 1989r oraz? rekordzisty wśród amatorów z 2005r. Wspomniany pretendent, George Hincapie był na mecie 17 minut później. Zmęczony gregario, którego praca tym razem nie przyniosła efektów. Takie ściganie jest kompletnie inne niż to, które można było oglądać przez ostatnie 20 lat. Nie jest wcale mniej fascynujące. Jestem absolutnie na tak, ponieważ jest prawdziwsze.

    Można pytać, dlaczego ?stracone pokolenie?, od Induraina po Landisa robiło to, co robiło? Wulgarnie cytując współczesnego pop-klasyka (Gregory House): ?A dlaczego pies sam liże się po genitaliach? Bo może!?. Zaawansowany koks stał się bardziej dostępny. Testów nie było lub były nieskuteczne. Pojawiały się nowe, coraz bardziej efektywne substancje i metody. Zestaw: EPO, Hormon Wzrostu i Testosteron był świętą trójcą zawodowców, tyle, że z każdym sezonem w coraz nowocześniejszym wydaniu. Dodatkowo, po upadku żelaznej kurtyny kolarze z NRD i ZSRR do zawodowego kolarstwa, które kulturowo posiada ciągoty do wspomagania wprowadzili swoje metody, oparte na planowym, systemowym i nielegalnym poprawianiu możliwości ludzkiego organizmu. Niektórzy szli na całość, inni, w trosce o zdrowie i życie kolarzy organizowali instytucjonalny doping by nie wypaść z gry. Ci, którzy byli poza układem nie mieli szans ani na wynik ani na pieniądze ani nawet na możliwość spokojnej jazdy na własną rękę.

    Takiego kolarstwa jak w tegorocznym Tourze trzeba się będzie uczyć od nowa. Uczyć sytuacji, gdzie zawodnik jest bardziej człowiekiem i nawet, gdy ma słuchawkę w uchu a dyrektor sportowy mówi mu ?jedź? on nie jedzie, bo zwyczajnie nie ma siły. Takiego, gdzie niepokonany dominator może mieć słabszy dzień. Wreszcie takiego, gdzie szanse są bardziej wyrównane a dobrze zapowiadający się zawodnik by wygrać musi mieć wybitny talent a nagły wyskok formy zależy od zbiegu wielu czynników a nie nawiązaniu współpracy z dobrym hematologiem. Teraz nikt nie fruwa, wszyscy atakują wszystkich i męczą się jak ludzie. Żegnajcie Pantani, Riisie, Armstrongu. Jesteście częścią historii. Znakiem czasów, które, miejmy nadzieję, odchodzą.

  • Test wiarygodności

    Test wiarygodności

    Andy Schleck jest bohaterem, Alberto Contador przegranym a Cadel Evans znów ma triumf w Tourze na wyciągnięcie ręki. Dziś kolejny ważny etap. Nie tylko ze względu na układ klasyfikacji. Czas podjazdu, powie, kto prowadzi w wyścigu: kontrolerzy?doperzy.

    L?Alpe d?Huez to podjazd szczególny. Niezmiernie eksploatowany, pełen historii, dramatów i zwycięstw wielkich mistrzów. W ostatniej dekadzie kojarzony głównie z dominacją Armstronga. To właśnie na 21 zakrętach prowadzących w górę z Bourg-d?Oissans pognębił Jana Ullricha i zdeklasował Ivana Basso. Wcześniej ?Góra Holendrów? (choć kolarz z kraju tulipanów ostatni raz triumfował tam w 1989r) była świadkiem wielu znakomitych pojedynków.

    Dziś istotna jest nie tylko rozgrywka między Andym i Frankiem Schleckami, Cadelem Evansem, Thomasem Voecklerem oraz (wciąż) Ivanem Basso oraz Alberto Contadorem, ale też czas, w jaki najlepszy z faworytów wjedzie na metę. Jak pisałem kilka dni wcześniej, w tym roku zawodnicy jadą wolniej. Podjazdy zabierają im więcej czasu, coraz bardziej istotną rolę zaczyna odgrywać taktyka, układ trasy oraz dyspozycja dnia. Wczorajszy triumf Andy?ego Schlecka to głównie zasługa przemyślanej taktyki oraz jej perfekcyjnej rywalizacji niż wyjątkowej przewagi fizycznej, której Luksemburczyk po prostu nie ma. Różnica, jaką wypracował podczas wjazdu na Izoard wynikała z zaskoczenia i niezdecydowania rywali. Zjazdy i odcinek płaski to zasługa współpracy z uciekinierami oraz, przede wszystkim, tytanicznej pracy Maxime?a Monforta.

    Belg był właściwą postacią na właściwym miejscu. Na niezbyt stromych i wietrznych odcinkach Schleck nie mógł mieć lepszego pomocnika niż znakomity czasowiec. Monfort ma na swoim koncie mistrzostwo Belgii w jeździe indywidualnej. To wystarczająca rekomendacja by dać opór rywalom, którzy nie byli zdeterminowani w 100% do wściekłej pogoni. Jako ostatnie ogniwo w planie dyrektorów sportowych ekipy Leopard spisał się idealnie

    W pościg rzucił się dopiero Cadel Evans, który niczym perszeron prowadził liderów przez cały podjazd na Galibier, uratował żółtą koszulkę Voecklerowi oraz, co ważne, sam pozostał w grze o zwycięstwo. Evans bowiem stracił na mecie ponad dwie minuty, ale do właściwego brata. Andy był dalej w klasyfikacji i gorzej jeździ na czas od Franka. Mając w pamięci porażkę z Carlosem Sastre na Alpe d?Huez to właśnie Australijczyk, nie czekając na innych rywali wziął sprawy w swoje ręce. I to on obok młodszego ze Schlecków jest bohaterem etapu a być może nawet zwycięzcą wyścigu.

    Ponieważ wszyscy byli na mecie w podobnym (czyli złym) stanie, dzisiejsze podjazdy na Galibier (od trudniejszej strony) i l?Alpe d?Huez będą kluczowe. Pobicie rekordowych czasów Pantaniego, Arsmtronga czy Ullricha, przedstawicieli poprzedniej ery kolarstwa jest poza zasięgiem. Ba, nawet zejście w okolice 38 minut będzie podejrzane. W 2006r, choć z ucieczki, Frank Schleck jechał pod górę przez blisko 41 minut. Dwa lata później, puszczony przez faworytów Carlos Sastre 39,5. Jeśli tegoroczny wyścig nie jest ?Tourem Cudów? jutro będziemy oglądali ciekawą rozgrywkę taktyczną a w przypadku mocnej jazdy czas w granicach najwyżej 39 minut. Jeśli pojadą szybciej, obawiam się, że z pełną odpowiedzialnością będzie można nie włączać telewizora podczas sobotniej czasówki. Lub zająć się czymś co jest równie odrażające.

  • Koniec Touru Dwóch Prędkości?

    Koniec Touru Dwóch Prędkości?

    Thomas Voeckler przejechał Pireneje w żółtej koszulce. Lider Tour de France puszczony wcześniej w ucieczce na kilka minut utrzymuje przewagę nad faworytami. Co więcej, „dzielny Francuz” nie tylko ostatkiem sił przeczołgał się przez góry. Z wyzywającym wyrazem twarzy i jednoznaczną gestykulacją dał do zrozumienia, że on również jest w grze. Kolarze jadą wolniej, więc większa grupa zawodników ma szansę na zwycięstwo.

    Voeckler był już w podobnej sytuacji. W 2004r po ucieczce w pierwszej fazie wyścigu zdobył pozycję lidera i dzielnie bronił jej do 15. etapu. Wtedy też Wielka Pętla zaczynała przejazd przez góry od Pirenejów i dopiero pierwszego dnia w Alpach oddał maillot jeaune Armstrongowi. Wielce prawdopodobne jest, że przy takiej jeździe, jaką prezentuje w tym momencie, Voeckler utrzyma ją przynajmniej do czwartku i finiszu na legendarnej przełęczy Galibier. Etapy do Gap i Pinerolo, znany z waleczności Francuz byłby w stanie przejechać w pierwszej grupie nawet w latach powszechnego stosowania EPO i dopingu krwi.

    Docieram bowiem do kluczowego momentu. Dlaczego Voeckler z pomocą młodego Pierre’a Rolanda jest w stanie jechać razem ze Schleckiem, Basso, Evansem czy Contadorem. Sprawa dotyczy także, choć nie w tak widoczny sposób Damiano Cunego. Odpowiedź na to pytanie, choć oczywiście tylko w sferze przypuszczeń daje nieoceniony w takich sytuacjach blog The Science of Sport. Otóż od wprowadzenia na przełomie 2007 i 2008 paszportów biologicznych, w zawodowym peletonie drastycznie spadła ilość wyników badań wskazujących na nieprawidłowości sugerujące manipulację krwią. Według pokazanej w tabeli historii owych nieprawidłowości, patrząc na ilość „młodych” krwinek (retikulocytów) można przypuszczać, jaki rodzaj dopingu jest popularny w peletonie.

    I tak do 2003, gdy zaczęto stosować skuteczny test na EPO, nadmierna ilość retikulocytów w testach była powszechna, co sugerowało dostarczenie do organizmu erytropoetyny z zewnątrz. Wraz z wprowadzeniem testów zawodnicy mieli przerzucić się na doping krwi np. w postaci przetaczania tejże, na co wskazuje wyraźnie niedobór nowych krwinek a nadmiar „starych”. Pamiętacie Tour 2003 i fenomenalną jazdę Ullricha? Pamiętacie kto był wtedy jego wyłącznym opiekunem? Rudy Pavenage, który to opiekun i mentor nie tylko wpierał Jana psychicznie, ale też przede wszystkim skontaktował z Eufemiano Fuentesem, antybohaterem „Operacji Puerto”. Rewelacyjnie jadący wtedy Tyler Hamilton a także Alexander Vinokourow w niedługim czasie również wpadli na przetaczaniu krwi.

    Drastyczny spadek nienormalnych wyników nastąpił dopiero w 2008r, gdy wprowadzono paszporty biologiczne. Tamten wyścig, wygrany przez Carlosa Sastre również był dziwny. Komentatorzy prześcigali się wtedy w sugestiach wobec Cadela Evansa, że ten nie jest dość waleczny a jego ataki są niemrawe. Cóż… słyszymy to i w tym roku względem Andy’ego i Franka Schlecków w sytuacji, gdy Evans ma szansę na zwycięstwo. W 2008r Sastre wygrał nie dlatego, że w porywający sposób odjechał rywalom a dlatego, że mająca trzech liderów ekipa Bjarne Riisa zdominowała wyścig i Sastre, jako „Joker” został puszczony przez pozostałych pretendentów na Alpe d’Huez. Owszem, zawodnicy w międzyczasie testowali różne inne substancje, kierując swoją uwagę w stronę zmniejszenia częstotliwości oraz dawek. Stąd Dynepo („EPO II generacji”), według niepotwierdzonych i nieautoryzowanych testów miał je stosować Rasmussen oraz CERA („EPO III generacji”) a także, być może również GW 1516 i AICAR, substancje będące rodzajem dopingu genetycznego.

    W tym roku obserwujemy wzmocnioną powtórkę z 2008r. Faworyci wjeżdżają kluczowe podjazdy o kilka minut wolniej (Luz Ardiden 1,5′ a Plateu de Beille nawet 3′) niż kilka lat temu. Ivan Basso, szczuplejszy i bardziej aktywny niż w latach ubiegłych w swoim stylu nadaje mocne tempo, gdy szosa robi się bardziej stroma. Gdy wygrywał Giro, nie tacy kolarze jak Voeckler odpadali od niego jeden za drugim. Frank Schleck i inni faworyci ruszając w końcówkach do ataku pożerali uciekinierów. Tymczasem Sanchez czy Vanendert zyskawszy niewielką przewagę, jadą do mety zbliżonym tempem co potencjalni liderzy. Na Plateau de Beille to Voeckler, który owszem, poprawił jazdę w górach, ale etapy wygrywał raczej dzięki swej waleczności a nie wybitnym umiejętnościom w tej specjalności kontrował ataki, nadawał tempo i żywo gestykulował. Jakby chciał powiedzieć „Ha, patrzcie, nareszcie przyszedł ten czas. Już nie ma równych i równiejszych”.

    Po aferach Festiny i Cofidisu francuskie kolarstwo może nie popadło w zapaść, ale reprezentanci tego kraju mogli co najwyżej marzyć o wejściu do pierwszej piątki klasyfikacji generalnej. Bardzo restrykcyjne przepisy uniemożliwiały zawodnikom „rozwój”, na jaki mogli pozwolić sobie choćby Hiszpanie. W ich zasięgu znajdowała się ewentualnie koszulka najlepszego górala, myślenie o top5 traktowano w kategorii mrzonki. Jeśli peleton będzie jechał pod górę w tym tempie, Voeckler może zostać pierwszym kolarzem od czasów Virenque’a który w Paryżu stanie na podium. Dla przypomnienia, Virenque największe sukcesy odnosił wówczas, gdy wszyscy także byli równi. To znaczy równo nakoksowani.

    Częściowe (wszak nikt obecnie chyba już nie wierzy, że peleton jest 100% czysty a obecne przepisy po prostu utrudniają i ograniczają możliwość radosnego poprawiania swoich parametrów bez konsekwencji dyscyplinarnych) zrównanie sił może też tłumaczyć nerwowość i kraksy w pierwszym tygodniu touru. Skoro większa liczba zawodników miała szansę na dobry wynik, postanowili z niej skorzystać. Co za tym idzie tłok był większy i zdarzało się więcej wypadków.

    Cała hipoteza może jednak łatwo wziąć w łeb. Alberto Contador wraca do sił. Kolano przestaje go boleć a na akcje rywali zaczyna reagować dynamicznie dochodząc do grupy i bacznie przyglądając się co robią. Choć Pireneje były ciężkie, wyścig rozegra się w Alpach. Podmęczonych rywali i ich drużyny łatwiej będzie rozbić. Contador dobrze czuje się w sytuacji, gdy każdy jedzie na siebie, pokazał to w tegorocznym Giro. Tam wykorzystywał selekcję, którą swoimi atakami robił Joaquim Rodriguez. Kto więc pomoże mu teraz? A jeśli znajdzie się śmiałek, czy Alberto zniszczy rywali dynamitem w nogach (co sugerowałoby najgorsze) czy sprytem i taktyką?

  • O pechu

    O pechu

    W sporcie coś takiego jak „pech” praktycznie nie istnieje. Spośród licznych przypadków kończących się wycofaniem z rywalizacji na skutek kontuzji czy defektu sprzętu tylko nieliczny odsetek to te, gdzie można mówić o czynniku losowym…

    Tym razem będzie mniej komentowania a więcej doświadczeń własnych. W końcu to blog ;)

    Ścigając się w zawodach xc i maratonach mtb, procent imprez, których nie kończyłem (lub kończyłem na szarym końcu, ponieważ droga po trasie była najkrótszą drogą na metę) był bardzo wysoki. Cóż, powodów było wiele. Permanentnie niedoinwestowany sprzęt, stawanie na starcie nie będąc należycie wypoczętym, podobnie jak przystępowanie do kluczowych treningów. Równocześnie poprzeczka postawiona dość wysoko a przynajmniej ranga imprez i cele oszacowane wyżej niż wynikające z realiów możliwości. W związku z tym wyników, które satysfakcjonowały mnie samego było stosunkowo niewiele. Raptem kilka dni w roku, choć wyniki badań czy rezultaty z treningów sugerowałyby coś innego. A do tego „pech”.

    Defekty, nagłe spadki formy, pozornie losowe przypadki, które nie powinny mieć miejsca. Oczywiście zdarzało się, że ingerowała siła wyższa, ale w odsetku jak najbardziej standardowym. Jeden z przypadków widoczny jest na zdjęciu, gdy będąc dobrze przygotowanym fizycznie i sprzętowo, jadąc dobry wyścig i walcząc w czołówce wypadłem z rywalizacji przecinając oponę w miejscu, gdzie nie powinno się to zdarzyć (przy okazji, jeśli poczuwasz się do autorstwa tej fotografii, którą wyciągnąłem z prywatnego archiwum i nie chcesz, aby się tu znajdowała, proszę o kontakt).

    Zawodnicy w różnych dyscyplinach sportu kończą rywalizację na skutek defektów lub kontuzji. Często eksponowanym gwiazdom przytrafiają się sytuacje kuriozalne, bywa też, że również niebezpieczne dla zdrowia, kończące się poważnym urazem. Mało kto łapiąc gumę na zjeździe powie: pojechałem za szybko, źle wybrałem tor jazdy. Mój błąd. Podobnie z upadkiem: ryzykowałem, przesadziłem z prędkością, liczyłem że się uda. Gdyby się udało, byłby sukces. Nie udało się, jest stracony wyścig, szwy, gips…

    Szczególnie dobrze widać to w rajdach samochodowych, gdzie wykorzystuje się każdy centymetr nie tylko drogi, ale i pobocza. Awarie eliminujące najlepszych (bo ci nieco słabsi często po prostu są niedoinwestowani i mają nadzieję, ale tylko nadzieję a nie pewność, że jest ok i wytrzyma) to pokłosie błędów. A nie pecha. Wypadnięcie z trasy to efekt błędu nie na konkretnym zakręcie a dwa lub trzy wcześniej (tak samo jak w narciarstwie alpejskim), defekt na dojazdówce to ostatnie tchnienie części nadwerężonej przez zbyt głębokie cięcie zakrętów OEs wcześniej. Przegrzanie to skutek trawy zatykającej odpowiedni wlot powietrza (no skąd ona się tam wzięła?).

    Wracając do kolarstwa. W poszukiwaniu cennych sekund albo po prostu podnosząc morale, stosuje się części, które nie nadają się do ścigania. A jeśli się nadają, to nie są poddawane wystarczająco częstej kontroli. Walcząc o zdobycie minimalnej przewagi lub nie powiększenie start jedzie się na limicie, którego wybrane elementy (sprzętu lub człowieka) mogą zwyczajnie nie wytrzymać… Im większy poziom wyczynu tym bardziej liczą się szczegóły (warto przeczytać tekst na cyclingnews o rowerze Alberto Contadora). Będąc nieprzygotowanym w 100% lub minimalnie słabszym, próbuje się nadrobić braki w inny sposób. Zazwyczaj jadąc ponad stan i ryzykując. A nuż się uda.

    W tegorocznym Tour de France wypadków jest wiele. Jak to ma jednak miejsce zazwyczaj, ci najmocniejsi nie są dotykani przez „pecha”. Bracia Schleck jadą bez obrażeń. Ivan Basso, który zaimponował formą na Luz Ardiden również uniknął przykrości w pierwszej, nerwowej fazie wyścigu, podobnie jak jego super-gregario, Sylwester Szmyd. Cadel Evans, który do tej pory często plątał się w wiele przykrych sytuacji, jedzie nie dość, że bez przeszkód, ale też pomaga szczęściu jak może. Jego drużyna często dyktuje tempo w końcówkach etapów, czego sens poddawany jest w wątpliwość. Tymczasem dzięki temu Australijczyk nie leżał w kraksie i nad większością rywali nadrobił przynajmniej minutę. Widać musi być mocny a jego koledzy o tym wiedzą i mu ufają, skoro są w stanie dzień w dzień zaginać się dla niego, choć przecież nie walczy ze sprinterami w końcówkach. Pamiętacie Armstronga i to jak jeździła ekipa US Postal? Gdy był u szczytu formy nie doświadczał kłopotów, chyba, że podczas drużynowej jazdy na czas, gdy pojawiała się presja prestiżowej porażki. Poważny błąd popełnił dopiero, gdy był już wyraźnie słabszy fizycznie i zaplątał się w kraksę na wyścigu w Algarve łamiąc sobie obojczyk. Gdy był najsilniejszy, był niemal nietykalny.

    Alberto Contador to nieco inna historia, ponieważ Hiszpan będąc w super formie, nie stosuje się do zasad dbania o pozycję w grupie i zdarza się, że gubi czas na pozornie łatwych etapach. W Tourze 2011 jest to widoczne szczególnie, bo mając za sobą mordercze Giro di Italia raczej szuka optymalnej formy niż ją od początku prezentuje. Stąd też błędy, upadki, kontuzja, czyli przypadki, które trafiają nie murowanych faworytów a raczej pretendentów. Wiggins, Van Den Broeck, Vinokourow, Gesink, których spotkało wiele przykrości to właśnie pretendenci. By dorównać stuprocentowym faworytom musieli coś zaryzykować. Nie udało się. Pech to?

  • Tour nerwów

    Tour nerwów

    Wypadki, kraksy, wycofania faworytów. Raporty o złamanych kościach czołowych kolarzy trafiają nawet do polskich mediów. Krew i flaki wylewają się z ekranu. W końcu mamy lipiec. A lipiec to Tour. A Tour to wojna. A wojna to ofiary.

    Gdyby nie pechowe incydenty z udziałem pojazdów kolumny wyścigu: motocykl z reporterami potrącił Nikiego Sorensena a samochód francuskiej telewizji zaatakował Johny?ego Hoogerlanda i Juana Antonio Flechę, byłoby dramatycznie, ale w normie. Bradley Wiggins, kandydat do podium wycofał się ze złamanym obojczykiem. Jurgen van den Broeck leży w szpitalu ze złamaną łopatką. Vinokourow złamał kość udową. Tak, to przykre i bolesne, ale? tak wygląda to co roku. Kości trzeszczą w peletonie walczącym o każdy metr wolnej szosy przy zawrotnym tempie rywalizacji o pozycje. W końcu to Tour i każdy chce być z przodu.

    Pamiętacie najbardziej emocjonującą ?Wielką Pętlę? ostatniej dekady? Bohaterem był Tyler Hamilton, który walczył nie tylko z konkurentami, ale też i z bólem pękniętego obojczyka. Los był mniej łaskawy dla Joseby Belokiego, któremu skutki (złamana kość udowa i roztrzaskany łokieć) zerwanej na łacie smoły szytki przerwały karierę. Co ciekawe, fragmenty tego właśnie zjazdu są dopiero przed zawodnikami, ponieważ do Gap docierają w tym roku z tej samej strony.
    W porównaniu z analogiczną fazą wyścigu, wycofanych kolarzy nie jest jakoś szczególnie więcej niż w latach ubiegłych. Fakt faktem, że dołożenie dwóch kolejnych teamów do peletonu w zeszłym sezonie zwiększyło ilość kraks, ale nie jest ona różna od średniej (w nawiązaniu do statystyki, którą można znaleźć tutaj). Wyraźnie spokojniej jest, gdy startuje 20 a nie 22 teamów po dziewięciu kolarzy.

    Do nerwowej atmosfery przyczyniają się jeszcze dwa elementy: brak bonifikat oraz brak indywidualnej czasówki we wczesnej fazie wyścigu. Tym samym zabrakło elementów, które ustawiały klasyfikację i powodowały różnice między zawodnikami, ograniczając liczbę chętnych do walki w pierwszej fazie wyścigu. Dodatkowo wysoko punktowane premie lotne wzmagają aktywność sprinterów i ich drużyn a tymczasem trasa wyścigu poprowadzona jest po tych samych szosach co zawsze. Szosach drugiej czy trzeciej kategorii. Może niekoniecznie dziurawych, ale na pewno wąskich, krętych, pełnych rond, wysepek i chodników z krawężnikami zamiast szerokich, asfaltowych poboczy.

    Z kolei sami faworyci, czując możliwość pokonania zmęczonego po ciężkim Giro Contadora, również szukają swojej szansy. Hiszpan, w swoim stylu, jedzie niefrasobliwie i już teraz, zaplątany kilkukrotnie w kraksy, traci minutę czterdzieści do głównych rywali. Nie zostało ich wielu, ale Cadel Evans i bracia Schleck wjadą w Pireneje z przewagą, która będzie wymagała od obrońcy tytułu wiele pracy, jeśli chce ją zniwelować. Zadziwia szczególnie Evans, który w latach ubiegłych często padał ofiarą incydentów wczesnej fazy wyścigu. Teraz jego pomocnicy na 20km przed metą często prowadzą peleton a Evans, nawet na etapach sprinterskich jedzie w czubie grupy. Fakt, wymaga to wysiłku i zabiera cenną energię, ale tak powinni jeździć faworyci klasyfikacji generalnej. Jeśli przypomnieć sobie Armstronga, to właśnie w ten sposób często pozbywał się głównych rywali. Contador jest dla odmiany zwycięzcą wielkich tourów, który taktykę ma w głębokim poważaniu i często popełnia błędy. Jest silniejszy, więc odrabia starty, ale ogólna zasada jest taka, że to nie szczęście sprzyja lepszym a silniejszym właśnie. Słabsi, bardziej nerwowi, mniej zdeterminowani popełniają błędy. Bo nie licząc wypadków jak ten z Hoogerlandem, to właśnie błędy zawodników są najczęstszą przyczyną kraks i kontuzji.

  • Skoro mamy lipiec to się pojedynkujemy

    Skoro mamy lipiec to się pojedynkujemy

    Andy Schleck i Alberto Contador to kolejna para wybitnych rywali walczących o wygranie Wielkiej Pętli. Świat lubi takie pojedynki. I zazwyczaj kibicuje tym, którzy regularnie ponoszą porażki.

    Anquetil ? Poulidor, Coppi ? Bartali, Armstrong ? Ullrich. Wiele takich pojedynków było, wiele pewnie będzie. Niektóre z nich były naprawdę zacięte, inne wyrażające się tym, że jeden z rywali bezskutecznie dobijał się do najwyższego stopnia podium. Co ciekawe, często ?ten drugi? nigdy nie wygrywając Tour de France był kolarzem o wiele bardziej wybitnym niż niektórzy jednokrotni triumfatorzy Wielkiej Pętli.

    Najsłynniejszy ?wiecznie drugi? kolarz w historii, Raymond Poulidor przegrywał Tour de France kolejno z Anquetilem, Gimondim, Aimarem, Merckxem i van Impe. Najsłynniejsza była jego heroiczna walka z Anquetilem, być może ze względu na wiele różnic dzielących obu zawodników. Wielki tour wygrał tylko raz, najmniej prestiżową Vuelta Espana. Za to jego liczba pozostałych zwycięstw jest imponująca i zawiera w sobie Dauphine Libere, Criterium Internacional (do dziś, wraz z innymi dwoma kolarzami jest na szczycie listy pod względem ilości wygranych z pięcioma triumfami na koncie), Walońską Strzałę czy wreszcie Mediolan ? San Remo.

    Aby pozostawić duchy przeszłości w spokoju, rzut oka na czasy nieco nam bliższe. W latach ?90 żółtą koszulkę na Polach Elizejskich próbowali ubrać m.in Gianni Bugno czy Tony Rominger, postaci o wiele ważniejsze dla światowego kolarstwa (przynajmniej jako czynni zawodnicy) niż Bjarne Riis, który zakończył erę Induraina a przy okazji jest symbolem galopującego postępu w dopingowym wyścigu zbrojeń. Choć ścigał się przez wiele lat, wygrał Tour i wsparł Jana Ullricha gdy ten zaczynał swoją karierę, pełnię swego talentu rozwinął dopiero jako dyrektor sportowy.

    Wspomniany Ullrich natomiast stał się jedynym kolarzem, który stawiał realny opór Armstrongowi. Jego rewelacyjnie zapowiadająca się kariera została nieco przystopowana jednak już rok przed pierwszą wygraną Teksańczyka. W 1998 Marco Pantani ? wybitny góral, pokonał Jana Ullricha ? wybitnego czasowca. Z perspektywy czasu Niemiec jawi się jako najjaśniejsza gwiazda jazdy indywidualnej przełomu wieków, co więcej, tę rzadką umiejętność łączył ze skuteczną jazdą w Alpach i Pirenejach. Choć przegrywał Tour z Riisem, Pantanim i Armstrongiem, warto pamiętać, że gdy nie mógł powtórzyć zwycięstwa we Francji, triumfował w hiszpańskiej Vuelcie (jak Poulidor) a także mistrzostwach świata w jeździe na czas oraz Igrzyskach Olimpijskich w Sydney.

    W tym roku podczas Giro d?Italia anonsowany był pojedynek Vincenzo Nibalego z Alberto Contadorem. Włoch chyba nie jest jeszcze gotowy do walki o tak ważne zwycięstwo (mając na koncie Vueltę i dwa podia we Włoszech ma spore zadatki na bycie kolejnym ?wiecznie drugim), w nadchodzących sezonach interesująco mogą wyglądać jego potyczki z, o pięć lat starszym, Michele Scarponim. Obu kolarzy różni nie tylko wiek, ale również charakterystyka. Scarponi pięknie atakuje pod górę, Nibali fenomenalnie zjeżdża.

    Główna para tegorocznego Touru, czyli Andy Schleck i Alberto Contador to również zawodnicy, którzy zasadniczo się od siebie różnią. To podstawa rywalizacji, która może być przenoszona bezpośrednio z szosy do mediów i odwrotnie. Contador to najlepszy obecnie kolarz etapowy, łączący znakomitą jazdę w górach ze skutecznymi czasówkami. Uwaga młodszego z braci Schleck skupiona jest na Tourze oraz górzystych wyścigach klasycznych. W tym roku, tworząc ze starszym od siebie (i od Contadora) Frankiem swoisty, jednolity, kolarski organizm, starł się w Ardenach z dominatorem tamtejszej specjalności, Philipem Gilbertem. Co ważne w kontekście bycia ?wiecznie drugim?, i tę rywalizację przegrał.

    Na koniec nie wolno zapomnieć o innym, współczesnym, wybitnym zawodniku, który od lat poluje na wygraną w którymkolwiek z wielkich tourów. Być może swoją szanse już miał (i przegrał ? w 2007r), co nie zmienia faktu, że w tym roku próbuje po raz kolejny. I póki co idzie mu bardzo dobrze. Jeśli, choć łatwo w to wątpić, pokona Schlecka i Contadora, będzie zawodnikiem nie tylko wybitnym, ale i spełnionym.

    Poniżej garść pojedynków z YouTube. Nie tylko kolarskich.
    Armstrong vs Ullrich

    Schleck vs Contador

    Pantani vs Ullrich

    Qui Gon Jinn vs Darth Maul

    O-Ren Ishii vs Black Mamba

    Anquetil vs Poulidor
    http://www.ina.fr/sport/cyclisme/video/I00007448/duel-poulidor-anquetil-au-puy-de-dome.fr.html