Kategoria: Klasyki

  • Poniedziałkowy skrót#47

    Poniedziałkowy skrót#47

    Weekend pełen sportowych wrażeń zasługuje na podsumowanie i komentarz. Działo się wiele i wiele pozytywnych emocji dostarczyli nam polscy kolarze. Prowadzę Was na skróty od Ardenów przez Turcję aż po Australię.

    To takie wyścigi ?przechodzą do historii?

    Weźmy jeden z najważniejszych Klasyków w kalendarzu. Zmodyfikujmy jego trasę tak, by była jeszcze bardziej wymagająca a na koniec, niespodziewanie, zaatakujmy peleton załamaniem pogody. Jeśli kolarze, mimo tak trudnych warunków pojadą agresywnie, dostaniemy dokładnie takie zawody, jakie Anglosasi nazywają ?epic? a po polsku możemy opisać je słowem ?wiekopomne?.

    Liege-Bastogne-Liege 2016 faktycznie ?przeszedł do historii?, nie dlatego, że się odbył, ale dlatego, że ten wyścig o randze ?Monumentu? zgromadził wszystkie elementy wymienione powyżej.

    Klasyczna trasa została w tym roku wzbogacona o jeszcze jeden, nietypowy dla tego rejonu, brukowany podjazd a kwietniowy nawrót zimy sprawił, że od startu zawodnicy musieli włożyć sporo wysiłku nie tylko w jazdę, ale też w utrzymanie się na szosie i na samych rowerach.

    ?Staruszka?, ?Dziekanka? czy też jak to zaproponowaliście w komentarzach ?Tetryczka?, czyli najstarszy z wiosennych klasyków miał być głównym celem Michała Kwiatkowskiego. Polak rozliczył początek sezonu nieco wcześniej, wygraną w E3 Harelbeke. W Ardenach nie wiodło mu się zbyt dobrze, ale na trasie z Liege przez Bastogne do Liege w decydującym momencie przypuścił atak, który idealnie ułożył końcówkę dla drużynowego kolegi, Wouta Poelsa.

    To właśnie ?Kwiato? a także Carlos Betancur i Andrej Grivko na niespełna 20km przed metą otworzyli wyścig trzymany wcześniej w ryzach przez zawodników Etixx-Quickstep i Movistaru.

    https://www.youtube.com/watch?v=ipzRC5kIIE0

    Kluczowa selekcja nastąpiła na dodanym w tym roku podjeździe Cote de la Rue Naniot. Ta niepozorna uliczka 3km przed metą była miejscem szarży czwórki kolarzy, którzy rozegrali między sobą finisz. Michel Albasini był najmocniejszy pod górę, ale to Poels najlepiej rozłożył siły i wygrał pierwszy monument dla siebie, ale co chyba ważniejsze, dla drużyny Sky, która długo czekała na taki sukces. Trzecie miejsce zajął były mistrz świata, Rui Costa a czwarte weteran, Samuel Sanchez (to samo miejsce zajął w L-B-L w? 2004r).

    Faworyzowany Alejandro Valverde dojechał do mety 16 a Julian Alaphilippe był 23. Michał Kwiatkowski zajął 36. lokatę.

    Sezon ?Kwiato? jest póki co zagadką. Polak po przejściu do Teamu Sky wizualnie stracił na masie, w związku z czym najlepszy rezultat uzyskał? na bruku. W Ardenach nie błyszczał, za to pojedzie w Tour de Romandie. Co wykluje się z tych eksperymentów, zobaczymy pod koniec roku, tak czy inaczej, Kwiatkowski ma na swoim koncie wygrane E3 i ósmą lokatę w Tirreno-Adritatico.
    Nieco martwi upadek na trasie L-B-L Rafała Majki w kontekście zbliżającego się Giro d?Italia. Lider ekipy Tinkoff na włoski tour sprawdzi swoją formę (i potłuczenia) na trasie Tour de Romandie. Miejmy nadzieję, że zimno i kraksa w Ardenach nie wpłynął na jego dyspozycję podczas Giro.

    Wielką niewiadomą właśnie w kontekście Giro jest dyspozycja Vincenzo Nibalego. Zawiódł w Giro del Trentino, zawiódł w Liege-Bastogne-Liege, pytanie, czy jest zmęczony treningami czy gdzieś popełnił błąd? Oba te wyścigi padły łupem kolarzy Sky: w L-B-L wygrał Poels a w Trentino faworyt Giro, Mikel Landa.

    https://www.instagram.com/p/BElw7MQJhq1/

    Odważny i skuteczny Przemysław Niemiec

    Presidential Tour of Turkey ma kategorię 2.HC, czyli najwyższą poza World Tourem. Oferuje ciekawą, górzystą trasę a organizatorzy podejmują wiele starań, by wypromować ściganie w kraju Erdogana.

    Nieco niespodziewanie, po serii śmiałych ataków i mimo pewnych perturbacji (chwilowa neutralizacja po sporej kraksie) polski kolarz z ekipy Lampre-Merida samotnie minął linię mety, choć inauguracja tureckiego ścigania miała być raczej przeznaczona dla sprinterów.

    Niemiec do Turcji pojechał by złapać wyścigowy rytm przed Giro d?Italia. Zapowiada obronę koszulki lidera, wygrana w wysoko punktowanym wyścigu byłaby z pewnością ładnym wpisem w CV doświadczonego kolarza.

    Warto również zauważyć dobrą postawę Grzegorza Stępniaka z CCC Sprandi Polkowice, który finiszował czwarty z peletonu.

    https://twitter.com/Tour_of_Croatia/status/723500751142682624

    Pierwszy udany start ?pomarańczowych?

    Dla kolarzy CCC Sprandi Polkowice początek sezonu 2016 był zdecydowanie mniej udany niż 2015, gdy etapowe zwycięstwo w Katalonii zaliczył Maciej Paterski a on, Davide Rebellin i Grega Bole zaliczyli kilka dobrych wyników w prestiżowych wyścigach.

    Zdominowany przez Paterskiego rok temu wyścig Dookoła Chorwacji tym razem wygrał Matij Kvasina (Chorwat z tureckiej grupy Synergy Baku), ale trzecie i czwarte miejsce zajęli ?pomarańczowi?: Victor de la Parte i Felix Grossschartner.

    Sagan leżał, juniorzy punktowali

    Wspomniałem już o tym w porannym loverove, teraz tylko przypomnę. Peter Sagan na kilkanaście dni wrócił do mtb. W austriackim Grazu na wyścigu 1. kategorii jechał mocno, ale rozbił się na jednym ze zjazdów. W tym samym miejscu ścigała się polska kadra juniorów, dziewczyny do kraju przywiozą nieco punktów do rankingu.

    Z kolei Marek Konwa wybrał się na zawody do węgierskiego Pilisszántó, gdzie był siódmy. Na tym samym wyścigu Katarzyna Solus-Miśkowicz była 2. a Paula Gorycka 3.

    Gdyby tylko zawody Pucharu Polski w Białymstoku miały choć drugą kategorię UCI (węgierski wyścig miał 1.), Konwa za pierwsze czy drugie miejsce w kraju zyskałby więcej punktów do rankingu niż za siódme na Węgrzech.

    A tak, mistrz naszego kraju ścigał się u poddanych Orbana, z kolei większość kolarzy JBG-2 startowała na maratonie UCI oraz w XC drugiej kategorii w Rumunii.

    W związku z tym, niezła frekwencja ponad 200 osób (36 to mastersi i amatorzy) na Pucharze Polski organizowanym przez lokalny UKS ?Wygoda? oraz lokalnych działaczy nieco ucierpiała nie tylko na ilości, ale i na jakości.

    Tak czy inaczej, Puchar to Puchar i ci, którzy tam się pojawili z pewnością cenią sobie możliwość rywalizacji o prestiż i nagrody finansowe. W elicie mężczyzn triumfował Filip Helta a w kategorii pań najlepsza była Aleksandra Podgórska.

    Gdzie zmierza XCO?

    Puchar Świata w australijskim Cairns stał pod znakiem, czy raczej w cieniu opuszczanej szytcy Juliena Absalona. Utytułowany Francuz zajął w swoim wyścigu 3. miejsce mimo defektu opony. Uwagę rowerowego światka zwróciła jednak nie jego pogoń za Nino Schurterem a fakt, że Absalon użył ?myk myka?.

    W kategorii kobiet wygrała Anika Langvad a Polki nie startowały. Z kolei Bartłomiej Wawak zajął 40. miejsce. Czy to dobrze, czy to niedobrze oceńcie sami, ale w stosunku do zawodników, którzy nie startowali w Australii będzie w trochę lepszej sytuacji na starcie w maju w Albstadt.

    Kolega Wawaka z temu Krossa, Fabian Giger pojechał w Cairns świetny wyścig, zajął w inauguracji Pucharu Świata świetne, ósme miejsce. Cóż z tego, skoro w stawce był? szóstym Szwajcarem. To mocno utrudnia realizację marzeń o wyjeździe na Igrzyska do Rio i równocześnie pokazuje, jaką potęgą w XCO są Helweci.

  • Dziwni zwycięzcy Liege-Bastogne-Liege

    Dziwni zwycięzcy Liege-Bastogne-Liege

    Jeden z pięciu ?monumentów? kolarstwa, ?Staruszka?, wyścig z wielką tradycją, bardzo wymagający i selektywny a mimo to zdarzają się w nim niespodzianki. Wielu wybitnych kolarzy było o włos od zwycięstwa, ale wygrywali inni. Mniej znani lub teoretycznie w gorszej formie.

    Od lat ?90 XXw zawodnicy finiszują na przedmieściach Liege, w Ans. Do mety prowadzi niewielki podjazd, 300 przed kreską kolarze wjeżdżają na szeroką aleję i muszą wytrzymać prowadzący lekko pod górę sprint.

    Trasa pełna wniesień o łącznym przewyższeniu sięgającym 4000m powoduje, że w ostatnich latach zawodnicy jadą defensywnie, oszczędzając energię na ostatnie górki.

    W 2014r do uciekających Giampaolo Caruso i Domenico Pozzovivo tuż przed metą doskoczył Daniel Martin, ale wywrócił się na ostatnim wirażu. Zaraz za jego plecami jechała rozpędzona czołówka, z której najszybszy był Simon Gerrans. Mało kto spodziewał się, że masywnie zbudowany Australijczyk przejedzie przez Ardeny w pierwszej grupie i wytrzyma ataki górali w końcówce. Tymczasem w stawce, która dojechała do Ans zachował najwięcej sił a przy tym był najlepszym sprinterem, zatem po wpadce Martina z łatwością ograł rywali. W ten sposób stał się jednym z nielicznych kolarzy (współcześnie zdołał zrobić to jeszcze Paolo Bettini), który wygrał i L-B-L i Mediolan-San Remo (uczynił to w 2012r).

    Dwa lata wcześniej, w 2012r, śmiałym atakiem 20km przed metą popisał się Vincenzo Nibali. Wówczas reprezentujący Liquigas i marzący o wygranej w monumencie Włoch został pokonany przez jadącego zaskakująco mocno Maxima Iglińskiego. Kazacha z Astany długo nie pokazywali realizatorzy relacji tv, zresztą mało kto wierzył, że Nibali da się dogonić. Tymczasem Igliński z łatwością wyprzedził ?Rekina? i wygrał monument. Dwa lata później został złapany na EPO. Pytanie, jak wyglądało jego sumienie w i skład krwi w sezonie 2012 pozostaje otwarte.

    Intrygująco prezentuje się również wygrana Alexandra Winokurowa. W 2010r Kazach odjechał od grupy faworytów na zjazdach z Côte de la Roche aux Faucons i do mety zmierzał z Aleksandrem Kołobniewem z Katiuszy. Na finiszu ograł mniej doświadczonego Rosjanina. Wydawało się, że ?Wino? pięknym zwycięstwem odkupi przynajmniej część dopingowych win. Tyle tylko, że obaj zawodnicy podejrzewani są o ustawienie wyniku. Winokurow przelał swojemu koledze-rywalowi w sumie 150tys euro a w mailach, które obaj panowie wymieniali po wyścigu pojawiają się sugestie, że Kołobniew oddał ?Wino? wygraną w ?Staruszce?.

    Mniej kontrowersji budzi zwycięstwo z 2005r, choć styl, w jakim ?Wino? wówczas po nie sięgnął jest imponujący. Dwójkowy atak (z Jensem Voigtem) 72km przed metą to coś, co we współczesnym kolarstwie zdarza się nieczęsto a udaje jeszcze rzadziej. Na tym tle rajd Andy?ego Schlecka z 2009r (atak na 20km przed kreską) wydaje się być wydarzeniem miałkim, choć był to najjaśniejszy punkt w karierze Luksemburczyka. Ba, nawet gwiazdor ?ery EPO?, Frank Vandenbroucke po swój triumf w ?Staruszce? w sezonie 2009 pojechał atakując 40km (na Col de la Redoute) przed Ans.

    Z tymi, kontrowersyjnymi czasami wiąże się również triumf Tylera Hamiltona w 2003r. Amerykanin w trudnych, deszczowych warunkach sięgnął po zwycięstwo pokonując innych bohaterów jednego z najbardziej dramatycznych Tour de France pierwszej dekady XXIw, który miał nadejść latem tamtego roku. W pobitym polu zostali Iban Mayo, Ivan Basso, wściekły Lance Armstrong finiszował na 20 miejscu a jeszcze nieco otyły Jan Ullrich na 29. Choć obecnie L-B-L postrzegamy głównie przez pryzmat specjalistów wyścigów klasycznych, trzeba pamiętać, że wielokrotnie był to poligon dla faworytów wielkich tourów i podczas edycji 2003 oczy fanów były skierowane właśnie na nich.

    Na koniec warto przypomnieć nietypową sytuację z sezonu 2002. Bardzo mocna ekipa Mapei zaliczyła wtedy ?dublet?. Paolo Bettiniemu w zwycięstwie pomógł Stefano Garzelli, obaj kolarze wjechali na metę w Ans wznosząc ręce w geście triumfu. Zaledwie trzy tygodnie później w tym samym miejscu kończył się etap Giro d?Italia. Role się odwróciły i dzięki pracy Bettiniego Garzelli sięgnął po zwycięstwo etapowe i prowadzenie w klasyfikacji generalnej. Cały szkopuł tkwi w tym, że z owego Giro Garzelli wyleciał za doping.

    Zdjęcie okładkowe, końcówka podjazdu w Ans, fot. Jérémy-Günther-Heinz Jähnick, wikimedia commons, cc by sa 3.0

  • Rekord z odrobiną ambiwalencji

    Rekord z odrobiną ambiwalencji

    Wśród 78 zwycięstw zawodowych w karierze Alejandro Valverde cztery są wyjątkowe. Od 20 kwietnia 2016 hiszpański kolarz jest bowiem samodzielnym rekordzistą Walońskiej Strzały, jednego z najważniejszych wyścigów jednodniowych. Póki co nie widać zawodnika, który mógłby choćby wyrównać to osiągnięcie.

    Valverde do kolarz wyjątkowy. Jako jeden z nielicznych skutecznie rywalizował na najwyższym poziomie w czasach powszechnego stosowania środków dopingujących a jeszcze lepiej radzi sobie w erze paszportów biologicznych i systemu ADAMS.

    Zaczynał karierę pod okiem Vicente Beldy w grupie Kelme, ścigał się z Armstrongiem, Herasem, Contadorem i Froomem. Łączy szybkość na finiszy z jazdą w górach a przy tym potrafi nieźle pojechać na czas. Zawodnik kompletny, który marząc o wielkich tourach, największe sukcesy odnosi w górzystych wyścigach klasycznych.

    Mur de Huy, gdzie finiszuje peleton uczestników ?Walońskiej Strzały? to podjazd idealny dla Valverde. Stromy, kilkuminutowy z ostatnimi metrami nieco bardziej płaskimi, gdzie zakwaszony do granic możliwości organizm trzeba zmusić do kolejnych kilku chwil wysiłku. To właśnie tam nasz bohater regularnie dystansuje rywali. Mogą mieć najlepszy plan, przewagę liczebną i znakomitą formę. I tak Valverde jest pierwszy na szczycie.

    Hiszpan jest szczególnie odporny na takie obciążenia, ale też poznał rzadką sztukę utrzymywania wysokiej dyspozycji przez długi czas. Od lat jest w świetnej formie od lutego do października i w zasadzie o każdej porze roku należy traktować go jako faworyta imprez, w których decyduje się startować.

    Na jego postaci cieniem kładzie się fakt współpracy z Eufemiano Fuentesem. Słynny hematolog, specjalizujący się w poprawianiu parametrów krwi sportowców, główna postać afery ?Operacion Puerto? przechowywał torebki z krwią Valverde. Kolarz długo zaprzeczał współpracy, ostatecznie podczas Tour de France 2008 próbkę pobrali Włosi gdy wyścig gościł na ich terenie i dzięki testowi DNA połączyli ją z trefną krwią z lodówki Fuentesa.

    Prowadzący Valverde przez większość kariery dyrektor sportowy ekipy Movistar (wcześniej Caiise d?Epargne, Illes Baleares oraz Banesto – kolejne nazwy sponsorów), Eusebio Unzue, okazał pełne wsparcie w czasie dyskwalifikacji. Kolarz, który w notatkach Fuentesa widniał pod pseudonimem ?Piti? a przez wiernych fanów nazywany jest ?Bala? powrócił do ścigania w sezonie 2012.

    Przymusowa przerwa właściwie nie odcisnęła na nim piętna. Co więcej, po chwili niezbędnej do rozruchu, Valverde wszedł na jeszcze wyższy poziom. Doczekał się upragnionego podium Tour de France, powtórzył zwycięstwa w Liege-Bastogne-Liege oraz Clasica San Sebastian i sięgnął po trzy z rzędu Walońskie Strzały. Wraz z sukcesem w Huy z sezonu 2006 dają mu one samodzielny rekordy w tym belgijskim klasyku i stałe miejsce w kronikach kolarstwa.

    Jakkolwiek niewątpliwa, dopingowa przeszłość Hiszpana budzi ambiwalentne uczucia, trzeba mu przyznać jedno. Valverde zawsze był błyskotliwy na szosie, niezmiernie skuteczny a po powrocie z banicji jeździ jak prawdziwy mistrz. Co więcej, właściwie nie widać, by swoje piętno odciskał na nim czas. Owszem, zawsze można pytać, czy to nie wcześniej stosowany doping tak wpłynął na organizm kolarza, ale większość jego rówieśników (Alejandro Valverde urodził się 25.04.1980r) nie tylko nie odnalazła się w realiach ?czystszego? kolarstwa, ale też po prostu zakończyła już kariery.

    W sezonie 2016 nieco zmienił swój kalendarz startów. Zadebiutuje w Giro d?Italia (to ostatni z wielkich tourów, w którym jeszcze nic nie osiągnął: hiszpańską Vueltę wygrał i pięć razy stał na podium, w TdF był trzeci), oraz spróbuje zdobyć medal olimpijski. Złoto w Rio de Janeiro mogłoby mu zrekompensować brak tęczowej koszulki mistrza świata, na którą bezskutecznie poluje przez całą swoją karierę.

    Zdjęcie okładkowe: Mur de Huy, bikerroel, flickr, domena publiczna

  • Kto pojedzie w takim wyścigu?

    Kto pojedzie w takim wyścigu?

    Bruki Roubaix są legendarne. Tro Bro Leon fascynuje swoją wiejską egzotyką. Strade Bianche przypomina o tym, jak kolarstwo wyglądało sto lat temu. U nas też są i kocie łby i szutry i mnóstwo polnych dróg. Więc teraz wyobraź sobie, że w Twojej okolicy organizowany jest taki ?vintage wyścig?. Czy weźmiesz na niego swoją wymuskaną, karbonową szosówkę na kołach za dyszkę?

    Czym innym jest oglądanie zawodowców na sponsorowanym sprzęcie, którzy męczą się w ekstremalnych warunkach a czym innym podjęcie takiego wyzwania samemu. Potencjalne straty, wymierne koszty uszkodzonego czy zużytego sprzętu mogą dotkliwie zaboleć nie tylko amatora.

    Profesjonalnych grup kolarskich z niemal nieograniczonym budżetem jest zaledwie kilka. Następnych kilka ma się dobrze i jest hojnie wspierana przez producentów sprzętu. Jednak nawet w World Tourze a już z pewnością w gronie zespołów Pro Continental, dla większości takie nietypowe, pełne dziur, błota i nierówności gry i zabawy na świeżym powietrzu w sezonie nie mogą pojawiać się zbyt często.

    Czasem patrzę na kalendarz wyścigów w Polsce, następnie patrzę na mapę i znów na kalendarz. I myślę sobie, że szkoda, wielka szkoda, że nie mamy takiego, szalonego wyścigu jak Tro Bro Leon u siebie. A potem przychodzi refleksja, że dla grup zawodowych i klubów o napiętych budżetach byłoby to zabójstwo. Tym bardziej, że i kibiców przy trasie i relacji w TV pewnie by nie było.

    Z resztą, co tu dużo mówić, ?lubuskie Roubaix?, czyli ?Piekło Przytoku? na starcie gromadzi sporą część uczestników na rowerach górskich a nie na szosówkach czy przełajówkach. Z kolei gros imprez mtb to płaskie lub prawie płaskie wyścigi rozgrywane przy dobrej pogodzie. Zaledwie kilkanaście maratonów rozgrywanych jest w górach a te, podczas których spadnie deszcz, jak to ładnie prezentuje się w komunikatach prasowych, ?przechodzi do historii?.

    Na takich imprezach obowiązuje zazwyczaj zasada: ?trzy godziny zabawy = trzy dni roboty z rowerem?. Jeśli nie ma do wymiany linek, pancerzy i przynajmniej kilku łożysk, to znaczy, że nie było ekstremy.

    Więc tak patrzę na możliwości fajnych, aspirujących do miana Klasyków czy Gran Fondo zawodów np. na Warmii i wiem, że to nierealne zarówno dla zawodowców jak i dla amatorów. Bo wciąż jesteśmy na etapie, że intrygujące projekty sportowe potrzebują albo czasu i cierpliwości albo sporego kompromisu z masowym odbiorcą.

    Na szaleństwo porwą się albo niezamożni szaleńcy, których jest kilku, albo posiadacze grubego portfela znudzeni imprezami dla plebsu, którzy zwyczajnie mogą sobie na nie od czasu do czasu pozwolić.

  • Pagórki. Bardzo dużo pagórków.

    Pagórki. Bardzo dużo pagórków.

    Wzgórze Cauberg, najważniejszy podjazd Amstel Gold Race ma 137m wysokości, Mur de Huy, gdzie kolarze cierpią podczas Walońskiej Strzały wznosi się na 121m a Côte de la Redoute, ?kultowy? podjazd Liege-Bastogne-Liege to ?szczyt? sięgający 292m n.p.m. Choć Limburgia i Ardeny to co najwyżej pogórze, trasy Ardeńskiego Tryptyku są bardziej mordercze niż najbardziej górskie z górskich maratonów, w których startowaliście.

    Wyobraźcie sobie najbardziej hardcorową imprezę kolarską w Polsce w sezonie 2015. Weźmy na tapetę taki np. maraton w Wiśle, gdzie do pokonania było 60km i 3000m w pionie. Albo Tatra Road Race, gdzie na 120km była podobna suma przewyższeń. Etapy MTB Trophy też mają mniej więcej tyle samo podjazdów. Każda z tych imprez rozgrywa się w górach, ale to wszystko mało w porównaniu z zaledwie ?pagórkowatymi? klasykami w Holandii i Belgii, które będą przykuwały naszą uwagę przez najbliższe dni.

    To wyjątkowy moment w sezonie. Niemal z dnia na dzień pozostawiamy w cieniu dużych chłopców, którzy przez ostanie tygodnie walczyli na brukach Flandrii i północnej Francji i przerzucamy atencję na równie dynamiczne, choć zupełnie inne w charakterze wyścigi, których bohaterami będą wychudzeni ?górale? i lżejsi, ale wciąż wytrzymali i szybcy sprinterzy.

    Wyobraźcie sobie przejażdżkę rollercoasterem, trwającą kilkadziesiąt sekund, gdzie wagoniki co chwilę spadają z zawrotną prędkością, biorą zakręt a na kolejnych wzniesieniach nagła zmiana przeciążenia powoduje, że żołądek podchodzi wam do gardła. A teraz przenieście te wrażenia na pięć-sześć godzin jazdy rowerem po wąskich szosach wśród pól i miasteczek, pełnych progów zwalniających, skrzyżowań i rond. W przerwach dołóżcie podjazdy o stromiznach przekraczających 10% pokonywane w tempie wyścigowym i macie gotowy przepis na ?Ardeński Tryptyk?.

    Aby zobrazować to jeszcze lepiej, rzućcie okiem na Stravę Michała Kwiatkowksiego. Profil Amstel Gold Race znajdziecie tutaj, Walońskiej Strzały tutaj a Liege-Bastogne-Liege tutaj. Kolejne wyścigi mają przewyższenie ok. 3650, 3150 i 4270m. Krótkie odcinki płaskiego terenu znajdują się właściwie wyłącznie na Liege-Bastogne-Liege. Całość to ponad 700km jazdy niczym na rollercoasterze, ciągle ?góra-dół-prawo-lewo-uwaga-na-rondo?.

    Średnia prędkość, z jaką peleton pokonuje taką trasę to ok. 40km/h a bywa, że po drodze o szerokości dwóch metrów kolarze pędzą i 90km/h, bezkompromisowo ścigając rywali, którzy uciekli chwilę wcześniej wściekle atakując na jednej ze ?ścian?.

    Jasne, Paryż-Roubaix to jest szaleństwo i jeden z najbardziej ?wariackich? wyścigów w sezonie, ale to, co się dzieje w Ardenach nie jest wiele niżej na skali ryzyka, wysiłku i potrzebnych umiejętności jazdy na rowerze.

    Amstel Gold Race już w tę niedzielę, 17.04 (relacja w Eurosporcie od 15:00), Walońska Strzała w najbliższą środę, 20.04 (od 14:30) a Liege-Bastogne-Liege w kolejną niedzielę, 24.04 (od 14:00).

  • Loverove 12.04.2016

    Loverove 12.04.2016

    Brukowe loverove – ciąg dalszy materiałów z „Piekła Północy”

    1. Czy do wygrania Paryż-Roubaix potrzebny jest specjalny rower?

    Cóż… chyba nie. Mathew Hayman zwyciężył w „Piekle Północy” na swoim standardowym, aerodynamicznym Scottcie Foil. Bez specjalnego siodła, z jedną warstwą owijki i bez zbędnych, amortyzujących „gadżetów”. Jedynymi zmianami do wersji w pełni drogowej były gumy 28mm oraz zębatka 44z zamiast 39z. Więcej zdjęć i opis w Cycling Weekly

    2. Onboard z bruku

    Tak wygląda jazda w najbardziej „wariackim” z najważniejszych wyścigów na świecie:

    3. Inna perspektywa

    Upadek Fabiana Cancellary na Mons en Pevele widzieliśmy w oficjalnej transmisji, a wcześniejszą kraksę, kto wie czy nie decydującą o losach wyścigu, na sektorze Quérénaing ? Maing uchwycił jeden z kibiców:

    I cóż z tego, że jakość jest lepsza niż jeszcze niedawno w dobrym kinie a autor znalazł się w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie, skoro całą historię filmował w pionie…

    4. Kulisy sukcesu

    Orica-Greenedge prezentuje, jak zwycięstwo Haymana wyglądało od zaplecza. 20 minut solidnego dokumentu, zostawcie sobie na przerwę obiadową ;)

     

  • Storytelling 101

    Storytelling 101

    Historia kolarstwa to kolejne opowieści. W ciągu sześciu godzin, w czasie których zawodnicy pokonują 250km może wydarzyć się wiele a w ciągu sześciu godzin wyścigu klasycznego może wydarzyć się niemal wszystko. Paryż-Roubaix 2016 był nie tylko pełen stricte sportowych emocji, ale też zamknął, rozpoczął i kontynuował wiele znakomitych opowieści.

    15 lat oczekiwania

    Mathew Hayman pierwszy raz na starcie ?Piekła Północy? stanął w sezonie 2000. To było zupełnie inne kolarstwo. Zawodnicy nie musieli jeździć w kaskach, Johan Museeuw przekraczając linię mety miał na głowie nie styropianową, aerodynamiczną skorupę a powiewającą chustę z nadrukowanych symbolicznym ?Lwem Flandrii?. Wiosna 2016 przyniosła Haymanowi piętnaste uczestnictwo w Paryż-Roubaix (mimo kontuzji ręki kilka tygodni wcześniej), kolejne, w którym był ważnym ogniwem drużyny (Orica Greenedge), ale nie jej liderem.

    Co ciekawe, nigdy wcześniej kolarz zespołu, w którym jechał Australijczyk, nie wygrał słynnego klasyku rozgrywanego na brukach północnej Francji. Sam w przeszłości był nieźle zapowiadającym się sprinterem, z czasem dobrze zaczął radzić sobie na kocich łbach, notując kilka cennych wyników.

    Jasne, nie był faworytem Paryż-Roubaix, ale jego historia znakomicie pokazuje, czym jest kolarstwo zawodowe. W świecie, w którym z jednej strony liczą się tylko zwycięzcy, swój, nomen omen, kamyczek może dorzucić ktoś, kto de facto całe życie poświęcił tej dyscyplinie, lecz bez wymiernych sukcesów.

    Klasyk klasyków Hayman wygrał w sposób imponujący, choć nie do końca typowy. Późniejszy zwycięzca zabrał się do wczesnej ?ucieczki dnia?, takiej, której uczestnicy żegnają się z szansami na sławę i chwałę najpóźniej kilkanaście kilometrów przed metą.

    Tymczasem sytuacja ułożyła się korzystnie dla śmiałków. Z tyłu peleton się dzielił, odpadali z niego kolejni faworyci a do czołówki dołączali raczej outsiderzy niż najbardziej obserwowani kolarze. Ostatecznie, gdy po kolejnej selekcji z przodu zostało tylko paru zawodników, w tym mocna reprezentacja zespołu Sky a także Sep Vanmarcke oraz Tom Boonen, najmniej sławny z nich wszystkich Haymann zachował najwięcej sił na finisz i wbrew własnej wierze odniósł największy sukces w karierze w wieku 37 lat.

    Z niebytu (prawie) do historii

    Wspomniany Tom Boonen jest największym przegranym a zarazem największym triumfatorem, obok Haymana, Paryż-Roubaix 2016. Belgijski as klasyków i tak zapisał się już w historii kolarstwa. Jest współrekordzistą Piekła Północy i Ronde Van Vlaanderen, na swoim koncie ma wiele innych, doniosłych osiągnięć.

    Jego kariera to równocześnie ciągła huśtawka nastrojów a nawet najwierniejsi fani Boonena przynajmniej klika razy odsyłali go na emeryturę. Jesienią zeszłego roku wydawało się, że Tommeke na dobre będzie musiał skończyć z kolarstwem. Upadek na mało znaczącym, kończącym sezon wyścigu w Abu Dhabi kosztował go pęknięcie czaszki i długotrwałą rehabilitację.

    Według wielu przesłanek, Boonen na rower miał wsiąść dopiero w pierwszej połowie kwietnia. Tymczasem w tejże pierwszej połowie kwietnia do ostatnich metrów liczył się w walce o zwycięstwo w jednym z najcięższych a z pewnością w najbardziej szalonym wyścigu na świecie. Jasne, możecie powiedzieć, że na welodromie w Roubaix przegrał z Haymanem o długość roweru, czyli z punktu widzenia fotofiniszu była to przepaść. Tyle, że Belg przez większą część rywalizacji, w tym przez ostatnie kilometry, decydował o obliczu tegorocznego Paryż-Roubaix a przy tym był najlepszym kolarzem swojej drużyny, Etixx-Quickstep. Co więcej, jego drugie miejsce w Paryż-Roubaix jest, obok wygranej Marcela Kittela w Scheldeprijs najlepszą lokatą zawodnika tej ekipy w tegorocznym sezonie klasyków.

    I teraz nie wiadomo, czy Boonen ma się czuć zwycięski czy rozczarowany. Z jednej strony wygraną i samodzielny rekord pięciu zwycięstw w Paryż-Roubaix miał na wyciągnięcie ręki. Z drugiej, powrót z de facto sportowego niebytu do pełni chwały i podium ?Piekła Północy? to wielka rzecz. Na tyle wielka, że belgijski kolarz póki co zapowiada powrót na bruki przynajmniej jeszcze raz, w sezonie 2017.

    Pechowa runda honorowa

    Wielki rywal Boonena przez niemal całą karierę, Fabian Cancellara, w przeciwieństwie do Belga na bruki już nie wróci, przynajmniej nie na rowerze. W tym roku był przygotowany naprawdę znakomicie, na trasie Ronde Van Vlaanderen pokazał imponującą moc, ale do ataku przystąpił za późno i nie dogonił Petera Sagana.

    Trudno powiedzieć, co ugrałby w Paryż-Roubaix, ponieważ gdy wyścig wchodził w decydującą fazę, grupa, w której jechał wciąż traciła do czołówki z Boonenem i Haymanem. Czy gdyby nie upadek, napędzany przez pomocników Cancellary peleton dogoniłby ucieczkę a Szwajcar ruszył do ataku? I co na to powiedziałby pilnujący go Sagan?

    Tak czy inaczej, Cancellara, który wszystkie swoje trzy zwycięstwa w ?Piekle Północy? odniósł na suchej nawierzchni, w swoim ostatnim starcie w legendarnym wyścigu poległ na jednym z nielicznych, śliskich od błota fragmentów.

    Do mety dojechał, zapewne z szacunku dla siebie, wyścigu, kibiców i kolarstwa jako takiego. Honorową rundę na welodromie w Roubaix, miejscu najjaśniejszych chwil swojej kariery, zakończył upadkiem godnym nierozgarniętego młodzika. Na bruki nie chce już wracać, przed nim jeszcze kilka momentów sezonu, w czasie których może zamknąć karierę jakimś imponującym akcentem.

    O ile Boonen, tak czy inaczej zmierza do końca kariery jako zwycięzca, Cancellara póki co symbolicznie przegrywa, w każdym razie tytuł największego specjalisty wyścigów klasycznych początku XXw.

    Gdzie jest sprawiedliwość?

    Bo jak inaczej podejść do sprawy, gdy w wyścigu, którego wizytówką jest jazda po bruku przegrywa kolarz najlepiej radzący sobie na bruku?

    Sep Vanmarcke jest obecnie prawdopodobnie największym specjalistą jazdy po kocich łbach. Udowodnił to zdobywając przewagę nad rywalami na najtrudniejszym, ?kultowym? odcinku Carrefour de l?Arbre.

    Cóż z tego, skoro silny niczym tur i posiadający znakomitą technikę belgijski kolarz nie jest w stanie skutecznie zafiniszować. Być może, mimo niezwykłego talentu nigdy nie wygra ani Ronde Van Vlaanderen ani Paryż-Roubaix a być może będzie musiał na taki sukces czekać do późnej, sportowej starości niczym Hayman. Może też być tak, że coś zmieni, poszuka ?marginalnego zysku? w swoim podejściu do kolarstwa i, mając jeszcze na to czas (Vanmarcke urodził się w 1987r) w końcu zdominuje brukowane klasyki.

    Na sukces w jednym z ?monumentów? czeka nie tylko on, ale też zawodnicy ekipy Sky. W tym roku to oni nadawali ton rywalizacji, to oni mieli przewagę liczebną i to oni wyścig koncertowo przegrali. Seria upadków spowodowała, że do mety w czołówce dojechał tylko Ian Stannard, któremu zabrakło sił by wygrać, a przy takim wkładzie całej ekipy trzecie miejsce trzeba uznać za porażkę.

    Zadowolony musi być za to Peter Sagan, który choć również przegrał (dla zwycięzcy z Flandrii i mistrza świata 11. lokata niewątpliwie jest porażką), ale walczył do końca a co ważne mimo kilku okazji uniknął kontuzji. Zamyka wiosnę tak czy inaczej jako zwycięzca, pogromca ?klątwy tęczowej koszulki?, dodatkowo z reputacją prawdziwego czempiona. Jego umiejętności techniczne, przytomność umysłu i refleks, którymi niejednokrotnie popisuje się w zabawnych filmikach na youtube uratowały go przed upadkiem a być może i przerwą w sezonie. Przeskok nad leżącym na bruku Cancellarą będzie jednym z regularnie powtarzanych w tym a zapewne i w kolejnych sezonach momentów.

    Wyścigi takie jak Paryż-Roubaix, w przeciwieństwie do innych, mniej ważnych, mniej spektakularnych i zwyczajnie mniej ciekawych, faktycznie przechodzą do historii. To, co wydarzyło się w sezonie 2016 będzie przywoływane i w 2017 i w 2020 i w 2036 roku. Cierpliwy Hayman, odrodzony Boonen, pechowy Cancellara i niespełniony Vanmarcke już dziś są częścią sportowych kronik.

  • Loverove 11.04.2016

    Loverove 11.04.2016

    Pobrukowe loverove na poniedziałek. Minie jeszcze kilka dni, zanim z kocich łbów przerzucimy się na gładki asfalt

    1. Galeria technikaliów z Paryż-Roubaix

    https://twitter.com/cyclingtips/status/719348604226248704

    Na duże i dobre zdjęcia z trasy wciąż czekamy, zatem zanim będą dostępne, garść sposobów, w jakie zawodowcy radzą sobie z jazdą po bruku.

    2. Znów zbyt blisko


    Po raz kolejny motocyklista jadący w kolumnie wyścigu nie wyhamował przed kraksą kolarzy. Lasek Arenberg to jeden z najtrudniejszych, brukowanych sektorów na trasie Paryż-Roubaix, gdzie często dochodzi do upadków. Włoch Elia Viviani z ekipy Sky był jednym z tych, którzy tym razem leżeli w kraksie. Jadący za peletonem motocykl nie zdążył się zatrzymać na nierównej i śliskiej nawierzchni i wpadł w Vivianiego. Na szczęście wszystko wskazuje na to, że skończyło się na potłuczeniach, ale przecież zaledwie kilkanaście dni temu w podobnych okolicznościach incydent z udziałem Antoine Demoitie’a zakończył się tragicznie – śmiercią zawodnika.

    3. Sagan cyrkowiec. Cancellara… no cóż

    Ostatnie w karierze „Piekło Północy” nie było szczęśliwe dla Fabiana Cancellary. Najpierw na jednej z, w sumie nielicznych kałuż, poślizgnął się, przewrócił i w ten sposób zakończył pościg zbliżający się do grupy Boonena, Stannarda, Rowe’a, Vanmarcke’a i Haymana. Z tej kraksy mistrzowsko uratował się jedynie Peter Sagan:

    https://www.youtube.com/watch?v=xvykzqcmlJw

    Sam Cancellara do mety dojechał kilka minut i za zwycięzcami i za Saganem. Próba rundy honorowej na torze w Roubaix również nie zakończyła się dla niego korzystnie:

    Zatem dwa wnioski na dziś: Cóż, trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść. I tak dalej ;). Oraz: drogie dzieci, uczcie się bunny-hopów. Nigdy nie wiadomo, kiedy się Wam przydadzą.

  • Kto wygra Paryż-Roubaix 2016?

    Kto wygra Paryż-Roubaix 2016?

    Apogeum sezonu brukowanych klasyków już w tę niedzielę. O tym, jak będzie wyglądał wyścig, zadecydują kolarze, ich dyrektorzy sportowi ustalający taktykę oraz pogoda. Być może pierwszy raz od ponad dekady przyjdzie nam oglądać ?piekło północy? rozgrywane w deszczu i błocie.

    Przyglądając się listom startowym, sytuacja jest bardzo interesująca. Brak jednoznacznego faworyta a przy tym szeroka i wyrównana stawka zawodników, którzy mogą wygrać Paryż-Roubaix 2016.

    Weterani

    Fabian Cancellara i Tom Boonen. Ten pierwszy ma trzy, ten drugi rekordowe cztery zwycięstwa na brukach północnej Francji. Obaj są już bliżej niż dalej końca swoich karier. Szwajcar zapowiedział, że po sezonie 2016 kończy z wyczynowym ściganiem, Boonen póki co na ten temat milczy. Wspomniał jedynie, że klasyki to nie jest odpowiedni czas i miejsce na mówienie o sportowej emeryturze.

    Ważne jest co innego. Cancellara tej wiosny znów jest w wybornej formie. Wygrał Strade Bianche, dwie czasówki, był drugi we Flandrii, i czwarty w E3 Harelbeke oraz Gandawa – Wevelgem. We Flandrii zaprezentował moc właściwie równą zwycięskiemu Peterowi Saganowi, tyle, że do ataku przystąpił kilka chwil później niż Słowak. Jeśli wygra na welodromie w Roubaix, dołączy do Boonena i Rogera de Vlaemincka, którzy są czterokrtonymi zwycięzcami ?Piekła Północy?.

    Z kolei Boonen nie błyszczy, wydaje się, jakby stopniowo dochodził do formy. Trzeba pamiętać, że podczas imprezy w Abu Dhabi, w październiku zeszłego roku leżał w kraksie, czego skutkiem było pęknięcie jednej z kości czaszki. W tym roku nawet nie stał na podium, ale wielokrotnie powtarzał, że z tygodnia na tydzień czuje się lepiej. Biorąc pod uwagę fakt, że w ekipie Etixx-Quickstep jest przynajmniej kilku kolarzy, którzy mogą pokusić się o dobry wynik, zwycięstwo Boonena na skutek przewagi taktycznej nie jest niemożliwe.

    Peter Sagan

    Mistrz świata, zwycięzca Gandawa-Wevelgem i Ronde van Vlaanderen pierwszy raz od wielu miesięcy jest w sytuacji, gdy nic już nie musi. Wiosnę ma rozliczoną. Znakomita seria wyników, skuteczność, dojrzałość i prowadzenie we wszystkich możliwych rankingach sprawiają, że w Paryż-Roubaix pojedzie bez presji, przynajmniej tej z zewnątrz. Pokusa wywalczenia magicznego ?dubletu? na kocich łbach (RVV + P-R), do tego w tęczowej koszulce jest wielka.

    Słowak na brukach Piekła Północy spisywał się ze zmiennym szczęściem a jego najlepszy rezultat to szóste miejsce w 2014r. Zdecydowanie łatwiej zdobywa przewagę, gdy droga prowadzi krótko acz konkretnie pod górę niż w terenie płaskim. Nie jest więc największym faworytem, zatem daje mu to spore pole manewru.

    Lefevere, Peeters, Steels i Knaven

    Kto? Tak, zgadza się, nie kolarze a dyrektorzy sportowi zespołów Etixx-Quickstep i Team Sky. Pod swoją opieką mają drużyny, w każdej z których jest przynajmniej kilku ludzi, którzy mogą pokusić się o wygranie Paryż-Roubaix.

    Etixx-Quickstep to oczywiście Boonen, ale także Niki Terpstra (zwycięzca z 2014r), Zdenek Stybar, Tony Martin, który chce iść w ślady Fabiana Cancellary i Stijn Vandenbergh. Z kolei w Sky liderami będą Ian Stannard i Luke Rowe.

    Silny zespół jest szczególnie ważny w takim wyścigu jak Paryż-Roubaix. Brukowane odcinki powodują stosunkowo wczesną selekcję, kolarze jadą w mniejszych grupkach już na kilkadziesiąt kilometrów przed metą. Istotna jest więc przewaga liczebna po pierwszej selekcji i ochrona, jaką zyska lider. Bywa też, że swoją szansę dostaje jeden z pomocników wysłany do ataku by zaszachować rywali. W ten sposób ?Piekło Północy? wygrał właśnie Servais Knaven a ostatnio Niki Terpstra. Zdarza się również, że do mety na czele dojeżdża kilku kolarzy jednej ekipy. To zawodnicy Patricka Lefevere?a w latach 1998-1999 zajmowali wszystkie miejsca na podium. Wilfried Peeters był wtedy drugi i trzeci a Tom Steels w 1999r zajął trzecie miejsce.

    Specjaliści cyclocrossu

    Być może w sobotę w regionie Nord-Pas-de-Calais popada, bruk stanie się śliski, pobocza błotniste a trasa nie przeschnie do niedzieli. Wtedy do głosu mogą dojść zawodnicy, którzy przez sporą część kariery specjalizowali się w jeździe w takich warunkach, czyli przełajowcy.

    Lars Boom i Zdenek Stybar mają świetną technikę jazdy, są dynamiczni i doświadczeni. Obaj byli też mistrzami świata w cyclocrossie. Stybar w Roubaix finiszował już drugi (2015) a Boom zwyciężył pamiętny, deszczowy etap Tour de France w 2014r.

    Swoje marzenie uczestnictwa w Piekle Północy spełnia Lars Van Der Haar. Przełajowy mistrz Europy dołączył do składu Giant-Alpecin, ekipy, której postawa pod nieobecność ubiegłorocznego zwycięzcy, kontuzjowanego Johna Degenkolba będzie sporą niewiadomą.

    Inni nie znaczy gorsi

    Kolejne nazwiska to wielkie gwiazdy i fakt, że są pod koniec listy nie znaczy, że są mniej ważni. Bo czy Alexander Kristoff, który rok temu miał genialny sezon na brukach a w tym wciąż jest w czołówce może być traktowany jako ktoś bez szans? Nawet, jeśli Norweg twierdzi, że nie lubi jazdy po kocich łbach, gdy znajdzie się w sytuacji, w której na welodromie w Roubaix będzie finiszowała kilkuosobowa grupa kolarzy, mamy pełne prawo nazwać go faworytem. Z kolei Edvald Boasson Hagen nigdy nie odgrywał znaczącej roli w monumentach, ale na swoim koncie ma kilka wygranych klasyków a w grupie Dimension Data wyraźnie odzyskał wigor. Stałą rolę czarnego konia przyjmuje Sep Vanmarcke. Intrygująco zapowiada się plan Taylora Phinneya, który po kontuzji i powrocie na szosy chce zrealizować plan czy też marzenie dobrego występu na brukach. Swoje trzy grosze może też dołożyć mocny i odporny na trudne warunki sprinter, czyli Andre Greipel oraz niespełniony w klasykach Jurgen Roelands.

    Wyścig od startu do mety będzie można zobaczyć na antenie Eurosportu. Od 10.15 do mniej więcej 17.00 kolarze pokonają 257,7km, z czego 52,8km prowadzić będzie po bruku (w sumie 27 numerowanych (odliczanie od 27 na 98,5km do 1 na kilometr przed metą) sektorów, których trudność wyznaczają ?gwiazdki? – jedna * to najłatwiejszy a pięć ***** to najtrudniejszy).

    W słynnym ?Lasku Arenberg? peleton powinien pojawić się ok. godziny 14.30, kolejny bardzo trudny sektor, Mons en Pevele to mniej więcej 15.30 a, zazwyczaj kluczowy dla losów wyścigu, Carrefour de l’Arbre to ok. 16.20

    Zdjęcie okładkowe: Lasek Arenberg, fot: foto!, flickr, CC BY 2.0