Tag: Polskie Kolarstwo

  • TDF 2015: Jak pojadą Polacy?

    Michał Gołaś, Bartosz Huzarski, Michał Kwiatkowski i Rafał Majka to polscy kolarze w peletonie tegorocznego Tour de France. Na co ich stać?

    Mistrz świata w żółtej koszulce?

    Pierwsza część wyścigu jest stworzona dla Michała Kwiatkowskiego. Zawodnik, który najlepsze wyniki uzyskuje w górzystych klasykach i krótkich, ciężkich etapówkach dostanie kilka szans, by wznieść ręce w geście triumfu.

    Krótka (13,8km) czasówka, Mur de Huy, bruki północnej Francji, Mur de Bretagne oraz drużynowa jazda na czas to miejsca, gdzie przynajmniej w teorii polski mistrz świata może zyskać przewagę nad rywalami. Nawet, jeśli zabraknie mu szczęścia, by wygrać jeden, konkretny etap, ewentualne bonifikaty, niewielkie różnice na metach oraz jazd na czas (w tym zespołowa, która zawsze jest silną stroną ekipy Etixx Quickstep) mogą dać efekt w postaci prowadzenia w klasyfikacji generalnej.

    Tyle tylko, że kolarzy, którzy będą próbować tej samej sztuki co Kwiatkowski jest przynajmniej kilkunastu. Nie bez znaczenia jest również fakt, że przewagi nad rywalami choćby na ?Murach? w Walonii i Bretanii będą szukać nie tylko łowcy etapów, ale też faworyci klasyfikacji generalnej.

    Jeśli miałbym typować głównego rywala ?Kwiato? w pierwszych dniach Touru, to stawiam na Alejandro Valverde. Doświadczony Hiszpan jest mistrzem ardeńskich klasyków, trzykrotnym zwycięzcą Walońskiej Strzały i Liege-Bastogne-Liege. Gorzej od Polaka jeździ na czas, ale wraz z całym Movistarem może spisać się dobrze w próbie drużynowej.

    Tak czy inaczej, bez względu na efekt, Michał Kwiatkowski powinien nam dostarczyć wielu emocji. Doświadczenia poprzednich lat sugerują, że po pierwszym dniu przerwy raczej nie będzie się już liczył w klasyfikacji generalnej, ale kto wie, może pokusi się o jakąś niespodziankę na jednym z etapów górskich. Zwłaszcza, że nasz mistrz świata znany jest z ponadprzeciętnych umiejętności zjazdowych.

    Król gór w służbie Contadora

    Zeszłoroczny Tour de France był przełomowy dla Rafała Majki. Po dwóch dobrze przejechanych Giro d?Italia został niespodziewanie, w miejsce Romana Kreuzigera powołany do składu na Wielką Pętlę. Kraksa Alberto Contadora sprawiła, że Majka dostał wolną rękę i w 100% wykorzystał swoją szansę. Wygrał dwa górskie etapy, zdobył koszulkę najlepszego ?wspinacza? a tempo jego jazdy było równe czołówce klasyfikacji generalnej.

    Tym razem plan jest inny. Nadrzędnym celem ekipy Tinkoff-Saxo w sezonie 2015 jest ?dublet? Alberto Contadora. Hiszpan wykonał już pierwszą część planu, wygrywając Giro d?Italia. Ponieważ Wielka Pętla jest mimo wszystko większym wyzwaniem, wszystkie, najcenniejsze zasoby przygotowano na starcie we Francji.

    Rafał Majka ma być kluczowym pomocnikiem Contadora podczas górskich etapów. W tym sezonie ma już na koncie kilka dobrych rezultatów, ale pierwszym poważnym sprawdzianem w tym roku będzie dla niego tak naprawdę dziesiąty etap z metą na podjeździe w La Pierre Saint Martin.

    Jeśli jego hiszpański lider będzie bezpiecznie prowadził w klasyfikacji generalnej, być może w drugiej części wyścigu Majka dostanie szansę na walkę o zwycięstwo etapowe. Szczerze mówiąc wolałbym sytuację podobną do Romana Kreuzigera w 2013r czy Chrisa Froome?a w 2012r, gdy ?super pomocnicy? byli w stanie nie tylko służyć pomocą, ale i samemu uzyskać znakomity wynik. W przypadku Polaka wiele zależy od tego, jak poradzi sobie z pierwszym, nerwowym, ?klasycznym? tygodniem wyścigu.

    Nie tylko pomocnik

    Jeśli mówimy ?Michał Kwiatkowski?, jednym tchem powinniśmy wymieniać też nazwisko Michała Gołasia. Starszy z Michałów jest kluczowym pomocnikiem w drużynie Etixx-Quickstep, zarówno dla Marka Cavendisha jak i dla ?Kwiato?.

    Gołaś daje nie tylko wsparcie podczas etapów, ale dba także o dobrą atmosferę w drużynie, co jest nie do przecenienia w trakcie wielkiego touru.

    Nie zapominajmy jednak, że Michał Gołaś to więcej niż pomocnik. Jest znakomitym kolarzem, który na swoim koncie ma mistrzostwo Polski z 2012r oraz kilka niezłych wyników na etapach wysoko punktowanych wyścigów.

    Szczególnie dobrze szło mu podczas Giro d?Italia, właśnie w sezonie 2012. Przez chwilę był tam wiceliderem, walczył również w klasyfikacji górskiej oraz na poszczególnych etapach. Biorąc pod uwagę, że jego drużyna często szuka niestandardowych rozwiązań w poszukiwaniu zwycięstw, niewykluczone, że i ?Goły? znajdzie się w sytuacji dającej szansę na wygraną etapową.

    Nawet, jeśli tak się nie stanie i pozostanie w cieniu swoich liderów, jego jazda będzie istotnym elementem sukcesów kolarzy Etixx-Qucikstep.

    Bohater tłumów

    ?Dzielni Francuzi? to ukuty przez polskich komentatorów Eurosportu termin określający zawodników, bez których Tour de France nie byłby tym wyścigiem, który znamy.

    Kolarze zabierający się w ucieczki, szukający swojej szansy na wygraną etapową, zdobycie, choćby na chwilę, koszulki w jednej z klasyfikacji albo czerwony numer przyznawany ?najbardziej walecznemu? tworzą wyścig w takim samym stopniu co Cavendish, Sagan czy Froome.

    Jednym z nich jest Bartosz Huzarski. Doświadczony zawodnik, który od kilku sezonów reprezentuje barwy mocnych grup prokontynentalnych. W sezonie 2012 był o włos od wygrania etapu Giro d?Italia w Asyżu, rok temu próbował sił na trasie Tour de France.

    Jego drużyna, Bora Argon18 to ten sam zespół co rok temu (NetApp Endura), jednak z nowymi sponsorami. W składzie brakuje również jednoznacznego lidera walczącego w klasyfikacji generalnej. Leopold Konig przeszedł do zespołu Sky, zatem ?Huzar? powinien mieć więcej przestrzeni dla swoich akcji.

  • Tydzień bez aferki to tydzień stracony

    Tydzień bez aferki to tydzień stracony

    Sezon krajowych imprez kolarskich, zawodowych i amatorskich jest nieustającym źródłem rozrywki. Niemal co tydzień ktoś zalicza spektakularną wtopę, dzięki czemu rowerowe internety mają czym żyć.

    Nie zamieszczam informacji o wszystkich przypadkach. Nie zawsze mam ochotę, czasem wręcz unikam tematu jak mogę. Nawet schadenfreude ma swoje granice, które wyznacza poczucie zażenowania.

    Od wiosny były już przypadki niejasnego startu większej ilości kolarzy jednej drużyny w wyścigu, zastraszania, być może pobicia, popychania i zajeżdżania. Znaleźlibyśmy pewnie też skracanie trasy, niedozwoloną pomoc i jeszcze kilka innych, mniejszych wykroczeń a i gdyby poszukać, trafiłby się jakiś smakowity przypadek dopingu.

    Równocześnie zawodnicy są regularnie olewani przez organizatorów, o przestrzeganie ustanowionych regulaminów muszą walczyć nie ci, którzy je tworzą a ci, których dotyczą. Nie zgadzają się dystanse, przewyższenia czy oznaczenia trasy.

    Raz jest za łatwo, raz jest za trudno, raz za dużo zawodników, kiedy indziej za mało. Raz trzeba mieć licencję, kiedy indziej trzeba ją schować do kieszeni i udawać, że wszystko gra.

    Gdy impreza nikogo nie obchodzi i pies z kulawą nogą się nie pojawia, jest źle. Gdy media się pofatygują, zamiast wysiłku kolarzy pokażą lansujących się celebrytów.

    Kiedy cudem uda się przeprowadzić wyścig, który ma jakąkolwiek rangę, okaże się, że organizacyjnie w skali od 1-10 zasługuje na ?-2?, dla odmiany fajnie przeprowadzone zawody oficjalnie mają rangę nawet nie świeżego ogórka, co przeterminowanego korniszona.

    Mimo to cały czas będę się trzymał tego, że kibicowanie kolarzom jest fajne a starty w zawodach ekscytujące. Wybór jest na tyle duży, że mogę skupić się na tym, co ma realną wartość a jeśli chcę się pościgać, to mogę pojechać tam, gdzie wiem, że dostanę to, na co mam ochotę.

    Sport, nawet zawodowy ma do siebie to, że jest działalnością dobrowolną. Oczywiście ciemiężeni zobowiązaniami profesjonaliści mają nieco mniejszy wybór, i np. w położonych organizacyjnie mistrzostwach raz na jakiś czas muszą wystartować. Tyle tylko, że oni zazwyczaj marudzą mniej niż amatorzy. Ci coraz częściej cierpią na swoistą odmianę syndromu sztokholmskiego, na siłę jeżdżąc tam, gdzie ich nie szanują, oszukują i zwodzą.

    A gdy wszystko jest już w najlepszym porządku, zawsze można ponarzekać na wyniki mistrza świata, medalistki olimpijskiej czy najlepszego górala Tour de France.

    Zdjęcie okładkowe: Grey World, flickr, CC BY 2.0

  • Niczym dzielni Francuzi

    Niczym dzielni Francuzi

    CCC Sprandi Polkowice jedzie w Giro d?Italia. Kolejni kolarze drużyny próbują swoich szans w ucieczkach. Póki co bezskutecznie.

    Niemal na każdym etapie włoskiego touru zawodnik w pomarańczowym stroju znajduje się w odjeździe dnia. Swoich sił próbowali już: Maciej Paterski, Sylwester Szmyd, Branislau Samoilau, Marek Rutkiewicz, Nikolay Myhaylov i Łukasz Owsian.

    Niestety akcje, w których uczestniczą albo są dościgane przed metą albo inni śmiałkowie zachowują więcej sił i mkną po zwycięstwo bez towarzystwa ?pomarańczowych?.

    Polska ekipa jedzie wyścig typowy dla zespołów zaproszonych do wielkiego touru z tzw. ?dziką kartą?. Choć w składzie ma kilku mocnych i doświadczonych zawodników, nie bez powodu nie znajduje się wśród grup ?drugiej?, a nie „pierwszej dywizji” (World Touru). Jednym z kryteriów są punkty posiadane przez poszczególnych kolarzy a te zdobywane są poprzez dobre wyniki w prestiżowych imprezach.

    Ten sezon dla CCC Sprandi Polkowice jest bardzo udany. Maciej Paterski wygrał etap w worldtourowym Dookoła Katalonii oraz był ósmy w Amstel Gold Race a do tego dołożył pierwsze miejsce na etapówce w Chorwacji (zaliczając po drodze dwa etapy a Grega Bole jeden). Davide Rebellin zwyciężył na etapie Tour of Turkey zaś cała drużyna była najszybsza podczas czasówki otwierającej Settimana Coppi e Bartali.

    W rankingu CQ, liczącym punkty zdobyte w imprezach wszystkich kategorii, CCC Sprandi Polkowice zajmuje 22. miejsce. 21. lokatę daje im siedem zwycięstw w klasyfikacji rozpatrującej najbardziej skuteczne zespoły świata.

    Udana wiosna zaostrzyła apetyty. Po cichu wszyscy liczyliśmy na dobrą postawę Sylwestra Szmyda w klasyfikacji generalnej i wygraną etapową Macieja Paterskiego. Tymczasem jazda w stylu przysłowiowych ?Dzielnych Francuzów? (ekip gospodarzy zapraszanych do startu w Tour de France ze względu na narodowość a nie poziom sportowy) może być nieco rozczarowująca.

    Żaden z kolarzy CCC nie ma już szans na wysokie miejsce w końcowej klasyfikacji wyścigu, pozostała tylko walka o wygraną etapową, ewentualnie włączenie się do rywalizacji o koszulkę najlepszego górala.

    Z drugiej strony regularne poszukiwanie szansy na etapowy sukces, dużo bardziej eksponowane osiągnięcie niż np. 16. miejsce w ?generalce?, zasługuje na uwagę. Kto nie próbuje, nie ma szans na wygraną i choć póki co efekt jest podobny, zawodnicy Piotra Wadeckiego są przynajmniej bardziej widoczni niż worldtourowcy z Treka czy Gianta.

    Tegoroczne Giro d?Italia dopiero przekroczyło półmetek. Owszem, w wysokich górach kolarzom polskiej ekipy trudniej będzie powalczyć o etap, ale kto wie, szans by zapisać się na kartach historii naszego sportu mają jeszcze kilka. A nawet, jeśli się nie uda, pozostanie poczucie, że wyścigu nie oddali walkowerem.

  • Mamy Team – czy mamy deja vu?

    Mamy Team – czy mamy deja vu?

    Kross Racing team oficjalnie zaprezentował swój skład i plany na najbliższe dwa lata. Na czele listy priorytetów są oczywiście Igrzyska w Rio a po drodze starty w Pucharze i Mistrzostwach Świata.

    Maja Włoszczowska, Anna Szafraniec i Kornel Osicki już jeździli w jednej drużynie. Co więcej, zespół ten też startował w czarnych strojach a celem były Igrzyska Olimpijskie. Ekipa Halls, o której mowa była jednak przedłużeniem żywota teamu Lotto i po Pekinie zakończyła działalność.

    Team Krossa, który w swoim składzie ma jeszcze perspektywicznego Barłomieja Wawaka to zupełnie inny projekt. Polski producent i marka rowerów, od wielu lat angażuje się we wspieranie wyczynowego kolarstwa górskiego a grupa zawodowa z multimedalistką i mistrzynią świata to koniec pewnej drogi i początek kolejnego etapu.

    KRT_2

    Co więcej, grupa ma mieć solidne zaplecze. Kross poza sponsorowaniem zawodowców, współpracuje też ze Szkołą Mistrzostwa Sportowego w Żywcu, gdzie trenerem jest Kornel Osicki. Jeśli projekt ?Zawodowa Grupa Kross Racing Team? wyewoluuje w przedsięwzięcie długoterminowe, dopływ świeżej krwi i rozwój talentów powinien być zapewniony.

    http://instagram.com/p/y60vA-kcsz/

    Jestem bardzo ciekawy, jak Kross wykorzysta fakt obecności w światowej elicie. Oczywiście, w sporcie wyczynowym nie ma gwarancji, ale taki skład to duże prawdopodieństwo świetnych wyników, zarówno w cross country jak i maratonach, dowolnie wysokiej rangi. Sprawa jest o tyle intrygująca, że w światowej czołówce obecnych jest tak naprawdę tylko kilka marek rowerowych. Nowy gracz w tak zacnym towarzystwie jak Specialized, Scott, Orbea, BMC czy Cannondale z pewnością wzbudzi zainteresowanie publiczności i potencjalnych klientów w Europie a być może i poza nią. O to, że sportowcy sobie poradzą jestem spokojny. Czy Kross, który na polskim rynku jest liderem, jeśli chodzi o rowerowy marketing będzie równie skuteczny w środowisku międzynarodowym?

    Tak czy inaczej, należy się spore uznanie za odważny ruch polskiej marki. To spora inwestycja i wyraz ambicji. W tej sytuacji jedyne, co pozostaje to kibicować zawodnikom i sponsorowi. Jakby do sprawy nie podejść, fakt, że mamy polską grupę zawodową, finansowaną przez polską markę z takimi kolarzami w składzie jest powodem do dumy.

  • Utrzymujemy polskie kolarstwo

    Utrzymujemy polskie kolarstwo

    Tego zdania zabrakło w komunikatach prasowych Lang Teamu promujących Skandia Maraton i maratonowy Puchar Polski. Wszystko wskazuje na to, że od przyszłego roku nie będzie monopolu na organizację najważniejszych długodystansowych wyścigów w kraju.

    Praca nad wizerunkiem, to proces ciągły. Trzeba uważać, aby nie popełnić błędu, śledzić trendy i zachowywać czujność. Często bywa tak, że operując według wymyślonego przez siebie schematu można pominąć jakiś istotny fakt.

    Tak stało się w przypadku maratonów Lang Teamu, sponsorowanych przez Skandię, tak dzieje się w przypadku wielu innych imprez. Czesław Lang organizuje maratony mtb od 2007r. Po dziewięciu sezonach jego cykl jest w pierwszej trójce najbardziej popularnych, rowerowych imprez masowych w kraju. Od czterech lat, z braku innych zainteresowanych, w ramach ?Skandii? organizowano również Puchar Polski dla zawodników z licencjami PZKol.

    Tu zaczyna się problem. Idea maratonów Langa to raczej ?kolarstwo dla wszystkich? niż wyścigi dla kolarzy wyczynowych. Czego by nie mówić, od początku lat dziewięćdziesiątych, pierwszy polski zawodowiec a obecnie biznesmen z sukcesami promuje kolarstwo i rower we wszystkich możliwych aspektach. Część pomysłów jest trafionych, część to ślepe uliczki, ale ważne jest jedno. Tour de Pologne, Grand Prix MTB, Mini Tour de Pologne i Skandia Maraton w połączeniu z ?odwieczną? współpracą z Telewizją Publiczną powodują, że zawodnicy i ich sponsorzy mają swój czas antenowy. To sprawia, że wyczynowa jazda na rowerze nie została włożona między bajki wraz z upadkiem legendarnego Wyścigu Pokoju.

    skandia (89 of 138)

    Wracając do meritum, wraz z balonami reklamowymi wspólnymi dla wszystkich imprez Langa szedł komunikat: niech przyjdzie do nas każdy, kto ma rower. Nie wiem, czy pamiętacie, ale w pierwszych sezonach, trasy maratonów Skandii były na poziomie trudności konkurencyjnych, górskich serii. Wraz z otwieraniem się na nowych użytkowników konieczne było uproszczenie rund, co zbiegło się niestety z włączeniem do struktury imprez Pucharu Polski. I wtedy się zaczęło?

    Mistrzowie internetowego hejtu przystąpili do ataku. Maratony Skandii odsądzano od czci i wiary a sami zawodnicy, choć rzadko publicznie, wypowiadali się o poziomie pucharowych tras z nutą ironii. Owszem, rozgrywanie najważniejszej serii imprez mtb w kraju w co do zasady płaskim terenie jest pomyłką, ale tak naprawdę Czesław Lang nie zadbał o właściwy PR. Jego maratony były w tym czasie jedynymi z nielicznych, które dawały kolarzom zarobić, zarówno pośrednio jak i bezpośrednio. Fakt, który znajdziecie w artykule o reformie Pucharu Polski w mtb-xc jest mało znany. Przez cztery lata pula nagród (w gotówce!) wyniosła dwieście tysięcy złotych, co daje pięćdziesiąt tysięcy rocznie. Nie w lampkach rowerowych, za dużych koszulkach i drucianych, kilogramowych oponach, tylko w złotówkach. Dołączając do tego relacje telewizyjne, dzięki którym wielu zawodników mogło przekonać sponsorów do wsparcia otrzymujemy jednoznaczny wynik. Lang po raz kolejny utrzymał przy życiu część polskiego kolarstwa. Czy nie chciał się tym chwalić, czy o tym zapomniał, nawet, jeśli zrobił to mimochodem, istotny jest fakt, że o tym głośno nie mówił.

    Morał? Po pierwsze dobrze, że Puchar Polski planowany jest jako bardziej różnorodna rywalizacja. W ten sposób porównać będą się mogli nie tylko zawodnicy, ale i organizatorzy. Po drugie, zdjęcie ciężaru ciągłej obecności zawodowców dobrze zrobi samym maratonom Skandii, które będą mogły być teraz realną propozycją ?kolarstwa dla wszystkich?. Wszystkim to wyjdzie na zdrowie. Po trzecie wreszcie będzie dobrze, jeśli w nowym układzie będziemy oceniać realną wartość poszczególnych imprez. I po czwarte, najważniejsze, uczciwie to komunikować.

  • Kolejny sezon – kolejny upadek

    Kolejny sezon – kolejny upadek

    Grupa BDC-Marcpol kończy działalność. Po zeszłorocznej ewakuacji sponsora przestała funkcjonować grupa Zbigniewa Szczepkowskiego (ostatnio znana jako BGŻ). Teraz w polskim peletonie zabraknie najwyżej notowanej ekipy, prowadzonej przez Dariusza Banaszka.

     Przypadek BGŻ wiązał się z polityką korporacyjną banku. Polska marka pod rządami holenderskiego Rabobanku najpierw wspierała kolarstwo a następnie, gdy centrala wycofała się ze sponsoringu, również zaprzestała współpracy z grupą zawodową na rodzimym rynku. Było to przykre i trudne doświadczenie, tym bardziej, że wiązało się ze wstrzymaniem firmowania cyklu Pro Ligi. Cóż, z korporacjami nigdy nic nie wiadomo a niestety polska grupa trzeciej dywizji nie jest tak atrakcyjna marketingowo, by na ostatnią chwilę znaleźć chętnych, którzy wyłożyliby fundusze na dalsze istnienie zespołu.

     Wydawało się, że sytuacja BDC-Marcpol jest zgoła inna. Ekipa prowadzona przez byłego kolarza, który będąc utalentowanym biznesmenem kontynuował swoją pasję po zakończeniu kariery jako dyrektor sportowy i sponsor. Najwyżej sklasyfikowana grupa kontynentalna w kraju, szereg dobrych wyników (m.in. wygrana przez Kamila Gradka Pro Liga) i ambicje międzynarodowe (dwukrotny start w drużynowych mistrzostwach świata) sugerowały nie tylko stabilizację, ale i rozwój. Tym bardziej, że sam patron wyrażał taką ochotę.

     W tym miejscu zachęcam do uważnego wysłuchania wywiadu sprzed roku:

     Szczególnie istotna jest siódma minuta i pytanie Patryka Mirosławskiego o finanse. Z odpowiedzi Dariusza Banaszka wynika wprost: grupa kolarska to czysty wydatek, właściwie bez podstawy biznesowej. Rok i dwa miesiące później ekipa zwija żagle i przestaje działać. Dlaczego? Pewnie wkrótce dowiemy się szczegółów. Jakiekolwiek by nie były, sytuacja ta, choć nieciekawa, zupełnie mnie nie dziwi.

     BDC-Marcpol to nie pierwsza i nie ostatnia grupa kolarska, która funkcjonowała na zasadach nierynkowych. Nawet na poziomie World Touru są ekipy, których istnienie nie ma uzasadnienia ekonomicznego. BMC to zachcianka Andy Rhisa, ekscentrycznego Szwajcara, który milionerem został dzięki aparatom słuchowym a markę rowerów i promującą ją grupę zawodową stworzył z kaprysu.

    Astana i Katiusza to drużyny, których celem jest bliżej niewyjaśniona promocja kazachskiego i rosyjskiego kolarstwa, za którą płacą tamtejsi oligarchowie. Oleg Tinkov to fan kolarstwa, który zarabia na kredytach a sam lubi jeździć na rowerze oraz być twitterowym celebrytą, w czym wsparcie dla gwiazd sportu bardzo mu pomaga.

    Kolejna część zespołów jest finansowana przez narodowe loterie i inne firmy ze znaczącym udziałem skarbu państwa. Można też wspomnieć projekt braci Schleck, czyli Leopard, ufundowany przez Flavio Beccę, biznesmena zajmującego się nieruchomościami (tematyka bliska Dariuszowi Banaszkowi). Tenże Luksemburczyk dość szybko zrezygnował ze swojego kaprysu i niewiele zabrakło, by Schleckowie i Fabian Cancellara zostali na lodzie. Krótko mówiąc, logotypy, które kolarze wożą na swoich strojach, często nie mają zastosowania komercyjnego sensu stricto a? ozdobne.

     Powtórzę zdanie, które wraca w moich wpisach niczym mantra. Kolarstwo nie jest drogim sportem. Najbogatsze zespoły na świecie mają budżety nie większe niż drużyny piłkarskie polskiej ekstraklasy. Kilka milionów Euro potrzebnych do utrzymania odnoszącej sukcesy grupy drugiej dywizji nie jest kwotą oszałamiającą w Unii Europejskiej, wliczając w to kraje przyjęte do Wspólnot już w XXIw. Mimo to, kluby borykają się z problemami budżetowymi od kiedy pamiętam.

    Wracając do przykładu BDC, czy wiecie, co to jest za marka? No dobrze, interesujecie się kolarstwem, więc pewnie tak, tym bardziej, że Banaszek-Duda Company funduje rowerowe upominki w konkursach Eurosportu. A teraz szczerze, znacie ją ze spójnej identyfikacji wizualnej, z sieci sklepów pod wspólnym logo, z wizerunków kolarzy promujących rowery? A MarcPol? Czy ta marka w jakikolwiek sposób skorzystała z faktu, że wspierała grupę?

    Biorąc pod uwagę łączną ilość minut relacji TV z krajowych imprez, trudno szukać choćby cienia zwrotu z inwestycji, jaką jest sponsoring grupy kolarskiej. Przynajmniej w obecnie przyjętej formule, nie łącząc wizerunku ze sportem w inny sposób. Jasne, filantropia jest potrzebna i w czasach, gdy wyczynowa jazda na rowerze rzeczywiście nie interesowała #nikogo, była nie do przecenienia. W sytuacji rosnącej popularności i sukcesów na skalę światową dobrze by było, gdyby potraktować kolarstwo poważnie. Na sporcie da się zarobić, wykorzystując go do budowy wizerunku a nie tylko mierząc bezpośredni zwrot z obecności w mediach.

    Kamil Gradek to najlepszy kolarz w kraju w sezonie 2014. Zespół to dwukrotny uczestnik mistrzostw świata. Potrzebne są dwie firmy, z których każda da po dwa miliony złotych i jestem przekonany, że takich, które na to stać jest wystarczająca ilość. Tylko jak to sprzedać, by współpraca trwała przynajmniej kilka lat?

    Nawet najbardziej entuzjastycznie nastawiony filantrop może przestać łożyć na drużynę z dowolnego powodu. Sponsor nie przestanie, jeśli z biznesowego punktu widzenia będzie mu się to opłacać. Polskie kolarstwo ma teraz swoje pięć minut i chąc nie chcąc będzie obecne w mediach. Kto wykorzysta tę szansę?

  • Poniedziałkowy skrót#28

    Poniedziałkowy skrót#28

    Byłem przekonany, że będę miał wolny poniedziałek a tymczasem nasi torowcy przjeżdżają z Gwadelupy ze znakomitymi rezultatami. Zobacz ?poniedziałkowy skrót? i sprawdź, co jeszcze wydarzyło się w miniony weekend.

    Złota Bujak, srebrny Zielińśnki

    Wyjazd reprezentacji Polski na Mistrzostwa Europy w Gwadelupie był bardzo kosztowny. Walka o medale najlepszych zawodników na kontynencie ma swój prestiż, ale nie ukrywajmy, daleko jej do mistrzostw globu czy pucharu świata. Tak jest w wielu dyscyplinach sportu, mimo to tytuł to tytuł. Co więcej, trzeba umieć wykorzystywać szanse a nasi reprezentanci startujący w Gwadelupie świetnie wywiązali się z tego zadania.

    Eugenia Bujak zwyciężyła w wyścigu punktowym (dołożyła do tego jeszcze czwartą lokatę w wyścigu na dochodzenie) a Damian Zieliński wywalczył srebro w sprincie. Do tego Adrian Tekliński był czwarty w wieloboju, czyli Omnium i siódmy w Scratchu. Drużyna pań (Bujak, Pietrzak, Rutkowska, Wojtyra) zajęła czwarte miejsce w wyścigu na dochodzenie a Małgorzata Wojtyra zajęła szóste miejsce w Scratchu. Krzysztof Maksel był siódmy w nieolimpijskiej, ale klasycznej konkurencji 1km. Wspomniana już Wojtyra dołożyła jeszcze szóste miejsce w Omnium a Mateusz Lipa awansował do finału Keirinu gdzie był piąty (i pokonał Gregorego Bauge).

    Wygląda to naprawdę dobrze. Prawdziwą weryfikacją naszych torowców będą oczywiście mistrzostwa świata, ale i tak medale i tzw. miejsca punktowane na mistrzostwach Europy cieszą i są cenne. Mimo ciągłych problemów PZKol, konkurencje torowe związane z symbolem kłopotów, czyli kolarską areną w Pruszkowie zaczynają przynosić oczekiwany ?zwrot z inwestycji?. Szkoda tylko, że nie mamy jeszcze męskiej drużyny w wyścigu na dochodzenie, ale pewnie i na to przyjdzie czas. Dobry występ kadry w Gwadelupie wpisuje się świetny sezon naszych kolarzy i kolarek na szosie, i całkiem udanych występów w mtb. Oby tak dalej!

    Van der Haar otwiera Puchar Świata

    Lars Van der Haar, dwudziestotrzyletni obrońca tytułu zwyciężył w inauguracyjnych zawodach przełajowego Pucharu Świata w holenderskim Valkenbugu. Na swoim terenie ?Pomarańczowi? w ogóle spisali się znakomicie, zajmując trzy miejsca w top6. Zdenek Stybar, który okazjonalnie startuje w przełajach i do stycznia jest właścicielem tęczowej koszulki był nieobecny: kilka dni temu przeszedł operację kontuzjowanego barku a następnie wziął ślub. Z kolei Sven Nys, weteran i jedna z ikon przełajów, zmagał się z problemami technicznymi. Van der Haar ma więc dobrą pozycję wyjściową przed kolejnymi wyścigami pucharu świata. Zobaczymy, jak rozwinie się sezon, ale biorąc pod uwagę dobrą dyspozycję kilku Holendrów, z niecierpliwością będziemy czekać na mistrzostwa świata i ich pojedynek z Belgami. Jedyny startujący w elicie Polak, Mariusz Gil, niestety został zdublowany.

    Wśród kobiet triumfowała 35-cio letnia Katherine Compton.

    Jeśli już mowa o kobietach i przełajach, to w Turoślu podczas pucharu Polski zwyciężyła Olga Wasiuk a drugie miejsce zajęła niezniszczalna Dorota Warczyk. W elicie mężczyzn pierwszy był Bartosz Pilis. W łączonej kategorii elita+U23 wystartowało? dziesięciu zawodników. Juniorów było jedenastu.

    Mimo tego, że od dobrych kilku lat sporo się mówi i pisze o rosnącej popularności przełajów na świecie, wygląda na to, że u nas póki co cyklocross ciągle czeka na swój renesans. Inna sprawa, że to dopiero początek sezonu, za kilka tygodni powinno być lepiej z frekwencją. Tym bardziej, że do Turośla jest dość daleko z okolic, gdzie przełaje są najbardziej popularne a do tego w miniony weekend organizowano jeszcze wyścigi w Sosnowcu i Lublinie.

    W pogoni za krokodylem

    Na półkuli południowej, w Australii, rozpoczął się jeden z bardziej ekscytujących i ekstremalnych wyścigów etapowych na rowerach górskich. Daleko mu do rozmachu Cape Epic czy Trans Alpu, ale to impreza o sporej tradycji i bardzo wysokim stopniu trudności. Co więcej, tegoroczna trasa ma być jedną z bardziej wymagających w dwudziestoletniej historii Crocodile Trophy. Na starcie brakuje gwiazd mtb światowego formatu, ale na listach znajduje się m.in. były zawodowiec z szosy Massimiliano Lelli. Po raz kolejny też o czołowe lokaty będzie walczyło kilku Czechów, którzy konsekwentnie jeżdżą do Australii z myślą o zwycięstwie. Ich liderem jest Ivan Rybarik (zwycięzca z 2012r).

    Nawet, jeśli Crocodile Trophy nie jest najważniejszą imprezą kolarską na świecie, ma jedną, istotną przewagę nad wieloma innymi wydarzeniami: pobudza wyobraźnię. Ściganie po australijskich bezdrożach (i drogach, które wyglądają jak europejskie bezdroża) wydaje się czymś egzotycznym, heroicznym i wyjątkowym. Amatorzy myśląc o swoich sportowych celach czy też marząc o realizacji sportowych marzeń często wspominają właśnie o Crocodile Trophy. Zdjęcie okładkowe: "Eugenia Bujak" autorstwa Wei Yuet Wong - Eugenia Bujak.. Licencja Creative Commons Attribution-Share Alike 2.0 na podstawie Wikimedia Commons - http://commons.wikimedia.org/wiki/File:Eugenia_Bujak.jpg#mediaviewer/File:Eugenia_Bujak.jpg

  • Liczby, liczby

    Liczby, liczby

    Redakcja mtbnews.pl podsumowała sezon polskich maratonów mtb. Bez komenatrza, za to w suchych liczbach bezapelacyjnym zwycięzcą statystyk jest seria Bikemaraton.

     

    Pełne zestawienie znajdziecie tutaj. Bikemaraton zgromadził największą średnią liczbę uczestników, do tego cyklu należy również rekord pojedynczej imprezy. Pod względem ?osobostartów? (nie mylić z indywidualnymi uczestnikami) najwyżej uplasowała się Mazovia, ale trzeba pamiętać, że składała się z siedmiu eliminacji więcej niż Bikemaraton. Jeśli brać pod uwagę średnią i największą frekwencję na konkretnym wyścigu, na trzecim miejscu plasuje się Skandia. Zaliczany przez wiele lat do czwórki najważniejszych graczy na rynku MTB Marathon kontynuował tendencję spadkową i w swoim ostatnim sezonie funkcjonowania znalazł się pod koniec stawki.

     

    Co z tego wynika? MTB-XC.pl sugeruje, że nie liczy się ilość a jakość. Cóż, jest w tym oczywiście racja, ale poza liczbą uczestników, trudno znaleźć element, według którego można by ocenić sukces lub porażkę danych zawodów. Wyróżniająca się pod tym względem Skandia, będąca równocześnie Pucharem Polski była powszechnie krytykowana za niski poziom tras, co odbiera jej część należnego prestiżu. Z drugiej strony brak chętnych na ofertę ?Pure MTB? sprawił, że trudno dalej uznawać za istotną serię, która przegrywa z cyklami stricte regionalnymi.

     

    Budujące jest co innego. Maratony MTB podążają za modą na sport masowy. Dobrych kilka tysięcy ludzi w kraju regularnie startuje w otwartych dla wszystkich wyścigach. Abstrahując od motywacji, poziomu sportowego, zamożności portfela i ostatecznego efektu, to najcenniejsza konsekwencja wciąż rozrastającej się oferty organizatorów. Jakość maratonów, zabezpieczenia, obsługi czy tras zostawmy na tę chwilę na boku. Mimo licznych niedogodności i sporych kosztów, chcemy próbować swoich sił w zorganizowanym ruchu na świeżym powietrzu i to jest niepodważalne.
    ?Mówią na mieście?, że idą zmiany i niewykluczone, że wkrótce będzie można pracować także nad wyczynowym aspektem imprez masowych. Pora zacząć przekuwać ilość w jakość, tym bardziej, że grupa osób zainteresowanych czymś więcej niż samym uczestnictwem również się zwiększa. Zatem gratulacje dla zwycięzców, słowa otuchy dla przegranych i chwila ciszy dla tych, którzy zrezygnowali z dalszej zabawy. Sezon 2015, jakkolwiek by nie wyglądał, powinien być zupełnie inny niż ostatnich kilka.

  • Kto śledził Pro Ligę?

    Kto śledził Pro Ligę?

    Kamil Gradek zwyciężył w klasyfikacji generalnej Pro Ligi. Wspólna punktacja najważniejszych wyścigów szosowych, po wycofaniu się sponsora tytularnego, Banku BGŻ miałą w tym roku wymiar symboliczny, ale mimo to zachowała pewien prestiż.

    Na początek nieco statystyk. Zwycięski kolarz grupy BDC Marcpol ma 24 lata i w tym roku w tabelach CQ Ranking jest piątym z Polaków. W kraju wygrał Memoriał Trochanowskiego (kategoria 1.2), etap Wyścigu Solidarności i Olimpijczyków (2.2), gdzie również był liderem. Na mistrzostwach Polski w jeździe indywidualnej na czas zajął czwarte miejsce. Najcenniejszą zdobyczą zagraniczną był dla niego etap i klasyfikacja generalna etapówki w Chinach (kategoria 2.1).

    Kolarska Pro Liga pod patronatem Stowarzyszenia Sympatyków Zawodowych Grup Kolarskich składała się w tym sezonie z 19. krajowych wyścigów, indywidualnych, drużynowych, jednodniowych i etapowych, w tym Mistrzostw Polski, właściwych i górskich. Do Pro Ligi zaliczono również wyścigi spoza międzynarodowego kalendarza UCI. Poszczególnym imprezom przypisano odpowiednie wagi, by zróżnicować zdobycze punktowe zależnie od prestiżu i spodziewanego poziomu sportowego. Szczegółowy regulamin znajdziecie tutaj. Co ważne, do klasyfikacji, choćby ze względu na ograniczony dostęp, nie wliczał się Tour de Pologne.

    Gradkowi do zwycięstwa w klasyfikacji generalnej wystarczyły dwie wygrane: jeden klasyk i jeden etap. Oprócz tego był zawodnikiem najbardziej regularnym, dzięki czemu zbudował wyraźną przewagę nad kolejnymi: Bartłomiejem Matysiakiem z CCC Polsat Polkowice i Pawłem Franczakiem z Active Jet.

    Szczerze mówiąc tabele Pro Ligi nie przyciągały mojej uwagi. Zarówno teraz, jak i w przeszłości. Skupiałem się na wybranych imprezach. Ze względu na miejsce zamieszkania najbliżej mi do Małopolskiego Wyścigu Górskiego, którego przynajmniej prolog zawsze oglądam na żywo. Na resztę nie starcza czasu, ale Szlakiem Grodów Piastowskich, Memoriał Henryka Łasaka, Wyścig Solidarności i Olimpiczyków, Bałtyk-Karkonosze czy Puchar Uzdrowisk Karpackich to zawody, których wyników szukam co roku z własnej, nieprzymuszonej woli.

    Gdy Pro Liga startowała dziesięć lat temu, miała być odtrutką na kryzys w polskim kolarstwie. Z pewnością wspólna punktacja ożywiła nieco sytuację na rynku, ale paradoksalnie w najlepszym roku w historii naszego zawodowstwa cykl ten niemal upadł. Wspomniany we wstępie Bank BGŻ, idąc za polityką korporacyjną swoich właścicieli przestał finansować tę serię i stała się ona de facto nieoficjalnym rankingiem dla zainteresowanych i pasjonatów.

    mwg (23 of 68)

    Nie ukrywam, że śledzenie całej Pro Ligi jest nieco męczące. Aż dziewiętnaście imprez, z czego część pośledniej kategorii sprawia, że trudno wskazać najważniejsze momenty sezonu. Dla porównania, Puchar Francji 2014 liczył sobie 16 wyścigów, czyli nieco mniej przy o wiele lepszej kondycji tamtejszego kolarstwa. Z drugiej strony, w polskiej serii punktowanych imprez znalazły się wszystkie wyścigi z jakąkolwiek renomą. Więcej zwyczajnie nie mamy a faktycznie trudno byłoby któryś z nich wykluczyć.

    mwg (14 of 68)

    Dobrze, że Pro Liga przetrwała ciężki sezon bez sponsora. Pozostaje życzyć powrotu jakiegoś mecenasa. Kto wie, może na fali sukcesów naszych kolarzy znajdzie się ktoś hojniejszy i myślący bardziej perspektywicznie. To jest ten czas, gdy można zbudować coś trwałego. Idea Pro Ligi nadaje się znakomicie jako punkt odniesienia dla zawodników ścigających się w kraju. Czego bym jeszcze chciał? Po pierwsze, stałego patronatu medialnego jednego z dużych graczy mainstreowych mediów – popularność naszych eksportowych gwiazd może choć trochę przełożyć się na zainteresowanie kolarstwem w kraju. Po drugie towarzyszącej ściganiu elity, serii zawodów dla młodszych kategorii wiekowych – Nutella Mini Tour de Pologne jest dobrym wzorem, ale rozgrywana jest tylko raz w roku. Wraz z powrotem nagród finansowych na początek to powinno wystarczyć.