Intensywna końcówka pandemicznego sezonu ucieka przed złą pogodą i zaostrzającym się rygorem sanitarnym w Europie. Jest też sporo dobrych informacji z transferem Rafała Majki do drużyny UAE Team Emirates na czele.
Giro jedzie do Mediolanu?
W Lombardii właśnie wprowadzana jest godzina policyjna w związku z rozpędzającą się epidemią a tymczasem Giro d’Italia zmierza przez Alpy do stolicy tego regionu. W dniu przerwy peleton po raz kolejny został przetestowany na obecność koronawirusa. Pozytywny wynik uzyskał Fernando Gaviria, który jako jeden z pierwszych sportowców w tym sezonie był chory jeszcze w lutym.
Zgodnie z komunikatami Gaviria jest jedynym kolarzem z pozytywnym wynikiem, nie wiadomo jeszcze czy faktycznie jest zarażony, czy test dał wynik fałszywie pozytywny.
Dobrą wiadomością jest z kolei pogoda. Choć w wysokich partiach gór spadł już śnieg, drogi są przejezdne i niewykluczone, że uda się rozegrać najważniejsze etapy w niezmienionej lub tylko nieznacznie zmienionej wersji.
W rozpoczętym właśnie tygodniu zaplanowano trzy, bardzo ciężkie, górskie etapy, każdy z metą na podjeździe. W środę, czwartek i sobotę do pokonania będzie w sumie ponad 15000m przewyższenia. Do tego każdy z tych odcinków ma około 200km a przynajmniej trzy razy zawodnicy wjadą sporo ponad 2000m n.p.m.
Jakby tego było mało, wtorkowy etap również zapowiada się selektywnie, z wymagającą końcówką na górzystej rundzie i finiszem na niewielkiej, ale stromej “ściance”.
Foto: Jennifer Lorenzini/LaPresse
18 ottobre 2020 Italia
Sport Ciclismo
Giro d’Italia 2020 – edizione 103 – Tappa 15- Da Base aerea Rivolto a Piancavallo
Nella foto: Hart Tao Geoghegan
Photo: Jennifer Lorenzini/LaPresse
October 18, 2020 Italy
Sport Cycling
Giro d’Italia 2020 – 103 th edition – Stage 15- ITT – from Base aerea Rivolto to Piancavallo
In the pic: Hart Tao Geoghegan
W skrócie plan na końcówkę Giro wygląda następująco:
Wtorek: 229km (!) z górzystą końcówką
Środa: 203km, cztery premie górskie, meta na podjeździe w Madonna di Campiglio
Czwartek: 207km, cztery premie górskie w tym słynne Stelvio (2758m) i podjazd na krótkim, ale wymagającym podjeździe do Laghi di Cancano
Piątek: etap całkiem płaski, ale absurdalnie długi 253km
Sobota: tu mogą zajść zmiany na trasie w związku z pogodą i wizytą we Francji. W planie są podjazdy na Agnello (2744m), Izoard (2360m), Montgenevre i na metę w Sestriere.
Niedziela: czasówka na ulicach Mediolanu, 15,7km.
W klasyfikacji generalnej spodziewane są spore zmiany. Oczy wszystkich skierowane są na ekipę Sunweb, która na podjeździe do Piancavallo pokazała, że jest w stanie przejąć kontrolę nad peletonem i nadać tempo tak selektywne jak Ineos czy Jumbo-Visma na Tour de France.
Tak duża kumulacja trudności w trzecim tygodniu wyścigu będzie sprzyjała nie tyle spektakularny atakom, co dalszej selekcji i kryzysom. Biorąc pod uwagę, że wielu zawodników w czołówce to debiutanci a równocześnie starzy wyjadacze jadą na limicie swoich możliwości, sytuacja może być dynamiczna.
Na koniec dodam jeszcze, że obserwujemy kontynuację trendu z Tour de France: tempo na Piancavallo oraz krótszych podjazdach jest bardzo wysokie. Nawet ci kolarze, którzy teoretycznie zostają nieco z tyłu, prezentują formę, która do tej pory wystarczała czy to do podium czy nawet do zwycięstwa w wielkich tourach.
Skrócona o trzy dni, za to z niezmienionym charakterem. 13 z 18 etapów będzie górzystych, siedem odcinków będzie się kończyło na podjazdach a jedyna, 34km czasówka finiszować będzie na “ściance” Mirador de Ezaro (niespełna 2km i 14% stromizny).
W planie takie legendy jak Arrate (już pierwszego dnia), Tourmalet (ekscytujący finisz na słynnej przełęczy w Pirenejach), Angliru czy La Covatilla.
Lista startowa jest imponująca. W Jumbo-Visma pojadą Roglic, Dumoulin, Gesink, Kuus, Bennett, w Astanie Vlasov (po szybkim wycofaniu się z Giro wraca na Vueltę), w Ineosie Carapaz i żegnający się z ekipą Brailsforda, wracający do dyspozycji Froome, w Mitchelton-Scott Chaves, w Groupama-FDJ Gaudu i Pinot, w EF pro Cycling Martinez, Carthy i Woods, w Bahrainie Poels, w Cofidise Martin, w Movistarze Valverde, Mas i Soler, w Israel Startup Nation Martin, by tylko wymienić najgłośniejsze nazwiska mogące powalczyć w klasyfikacji generalnej.
Do tego sporo obiecujących, młodych talentów i, mimo niesprzyjającej trasy paru sprinterów z Samem Bennettem na czele.
Dla patriotów mamy sporą reprezentację kolarzy z Polski. W łabędzim śpiewie CCC udział wezmą Wiśniowski i Paluta (oraz polsko-włoski Mareczko), w Ineosie zobaczymy Gołasia a w Lotto-Soudal Tomasza Marczyńskiego, który właśnie przedłużył kontrakt o kolejny rok.
Kontekstem rywalizacji na hiszpańskich szosach będzie pogoń za kontraktami, walka o sponsorów oraz ucieczka przed pandemią i nadchodzącą zimą. Finał w Madrycie zaplanowany jest na 08.11.
W tygodniu, w którym Vuelta pokrywa się terminem z Giro, etapy w Hiszpanii będą kończyły się ok. godzinę później, zatem ok. 17.30.
W natłoku wydarzeń trudno nadążyć za kolejnymi wyścigami, zatem zapowiedzi Vuelty pojawiają się na ostatnią chwilę. Jeśli szukacie szczegółów trasy czy list startowych, możecie np. zapoznać się z prezentacją autorstwa Aleksandry Górskiej w naszosie.pl
So, it's time for a change ✍️
Not easy to say goodbye after four years. I'd like to thank Ralf Denk, @BORAhansgrohe, the sponsors, and teammates, it has been a pleasure being part of this group. However, it's not over yet, I hope to part ways with the best result at the Giro. https://t.co/FZ9zsNN6ji
Rafał Majka po czterech latach w Bora-Hansgrohe i czterech wcześniejszych w Tinkoff-Saxo kompletnie zmienia otoczenie. Od sezonu 2021 będzie reprezentował drużynę UAE – Team Emirates. Jego rolą będzie zarówno pomoc Tadejowi Pogacarowi jak i dalszy rozwój w krótszych i dłuższych wyścigach etapowych.
Kontrakt z drużyną z drugim, największym budżetem w World Tourze, z wybitnymi dyrektorami sportowymi może dać trzydziestojednoletniemu zawodnikowi “drugą młodość”. Bo choć wszyscy są pod wrażeniem obecnej inwazji dwudziestolatków trzeba pamiętać, że Rafał Majka dopiero co wszedł w wiek uznawany dla zawodowych kolarzy za szczyt możliwości.
Ciekawym kontekstem poza powrotem do Włoch (ekipa z Emiratów jest w dużej mierze kontynuacją Lampre Giuseppe Saronniego), gdzie Majka czuje się bardzo dobrze będzie zmiana sprzętu. Przez całą zawodową karierę nasz kolarz jeździł bowiem na rowerach i akcesoriach Specialized. UAE w sezonie 2020 używali Colnago, Campagnolo, pedałów Look, siodeł Prologo i odżywek Enervit.
Kolejna dobra wiadomość to przedłużenie o rok kontraktu z Lotto-Soudal przez Tomasza Marczyńskiego. Cieszy nie tylko dalsza obecność doświadczonego zawodnika w World Tourze, ale też fakt, że dołączy do niego Kamil Małecki, który dostanie szansę rozwoju uratowawszy się z tonącego CCC.
Z dużym prawdopodobieństwem dla Marczyńskiego będzie to ostatni sezon na tym poziomie, chociaż nigdy nic nie wiadomo.
Dla zainteresowanych postacią dwukrotnego zwycięzcy etapowego Vuelty 2017 i trzykrotnego mistrza Polski, Eurosport przygotował krótki, kwadransowy reportaż. Całość ma nieco youtubową jakość produkcji, ale zawsze to fajnie, że taki materiał powstał. Druga emisja zaplanowana jest na czwartek, 22.10 na godz. 17.50.
Pożegnanie z klasykami
Sezon najważniejszych wyścigów jednodniowych kończy się jutro, czyli w środę 21.10 wyścigiem De Panne. Na liście startowej Mark Cavendish, który wciąż nie pożegnał się z zawodowym peletonem, choć na mecie Gandawa-Wevelgem uronił kilka łez, będący w wysokiej dyspozycji Mads Pedersen i Alexander Kristoff oraz wielu innych specjalistów od jazdy na wietrze i po brukach. We wtorek na trasie z Brugii do De Panne swój sezon kończą także kobiety.
Komentarze teraz też jako podcast
Codzienne komentarze po etapach Giro d’Italia trafiają zawsze wieczorem na Youtube. Od kilku dni dostępne są również w wersji podcasdtowej na anchor.fm, które propaguje je również np. na Spotify.
Zatem jeśli taka forma odbioru jest dla Was wygodniejsza, to zapraszam, podobnie jak do subskrybcji kanału na youtube a także do śledzenia konta na Twitterze. To tam a nie na facebooku wrzucam na bieżąco najciekawsze informacje o kolarstwie.
Każdy kryzys przynosi zmiany. Kolarstwo zawodowe, jak większość świata zamarło w czasie pandemii koronawirusa. Ucierpi także z powodu kryzysu gospodarczego. Co zatem powinno zmienić się w naszym ulubionym sporcie, by ten trudny okres przekuć w długoterminowy sukces?
Epoka “marginal gains” i wielkich budżetów
Odwołane wyścigi w pierwszej części sezonu 2020 to wydarzenie bez precedensu. Na masową skalę do tej pory imprezy kolarskie nie odbywały się właściwie tylko z jednego powodu: globalnych konfliktów zbrojnych. Zresztą nawet pierwsza i druga wojna światowa nie wyłączyły kolarstwa w 100%.
Niewątpliwie rok pandemii będzie cezurą dla kronikarzy wielu dziedzin życia, wliczając w to kolarstwo zawodowe.
Jedną z dat, kiedy rozpoczęła się poprzednia “era” był sezon 2011. To wtedy zaczęły działać paszporty biologiczne, a Cadel Evans wygrał Tour de France podczas którego po raz pierwszy od końca lat ‘80 XXw zawodnicy jechali w tempie możliwym do osiągnięcia bez niedozwolonego wspomagania.
W 2019r budżet Team Ineos był przynajmniej trzykrotnie wyższy niż największy budżet drużyny US Postal. Nawet mniejsze ekipy World Touru operują na kilkunastu milionach Euro.
Choć w ciągu kolejnych sezonów peleton przyspieszał, wciąż większość rekordów z “ery epo” nie została pobita, a zwłaszcza czasy podjazdów uzyskiwane przez Armstronga czy Pantaniego.
Za sporą część postępu zaczęła odpowiadać technologia: aerodynamika, ergonomia, monitorowanie coraz większej liczby parametrów organizmu. Wiele zmian zaszło także w podejściu do treningu czy odżywiania. Poszukiwanie “zysków granicznych” znanych szerzej jako “marginal gains” stały się obowiązkiem każdego, kto chciał się liczyć w walce o czołowe lokaty choćby średnio istotnych wyścigów.
Kilkumiesięczna przerwa, restrykcje związane z epidemią, zawirowania zarówno na światowych jak i lokalnych rynkach, kłopoty finansowe czy wręcz bankructwa sponsorów i organizatorów imprez zmuszą kolarski świat do przewartościowania dotychczasowego sposobu funkcjonowania i zmiany.
Dopingowa lustracja i abolicja
W czasach kryzysu nie ma miejsca na niedopowiedzenia. Choć kolarstwo zawodowe jest w awangardzie dyscyplin walczących z dopingiem, wciąż kojarzone jest z niedozwolonym wspomaganiem. Ba, w wielu sytuacjach kolarz jest po prostu synonimem “koksiarza”, nawet jeśli w wielu innych sportach nielegalne poprawianie osiągów to codzienność.
Wygląda na to, że epidemia dopingu została do pewnego stopnia opanowana. Owszem, kolarstwo nie wyrugowało używania epo, transfuzji, testosteronu, leków będących w fazie badań klinicznych czy wreszcie silniczków ukrytych w rowerach, ale poczyniono wiele kroków, by stosowanie całego, nielegalnego arsenału wyraźnie ograniczyć.
Lance Armstrong prowadzący podcast „The Move” wraz z innymi, skompromitowanymi kolegami odniósł spory sukces komercyjny. Nie musi nic udawać, może wprost zapytać swojego „kumpla od igły” Hincapiego: „George, powiedz co sądzisz, ale szczerze, przecież my już teraz nie kłamiemy”.
Zgodnie z dostępną wiedzą można wnioskować, że w drugiej dekadzie XXIw dało się wygrywać najważniejsze wyścigi “na czysto”. Nie znaczy to, że wszyscy zwycięzcy klasyków, etapówek i wielkich tourów byli 100% uczciwi, ale w przeciwieństwie do sytuacji sprzed 15 czy 25 lat można założyć, że przynajmniej część z nich grała fair. Dla porównania nie pomylę się bardzo jeśli stwierdzę, że pod koniec lat ‘90 w peletonie np. Tour de France kolarzy nie stosujących dopingu można było policzyć na palcach jednej ręki.
Z tym wiążą się daleko idące konsekwencje. Wielu bohaterów “epoki epo” po zakończeniu wyczynowej kariery związało się z kolarstwem. Są dyrektorami sportowymi, menedżerami, trenerami, czy komentatorami.
A to oznacza jedno: mimo najszczerszych chęci kolarstwu jako takiemu wciąż jest trudno zaufać.
Zasada “zera tolerancji” nie sprawdziła się choćby w niedalekiej przeszłości gdy Team Sky zwalniał współpracowników niegdyś zamieszanych w doping. Zamiast niej lepszym pomysłem byłaby pełna transparentność.
Choć rozliczenia systemów komunistycznych w Europie środkowej to nie jest przykład najlepszego rozwiązania rozliczenia wcześniej popełnionych grzechów, być może jedynym ratunkiem na wyczyszczenie wizerunku kolarstwa byłby właśnie rodzaj lustracji połączonej z dopingową abolicją.
Przy zawodowym peletonie mogliby zostać tylko ci, którzy zagraliby w otwarte karty. W zamian nie groziłaby im kara, odebranie tytułów czy nagród. W końcu moglibyśmy ruszyć naprzód, nie zastanawiając się nad tym, czy ten dyrektor sportowy współpracował czy nie z jednym z “magików-hematologów”, zadaniem trenera byłoby udowodnienie, że zerwał kontakty z dostawcą “koksu” z czasów gdy sam się ścigał, a komentator mógłby otwarcie wspominać historie sprzed 20 lat oraz rzetelnie porównywać jazdę obecnych herosów z wyczynami bohaterów “ery epo”.
Transparentność, której wciąż brak w wyczynowym kolarstwie może być istotnym czynnikiem w pozyskiwaniu nowych sponsorów. A ci w czasach postpandemicznych będą na wagę złota.
Czas na wspólnotę?
Kolarstwo zawodowe w wielu kwestiach jest ostoją konserwatyzmu. Nowinki techniczne akceptowane są przez zarządzającą tym sportem UCI niezmiernie ostrożnie. Próby zmiany formatu rozgrywania imprez spotykają się z oporem środowiska, nawet drobne modyfikacje tradycyjnych tras stają się powodem do sporów.
Elementem, który trzyma kolarstwo niemal w czasach jego powstania jest model społeczno-ekonomiczny, zupełnie nieprzystający do współczesnych realiów.
Grupy zawodowe to de facto agencje reklamowe, w większości zatrudniające zarówno zawodników jak i ich obsługę w oparciu o kontrakty B2B.
Sporą częścią najważniejszych wyścigów zarządza kilka korporacji związanych z mediami, od których decyzji, np. przyznaniu “dzikiej karty” zależy być albo nie być mniejszych zespołów.
Rzeczone korporacje są w ciągłym, jeśli nie konflikcie, to przynajmniej próbie sił z UCI, ta zaś nie jest dostatecznie silna by np. skutecznie walczyć z dopingiem.
Indolencja UCI łatana jest nie tylko przez WADA, międzynarodową agencję antydopingową, ale też często przez narodowe organizacje takie jak francuska AFDL czy włoski komitet olimpijski (CONI).
Dla odmiany federacja kolarska jest na tyle wpływowa, by redukować znaczenie oddolnych inicjatyw takich jak MPCC (Ruch na Rzecz Wiarygodności Kolarstwa), CPA i TCA (związki zawodowe kolarzy i kolarek) czy Velon (poszukującą nowych formatów imprez i źródeł finansowania drużyn).
Gwarancje bankowe wpłacane do UCI jako kaucja na poczet ewentualnie niewypłaconych wynagrodzeń to za mało. Każda drużyna to przynajmniej kilkadziesiąt osób, poza eksponowanymi postaciami jak kolarze i zarząd, także masażyści, mechanicy, kierowcy, kucharze, lekarze, marketingowcy czy rzecznicy prasowi. Krótko mówiąc, to takie “średnie przedsiębiorstwo” z rocznym obrotem na poziomie od kilku do kilkudziesięciu milionów Euro.
Sytuacja, w której zespoły-przedsiębiorstwa skazane są wyłącznie na komercyjnych sponsorów powoduje, że ich byt jest bardzo niestabilny. Jak na sport tak przywiązany do tradycji, same drużyny to efemerydy z nielicznymi przykładami z historią sięgającą lat ‘80 XXw.
W całej układance, jaką jest kolarstwo zawodowe, ci bez których samo w sobie by nie istniało, czyli właśnie kolarze i kluby stoją na zdecydowanie słabszej pozycji.
Upodmiotowienie nie tylko zespołów-firm, ale też ich pracowników: sportowców oraz obsługi powinno być jednym z celów na nadchodzące lata.
Gdy kolejne ekipy popadają w tarapaty finansowe jak mantra powraca postulat Olega Tinkova o konieczności podziału zysków z praw transmisji telewizyjnych między zespoły.
Nawet, jeśli nie mówimy tu o kwotach znanych ze sportów zespołowych umożliwiłoby to zabezpieczenie przyszłości ekip, częściowe uniezależniło je od kaprysów sponsorów czy wahań na rynku a także, realnie je upodmiotowiło.
Brak tożsamości i archaiczny model biznesowy
Wspomniałem już, że najstarsze zespoły istnieją zaledwie kilkadziesiąt lat w sytuacji, gdy samo kolarstwo wyczynowe ma ich około 130.
Efekt jest taki, że nie kibicujemy drużynie Abarca Sports, tylko Banesto->Illes Baleares, Caisse d’Epargne a obecnie Movistarowi. Nie wspieramy Slipstreamu, tylko Garmin, Cannondale a teraz EF.
W wielu sportach zespoły korzystają ze sponsorów tytularnych, jednak wciąż zachowują swoją tożsamość, wiążą z nią fanów i ją monetyzują. Bez względu na to, czy mówimy o grach zespołowych czy wyścigach samochodowych.
Owszem, niektóre projekty kolarskie mają charakter narodowy czy regionalny, skupiają się na pozyskiwaniu zdolnych zawodników wspieranych przez lokalnych sponsorów. Bywa też, że poniżej ekipy World Touru mniej lub bardziej oficjalnie funkcjonuje drużyna młodzieżowa czy juniorska.
To jednak nie wszystko. Drużyny pozbawione tożsamości często bazują na najprostszym, by nie powiedzieć prymitywnym modelu sponsoringu.
Gdy już uda im się rozpocząć współpracę z firmą wykładającą określony budżet, w zamian oferują jedynie ekspozycję logo i nazwy. Co więcej, takie podejście mają również sami sponsorzy, czego przykładem może być zaangażowanie Dariusza Miłka i jego marki CCC.
Miłek od lat wydaje miliony na sponsorowanie kolarstwa, równocześnie nie korzystając z wizerunkowych dobrodziejstw, jakie niesie ze sobą wspieranie sportu. Choć mija 20 lat od kiedy logo “Cena Czyni Cuda” jest obecne na koszulkach kolarskich, poza licznymi epizodami sportowcy nie zostali włączeni w komunikację marketingową firmy.
Na drugim biegunie można postawić zespół Jonathana Vaughtersa, obecnie znany jako “Education First”. Owszem, amerykańska ekipa kilkukrotnie ratowała się od bankructwa. Owszem, nie operuje na imponującym budżecie. I tak, jej szef jest postacią kontrowersyjną.
Ale trzeba przyznać, że zespół Education First jest prekursorem profesjonalnego podejścia do marketingu w kolarstwie. Vaughters wprowadził charakterystyczny dla swojej ekipy element identyfikacji wizualnej (romby “argyle”). Niemal od początku stawia na dostarczanie kibicom i mediom atrakcyjnych treści: najwyższej jakości materiałów audiowizualnych, tekstów, szeroko pojętego “contentu”. Gdy zauważył, że na szosie nie ma dość historii do opowiedzenia, zaczął wysłać swoich zawodników a to na szutry a to w teren, by pracować na wizerunek zarówno swojego zespołu jak i wspierających go sponsorów.
W końcu wreszcie sam Vaughters buduje swoją markę osobistą, publikując w prestiżowych mediach materiały dotyczące biznesowych korzyści płynących z wspierania kolarstwa.
Gdy porównamy to do prostego układu “pieniądze za logo na koszulce” pokuszę się o stwierdzenie, że jeden z tych modeli jest skazany na wymarcie, szczególnie w czasach, gdy firmy będą długo oglądały każdego dolara zanim wydadzą go na sponsoring.
Ewolucja wyścigów jest nieuchronna
Każdy wyścig chciałby być jak Strade Bianche. Istniejąca zaledwie trzynaście lat impreza powstała na bazie nostalgii, mody na styl vintage i na amatorskiego gran fondo na starych rowerach to przykład kolarskiego produktu idealnego.
Dzięki swojej unikalności zawody na toskańskich “białych drogach” szybko zdobyły prestiż, ekspozycję w mediach i uznanie fanów. Bez wielu lat tradycji, łamiąc kolarski konserwatyzm Strade Bianche przeskoczył w hierarchii większość imprez jednodniowych, nie licząc jedynie monumentów.
Sukces Starde Bianche marzy się każdemu organizatorowi wyścigów kolarskich.
Stał się wzorem dla innych, którzy zaczęli kopiować Włochów włączając do programu swoich imprez różne niespodzianki w rodzaju wizyt na brukach, szutrach, drogach polnych czy prowadzących przez winnice.
Z kolei etapówki stopniowo się eksternalizuje. Od czasu wprowadzenia (znów przez Włochów) do panteonu kultowych podjazdów słynnego Mortirolo trwa wyścig na poszukiwanie nieprzeciętnych stromizn. Zoncolan, Angliru, La Planche des Belles Filles, Bola del Mundo, Los Machucos i wiele, wiele innych stały się nie tylko oczekiwanymi co wręcz obowiązkowymi punktami na trasach wielkich tourów.
Etapów “płaskich jak stół” mamy teraz jak na lekarstwo. Coraz częściej w niedalekiej odległości od kreski wyrastają niewielkie pagórki, które wymagają od sprinterów nie tylko szybkości, ale też wytrzymałości. To z kolei rzutuje na typ kolarza, który może odnosić sukcesy w najważniejszych momentach sezonu.
W poszukiwaniu spektaklu skracane są odcinki górskie a także ograniczana jest obecność jazdy na czas, co ma zmuszać liderów do ofensywnej jazdy.
Pojawiają się nowe formaty wyścigów, czego przykładem była “Hammer Series” oparta o widowiskową rywalizację “na dochodzenie”.
Najlepsze momenty widowiskowej „Hammer Series”, projektu, który ma problem przebić się przez konserwatyzm UCI.
Ostatni raport dotyczący wizerunku hiszpańskiej Vuelty pokazuje, że ewolucja formuły nawet imprezy takiej jak wielki tour spotkała się z ciepłym przyjęciem widzów. Jeszcze dziesięć lat temu oglądalność VaE regularnie malała. Po kilku testach i eksperymentach okazało się, że dość szybko można z imprezy będącej właściwie wewnętrzną rozgrywką gospodarzy zrobić spektakularny spektakl z międzynarodową obsadą gwiazd.
Zatem tak samo jak w przypadku marketingu drużyn zawodowych, można spodziewać się, że tendencja dostarczania jak najbardziej atrakcyjnych treści, tym razem przez organizatorów imprez powinna się utrzymać.
Tylko w ten sposób będzie można zachować swoją pozycję na rynku a nawet myśleć o wprowadzaniu nowych produktów (bo wyścig to przecież też produkt).
W tym kontekście widzę poważny problem dla wydarzeń pokroju naszego Tour de Pologne, holednersko-belgijskiego Eneco Tour, czy kolejnych reaktywacji wyścigów w Niemczech. Muszą wymyślić lub odnaleźć swój, unikalny charakter, który spowoduje, że staną się niezależnymi markami a nie tylko kolejnymi w kalendarzu okazjami do zdobycia nieistotnych punktów rankingowych. W przeciwnym wypadku czeka je albo likwidacja albo włączenie do portfolio ASO lub RCS.
Globalne kolarstwo – koniec czy początek?
W ostatnich latach World Tour stał się faktycznie globalny. Sezon został wydłużony, poważne ściganie zaczyna się już w połowie stycznia. Zawodowy peleton chętnie korzysta z entuzjazmu Australijczyków a także arabskich dolarów.
Scenariusz pesymistyczny na kryzysowe czasy to taki, że w zdemolowanej pandemią i recesją Europie wiele tradycyjnych imprez upadnie, w związku z czym ściganie będziemy oglądali tylko w telewizji transmitowane z krajów, które stać na takie zabawy. Czyli np. z Emiratów Arabskich, Omanu czy Bahrainu.
Niewiadoma jest przyszłość Tour of California, który odwołał się “zanim to było modne” z powodów finansowych i zapowiedział powrót w 2021r.
Trudno stwierdzić, jak w perspektywie ograniczonych budżetów drużyn zawodowych będzie wyglądała styczniowa wizyta w Australii. O ile oczywiście będziemy mogli mówić o bezproblemowym przemieszczaniu się przez pół świata.
Poza pandemią i jej konsekwencjami warto w nawet średnioterminowych planach brać pod uwagę zmiany klimatu. Może się okazać, że wydłużony do października czy listopada sezon 2020 otworzy nowe możliwości do regularnego ścigania się późną jesienią.
Przymusowa, przynajmniej kwartalna przerwa może też wpłynąć na przebieg karier wielu zawodników. Te kilka miesięcy bez rywalizacji na najwyższym poziomie może pomóc złapać drugi oddech wyeksploatowanym organizmom.
Chris Froome zdołał dokończyć rehabilitację, Alejandro Valverde zbiera siły na przesunięte o rok Igrzyska w Tokio a specjaliści wiosennych klasyków będą budowali szczyt formy na jesień a następnie bez tradycyjnego “offseasonu” zaledwie chwilę później rozpoczną kolejną kampanię na brukach.
Tak zaburzona, wieloletnia rutyna może wywrócić do góry nogami układ sił w zawodowym peletonie nawet bardziej niż problemy z finansowaniem, upadające wyścigi czy ewoluujące w niewiadomym kierunku procesy globalizacji.
Jakby na to nie patrzeć, kolarstwo zawodowe to wciąż sport, w którym o wyniku decydują ludzie a wszystkie te perturbacje najbardziej odbiją się właśnie na nich. A nie na firmach, korporacjach czy federacjach.
Larry Nassar, fizjoterapeuta gimnastycznej kadry USA przez lata współpracy z narodową federacją, uczelnią oraz prywatnymi ośrodkami i pod przykrywką rehabilitacji molestował ponad 250 młodych zawodniczek. O tej bulwersującej sprawie w trudnym a równocześnie imponującym dokumencie wyprodukowanym przez HBO opowiada Erin Lee Carr.
Lekarz gimnastyczek stopniowo budował zaufanie pacjentek. Bazując na fizycznym kontakcie z jakim wiąże się jego zawód przekraczał kolejne granice a równocześnie był kryty przez władze swojego związku sportowego, uczelnię oraz współpracowników.
W połączeniu ze specyfiką gimnastyki: uczestnictwem bardzo młodych zawodniczek, katorżniczym treningiem, częstymi kontuzjami i izolacją kadrowiczek w ośrodkach treningowych Nassar miał stworzone idealne warunki do swoich nadużyć.
Historia skandalu jest przerażająca a równocześnie trudno jej się dziwić. Schemat działania Larry’ego Nassara wydaje się być zbliżony do innych tego typu postaci, podobnie jak, do pewnego momentu, zachowanie ofiar czy ich bliskich.
Dokument Erin Lee Carr idealnie trafia w moment zmian, jakie obserwujemy w świecie rozrywki, sportu czy biznesu, które rozpoczęły się od #MeToo.
Sam proces Nassara, ostatecznie skazanego na 175 lat więzienia zakończył się w poruszający sposób, ponieważ sędzia przed wydaniem wyroku pozwoliła wypowiedzieć się wszystkim, chętnym do tego, poszkodowanym.
Choć jest to temat trudny i bolesny, zarówno na sali sądowej jak i później, przed kamerą dokumentalistki nie tylko opowiedziały o swoich doświadczeniach i uczuciach, ale zrobiły to wprost, z otwartą przyłbicą, prezentując swoją twarz i nazwisko.
Przełamanie wstydu, tabu a także zmierzenie się ze społeczną presją i agresją to najbardziej imponująca część zarówno całej sprawy jak i filmu. Wyraz niezwykłej odwagi, której podłoże ma niewątpliwie znaczenie terapeutyczne, ale również jest przykładem dla innych poszkodowanych w podobnych sprawach, które wychodzą na jaw w kolejnych środowiskach, grupach zawodowych czy branżach.
Choć cały obraz to właściwie wyłącznie „gadające głowy” zmontowane z archiwalnymi ujęciami z treningów i zawodów, „Druga strona medalu” (oryginalny tytuł jest zdecydowanie ciekawszy: „At the heart of gold”) trzyma znakomite tempo i angażuje, nie tylko ze względu na poruszaną tematykę. To kawał dobrego dokumentu i trudno się dziwić, że autorka znajduje się wśród „30 najbardziej wpływowych ludzi w mediach przed trzydziestką”.
Poniżej znajdziecie wersję tekstu z 01.07.2019
Tyle o samym filmie, ale nie byłbym sobą, gdybym nie wspomniał o istotnym kontekście. Kilka dni przed tym, gdy obejrzałem „Drugą stronę medalu” dowiedzieliśmy się o kolejnej fazie, w jaką weszła sprawa Andrzeja P., oskarżonego o molestowanie i gwałt na swoich podopiecznych, byłego trenera i dyrektora sportowego w Polskim Związku Kolarskim.
Po ośmiu miesiącach pracy warszawska prokuratura skierowała postępowanie do sądu a P. w areszcie będzie przebywał przynajmniej do 24. września.
Pamiętając o domniemaniu niewinności i o tym, by nie wydawać publicznie wyroku zanim nie zrobi tego wymiar sprawiedliwości nawiążę do pewnych podobieństw z seksskandalem w amerykańskiej gimnastyce.
O postępowaniu Larry’ego Nassera wiedziało wiele osób. A jeśli nie wiedziało, to przynajmniej dostawało wystarczająco sygnałów, by pochylić się nad tematem. Tymczasem władze jego uczelni utajniły część raportu po jednej ze skarg, prowadzący komercyjne, gimnastyczne szkoły trenerzy przymykali oko na zachowanie Nassera.
Uniwersytet Stanowy w Michigan ma w sumie wypłacić pół miliarda dolarów odszkodowań ofiarom. Z kolei Amerykański Komitet Olimpijski zmusił cały zarząd tamtejszej federacji gimnastycznej do rezygnacji, następnie rozpoczął proces decertyfikacji Związku, który w grudniu 2018r ogłosił bankructwo.
W październiku 2018, były już CEO Związku, Steve Penny został aresztowany z zarzutami o manipulowanie dowodami a rektor uniwersytetu w Michigan, Lou Anna Simon została oskarżona o składanie fałszywych zeznań.
Wiele wskazuje na to, że o nadużyciach Andrzeja P. w Polskim Związku Kolarskim również wiedziało wiele osób. A gdy grunt zaczął palić się pod nogami, środowisko, podobnie jak amerykańskie środowisko gimnastyczne, zaczęło nieudolnie sprawę tuszować lub załatwić bez uszczerbku na wizerunku związku i jego działaczy. Kto tak robił, w jakim interesie, czy z własnej woli czy pod presją i czy Andrzej P. rzeczywiście dopuszczał się zarzucanych mu czynów, zarówno tych obyczajowych jak i innych, które równolegle bada Prokuratura Regionalna dowiemy się za jakiś czas.
Ostatecznie najważniejsze co się liczy, to dobro poszkodowanych. Mam więc nadzieję, że niezależnie od wyroku sądu, wykażemy się względem nich należną empatią.
„Druga strona medalu: Skandal w amerykańskiej gimnastyce” („At the Heart of Gold: Inside the USA Gymnastics Scandal”)
Reżyseria: Erin Lee Carr
Produkcja: HBO
85 minut
Film obejrzałem w HBO GO w czerwcu 2019.
Suplement 02.02.2022
Na początku lutego 2022, po niemal dwóch latach procesu, Sąd Okręgowy w Legnicy wydał wyrok skazujący Andrzeja P. na 4,5 roku bezwzględnego pozbawienia wolności, 6 lat zakazu wykonywania zawodu oraz zbliżania się do poszkodowanych. To wyrok I instancji i nie jest prawomocny, Andrzej P. może się od niego odwołać.
Ponieważ sąd, m.in. z myślą o poszkodowanych utajnił rozprawę, prawdopodobnie nie poznamy jej szczegółów. Choć oczywiście każda sprawa tego typu jest inna, temat molestowania, mobbingu i innych nadużyć w świecie sportu czy kultury doczekał się już wielu relacji, artykułów, książek, wywiadów czy nawet filmów. Na przykład takich jak recenzowany powyżej „Druga Strona Medalu”. Co jest istotne, to pewne wspólne mechanizmy charakterystyczne zarówno dla postępowania sprawców jak i świadków. Możecie przyjrzeć się oglądając m.in. „Drugą Stronę Medalu”, „Małą Królową” czy „Slalom„.
Niespełna 30″ szybciej niż Wilco Kelderman i prawie minutę niż Vincenzo Nibali pojechał Chris Froome podczas 40,2km jazdy indywidualnej na czas. W klasyfikaji generalnej daje mu to bezpieczną, prawie dwuminutową przewagę nad Włochem i 2’40” nad Holendrem. Dzięki skutecznej czasówce Kelderman zdobył przewagę nad Ilnurem Zakarinem i będzie bronił miejsca na podium na stromych podjazdach w Kantabrii i Asturii. Dla odmiany słabo, czyli aż 4′ wolniej niż Froome pojchał Esteban Chaves. Skrót najważniejszych wydarzeń możecie obejrzeć poniżej:
Los Machucos, czyli betonowa stromizna
Jeśli droga jest tak stroma, że trzeba na niej położyć beton, bo asfalt by spłynął, to znaczy, że będzie bardzo, bardzo ciężko. Los Machucos to 7,2km i średnia stromizna 8,7%, ale nie dajcie się nabrać. Co chwilę mięśnie kolarzy będą rozrywać kolejne odcinki przekraczające 20%. Do tego będzie wąsko a miejscami nawierzchnia będzie chropowata i poprzecinana odwodnieniami. Finałowej wspinaczce dnia możecie przyjrzeć się na tym wideo:
A zanim peleton dotrze do wzniesienia kończącego 180km etap, będą jeszcze musieli pokonać dwie premie górskie i kilka „nienumerowanych”, mniejszych podjazdów:
Czy ktoś (Contador? Nibali?) odważy się zaatakować wcześniej wiedząc, jak ciężki jest ostatni podjazd?
Polska sztafeta na 13 miejscu
Mistrzostwa świata mtb w australijskim Cairns rozpoczęły się od wyścigów sztafet. Polacy w składzie: Wawak, Zamroźniak, Nieboras, Świerczyńska, Solus-Miśkowicz zajęli 13 lokatę. Wygrali Szwajcarzy przed Duńczykami i Francuzami. Cóż, bywało lepiej.
W wieku zaledwie 28 lat Andrew Talansky, kolarz grupy Cannondale-Drapac zdecydował się na zakończenie kariery jako zawodowy kolarz szosowy. Tyle wiemy na dziś, prawdopodobnie zwycięzca Criterium du Dauphine z 2014r podjął taką decyzję w związku z niepewną przyszłością grupy, z którą jest związany od 2010r. Poza francuską tygodniówką, najlepszymi wynikami Talańskiego była 5. pozycja w Vuelta a Espana (2016) i 10. w Tour de France (2013), drugie miejsca w Paryż-Nicea (2013) i Tour de Romandie (2012) i trzecie w Tour of California (2012).
Froome podejrzewany o motodoping
Wprawne i uważne oczy kibiców zauważyły nietypowe zachowanie roweru Chrisa Froome’a po 8. etapie Vuelty prowadzącym przez Xorret de Cati. Oceńcie sami, czy w ogóle jest nad czym się zastanawiać:
https://www.youtube.com/watch?v=_UNHibTi1wA
Jednak w obliczu nowych informacji, wedle których skanery UCI nie są w 100% skuteczne w kwestii wykrywania ukrytego „motowspomagania” można mieć mieszane uczucia.
Alpy za nami, została czasówka i Pola Elizejskie, zatem pora na jeden z ostatnich przeglądów newsów z Touru.
Co zapamiętamy po 18. etapie TdF 2017?
Warren Barguil królem gór. Dwa wygrane etapy, koszulka w grochy i top10 klasyfikacji generalnej. Francuz po wielu problemach odrodził się na tegorocznym Tourze i jest jednym z bohaterów wyścigu
Chris Froome na ani jednym, górskim etapie nie zdobył przewagi nad rywalami a i tak zmierza po zwycięstwo w wyścigu
Czołówka osiągnęła zawrotne tempo na podjazdach Vars i Izoard. Mówią, że wiało w plecy…
Szarpali, szarpali, ale nie uszarpali, czyli najważniejsze momenty etapu w skrótach wideo
Ekipa Ag2r przejęła inicjatywę dyktując tempo. Romain Bardet próbował ataków i prawie nadział się na kontrę Chrisa Froome’a. Po zaciętej rywalizacji i sporym wysiłku skończyło się remisem i odrobiną satysfakcji związaną z wyprzedzeniem Brytyjczyka na finiszu. Zobaczcie sami:
Pomocnikiem dnia, nie pierwszy raz na tym Tourze zostaje Michał Kwiatkowski. Ten obrazek viralowo przekazują kolejni fani, doceniając wysiłek Polaka, który, cóż, pojechał ile miał. Do końca.
Potencjał memiczny „Kwiato” na tym Tourze jest nieograniczony, ponieważ „jadąc w trupa” kilka chwil wcześniej w dość radykalny sposób pozbył się przeszkadzających mu okularów:
MISSING: One pair of @oakley sunglasses, last seen on the Col d’Izoard.
„Niczego nie żałuję. Dałem z siebie tyle, że na linii mety pomyślałem, że nie jestem w stanie oddychać”. Romain Bardet jest jednym z najaktywniejszych i najbardziej ofensywnie jadących zawodników w peletonie tegorocznego Touru. Na Team Sky to jednak za mało.
Szalone tempo na Izoard
Podobno było z wiatrem, co więcej, to był ostatni finisz pod górę, więc wszyscy byli szczególnie zmotywowani. Nie zmienia to faktu, że po prawie trzech tygodniach ścigania tempo podjazdu na przełęcz Izoard było bardzo, bardzo wysokie.
#TDF2017, Stage 18. Col d'Izoard (last 9.85 km, 7.94 %, 782 m) Warren Barguil: 28:40, 20.62 Kph, VAM 1637 m/h, 5.86 W/kg [DrF]
Warren Barguil o 2’25” poprawił wynik szarżującego na Izoard w 2011r Andy’ego Schlecka, był też szybszy niż czołówka Giro d’Italia 2007. Co więcej, na poprzedzającej Izoard przełęczy Vars peleton również był najszybszy w historii.
Abstrahując od detali, sama, bezwzględna wartość VAM ponad 1600 w tej fazie wyścigu to imponujący wynik.
Cyclingnews przygląda się rowerom lidera TdF. Pełno w nich ciekawych, unikatowych rozwiązań i dbałości o detale. Froome używa dwóch modeli Pinarello F10. Klasycznego oraz X-Light zbudowanego na ramie z lżejszych włókien. Opis, zestawienie części i detale znajdziecie TUTAJ.
Kolarze (prawie) na księżycu
Czyli niezwykłe krajobrazy przełęczy Izoard i rywalizacja zawodników w kolejnych galeriach:
Pagórkowaty początek i płaska końcówka etapu to prawdopodobna, spora ucieczka i ewentualna pogoń drużyn sprinterów. Trudno zatem wskazać faworyta, natomiast trzeba pamiętać, że jutro decydująca o wynikach całego Touru czasówka.
To może dać większe szanse śmiałkom, którzy kolejny raz spróbują pokonać rozpędzony peleton. Nie sądzę, by Team Sky miał większe problemy z doprowadzeniem Chrisa Froome’a bezpiecznie do mety, ale stała czujność jest wymagana każdego dnia.
Grande Finale, alpejska rzeźnia na klasycznych podjazdach. Dwa ciężkie dni, które zadecydują o losach żółtej koszulki. Zaczynamy loverove!
#Polskanoga, czyli Paweł Poljański spadkobiercą „Huzara”
16. etap Touru nie był wcale lekki. Wiatr, pagórki, ostre tempo… po ponad dwóch tygodniach ścigania nogi zawodników są już mocno zmęczone. Co udowadnia Paweł Poljański z Bora-Hansgrohe:
W tym miejscu kłania się tylko jeden, znany cytat: nie interesuj się turpizmem, bo turpizm zainteresuje się tobą ;)
Co zapamiętamy po 16. etapie TdF 2017?
Team Quick Step wyraźnie pokazał, że etapowe zwycięstwa Marcela Kittela są dla nich ważniejsze niż szanse na podium Dana Martina
Team Sunweb wykazał wielką determinację w gubieniu Kittela, prowadzeniu tempa przez dużą część dnia i doprowadzeniu Matthewsa do wygrania drugiego etapu
Walka o zieloną koszulkę nabiera rozpędu i może wpłynąć również na sytuację w klasyfikacji generalnej wyścigu
Jak to wyglądało, czyli wideoskróty
Wiatr, tempo i gubienie Kittela, czyli najważniejsze momenty etapu:
Ostatni kilometr, czyli Matthews – pirat spychający Degenkolba:
Michael Matthews w stylu Petera Sagana ściga Marcela Kittela wykorzystując siłę drużyny i trudniejszy teren. Po 16. etapie klasyfikacja punktowa wygląda tak:
1 Marcel Kittel (Ger) Quick-Step Floors 373 pkt
2 Michael Matthews (Aus) Team Sunweb 344
3 André Greipel (Ger) Lotto Soudal 204
4 Alexander Kristoff (Nor) Katusha-Alpecin 158
5 Sonny Colbrelli (Ita) Bahrain-Merida 143
A to oznacza, że, teoretycznie, Australijczyk może wygrać zieloną koszulkę. By to osiągnąć, musi wygrywać lotne premie a to oznacza ataki i pełen gaz w pierwszej fazie alpejskich etapów, co może skomplikować sytuację kolarzy walczących w klasyfikacji generalnej. Z kolei, jeśli ci wcześniej przycisną, Kittel wraz z innymi sprinterami będzie walczył o zmieszczenie się w limicie czasu.
Kto wygra żółta koszulkę?
Przed dwoma, alpejskimi etapami pierwsza dwunastka klasyfikacji generalnej prezentuje się następująco:
1 Christopher Froome (GBr) Team Sky 68:18:36
2 Fabio Aru (Ita) Astana Pro Team 00:18
3 Romain Bardet (Fra) AG2R La Mondiale 00:23
4 Rigoberto Uran (Col) Cannondale-Drapac 00:29
5 Mikel Landa (Spa) Team Sky 01:17
6 Simon Yates (GBr) Orica-Scott 02:02
7 Daniel Martin (Irl) Quick-Step Floors 02:03
8 Louis Meintjes (RSA) UAE Team Emirates 06:00
9 Damiano Caruso (Ita) BMC Racing Team 06:05
10 Nairo Quintana (Col) Movistar Team 06:16
11 Alberto Contador (Spa) Trek-Segafredo 07:10
12 Warren Barguil (Fra) Team Sunweb 08:48
Jak widzicie na grafikach powyżej, jest co jechać! A ponieważ tempo w ostatnich dniach było bardzo mocne i ściganie agresywne, wiele może się wydarzyć. W kontekście 22km czasówki w Marsylii (sobota) faworytem pozostaje Chris Froome, ale jednak rywale są bardzo blisko, jadą ambitnie i są zdeterminowani by zdetronizować Brytyjczyka. Dzisiejszy podjazd na Croix de Fer jest nieregularny i miejscami bardzo stromy, z kolei kumulacja przełęczy Telegraphe i Galibier to nie tylko duża wysokość (kolarze wspinają się na 2642m) i dystans (35km z niewielkim zjazdem po drodze), ale też im dalej, tym trudniej, bo końcówka Galibier jest stroma. Zjazdy do Serre Chevalier też nie są łatwe, zatem spodziewajcie się solidnej porcji ścigania!
Czekam na drużynową akcję Ag2r, jadowite ataki Aru, łabędzi śpiew Contadora i Michała Kwiatkowskiego, który ratuje Tour Froome’owi.
Wariat Brumotti
Włoski gwiazdor tym razem mierzy się z przejazdem przez zabytkowy most nad Dunajem w Rumunii, którego nazwa pochodzi od nazwiska projektanta (Anghel Saligny). Most ma 2632m długości a najdłuższe przęsło to 190m. Tym razem Brumotti zrezygnował z powodu akcji ochrony i policji, ale pewnie jeszcze do Rumunii wróci!
Włoska marka zaprezentowała swój flagowy model w wersji z hamulcami tarczowymi. To tylko spekulacje, ale jeśli Chris Froome wygra Tour de France, to można się spodziewać, że do Paryża wjedzie właśnie na „tarczówkach”. Więcej zdjęć i detali znajdziecie np. w cyclingnews.
Za sprawą ?Wielkiej pętli? żółta koszulka jest synonimem prowadzenia, bycia najlepszym, liderem. Każdy, kto zdobędzie ją choćby na jeden dzień, staje się bohaterem i idolem. Rywalizacja z nią związana zawsze buduje narrację całego wyścigu. Kto w tym roku założy ją na podium w Paryżu?
W drugiej dekadzie XXIw wydaje się to niewyobrażalne, ale największe wyścigi kolarskie zaczynały swoją historię jako czynnik zwiększający sprzedaż gazet. Tak było z Giro d?Italia i La Gazzetta dello Sport, tak było i z Tour de France i l?Auto.
Co więcej, kolor koszulki lidera zarówno włoskiego jak i francuskiego touru ma takie samo pochodzenie: od koloru papieru, na jakim wydawane były sportowe dzienniki.
Francuzi zaczęli wyróżniać lidera swojej imprezy koszulką w 1919r. Wcześniej pierwszy zawodnik klasyfikacji generalnej wiózł na ramieniu zieloną opaskę. Obecnie żółta koszulka jest symbolem lidera w wielu wyścigach. ASO, korporacja medialna, która jest właścicielem l?Equipe, kontynuatora l?Auto w ramach unifikacji wprowadza ją na wielu, posiadanych w portfolio imprezach.
Jeśli nie wiąże się to z jakąś szczególną tradycją lub wymaganiami sponsora, również właściciele zawodów kolarskich niezwiązanych z ASO nagradzają zwycięzcę żółtym strojem, tak jest np. w przypadku naszego Tour de Pologne.
Obecnie sponsorem klasyfikacji generalnej Tour de France jest bank LCL. Zwycięzca wyścigu zarabia 500tys. Euro, drugi kolarz ?generalki 200tys. a trzeci 100tys. Każdy dzień w żółtej koszulce jest wart nie tylko sławę, miejsce w statystykach i zainteresowanie mediów, ale też 500 Euro.
Dziurawe kroniki
Zawodnikiem, który najwięcej razy zwyciężał w Tour de France jest Lance Armstrong. W kronikach w latach 1999-2005 widnieje dziura niczym w czasie wojen światowych, ponieważ uznano, że Amerykanin w skandaliczny sposób naruszał przepisy antydopingowe. Ze względu na powszechne stosowanie niedozwolonego wspomagania na przełomie XX i XXIw postanowiono nie przyznawać tytułu kolejnym kolarzom w klasyfikacji generalnej.
Tak czy inaczej, bezprecedensowe siedem żółtych koszulek znajduje się w salonie Armstronga, nikt też nie pali i nie usuwa z serwerów zdjęć z podium, gdzie stoi na najwyższym stopniu odziany w żółć.
Nie licząc Armstronga, najlepszy w statystykach jest Miguel Indurain z pięcioma zwycięstwami z rzędu. Pięć triumfów (choć z przerwami) na swoim koncie mają też Bernard Hinault, Eddy Merckx i Jacques Anquetil.
Najwięcej dni w żółtej koszulce spędził Mercx (96), Armstrong wiózł ją na plecach przez 83 a Indurain przez 60 dni. Z aktywnych kolarzy Chris Froome, który wygrywał Tour trzykrotnie był liderem przez 44 doby a Alberto Contador (po uwzględnieniu dyskwalifikacji z 2010r i licząc triumfy z 2007 i 2009r) ?zaledwie? 11. Co ciekawe, więcej dni w żółtej koszulce w 2014r niż Contador w całej karierze spędził Vincenzo Nibali (19).
Często sławę równą lub nawet większą niż zwycięzca Tour de France zdobywa zawodnik, który nieco nieoczekiwanie sięga po żółtą koszulkę a następnie heroicznie broni jej, uciekając przed faworyzowanymi rywalami. W ostatnich latach dwukrotnie w takiej roli znalazł się Thomas Voeckler, znany raczej z dzielności i chęci do ucieczek niż z dobrej jazdy w klasyfikacji generalnej.
Co więcej, objęcie prowadzenie w klasyfikacji Touru, choćby na jeden dzień bywa ważniejszym wydarzeniem niż wygranie niejednego wyścigu.
Dlatego też kolarze ryzykują i szukają szans a to na finiszach a to w ucieczkach, by tylko zbliżyć się do żółtej koszulki. Zdarza się, że taki sukces odmienia kolarza i jego kariera po takim sukcesie nabiera rozpędu.
Narracja wyścigu
Przechodząca z rąk do rąk żółta koszulka buduje narrację Wielkiej Pętli. Jeśli wyścig zaczyna się, tak jak w tym roku, czasówką, prowadzenie obejmuje specjalista takich właśnie prób i oddaje ją faworytom ?generalki? dopiero po pierwszych górach. Równocześnie sprinterzy, zbierając bonifikaty czasowe na premiach lotnych i metach kolejnych etapów, próbują odrobić starty i choć na jeden dzień pokazać się w żółtych barwach. Podobnie uciekinierzy, którzy w pierwszym tygodniu nie tracą jeszcze wiele, a wiadomo, że później osłabną, szukają swojej szansy na kolarską nieśmiertelność i miejsce w kronikach.
Zdarza się, że w sytuacji, w której jeden z faworytów zbyt wcześnie obejmuje prowadzenie, uciekinierzy mają większą szansę na żółtą koszulkę, ponieważ lider chce odciążyć swoich kolegów z drużyny z konieczności kontrolowania peletonu i nadawania tempa.
Na koniec wreszcie, warto wspomnieć o rywalizacji zawodników lepiej jeżdżących w górach z tymi, którzy lepiej radzą sobie w jeździe na czas. Jeśli trasa jest zbalansowana a stawka wyrównana zapewnia to dramaturgię od pierwszego do ostaniego dnia wyścigu.
Po pierwsze tegoroczna ?Wielka Pętla? ma niewiele kilometrów jazdy na czas. Zaledwie 14 pierwszego dnia w Dusseldorfie i 22,5km w przeddzień zakończenia w Marsylii. Równocześnie tylko trzy etapy (5, 12 ,18) kończą się na podjeździe. Mniejszych lub większych gór jest sporo, ale wiele okazji dostaną też sprinterzy i uciekinierzy.
Co więcej, trudno wskazać jednoznacznego faworyta. Chris Froome nie prezentował się do tej pory tak dobrze jak w latach poprzednich, Nairo Quintana nie błyszczał na Giro, Richie Porte jest w świetnej dyspozycji od początku sezonu, ale do tej pory najwyżej w wielkim tourze był piąty. Z kolei Alberto Contadora coraz więcej osób traktuje jako już-prawie-emeryta, podobnie jak mimo wszystko Alejandro Valverde. Fabio Aru uznawany jest za zbyt nierównego, dla Bardeta jest za mało gór, Yates jest za młody, Chaves i Barguil mieli problemy zdrowotne a Rafała Majkę niemal wszyscy ignorują.
Z takiej perspektywy nie wygląda to dobrze, z drugiej jednak strony gwarantuje wyrównaną i, być może, bardziej otwartą rywalizację. Choć rok temu Team Sky skutecznie ?zabetonował? peleton na najcięższych etapach, trzeba przyznać, że walka w górach była na wysokim poziomie a uczestniczyło w niej wielu kolarzy z czołówki.
W takiej sytuacji bardziej niż kiedykolwiek trzeba będzie zachowywać czujność na etapach płaskich i pagórkowatych, unikać kraks i niespodziewanych akcji gdy zawieje boczny wiatr.
Teoretycznie Froome, jako doświadczony, mimo wszystko mocny i posiadający najlepszych pomocników jest faworytem, choć nieco mniej pewnym niż w latach ubiegłych.
Richie Porte jest prezentowany jako pretendent numer jeden, nawet przed Nairo Quintaną, któremu powinny pasować etapy w Pirenejach.
Alberto Contador to zawodnik, po którym oczekujemy spektakularnych, choć niekoniecznie skutecznych ataków a marzeniem gospodarzy byłaby wygrana Bardeta.
Przy wyrównanej stawce liczyć się będą również bonifikaty czasowe (10, 6 i 4 sekundy dla trzech najlepszych kolarzy na mecie każdego etapu), zatem być może oznaczać to szansę dla Alejandro Valverde, który dzięki skuteczności na finiszach z mniejszych grup może zyskać w ten sposób nieco przewagi.
I to by było na tyle :) Zaczynamy wielkie, kolarskie święto!
Trasa dzisiejszej, otwierającej 104. Tour de France czasówki to 14km wzdłuż Renu przepływającego przez Dusseldorf. Faworyt jest jeden: to reprezentant gospodarzy, Niemiec Tony Martin z ekipy Katusha-Alpecin. Mistrz Świata w jeździe indywidualnej na czas powinien tę próbę wygrać.
Wśród kolarzy, którzy mogą mu zagrozić trzeba wymienić Josa van Emdena, Primoza Roglica, Jonathana Castroviejo oraz Richiego Porte, który wygrał jazdę indywidualną podczas Criterium du Dauphine.
Ważna informacja: Michał Kwiatkowski ma mieć wolną rękę i ze swojej strony zapowiada pełny gaz! „Kwiato” wystartuje o 17:04. Godzinę wcześniej (16:09) na trasę ruszy Rafał Majka a tradycyjnie startujący jako ostatni obrońca tytułu, czyli Chris Froome o 18:32. Karty może jednak rozdawać nie moc kolarzy a pogoda, ponieważ na sobotnie popołudnie zapowiadane są opady.
Co mają do powiedzenia dwaj polscy gwiazdorzy przed startem Wielkiej Pętli? Dowiecie się tutaj (Rafał Majka) i tutaj (Michał Kwiatkowski). Różne cele, różne podejścia, różne osobowości… może nie jest to jeszcze Coppi vs Bartali, ale fajnie, że dwóch naszych mistrzów jest od siebie tak różnych!
3. Contador, jakiego nie znacie
Choć kariera hiszpańskiego kolarza powoli zmierza do końca, jest on w gruncie rzeczy dość tajemniczą postacią. To wideo przybliża jego działalność charytatywną w fundacji własnego imienia. Ciekawe:
4. TdF bez duetu „Jaroński-Wyrzykowski”
"Dla Majki chyba za wcześnie na sukces w Tourze, a Michała Kwiatkowskiego szkoda na pomocnika Froome'a" @wilkowiczhttps://t.co/fO8YeYDQcj
No prawie bez, ponieważ „Pan Tomek” będzie w czasie etapów dzwonił do „Pana Krzysia”, zatem jest szansa, że nie zabraknie kilku lubianych przez widzów bon motów. O tym i nie tylko o tym, bo o kolarstwie jako takim i wieloletniej przygodzie z Tour de France Krzysztof Wyrzykowski opowiada Pawłowi Wilkowiczowi z Sport.pl. Cały wywiad możecie przeczytać TUTAJ.
5. Kobiece Giro w cieniu Touru
Ten, kto wymyślił, by najważniesza w kalendarzu wyścigów kobiecych kolidowała terminem z początkiem Tour de France jest idiotą. Damski peleton, który zmaga się z brakiem atencji mediów i kibiców nie może być bardziej ignorowany niż w czasie największego wyścigu świata. Tour swoim żółtym blaskiem przyćmiewa mocniej eksponowane imprezy, zatem Giro Rosa musi jeszcze poczekać na swoje pięć minut.
Pierwszy etap, drużynową jazdę na czas wygrała ekipa Boels – Dolmans a pierwszą liderką została Karol-Ann Canuel. WM3 Pro Cycling z Katarzyną Niewiadomą straciła 37 sekund, co wystarczyło na szóstą lokatę.
W tym roku CAŁY Tour de France możemy oglądać na żywo. 105 godzin transmisji w Eurosporcie to masa czasu, zatem mam dla Was przewodnik po najważniejszych momentach tegorocznej Wielkiej Pętli.
Plan dnia
Wbrew pozorom to ważne. Nawet największy pasjonat nie spędzi przed telewizorem po pięć godzin dziennie przez trzy tygodnie. Chyba, że jest komentatorem, wtedy musi ;)
Zawsze warto rzucić okiem na sam początek relacji. Przedetapowe wypowiedzi wnoszą sporo ciekawych informacji z pierwszej ręki, można wyczuć nastrój, jaki panuje w peletonie.
Dodatkowo pierwsze kilometry potrafią być bardzo emocjonujące. Kolejne ataki i formowanie się ucieczki oglądane live to dobra lekcja kolarstwa dla każdego.
Zależnie od profilu etapu można potem samemu pójść na rower, zminimalizować ekran lub całkiem wyłączyć transmisję i wrócić do pracy ;). Kontrolnie można zerkać na tekstową relację na żywo, np. live.cyclingnews.com. Jeśli zacznie się dziać coś ważnego (kraksa, akcja na wietrze, problemy któregoś z faworytów), szybko można wrócić do streamingu lub włączyć telewizor.
W przypadku etapów płaskich warto wrócić na 20km przed metą, by zobaczyć pościg za ucieczką oraz formowanie się sprinterskich ?pociągów? oraz oczywiście sam finisz z grupy. Gdy peleton wjedzie w bardziej pagórkowaty lub całkiem górzysty teren, ciekawe rzeczy powinny dziać się o wiele wcześniej. Większość transmisji zaczyna się około południa, szczegółowy plan Kolarstwa w Eurosporcie znajdziecie TUTAJ.
Na kluczowe etapy, których wybór przygotowałem dla Was poniżej oczywiście warto zarezerwować sobie więcej czasu.
Zatem po kolei?
01.07, sobota. Jazda indywidualna na czas, 14km. Dusseldorf
Na ten etap Tony Martin czekał wiele miesięcy. Dla niemieckiego specjalisty jazdy indywidualnej na czas to okazja, by nie tylko wygrać w pierwszym dniu Touru, ale też zostać liderem, być może nawet na cztery kolejne dni.
14km to niemało i już na samym początku można na płaskiej trasie czasówki stracić nawet kilkadziesiąt sekund, dlatego też będzie to ciekawa konfrontacja faworytów klasyfikacji generalnej. Takie, otwierające wyścig próby często dają doby pogląd na formę zawodników, bywa, że ci, którzy stracą na początku, tracą konsekwentnie przez cały Tour.
02.07, niedziela. Pierwszy etap dla sprinterów, Dusseldorf-Liege, 203,5km
Pierwszy finisz z peletonu podczas Touru to zawsze są wielkie emocje. Każdy chce być z przodu, każdy jest pełen energii i każdy chce rozpocząć wyścig jak najlepiej. Adrenalina wprost wylewa się z ekranu. Cavendish, Kittel, Greipel, Kristoff, Bouhanni, Demare i Sagan będą walczyć o zwycięstwo. Wraz z nimi przynajmniej 50 pomocników a to wszystko przy 60km/h. Czyste szaleństwo!
Choć z Niemiec peleton przemieszcza się do Liege, zawodnicy ominą Ardeny i odcinek ten będzie niemal całkiem płaski.
03.07, poniedziałek. Dzień dla Sagana, Verviers – Longwy, 212,5km
Po drodze sporo niewielkich wzniesień, zatem możemy spodziewać się ucieczki, jednak w końcówce do głosu powinni dojść specjaliści wyścigów klasycznych. Meta w Longwy to premia górska 3. kategorii, 1,6km o stromiźnie 5,8%. Brzmi jak Cauberg lub inne wzgórza w Belgii lub Holandii, zatem to może być świetny pojedynek Philippe?a Gilberta z Peterem Saganem.
Faworyci ?generalki? muszą być czujni. W takie dni jak ten łatwo o kraksę lub zawieruszenie się na finiszu i stratę kilkudziesięciu, cennych sekund. Lub, co gorsza, kontuzję i wycofanie się z wyścigu.
Płasko, zatem spokojnie można skupić się wyłącznie na finiszu z peletonu.
05.07, środa. Kto tu wygra, wygra cały Tour? Vittel – La Planche des Belles Filles, 160,5km
Stosunkowo krótki etap prowadzący na wzgórze, czy też płaskowyż, gdzie wygrywali Chris Froome (a liderem był Wiggins, późniejszy zwycięzca wyścigu) i Vincenzo Nibali (który również wygrał Tour). Przed stromym, finałowym podjazdem kilka mniejszych wzniesień. Tego dnia Tony Martin pożegna się z żółtą koszulką a ten, kto ją przejmie dowiezie ją przynajmniej do Jury.
06.07, czwartek, Vesoul – Troyes, 216km
Kolejna ucieczka i kolejny pościg peletonu pracującego dla sprinterów. Wystarczy oglądać końcówkę.
Powtórka z rozrywki. Główną atrakcją będzie walka sprinterów i rywalizacja o zieloną koszulkę.
08.07, sobota, Döle – Station des Rousses, 187,5km
Pierwsze, większe góry. Peleton wjeżdża na teren Jury, będą więc piękne krajobrazy i ciekawe podjazdy. Meta niby nie na wznieseniu, ale premia górska pierwszej kategorii 12km przed ?kreską? to może być druga próba sił. Nie tyle samych faworytów klasyfikacji generalnej, co ich drużyn, ale ostatnich kilkadziesiąt kilometrów może być ciekawą rozgrywką taktyczną i testowaniem możliwości a to przez Sky a to przez Movistar.
09.07, niedziela, Nantua – Chambery, 181,5km. Mont du Chat, zobacz koniecznie!
Trzy premie górskie kategorii HC (Col de la Biche: 10,5km i 9%: 8,5km i 9,9%, Grand Colombier i Mont du Chat: 8,7km i 10,3%) to test mocy do masy oraz siły drużyn. Wymagające zjazdy to sprawdzian techniki i odwagi. To może być jeden z najciekawszych etapów wyścigu, bo jest stromo i wąsko a to oznacza mniejszą szansę na jazdę drużynową. Choć ze szczytu Mont du Chat do Chambery jest 25km, możliwe, że na tym etapie zmieni się lider a przynajmniej dojdzie do poważniejszych przetasowań w klasyfikacji generalnej.
Nie można też zapominać o scenerii, tło zmagań kolarzy w tej okolicy jest szczególnie malownicze!
10.07, poniedziałek. Dzień przerwy
Zasłużony dzień odpoczynku, w którym można spodziewać się ciekawych deklaracji, wywiadów, zapowiedzi, plotek i dobrych galerii zdjęć.
11.07, wtorek, Perigueaux – Bergerac, 178km
Po dniu przerwy peleton będzie odzyskiwał rytm, może więc odpuścić ucieczkę. Choć szczerze mówiąc, nie sądzę. Drużyny sprinterów postarają się, by w Bergerac finiszowała cała grupa.
12.07, środa, Eymet – Pau, 203,5km
Dojazd do Pirenejów i ostatnia przed górską przerwą szansa dla sprinte
rów.
13.07, czwartek Pau – Peyragudes, 214,5km, Tu mogą być ataki.
Pireneje w pełnej krasie, choć bez ?podjazdów-legend? takich jak Tourmalet. Finałowa wspinaczka na kumulację Peyresourde i Peyerguades jest jednak nieregularna i miejscami stroma. Jeśli wyobrażacie sobie, że Nairo Quintana może gdzieś zyskać przewagę nad Chrisem Froomem (o ile odpoczął i dopracował formę po Giro), to może być właśnie ten dzień.
Ostatnie 100km powinno być ciekawym widowiskiem.
14.07, piątek, Saint Girons – Foix, 101km. Czy będa fajerwerki?
Krótki etap składający się z trzech, pirenejskich podjazdów. Niby z ostatniego do mety jest 25km, ale na takim dystansie można spodziewać się mocnego tempa od samego startu (zapewne ujrzymy kolarzy rozgrzewających się na trenażerach niczym przed czasówką) i prób odizolowania lidera od pomocników. Kto wie, może któryś z pretendentów do tytułu pokusi się o spektakularną ?akcję w stylu vintage? czyli wczesny atak i próbę dowiezienia przewagi do mety? Naturalny typ do odegrania głównej roli w takim terenie to Alberto Contador.
Możliwe, że na fali uczuć patriotcznych do ataku przystąpią też Francuzi. 14 lipca to święto narodowe w tym kraju, zatem przy trasie można spodziewać się prawdziwych tłumów.
Jeśli macie czas, ten etap warto obejrzeć w całości!
15.07, sobota, Blagnac – Rodez, 181,5km. Jeśli nie Sagan, to kto?
Mistrz Świata nie ma w tym roku zbyt wielu etapów ?uszytych? specjalnie dla niego. Profil czternastego etapu wygląda jak stworzony dla Słowaka. Jeśli nie z peletonu, to z ucieczki, ale trudno wyobrazić sobie, by Sagan odpuścił taką okazję.
16.07, niedziela, Laissac Severac l’Eglise – Le Puy en Velay, 189,5km.
Wzgórza Masywu Centralnego powinny sprzyjać uciekinierom. Spodziewajmy się łabędziego śpiewu Thomasa Voecklera, który żegna się i z Tourem i z zawodowym kolarstwem.
17.07, poniedziałek wolny od pracy
Drugi dzień odpoczynku, kolejne wywiady, galerie i wideo.
18.07, wtorek, Le Puy en Velay – Romans sur Isere, 165km. Sprint w pięknej scenerii
Przed Alpami jeszcze jedna szansa dla sprinterów. Fani krajobrazów dostaną piękne ujęcia doliny Izery.
19.07, środa, La Mure – Serre-Chevalier, 183km. Alpejski klasyk.
Przełęcze Croix de Fer, Telegraphe oraz najwyższy punkt wyścigu, czyli Galibier. Do mety w Serre-Chevalier będzie zjazd, ale ponieważ to przedostatnia szansa dla ?górali? do zdobycia przewagi przed jazdą indywidualną na czas, ktoś będzie musiał podjąć ryzyko ataku, przynajmniej na Galibier. Prawdopodobna jest również jazda zmierzająca do zmęczenia konkurentów, ponieważ najważniejsze rozstrzygnięcia zapadną dzień później. Ten etap można obejrzeć w całości.
20.07, czwartek. Briançon – Izoard, 179,5km. Najważniejszy dzień TdF 2017?
Na ten etap wskazują wszyscy, jako na ten, gdzie rozstrzygnie się tegoroczna Wielka Pętla. Przed finałowym podjazdem na przełęcz Izoard (14,1km, 7,3%, meta na wysokości 2360m) zawodników czeka przełęcz Vars (9,3km, 7,5%, 2109m). Surowy krajobraz zboczy Izoard będzie budował dodatkową dramaturgię, miejmy nadzieję, że zawodnicy staną na wysokości zadania i stworzą porywające widowisko. To ciężki etap, długie podjazdy i duże wysokości, do tego końcówka Touru, zatem szansa na atak. Równocześnie mocna drużyna dobrze dysponowanego lidera powinna poradzić sobie z kontrolą sytuacji. Wszystko w nogach kolarzy!
Przed ekran proponuję zasiąść ok 100km przed metą.
21.07, piątek, Embrun – Salon de Provence, 225km.
Wyjazd z Alp, długi etap i końcówka wyścigu. Dla fanów oglądania uciekających kolarzy. Choć mówią, że może być wiatr, wtedy coś ciekawego może się wydarzyć.
22.07, sobota, 22,5km czasówka ulicami Marsylii
Zależnie od przebiegu wyścigu to może być albo pasjonująca pogoń za mającymi przewagę ?góralami? albo formalność dla pewnego swojej pozycji lidera. W letnie popołudnie nikt nie każde Wam oglądać czasówki, ale jeśli sytuacja w ?generalce? będzie niepewna, wtedy dla sportowych emocji warto sprawdzić godziny startów najważniejszych postaci i poświęcić kilkadziesiąt minut na obejrzenie tego etapu.
23.07, niedziela. Szampan na Polach Elizejskich
Nie dajcie się zwieść. Jeśli gdzieś jest ?świątynia sprintu? to na Polach Elizejskich w finałowym dniu Tour de France. Po tradycyjnej lampce szampana, zaprezentowaniu customowych strojów i rowerów, kolarze przystąpią do ścigania na kilku ostatnich rundach ulicami Paryża. Zwycięzcę wyścigu poznamy dzień wcześniej, ale na premii lotnej i mecie do przyznania będą punkty cenne w kontekście walki o zieloną koszulkę.
Co ważne, od kilku lat ten etap kończy się wieczorem, przy innym świetle, ze słońcem będącym nieco niżej, co daje piękny efekt na ekranach. Niedzielny wieczór warto więc spędzić podsumowując i wspominając kończący się Tour de France 2017.