Tag: maratony

  • Brittany Runs a Marathon

    Brittany Runs a Marathon

    Motywy, by zająć się sportem są różne. To banał, ale tak, każda z tysięcy osób biorących udział w imprezach masowych ma swoją historię. Dla tytułowej Brittany start w maratonie nowojorskim to, a jakże, szansa na doprowadzenie własnego życia do porządku.

    Uprzedzając fakty: to oczywiste, że Brittany w końcu pobiegnie w maratonie i “ogarnie się”. 

    Skoro zaczyna swoją drogę jako wyraźnie otyła imprezowiczka, tuż przed “trzydziestką”, meandrująca bez celu przez kolejne wieczory u boku bardziej atrakcyjnej i popularnej koleżanki, happy end jest po prostu obowiązkowy. 

    Nie w tym jednak rzecz, gdzie docieramy, ale co dzieje się po drodze. A po drodze oglądamy sprawnie napisany i dobrze zagrany (główne role grają Jillian Bell, Michaela Watkins i Utkarsh Ambudkar) komediodramat, w którym akcję do przodu popychają kolejne etapy zaangażowania w sport. 

    Plakat filmu Brittany Runs a Marathon

    Mamy więc małe zwycięstwa i porażki Brittany “z samą sobą”. Bo Brittany ma trudny charakter i zaburzone poczucie własnej wartości, które odbudowuje uczestnicząc w mitycznym wydarzeniu, jakim jest słynny bieg ulicami Nowego Jorku. 

    Samotna przez większość życia poznaje biegaczy, którzy stają się jej przyjaciółmi, stabilizuje masę ciała na normalnym, zdrowym poziomie, mniej pije i lepiej je. Spotyka się z przy tym z brakiem zrozumienia czy szyderstwami, lecz nie przeszkadza jej to w dążeniu do celu. Jak w wielu przypadkach zaczyna nawet obsesyjnie trenować, ale i z tej opresji wychodzi zwycięsko. 

    Choć udział w wymarzonym biegu jest oczywiście momentem kulminacyjnym, na plus całej historii (inspirowanej postacią znajomej reżysera) należy zapisać, że nie samo bieganie odmienia życie Brittany. Ostatecznie “ogarnia się” nie przez sport sam w sobie a dzięki otwarciu na rodzinę i przyjaciół. 

    Przez to zamiast prymitywnej, inspirującej do znudzenia, patetycznej historii oglądamy momentami zabawny “indie-filmik” o życiu nowojorskich trzydziestolatków. Tyle, że zamiast sztuki, reklamy czy kawiarni w tle mamy bieganie. 

    “Brittany Runs a Marathon” to zatem niegłupia i lekkostrawna rozrywka, która przy okazji odpowiada na pytanie, po co setki tysięcy ludzi na całym świecie każdego dnia wciskają się w lycrę i idą na trening. A raczej, dlaczego zrobiła to jedna z 50 tysięcy osób, które wystartowały w maratonie nowojorskim. 

    Brittany Runs a Marathon

    Reż. Paul Downs Colaizzo
    Amazon Studios, 2019
    103 minuty.

    Film obejrzałem na Amazonie, przy okazji subskrybcji Amazon Prime. Kolejna korzyść z drugiego sezonu The Boys ;)

  • Sport jako “niezbędna potrzeba życiowa”.

    Sport jako “niezbędna potrzeba życiowa”.

    Nie trzeba pandemii koronawirusa, frenetycznego szturmu na zwifta i trenażery a następnie leśne ścieżki, polne drogi oraz podmiejskie szosy by zobaczyć, że ruch, aktywność i sport zaczęły odgrywać znaczącą rolę w naszym życiu. Po prostu teraz widać to wyraźniej.

    Dane statystyczne vs dane anegdotyczne

    Gdy prześledzimy dostępne wyniki badań okaże się, że Polacy wciąż są narodem, który nie jest zainteresowany aktywnością fizyczną. Maksymalnie 30% z nas rusza się trzy razy w tygodniu w łącznym czasie nieprzekraczającym 90 minut.

    Krótko mówiąc słabo.

    Gdy przychodzi wiosna, naszym narodowym zajęciem jest grillowanie, picie piwa i oglądanie “biało-czerwonych” biegających za piłką. 

    Tak jest w teorii, tak jest w rozumianej statystycznie praktyce. Tak jest też w wielu opracowaniach socjologów czy publicystów. 

    Lubimy o sobie myśleć jako o konsumentach-prostakach, “Januszach i Grażynkach”, nieco tylko uwspółcześnionych archetypach, których ojcem był Ferdynand Kiepski. 

    Tymczasem wystarczy rozejrzeć się wokół, by zobaczyć, jak wielu ludzi tu i teraz zmienia swoje życie: dba o zdrowie, unika chorób cywilizacyjnych uprawiając sport czy poprawiając nawyki żywieniowe. 

    https://www.instagram.com/p/BxMJePiAEsm/

    Gry i zabawy klasy średniej

    Możemy zżymać się na różne widełki płacowe wedle których spora część z nas zalicza się do klasy średniej, zwłaszcza w porównaniu z zamożnymi krajami europejskimi. 

    Trudno jednak polemizować z faktem, że, zwłaszcza od momentu wejścia Polski do Unii Europejskiej, niemal nieustająco żyło nam się z roku na rok coraz lepiej. Przynajmniej części z nas. 

    To nic, że na kredyt, wszak w ten sposób funkcjonuje większość współczesnego świata, ale napawaliśmy się konsumpcją kupując samochody, mieszkania, elektronikę i ciuchy z sieciówek. A także spędzając sporo czasu w podróżach, zwiedzając Europę, Azję, Afrykę, latem wygrzewając się na chorwackim wybrzeżu a zimą szusując na stokach włoskich Dolomitów. 

    Gdy już nasyciliśmy pierwszy głód, przyszedł czas na zaspokajanie kolejnych potrzeb. Z kartami Multisport w portfelu zapisaliśmy się na siłownie, ruszyliśmy do Decathlonów po leginsy i buty do biegania, kupiliśmy rowery i zostaliśmy sportowcami. 

    https://www.instagram.com/p/B8Y0XrrHWBb/

    Tłok na bulwarach

    Tak, to wciąż jest niewielki procent społeczeństwa. Tak, sport amatorski to często domena najbardziej zamożnych 25% społeczeństwa, zarabiających ponad 5000zł netto. Ale po pierwsze nie tylko nich, a po drugie to na tyle duża grupa, że staje się wyraźnie zauważalna. 

    W wiosenne popołudnia popularne miejsca rekreacji są zwyczajnie zatłoczone. Biegacze, kolarze, rolkarze, chodzący z kijkami okupują przestrzeń publiczną. 

    Nawet, jeżeli frekwencja na maratonach w największych aglomeracjach nie bije już rekordów, od przynajmniej dekady faktycznie “Polska Biega”. Biegają nie tylko miasta, biegają przedmieścia, biegają też wsie. 

    Peletony kolarzy przestały być elitarnymi towarzystwami wzajemnej adoracji, za to każdego dnia niezliczone grupy o różnym poziomie sformalizowania i zaawansowania umawiają się na wspólną jazdę. Jest ich na tyle dużo, by stopniowo oswajać kierowców z obecnością trenujących kolarzy na drogach publicznych.

    Moje prywatne wspomnienie z początku lat 2000 przywołuje obraz samotnej Sylwii Korzeniowskiej (siostry Roberta), jednej z nielicznych osób, które zimą na krakowskich Błoniach trenowały cokolwiek. Obecnie, po 20 latach można w to miejsce wybrać się o dowolnej porze zarówno roku jak i dnia, by spotkać pasjonatów sportu. Jest nas dużo, jesteśmy widoczni i tak samo, jak grillujemy, masowo uprawiamy też sport.

    We wspomniane wcześniej słoneczne popołudnia frekwencja amatorów spędzania aktywnego czasu na świeżym powietrzu jest tak wysoka, że samo poruszanie się zarówno w tym, jak i w setkach innych podobnych miejsc w kraju staje się zwyczajnie uciążliwe. A mimo to ludzie przychodzą, biegają, jeżdżą…

    "Profidea dla Kobiet" to jedna z popularnych grup kolarskich, które budują lokalną społeczność pasjonatek sportu. Zdjęcie przedstawia grupę rowerzystek korzystających z przeprawy promowej.
    „Profidea dla Kobiet” to jedna z popularnych grup kolarskich, które budują lokalną społeczność pasjonatek sportu.
    Fot. https://www.instagram.com/profideadlakobiet/

    Karbon to nowy mercedes?

    Dotarliśmy już do momentu, w którym dbanie o siebie stało się wyznacznikiem statusu społecznego. 

    Karbonowy rower szosowy, uczestnictwo w triathlonie, opieka trenera personalnego czy współpraca z dietetykiem stały się modne. 

    Dla części wyższej klasy średniej sport jest wyznacznikiem prestiżu. Kolejnymi krokami rozwoju cywilizacyjnego mogą być już tylko uczestnictwo w kulturze wysokiej, społeczna odpowiedzialność biznesu i dobroczynność. 

    Prawnicy, właściciele prywatnych praktyk medycznych, senior developerzy kupują drogie rowery na fakturę vat, jeżdżą do Calpe i przygotowują się do połówki Iron Mana pod okiem specjalistów trenujących nie tylko biznesmenów, ale też reprezentantów kraju. 

    Spośród różnych aktywności, wydatków i kaprysów dobrze sytuowanej kadry menadżerskiej akurat te wydają się być nie tylko mało szkodliwe, ale zwyczajnie najmniej głupie.

    Mówiąc już całkiem brutalnie, mogliby oni, niczym Kuba Wojewódzki parkować swoje Maserati na miejscach dla niepełnosprawnych a w zamian tego jedyne, co “złego” robią to zajmują z kolegami pas ruchu na podmiejskiej szosie.

    https://www.instagram.com/p/B_YBUa4lm15/

    Nowe koła zamiast telewizora

    Równocześnie klasa średnia “biurowa”, czyli ta, która na co dzień przegląda tabelki w Excelu i zatwierdza milionowe przelewy w wielkich korporacjach, samemu żyjąc za średnią krajową (czyli wciąż niemało jak na nasze warunki) podejmuje ważne życiowo wybory.

    Czy większą korzyść przyniesie zakup nowych kół czy trening na zgrupowaniu? Czy domowy budżet udźwignie zarówno start w wyścigu etapowym i kilkudniowy urlop, czy też może wakacje padną ofiarą sportowej pasji? I wreszcie czy lepiej kupić nowy telewizor, czy miernik mocy. No chyba, że ten telewizor będzie ekranem używanym do zwifta, to może da się upiec dwie pieczenie na jednym ogniu.

    W hierarchii potrzeb coraz większej grupy Polaków sport, rozumiany nie tylko jako wypełnienie normy WHO (“3x30x130”), ale coś więcej: hobby, pasja, może nawet sposób na życie, awansuje na ważne miejsce. 

    Trudno oszacować, ilu nas jest. 2%? 5%? 12%? 

    To niełatwe, bo wyznaczenie granicy między rekreacją i sportem amatorskim a następnie sportem amatorskim i sportem wyczynowym jest podobnie skomplikowane co określenie, w którym miejscu zaczyna się łysina. 

    https://www.facebook.com/ZwiftPolska/photos/rpp.254535521870786/546567279334274/

    Amator w czasie pandemii

    Gdy działający w chaosie rząd, próbując bronić nas przed koronawirusem ograniczył przemieszczanie się i uprawianie sportu na zewnątrz, kolarze-amatorzy zaczęli wykupywać trenażery i masowo dołączać do społeczności Zwifta. Obecnie, mimo sporej bariery wejścia do tego systemu, grupa na facebooku zrzeszająca fanów wirtualnego ścigania liczy ponad 8000 osób. Biorąc pod uwagę, że Polski Związek Kolarski od kilku lat wydaje rocznie ok. 2000 licencji a w dobry, wiosenny weekend na zawodach w całym kraju pojawia się około 5000 uczestników, to liczba zaiste imponująca. 

    Zamknięcie lasów spotkało się z falą niezadowolenia a następnie, podczas luzowania restrykcji przynajmniej kilkaset osób wysłało email do stosownego ministerstwa z prośbą o możliwość treningu na terenach zielonych bez maseczek na twarzy. 

    W sytuacji, gdy gros obywateli pracuje z domu, ograniczając wyjścia do sklepów, pracy czy znajomych, zarówno sportowcy-amatorzy jak i po prostu ludzie, dla których ruch jest nieodzownym elementem codzienności stali się lepiej widoczni. 

    Gdy zabrakło turystów a studenci i uczniowie zostali odesłani do domów jesteśmy jedną z nielicznych grup społecznych obecnych w przestrzeni publicznej.

    Dzielnie znosiliśmy niedogodności treningu w domu, ukrywaliśmy się na polach i w lasach niebędących własnością państwa a obecnie męczymy się podejmując wysiłek z zasłoniętą twarzą.

    https://www.instagram.com/p/B_cbExGFvNe/

    Jedyne, co nam zostało?

    W czasach, w których tak wiele aktywności ma charakter wirtualny, trudno się dziwić, że poszukujemy kontaktu z fizycznością. 

    Nawet nie chodzi o słynny “kontakt z naturą”, ale o zwykłe doświadczenie wysiłku fizycznego. Jeżeli spora część prac ma charakter intelektualny (do tego odtwórczy) a stres wiąże się głównie z emocjami, ból mięśni, podniesione tętno i przyspieszony oddech pozwalają zachować niezbędny balans między ciałem i umysłem. 

    Idąc dalej tym tropem, zawodowa kariera wielu z nas, poza aspektem finansowym, nie daje poczucia szczególnego sensu. Doskonalenie i awanse są pozorne, wpływ na procesy niewielki a końcowy efekt pracy często niewidoczny.

    Sport staje się więc jedną z bardziej dostępnych i możliwych do przeprowadzenia form rozwoju osobistego, realizacji aspiracji i zachowania zdrowia psychicznego. “Niezbędną potrzebą”, od której zaspokojenia zależy nasze być albo nie być w sytuacji, gdy te bardziej tradycyjnie rozumiane są tak czy inaczej zabezpieczone. 

    Mam też wrażenie, że w  tak niepewnych czasach, wymierny charakter uprawianego sportu: ogólnych postępów, mocy, realizowanego planu treningowego, daje poczucie minimalnej kontroli i sprawstwa. 

    W skrajnej wersji ów mechanizm znany jest z zaburzeń odżywiania, jednak w łagodnym przebiegu sportowej “choroby”, struktura dnia, mikro czy makrocyklu jaką daje trening może być bardzo cenna dla jednostki postawionej przed otaczającym nas chaosem pandemii. 

    Koniec końców nawet, jeśli przymus “treningu, który musi zostać odbyty” nieco wymknie się spod kontroli, wciąż będzie to nie tylko uzależnienie społecznie akceptowalne, ale też jako jedno z nielicznych mające całkiem sporo zalet.  

    Bibliografia: 

    1. Badanie Aktywności Fizycznej Polaków, 2018, Kantar dla MSiT https://msit.gov.pl/download/1/15795/BadaniepoziomuaktywnoscifizycznejspoleczenstwaAnalizawynikow2018v5.pdf
    2. Polacy lubią się spocić po pracy, 2018, Business Insider o badaniu Kantar dla Benefit System
      https://businessinsider.com.pl/sport/polacy-i-sport-raport-multisport-index-2018/q9qy25y
    3. Podsumowanie ogólnopolskiego badania wynagrodzeń, wynagrodzenia.pl, 2018 https://wynagrodzenia.pl/artykul/podsumowanie-ogolnopolskiego-badania-wynagrodzen-w-2018-roku
    4. Ilu jest w Polsce kolarzy, analiza liczby wydanych licencji kolarskich w Polsce, 2016 https://xouted.com/2016/02/ilu-jest-w-polsce-kolarzy/
    5. Wyniki – 30-31 marca 2019 https://mtb-xc.pl/2019/04/01/wyniki-30-31-marca-2019/
    6. Frekwencja na polskich maratonach ostro pikuje https://biegowe.pl/2018/10/frekwencja-na-polskich-maratonach-ostro-pikuje-co-jest-tego-powodem.html
  • Gwiazda Południa 2018, czyli jadę etapówkę

    Gwiazda Południa 2018, czyli jadę etapówkę

    Po dziesięciu latach przerwy wystartuję w swoim dziesiątym wyścigu etapowym mtb. Gwiazda Południa to dobra propozycja, żeby przypomnieć sobie o co chodziło w tej zabawie. Nie za długa, do tego w ciekawym terenie. I blisko od domu.

    Mówią, że jazda w wielkim tourze zmienia i rozwija kolarza. Po ukończeniu trzytygodniowego wyścigu do domu wraca nowy, lepszy sportowiec. Awans do składu na Giro czy Tour to cel i marzenie młodych zawodników. Sukces tam, choćby niewielki, to zapisanie się w kronikach kolarstwa i szansa na lepszy kontrakt, zmianę drużyny lub poprawę pozycji w obecnej. To także bardzo silny bodziec treningowy, po którym nic już nie jest tak samo.

    Dla amatora etapówka to często wyzwanie: ukończenia, przejechania, sięgnięcia do własnych zasobów głębiej niż podczas jednodniowej imprezy. Z zachowaniem skali efekt może być ten sam z tą różnicą, że o uczestnictwie decyduje zdrowy rozsądek i czasami refleks przy zgłoszeniach, ponieważ niektóre wydarzenia tego typu cieszą się wielką popularnością wśród rowerzystów na całym świecie.

    Był taki czas, gdy co sezon brałem udział w wyścigach etapowych mtb. Jeśli dobrze liczę, w latach 2005-2008 miałem do nich dziewięć podejść, w tym dwa nieukończone.

    W ostatnich latach unikałem tematu wielodniowych zawodów, choć w różnych konfiguracjach startowałem dzień po dniu. A to uphill-maraton, a to maraton-xc a to uphill-xc albo jeszcze coś innego.

    Tym razem decyzję podjąłem dość późno, właściwie pod koniec czerwca. Gdy okazało się, że mistrzostwa kraju cross country organizowane są na drugim końcu Polski, po analizie zysków i strat stwierdziłem, że cóż szkodzi zamiast jechać na Mazury przypomnieć sobie, jak to jest ścigać się cztery dni z rzędu.

    Istotnymi argumentami była niewielka odległość od domu: Stryszawa, Maków Podhalański i Zawoja, gdzie rozgrywana jest organizowana przez Cezarego Zamanę ?Gwiazda Południa? leżą zaledwie kilkadziesiąt kilometrów z Krakowa.

    Nie bez znaczenia jest też fakt, że od dwóch lat reprezentuję lokalny klub UKS Zawojak, zatem to dodatkowa motywacja by na szlakach Beskidu Makowskiego zostawić trochę zdrowia.

    Na koniec wreszcie przypomnę, że od pewnego czasu w ramach ?patronatu medialnego? wspieram dobrym słowem imprezy Zamana Group.

    Zdaję sobie sprawę, że ?Gwiazda Południa? to etapówka początkująca, zatem jeszcze nie tak popularna jak imprezy w Beskidzie Śląskim czy w Sudetach. Na papierze nie jest również przesadnie ciężka, choć w przypadku tych, konkretnych gór dystanse ok. 50km wcale nie muszą być łatwiejsze niż 80km w okolicach Szklarskiej. Tak czy inaczej trzy, trzygodzinne maratony dzień po dniu poprzedzone czasówką-uphillem są czymś, co teoretycznie powinienem nie tylko móc przejechać w sensownym tempie, to jeszcze liczę na to, że zaprocentuje na dalszą część sezonu. A może i na dłużej.

    Faktycznie było bowiem tak, że wraz z kolejnymi etapówkami jeździłem coraz szybciej. Nie jest to jednak takie oczywiste, ponieważ na wielodniowych zawodach można popełnić kilka błędów. Jednym z nich jest przeszacowanie swoich sił, w efekcie czego jest wyczerpanie, uszkodzenie sprzętu lub kontuzja. Drugą jest, cóż, zwyczajna strata czasu polegająca na zbyt zachowawczej jeździe.

    Tym, co różni amatorskie etapówki mtb od szosowych wyścigów zawodowców, poza kwestiami oczywistymi, jest jeden, dodatkowy element, który zmienia wszystko. To konieczność samowystarczalności: serwisu sprzętu, wyżywienia, regeneracji, szeroko pojętej logistyki.

    Można świetnie radzić sobie na trasie, ale przegrać zawody przez rozpraszanie się na niepotrzebnych czynnościach, zaniedbaniu roweru, problemach z noclegiem czy pominięciu w emocjach jakiegoś posiłku.

    Jak we wszystkim liczy się więc opanowanie i doświadczenie. Ciekawe więc, jak sobie poradzę nie tylko z kolejnymi etapami, ale właśnie z całą resztą.

    Więcej informacji o Gwieździe Południa znajdziecie tutaj: http://www.gory.zamanagroup.pl/, jak dam radę będę wrzucał jakieś krótkie aktualizacje po etapach na blogowego facebooka i instagrama. No chyba, że będzie padać, wtedy czas zajmie mi serwisowanie rowerów.

    Zachęcam też do polubienia profilu naszego klubu: https://www.facebook.com/zawojak/

  • Rzuć wszystko i pościgaj się w Gorcach

    Rzuć wszystko i pościgaj się w Gorcach

    Jeśli chcecie pościgać się w górach – to jest ten weekend. Gorce Champion to skumulowane w dwudniowej imprezie maksimum wrażeń z kilkukrotnym wjazdem na Trubacz.

    Cezary Zamana po raz drugi zaprasza do Waksmunda i Łopusznej na wyjątkowe zawody. W sobotę, 01.07 czeka na Was uphill na Turbacz. To 12km czasówka po polnych i leśnych drogach prowadząca na najwyższy szczyt Gorców.

    Zależnie od dyspozycji zabiera ona 45-60 minut mocnej jazdy i około 600m w pionie. Jeśli nigdy wcześniej nie startowaliście w uphillu, to jest dobra propozycja, by sprawdzić swoje możliwości w tego typu próbie. Przy odpowiednim rozłożeniu sił można się naprawdę solidnie ?ujechać? i sięgnąć głęboko do swoich zasobów finiszując na ostatnich metrach wymagającego podjazdu.

    Sobotnia czasówka to tylko rozgrzewka przed daniem głównym – niedzielnym maratonem.

    02.07 trasa znów poprowadzi na Turbacz a na 48km poprowadzonych z Łopusznej będzie do pokonania ok. 1300m w pionie. To dystans ?1/2pro?, pełny to jeden podjazd więcej i 67km.

    Gorczańska impreza Cezarego Zamany to maraton, który wjeżdża najwyżej w Polsce. Żadne inne zawody tego typu nie docierają na 1314 m n.p.m.

    Z drugiej strony, choć to solidne, górskie ściganie, trasa jest w całości przejezdna i unika zbędnych ?hardcorów?. Na właściwej rundzie są dwa, duże podjazdy i dwa ciekawe zjazdy, ale wszystko jest w zasięgu możliwości nawet średnio doświadczonego mararończyka.

    To dobra okazja, by posmakować jazdy w górach a jeśli ktoś jest na siłach, to przycisnąć mocno, i spróbować urwać rywali na kolejnych nastromieniach prowadzących na Trubacz.

    Ja byłem rok temu, było na tyle fajnie, że wracam tam i teraz :)

    A, i jeszcze jedno: Gorce Champion to także ?Otwarte Mistrzostwa Małopolski? w maratonie MTB. Więc jeśli zbieracie blaszki, to jest o co powalczyć.

    Program zawodów:

    I dzień zawodów (sobota) 1 lipca 2017 r- jazda indywidualna na czas
    Waksmund,, Turbacz Time Trial?
    Baza zawodów; Waksmund;g. Nowy Targ na terenie Szkoły Podstawowej
    – godz. 11.00-15.00 – zapisy w biurze zawodów i odbiór pakietów startowych
    – godz. 13.50 – odprawa techniczna przed jazdą indywidualna na czas
    – godz. 14.00 – start pierwszego zawodnika do jazdy indywidualnej na czas na dystansie 12 km (Waksmund- Turbacz) według zgłoszeń w biurze zawodów
    – godz. 17.30 ? dekoracja w bazie zawodów zawodników Turbacz Time Trial

    II dzień zawodów (niedziela) 2 lipca 2017 r. ? maraton MTB
    Łopuszna,, Otwarte Mistrzostwa Małopolski w Maratonie MTB ?

    Baza zawodów; Łopuszna g. Nowy Targ na terenie Szkoły Podstawowej
    – godz. 9.00-11.00 – biuro zawodów
    – godz. 10.00 – start maratonu dystans Pro na dystansie 68 km
    – godz. 10.30- start maratonu dystans ? Pro na dystansie 47 km
    – godz. 10.45 ? strat maratonu dystanse Fit na dystansie 25 km
    – godz. 10.50- start dystansu Hobby na dystansie 8 km
    – godz. 14.00 ? dekoracje etapowa
    – godz. 14.30- dekoracja Otwartych Mistrzostw Małopolski Maratonie MTB
    – godz. 15.00- dekoracja generalna Gorce Champion MTB na dystansie Pro i ?

  • Czy sezon MTB powinien zaczynać się w maju?

    Czy sezon MTB powinien zaczynać się w maju?

    Śnieg pod koniec kwietnia zaskoczył nie tylko kierowców na letnich oponach, utrudnia też życie kolarzom i organizatorom imprez rowerowych. Tym razem ochłodzenie jest drastyczne, ale to nie pierwszy raz, gdy kilkudniowy nawrót zimy komplikuje rozpoczęcie sezonu.

    Podobna sytuacja dotknęła maratończyków mtb wiosną 2013r. Zalegający śnieg wymusił zmiany w kalendarzu, o ściganiu 14.04 musieli zapomnieć chętni do startu w Murowanej Goślinie. Bywało też tak, że lód rozmarazł zaledwie kilkadziesiąt godzin przed startem, załamania pogody torpedowały również imprezy rozgrywane późniejszą wiosną a nawet w środku lata.

    Tym razem z zimową aurą zmagać się będą organizatorzy i uczestnicy m.in Bikemaratonu w Zdzieszowicach oraz Cyklokarpat w Jaśle a także wielu, mniejszych i większych imprez.

    W regulaminach wyścigów zazwyczaj znajdziemy punkt o przeprowadzeniu rywalizacji bez względu na warunki atmosferyczne. I ma to sens, ponieważ pogoda jest taka sama dla wszystkich, kolarstwo górskie należy do rodziny sportów ?outdoorowych? i zmagania z naturą są jednym z ważnych elementów gry.

    Co więcej, kolarze sami siebie uznają za twardzieli, w myśl znanego powiedzenia pogoda na rower może być tylko bardzo dobra lub dobra a do tego wyścig rozgrywany w szczególnie trudnych okolicznościach przyrody ?przechodzi do historii? (no dobra, bez przesady, ale zapada w pamięć zdecydowanie na dłużej).

    Z drugiej strony, oficjalne przepisy (choć nie dotyczą one wielu imprez mtb nie wpisanych do kalendarza PZKol) wskazują (4.2.017) jasno, że ?Trasa wyścigu musi być w całości przejezdna na rowerze bez względu na warunki pogodowe.?, co tak naprawdę nie jest respektowane nawet na najważniejszych imprezach, gdzie gdy solidnie popada, ?dają z buta? nawet Schurter, Absalon i Włoszczowska.

    Tak czy inaczej bywa, że faktycznie spora część trasy jest nieprzejezdna, a zawody zmieniają się w farsę.

    Cierpi na tym zdrowie, portfele, a ?dobra zabawa? i ?pure mtb? to tak naprawdę potraumatyczna redukcja dysonansu poznawczego. Kto leczył zapalenia, kontuzje i serwisował sprzęt po kilkugodzinnym maratonie w ulewie, ten wie?

    Do całości trzeba też doliczyć aspekt finansowy po stronie organizatora. Jakkolwiek lojalnych nie miałby klientów, deszcz i zimno odstrasza sporą część uczestników (bo – patrz akapit wyżej), przez co impreza może przynieść stratę, niezadowoleni będą też samorządowcy i sponsorzy.

    Równocześnie głód ścigania w kwietniu jest już w narodzie tak duży, że pierwsze zawody często i tak gromadzą tłum chętnych, bez względu na pogodę. Podmęczeni sezonem amatorzy (i ich rowery) raczej rezygnują ze startów w kolejnych miesiącach niż odpuszczają na samym początku.

    Biorąc pod uwagę, że ranga większości imprez mtb w kraju jest czysto umowna, można by się pokusić o przesunięcie rozpoczęcia sezonu o dwa-trzy tygodnie. Ale i w maju potrafi przyjść drastyczne ochłodzenie, zatem tak naprawdę nie rozwiązałoby to problemu.

    O bezpieczeństwie jako takim celowo nie wspomniałem. Amatorzy zazwyczaj są na tyle rozsądni, że w hardcore tylko się bawią, pamiętając, że po weekendzie trzeba iść do pracy. Z kolei o zdrowie i życie zawodowców zadbano wprowadzając „Protokół Ekstremalnych Warunków Pogodowych”, umożliwiający skrócenie, zmianę trasy lub odwołanie wyścigu, gdy sytuacja robi się drastyczna.

    Pozostaje więc trzymać się ciepło, zabrać ze sobą sporo ciuchów na przebranie i termos z herbatą i liczyć na to, że nie będzie tak źle. Albo zostać w domu i oglądać Liege-Bastogne-Liege. W końcu poza paroma osobami związanymi kontraktem sponsorskim, wszyscy jeździmy głównie dla przyjemności.

  • Jak się robi maratony warte zapamiętania?

    Jak się robi maratony warte zapamiętania?

    Cyklokarpaty to maratony rowerowe, na których co roku chętnie się pojawiam. To fajne zawody organizowane z ambicją i zaangażowaniem. O tym, jak zrobić maraton, na który uczestnicy chcą wrócić a bloger interesuje się nim nawet, gdy nie ma podpisanej umowy o współpracę zapytałem odpowiedzialnego za serię Kellys Cyklokarpaty, Grześka Prucnala.

    Marek Tyniec: Jak to jest, że się nie wymieniamy bannerkami a mimo to teraz rozmawiamy?
    Grzegorz Prucnal: Tak mówisz, że się nie wymieniamy? Ale chyba się czytamy i o sobie wiemy. Nie jestem przekonany, czy wymienianie się bannerkami jest potrzebne, żeby o sobie mówić. Bannerek gdzieś wiszący jest, cóż, tylko bannerkiem.

    MT: Ludzie się bardzo lubią wymieniać bannerkami. To czasem jest takie clou całej umowy o współpracy.
    GP: I logo, które koniecznie musi być w określonym rozmiarze, nie mniejszym niż logo innego partnera. Może dlatego się nie wymieniamy, że będziesz chciał jeszcze większy ten bannerek i braknie nam miejsca na stronie?

    MT: Niekoniecznie, ale do meritum. Kiedy się Cyklokarpaty zaczęły?
    GP: 2008 rok. Więc wkrótce będziemy mieli dziesięciolecie.

    MT: A ty ogarniasz Cyklokarpaty od samego początku?
    GP: Cyklokarpaty na początku wyglądały tak, że na jesieni 2007r było spotkanko osób, które organizowały kilka maratonów na Podkarpaciu: w Pruchniku, Komańczy, Przemyślu. Byłem też ja, miałem zajmować się stroną internetową wyścigów ale się tak poskładało, że w trakcie sezonu przejąłem też część spraw stricte maratonowych i tak już zostało.

    MT: I teraz jesteście serią? no właśnie jak to nazwać? Regionalną? Ogólnopolską? Bo lubimy nazywać, że coś jest ?jakieś?. Np. ?największy w tej części Europy?. Jakie są zatem Cyklokarpaty?
    GP: Na pewno jesteśmy największą serią maratonów rowerowych ?w tej części świata?. Nie wybiegamy bardzo ani na zachód ani na północ. Staramy się pokazać nasze imprezy jak największemu gronu uczestników, ale nie planujemy robić imprez gdzieś pod Warszawą czy Wrocławiem.

    MT: Użytkowników macie raczej tych bardziej lokalnych?
    GP: Średnio zawodnicy mają do nas dwie godziny drogi. To jest maksymalnie, ile chcą poświęcić. Myślę, że w większości imprez rowerowych w tym momencie to tak wygląda. Jest ich tyle, są niemal w każdej miejscowości w kraju, że głupio byłoby jechać dłużej niż te dwie godziny. Ale mimo to zachęcamy wszystkich, aby nas odwiedzili, bo pod Warszawą czy pod Wrocławiem nie zobaczy się tego co u nas.

    MT: Gdy sobie przypominam, że jeszcze niedawno robiliśmy po 20tys kilometrów rocznie autem jeżdżąc na zawody, to było jakieś zupełne wariactwo. A jak dobrze pójdzie, to w tym roku będę miał większość wyścigów nie dalej niż 80km od domu.
    GP: Czyli ty też nie zapuszczasz się gdzieś dalej?

    MT: No nie?
    A powiedz mi, robicie zawsze na koniec sezonu dość obszerną ankietę? Co z niej wynika? Jaki czynnik decyduje o tym, że ludzie przyjeżdżają właśnie do Was, nie licząc odległości oczywiście.
    GP: Przede wszystkim doceniają atmosferę. Gdy czytam sobie te podsumowania, a jest co czytać, bo kilkaset osób wypełnia tę ankietę i często daje nam solidnie popalić, przede wszystkim pokazując, w którą stronę nie iść, to wskazują atmosferę. I wydaje mi się, że tworzą ją właśnie sami zawodnicy, których jest coraz więcej i którzy coraz chętniej do nas przyjeżdżają. A potem oni mówią nam, jak chcą, żeby Cyklokarpaty wyglądały i my staramy się spełnić te oczekiwania.

    MT: Mnie się nie do końca tak wydaje, że to ?tylko? ludzie. To znaczy niewątpliwie też, ale ja nie zakładam, że uczestnicy maratonów są inni na Podkarpaciu a inni na przykład na Mazowszu. Co do zasady jesteśmy podobni. Tym bardziej, że ja nie startuję w żadnej serii maratonów jako całości, więc wszędzie jestem gościem, więc mam jakieś porównanie. I u was jest jakoś fajniej i mam wrażenie, że to jest też trochę wasza zasługa.

    GP: Może to jest ta kwestia, że staramy się słuchać. Nie tylko, że robimy tę ankietę, ale na bieżąco rozmawiamy z zawodnikami, cały czas można przecież coś poprawiać. Kiedy jest wola, żeby coś zmienić, to po prostu to robimy. Nie jesteśmy zamknięci na schematy, poszczególne imprezy nie są robione od A do Z według tego samego scenariusza, może to jest to, co nas wyróżnia.

    MT: Mam też wrażenie, że wykonujecie wiele takich drobnych, ale ważnych gestów,które z mojego, zawodowego punktu widzenia są właściwie czystym marketingiem, ale bardzo przyjemnym w odbiorze..
    GP: … dostałeś od nas kartkę w tym roku?

    MT: Dostałem! Była super i o kartki chciałem właśnie zapytać. Ile ich wysłaliście?
    GP: Kilka tysięcy. Mieliśmy w okolicach 2000 zdjęć, które były otagowane i mam nadzieję, że nie były otagowane błędnie, więc zawodnicy dostali właściwe.

    MT: Ale przecież to jest koszt…
    GP: No jakiś koszt jest, ale sposób, w jaki to zadziałało, zawodnicy te kartki publikowali, przekazywali sobie o nich informację.

    MT: Zwłaszcza, że to nie były byle jakie zdjęcia.
    GP: Zgadza się, to były bardzo fajne zdjęcia. Fotografowie, którzy z nami współpracują robią bardzo dobre zdjęcia i my je chętnie wykorzystujemy. Z kartkami była taka historia, że zaplanowaliśmy ich wysyłkę, kiedy publikowaliśmy kalendarz. Troszkę zawiodła poczta, bo doszły kilka godzin później, kalendarz opublikowaliśmy w poniedziałek wieczorem, a zaczęły do was dochodzić we wtorek, ale i tak jesteśmy zadowoleni, bo zawodnicy dobrze to odebrali, mogą mieć cały czas kalendarz przed sobą i planować starty u nas.

    MT: Wysyłacie też smsy. Dużo smsów. O ile się orientuję, nikt inny tego nie robi. Nie jesteście najwięksi, ale jak na nasz rynek są to dość progresywne działania. Więksi i bogatsi tego nie robią.
    GP: Nam najbardziej zależy na tym, żeby zawodnicy, którzy decydują się do nas przyjechać, nie denerwowali się przed samym startem tym, co muszą zrobić, gdzie pójść, zapłacić itd. Teraz (rozmawialiśmy na początku marca, przyp. MT) mamy ok. 900 numerów zarezerwowanych, w tamtym roku o tej porze mieliśmy 500-600. Coraz więcej osób myśli o tym, żeby u nas wystartować. Informując zawodników wcześniej, że i nam i im będzie łatwiej, jeśli zarejestrują się z wyprzedzeniem, pokazujemy, że nam na nich zależy.Stąd też opłaty startowe są tak zrobione, że jadąc na zawody będzie można zapłacić jeszcze przez telefon, z drogi, mniej niż kilka chwil później w biurze.. Lubimy się spotykać z zawodnikami, ale wolimy na samym starcie a niekoniecznie w biurze, gdy się irytują, że muszą czekać na obsługę.

    MT: Jest jeszcze jeden wyróżnik, z którym was kojarzę. Dyplomy, pucharki i to, co jest na nich napisane jest mocno nieformalne. Skąd taki pomysł?
    GP: Dlaczego nieformalne?

    MT: Zamiast ?dyplom za miejsce? jest czasem napisane ?uszanowanko?
    GP: A ile już dyplomów dostałeś w swoim życiu?

    MT: Trochę
    GP: No właśnie. A ten pamiętasz. Nas to nic nie kosztuje, żeby zrobić fajny dyplom. Przecież jest fajnie dostać coś, co zachowasz jako przyjemną pamiątkę.

    MT: Z mojego punktu widzenia to wygląda tak, że jednak dość mocno myślicie o uczestnikach swoich maratonów.
    GP: No tak, przecież robimy je właśnie dla nich, nie robimy ich dla siebie.

    MT: Niby tak, ale znam takie powiedzenie, że zawsze na końcu jest aspekt finansowy imprez rowerowych. Nie wiem, jak to teraz wygląda, ale zwykło się mówić, że jest pewien limit uczestników, poniżej którego nie opłaca się robić maratonu. Wyprowadź mnie z błędu, ale u was czasami do, powiedzmy, 500 uczestników trochę brakuje.
    GP: Zgadza się, często nie ma 500 osób, ale ważne jest to, jak się wydaje pieniądze, które się otrzymuje od zawodników. Jeśli poruszamy kwestię dyplomów, to te dyplomy i tak trzeba zrobić, ponosząc ich koszt…

    MT: …ale można dać plastik z hurtowni medali, albo np. grawerowane drewienko, które ktoś musi wymyślić, zaprojektować, trzeba zapłacić grafikowi itd.
    GP: Gdy dostaniesz plastikowy medal, to wrzucisz go do szuflady albo przy najbliższej okazji do kosza. A gdy dostaniesz coś ciekawego, zrobionego specjalnie z myślą o tobie i o tej imprezie, to nie musi być wielki, szklany puchar, którego i tak nie masz gdzie postawić, to za tym idzie twój następny start u nas. A wtedy koszt tego przygotowania wygląda inaczej.

    MT: Przy ostatnich porządkach wielu medali faktycznie się pozbyliśmy. A drewienka z Cyklokarpat zostały i służą za podstawki pod kawę.
    GP: Dla wielu zawodników, i tych, którzy stają na podium regularnie i tych, którzy stają tylko od czasu do czasu, to jest ważne, jak zostaną wyróżnieni. Kilka lat temu jeden z zawodników pochwalił się na facebooku tym, że palił naszymi statuetkami w kominku, opinie były różne. Tak czy inaczej to, jak wygląda puchar czy statuetka wyraża nasz szacunek do uczestników, do ich wysiłku i rywalizacji.

    MT: A propos zawodników. Gdy ktoś ?z zewnątrz? do was przyjedzie, to może się zdziwić poziomem sportowym, jaki prezentują stali bywalcy Cyklokarpat. Mam wrażenie, że ludzie trochę nie mają ze sobą kontaktu, wyjazd poza swój region oznacza, że tam mogą czyhać bardzo mocni rywale. Co może przekonać zawodnika, takiego trenującego i zaangażowanego, żeby wybrał sobie Cyklokarpaty jako cel sportowy?
    GP: Jest u nas wielu bardzo dobrych zawodników. Czasy uzyskiwane na trasach są co roku poprawiane. Dobrze jest się ?przeciągnąć? z takimi zawodnikami, którzy u nas startują.

    MT: A nie korci was, żeby zaprosić do siebie czołówkę ogólnopolską? Mieliście przecież doświadczenie z organizowaniem eliminacji Pucharu Polski.
    GP: Mieliśmy, owszem, ale wolimy to doświadczenie traktować jako jednorazowy wypadek przy pracy. Jesteśmy trochę zrażeni do działań PZKolu, nie umniejszając roli, jaką odgrywały osoby bezpośrednio zaangażowane w Puchar, ale póki co nas do tego nie ciągnie.

    MT: Czyli w maratonowym Pucharze Polski nie było ?wartości dodanej??
    GP: Zawodnicy startują, przyjeżdżają sędziowie, którzy chcą wykonywać pracę, za którą my już komuś zapłaciliśmy i on to robi dobrze (mam na myśli np. pomiar czasu), do tego dochodzą różne interpretacje i rozbieżności w regulaminach. Do tego na Pucharze Polski były problemy z dekoracją, nikt nad tym nie panował, sami zawodnicy chyba nie byli do tej idei przekonani.

    MT: To skoro nie Puchar Polski, to co może przekonać zawodników wyczynowych, żeby u was startowali? (poza tym, że nie mogą, bo działa przepis o imprezach zabronionych). Pieniądze?
    GP: Wiesz co, sporo osób z elity startowało u nas w zeszłym roku poza klasyfikacją z numerem ?VIP?. Chcieli przyjechać, żeby pościgać się z naszymi zawodnikami i na naszych trasach. To czy ktoś taki jest w wynikach czy nie, nie jest dla mnie wyznacznikiem imprez, jakie robimy. Zapraszamy zawodników elity, zawsze ich miło witamy, ale czy mamy o to specjalnie zabiegać, takim czy innym kosztem, cóż, raczej się do tego nie przykładamy.

    MT: Pytam, bo mam na myśli zawody np. w Czechach czy na Słowacji i tam jest coś, czego u nas brakuje, czyli prestiż konkretnych imprez, które w danej miejscowości są organizowane przez wiele lat, są stałym punktem kalendarza, ważnym wydarzeniem, na którym pojawiają się ?wszyscy?.
    GP: Poniekąd też tak działamy, robiąc imprezy w tych samych miejscach przez kilka sezonów. Na zachodzie lokalne ośrodki promocji dbają o to, żeby impreza była u nich co roku, razem z gminą budując swoją markę. U nas tak nie ma, ciężko znaleźć lokalnych, stricte urzędowych działaczy, którzy stwierdzą, że takie zawody to dla nich coś dobrego. Zawsze wiele zależy od wyników wyborów samorządowych, po których czasami okazuje się, że pieniądze będą, owszem, na sport, ale np. na piłkę nożną. Tym bardziej, że choć dla zawodników liczy się trasa, niekoniecznie chcą wracać w te same miejsca, bo chcą odkrywać nowe szlaki.

    MT: W tym roku macie bardzo dużo imprez…
    GP: 14, tyle samo co rok temu. Zaczynamy trochę wcześniej, odstępy między kolejnymi eliminacjami są trochę większe, większa jest też rozpiętość geograficzna, od Horyńca całkiem na wschodzie po Rzyki koło Andrychowa, gdzie będzie fajna, górska, impreza. Myślę, że większej ilości zawodników będzie u nas łatwiej wystartować.

    MT: To ilu macie takich zawodników, którzy zaliczają 100% imprez?
    GP: Mamy nawet takiego, który w zeszłym roku zaliczył dwie ?generalki?. Ponieważ do klasyfikacji liczy się 7 startów, on przejechał 7 na dużym i 7 na średnim dystansie. Sporo było takich osób, które przejechały wszystkie imprezy. Wręczaliśmy im potem dyplomy w ramkach i palce nas trochę bolały od pakowania.

    MT: Mimo wszystko trzeba być mocno zdeterminowanym, żeby brać udział w tylu maratonach w sezonie…
    GP:…albo nas lubić

    MT: Czyli myślisz, że to się sprowadza głównie do lubienia albo nie lubienia? Do sentymentu?
    GP: Wiesz co? zdrowy tryb życia można prowadzić zawsze i wszędzie, ale coś musi cię ciągnąć, żeby ciągle spotykać się z tymi samymi ludźmi w mniej więcej tych samych miejscach. To, że ja byłem na wszystkich, naszych imprezach, to nie znaczy, że każdy musi na nich być.

    MT: Czyli co? Puchar Polski nie?
    GP: Póki co nie…

    MT: Cały czas lokalnie…
    GP: tak, cały czas lokalnie.

    MT: i? jesteście po prostu mili?
    GP: Tak, jesteśmy mili. Dzisiaj nawet rozmawiałem prezesem jednego z klubów, które u nas nie jeździły i dowiedziałem się, że dzięki temu, że u nas do ?generalki? liczy się właśnie 7 imprez, to może pogodzić starty w Cyklokarpatach ze startami w innych zawodach, trochę pozwiedzać. Może faktycznie jest tak, że jesteśmy mili?

    Zdjęcia użyte w tekście możecie znaleźć na facebooku cyklokarpat.

  • Nie musisz się ruszać z domu by startować w wyścigach?

    Nie musisz się ruszać z domu by startować w wyścigach?

    Nie, nie chodzi o zawody na trenażerach. Kształtujący się kalendarz masowych imprez rowerowych na sezon 2017 pokazuje, że można będzie zaliczyć i kilkanaście startów niemal nie ruszając się z domu!

    Benzyna jest droga. Autostrady są drogie. Noclegi kosztują. A przecież trzeba jeszcze zapłacić trenerowi, kupić odżywki i ?zaktualizować? rower do najnowszej wersji… Po co więc szarpać się wiele godzin za kółkiem, tracić czas i pieniądze po to tylko, by pościgać się w ?takim samym? wyścigu na drugim końcu Polski, skoro można osiągnąć to 20, 50, 100, maksymalnie 200km od domu?

    Nie wiem, czy pamiętacie, ale dekadę temu, gdy rynek maratonów mtb w naszym kraju dopiero się kształtował, najwięksi organizatorzy proponowali swoim klientom odwiedzenie Gór, Pogórz, Nizin, Pojezierzy i Wybrzeża. W programie obowiązkowo znajdowała się jedna lub dwie eliminacje na obrzeżach metropolii, jakiś ?górski hardcore? oraz kilka uniwersalnych imprez w łatwiejszym lub trudniejszym terenie, zależnie od tego, co proponowali sponsorzy, gminy czy też skąd pochodziła większa grupa uczestników.

    Obecnie najpopularniejsza seria maratonów, czyli Bike Maraton mieści się w czterech sąsiadujących ze sobą województwach: Małopolskim, Śląskim, Opolskim i Dolnośląskim, sytuując swoje imprezy wzdłuż starej części autostrady A4. Geograficznie rzecz ujmując, podobny zasięg, tyle, że na wschód od Wisły ma wciąż uznawana za ?regionalną? seria Cyklokarpaty.

    Właściwie każdy z ?makroregionów?, a bywa, że i każde z województw, daje mieszkańcom szansę na rywalizowanie w satysfakcjonującej liczbie imprez rowerowych.

    Miałem się rozpisać analizując co większe cykle maratonów, ale zestawienie planów najważniejszych serii znajdziecie w mtb-xc.pl. Dobra robota, zachęcam do przeglądnięcia.

    Serie ?regionalne? puchną, oferując po kilkanaście eliminacji. W sezonie 2016 do dalszych podróży zachęcała de facto wyłącznie ?Mazovia? (od Mazur po Podhale) oraz Lang Team.

    Cała sprawa ma dwa aspekty: towarzyski oraz sportowy. Realnie rzecz ujmując, jest całkiem prawdopodobne, że czołówka poszczególnych serii maratonów nigdy się ze sobą nie spotka. W ten sposób można żyć w błogiej nieświadomości z tytułem króla swojego podwórka nawet przez wiele sezonów, nie wchodząc w interakcje z kolarzami z sąsiedniego regionu. Mając zobowiązania wobec klubu czy też sponsora, zbierać punkty do generalki lub dwóch, bez pojęcia, co dzieje się za miedzą.

    Z pewnym rozrzewnieniem wspominam czasy, gdy przez kilka lat robiliśmy autem po kilkanaście tysięcy kilometrów, na wyścigach w różnych zakątkach kraju spotykając regularnie podobnych sobie pasjonatów z drugiego końca Polski.

    Teraz, cóż, teraz nie ma takiej potrzeby. Powiedzmy sobie szczerze, nie będę jechał z Krakowa pod Poznań, skoro taki sam wyścig mogę zaliczyć koło Tarnowa.

    Motywacją, by wyjść ze swojego własnego ?grajdołka? może być albo wysoka ranga zawodów, czyli Puchar lub Mistrzostwa Polski, pula nagród lub jakiś element, który powoduje, że dana impreza jest unikatowa w skali kraju. Zazwyczaj chodzi o trasę, bo szczerze mówiąc rzadko spotykam zawodników, którzy łączą start ze zwiedzaniem. Jeśli już, to z kilkudniowym pobytem związanym z zaliczeniem okolicznych ścieżek/singletracków pasma górskiego lub kolejnego wyścigu.

    Stawiam, że większość userów konkretnych serii maratonów jest z nich zadowolona. Takie mamy czasy, że radosna amatorka w organizacji wyścigów rowerowych w większości przypadków minęła.

    Choć kalendarz 2017 do tego nie zachęca, może układając swój plan na najbliższy sezon warto wziąć pod uwagę wycieczkę w nieznane? Wybrać się na weekend w góry, posmakować jazdy w większym peletonie albo poznać miejsca, które były ?białymi plamami? na naszej mapie rowerowych wypadów? ?Generalka? to nie wszystko a i konfrontacja z zawodnikami w nieznanych koszulkach może być czymś rozwijającym.

  • A może by tak osobny sektor dla kobiet?

    A może by tak osobny sektor dla kobiet?

    To nie jest ?List otwarty do organizatorów maratonów?. Raczej rzucam hasło i zwracam uwagę na problem. Kobiety na masowych imprezach kolarskich nie mają lekko. Często wynik ich rywalizacji jest wypaczony przez pałętających się pod kołami facetów. Może by tak więc puszczać panie na trasę osobno, by zapewnić nie tylko równe szanse, ale i większe bezpieczeństwo.

    Niedawno na maratonie w Bukowinie Tatrzańskiej jedna z zawodniczek została potrącona przez innego uczestnika zawodów, upadła i doznała poważnej kontuzji ręki. Pewnie kojarzycie sprawę, bo jest dość głośna. Jeśli nie, szczegóły znajdziecie np. tu:

    Nie był to pierwszy taki przypadek, niestety do takich sytuacji dochodzi dość często, na szczęście nie zawsze kończą się połamanymi kośćmi.

    Na pierwszych kilometrach nawet mocna zawodniczka zazwyczaj jedzie wolniej niż dysponujący większą siłą mężczyzna. W tłoku, gdy w kilkusetosobowym peletonie niemal każdy myśli głównie o tym, by jak najszybciej znaleźć się z przodu stawki, różnica 20 a czasem i więcej kilogramów między mężczyzną a kobietą powoduje, że dziewczyny są spychane i przewracane, żeby nie było wątpliwości, raczej nieświadomie niż z premedytacją.

    Dzieje się tak ?od kiedy pamiętam? a w pierwszym maratonie mtb startowałem 14 lat temu. Niejedna znajoma kolarka ucierpiała w takiej sytuacji, musiała przerwać sezon, zrezygnować z kolejnych, ważnych startów, zmagać się z bólem i polską służbą zdrowia przez to, że jadący obok współuczestnik nie wykazał się ani wyobraźnią, ani umiejętnościami ani ostrożnością.

    Kolejnym elementem, o którym warto wspomnieć, jest specyfika rywalizacji zawodniczek na masowych zawodach ze startu wspólnego. Jednym z istotnych czynników wpływających na wynik jest umiejętność sprawnego pokonania pierwszych kilometrów, złapania się do odpowiedniej grupy z w miarę sensownie jeżdżącymi facetami, uniknięcie upadku, ale też wpadnięcia w część stawki, która jedzie wolniej, zarówno w górę jak i w dół.

    Bywa, że rywalizujące ze sobą dziewczyny pierwszy raz w czasie całego maratonu widzą się? na podium. Oddzielone od siebie stawką kilkudziesięciu a czasem i kilkuset facetów jadą coś pomiędzy kilkugodzinną czasówką a wyścigiem mastersów, do którego zostały dopuszczone w drodze wyjątku.

    W tym układzie pomocna bywa obecność wiernego ?gregario?, często partnera życiowego lub po prostu kolegi z klubu, który ?przeciągnie? kolarkę przez peleton, pomoże złapać koło dobrze jadącej grupy czy też osłoni w postartowym zamieszaniu. Pytanie tylko, czy o to chodzi i czy tak być powinno?

    Idąc dalej, o ile w czołówce mężczyzn co do zasady wiadomo, na jakiej pozycji kto jedzie, o tyle kobiety będące open na miejscach np. 60, 100 i 150 łatwo mogą zostać przeoczone przez obsługę lub kibiców, zatem często nie wiedzą, czy jadą o podium, sławę i nagrody (docenienie wysiłku pań to temat na inną okazję) czy też by to osiągnąć muszą sięgnąć głębiej do swoich rezerw i jeszcze mocniej przycisnąć, bo z przodu znajduje się więcej rywalek.

    Fakt faktem, że najlepsze kolarki w kraju nie mają tego problemu, bo potrafią przyjechać na bardzo wysokiej pozycji open, zwłaszcza na dłuższych dystansach, które nieco niwelują różnice między płciami, gdzie liczą się inne cechy niż tylko brutalna siła, ale co do zasady kobiety na maratonach mają tak trochę jakby przechlapane. Nawet wtedy, gdy nie pada deszcz ;)

    Czy jest na to rozwiązanie? Wydaje mi się, że tak, i to dość proste. Wystarczy puścić panie z osobnego sektora. Dobre rozwiązanie spotkałem na Słowacji (a bardziej obyci ode mnie znają je z wielu, ważnych maratonów w Europie), gdzie kobiety na najpopularniejszym dystansie jadą np. 20 minut przed mężczyznami. Szpica facetów dogania je na drugim podjeździe. Do tego momentu panie wiedzą, z kim się ścigają, na jakiej pozycji jadą, mijająca je część stawki mężczyzn jest już wystarczająco rozciągnięta, by nie istniał problem kraks i przepychanek w postartowym tłumie.

    A może jest tak, że te problemy nie istnieją. Mimo wszystko, choć śledzę kobiece kolarstwo dość wnikliwie, zawsze może być tak, że mam nie do końca właściwą perspektywę.

    Stąd pytanie do was, szanowne Kolarki, jak z Waszej perspektywy wygląda sytuacja kobiet w maratonowym peletonie? I co sądzicie o takim pomyśle jak osobny sektor startowy?

    Czy na maratonach MTB i szosowych kobiety powinny startować z osobnego sektora?

    View Results

    Loading ... Loading …

    Dyskusja na Facebooku

    Zdjęcie okładkowe: youkeys, flickr CC 2.0, Start kobiet na zawodach Pucharu Świata XCO, tam kobiety zawsze jadą swój wyścig. 

  • Loverove 21.06.2016

    Loverove 21.06.2016

    Wtorkowe loverove z zacnym zestawem rowerowych newsów :)

    1. Byle do przodu!

    Inspirujące wideo od Stravy, które w paru kadrach pokazuje ducha sportu:

    2. W roli głównej Michalina Ziółkowska

    Zawodniczka teamu Volkswagena świetnie spisała się podczas Südtirol Sellaronda Hero MTB Marathon – Dolomites, gdzie zajęła drugie miejsce, zaraz za Sally Bigham. Dzięki temu Polka załapała się na kilka rewelacyjnych ujęć w krótkim wideo podsumowującym zawody w Dolomitach:

    3. EPO bez wpływu na wyniki?

    Może pamiętacie, ale w lutym wspomniałem o naborze do eksperymentu, który miał rozpocząć badania nad skutecznością EPO jako środka dopingującego.  No więc właśnie przeprowadzono próbę podczas podjazdu na Mont Ventoux i pomiary wskazują, że… grupa kontrolna, która jechała na placebo wspięła się na „giganta Prowansji” szybciej niż ci, którzy rzeczywiście jechali „na koksie„.