Tag: Komentatorzy

  • Czy komentator powinien uprawiać sport?

    Czy komentator powinien uprawiać sport?

    Możecie mówić, co chcecie, ale mamy szczęście do komentatorów kolarstwa. Niedawne dołączenie do zespołów relacjonujących wyścigi byłych zawodników nie tylko urozmaica transmisję o fachową wiedzę, ale też zapewnia dobry balans między dziennikarską swadą a doświadczeniem z peletonu.

    Kolarstwo to jedna z tych dyscyplin sportu, którą poczuć i której doświadczyć może każdy. Zaczynając od przejażdżek, przez kolejne wyzwania w rodzaju ?czy przejadę 50, 100, 200km?? przez starty w imprezach masowych w rodzaju maratonów na wyczynie kończąc.

    Przepisy są skonstruowane w taki sposób, że nawet ?amator? może okazjonalnie porównać się z zawodowcami. Jeśli sami nie braliście udziału w imprezach z kalendarza UCI (czy to na szosie czy w mtb), z pewnością taki start mają na swoim koncie wasi znajomi.

    A jeśli to dla was za wysokie progi, z pomocą przychodzą maratony, ?Etapy Touru? czy ?Tour de Pologne Amatorów?.

    Dzięki temu każdy z nas może doświadczyć, czym jest ?jazda w trupa?, dawanie zmian i jak naprawdę czuć pod nogą 5, 10 czy 15% podjazd.

    Jasne, możecie powiedzieć, że ma się to nijak do tego, co na co dzień robią zawodowcy. Start w wielkim tourze daje i dystans i czas spędzony na rowerze większy niż wielu entuzjastów kolarstwa poświęca na jazdę w czasie całego sezonu. Ale i tak kolarz – amator będzie miał większe pojęcie o tym, co dzieje się na trasie pokazywanego w TV wyścigu niż wynajęty na godziny konferansjer, który jedyne, co potrafi, to opowiedzieć o tym, co aktualnie widzi na ekranie. A czasem nawet i tego nie, zwyczajnie ?plotąc androny?.

    Czy to zatem znaczy, że komentatorem czy też dziennikarzem, który zajmuje się sportem może być tylko były zawodnik? Jasne, że nie. By mówić o, nawet najbardziej podziwianej dyscyplinie, tak jak i ją uprawiać na odpowiednim poziomie poza pracą i warsztatem potrzeba talentu.

    Mamy to szczęście, że obok doświadczonych specjalistów mikrofonu w studiu coraz częściej zasiadają doświadczeni szosowcy. Dariusz Baranowski uzupełnia Tomasza Jarońskiego i Adama Probosza a Bartosz Huzarski ratuje kolarstwo w Telewizji Publicznej, która do tej pory kojarzyła się głównie z kompromitacją w tej dziedzinie. W innym medium, jako bloger, rozkręca się też w rowery.org Sylwester Szmyd.

    Poza swoją historią i workiem bez dna anegdot i ciekawostek, byli zawodnicy mają nad dziennikarzami, nawet tymi z wieloletnim stażem, jedną, bardzo ważną przewagę. Zdecydowanie bardziej doceniają wysiłek wciąż aktywnych sportowców, nie skreślają ani ich szans ani nie deprecjonują wysiłku.

    Jeśli samemu doświadczyłeś sytuacji, w której nie możesz ?soczyście zaatakować?, bo zwyczajnie masz już ciemno w oczach, nie będziesz tego oczekiwać od rywalizujących w tym momencie kolarzy. Jeśli wiesz, co znaczy spędzić kilka dni z rzędu tyrając w górach, mniej chętnie wspomnisz o ?zawodzie?, jaki jest udziałem odpadającego z grupy byłego faworyta. Możesz więc stonować dziennikarskie zapędy i wyjaśnić mniej doświadczonym fanom, że kolarstwo to nie tak prosty kawałek chleba.

    Połączenie sił ?mistrza słowa? z ?mistrzem szosy? to zatem bardzo dobry pomysł, który szczególnie dobrze sprawdza się w realiach wielogodzinnych transmisji z wielkich tourów. Bo nawet wielokrotnemu uczestnikowi TdF czy Giro w końcu wyczerpią się anegdotki, ekscytować każdym obrotem korby jak to mają w zwyczaju Brytyjczycy też na dłuższą metę się nie da, więc trochę publicystyki, turystyki i ironii również się przyda.

  • Halo, halo! Tu Helikopter!

    Halo, halo! Tu Helikopter!

    Na Igrzyska Olimpijskie jeżdżą najlepsi. Wyjazd do Rio to dla każdego sportowca spełnienie marzeń a często cel całego, dotychczasowego życia. W zawodach ze startu wspólnego nasi kolarze szosowi zaprezentowali się świetnie. Niestety nie można tego powiedzieć o komentatorach Telewizji Polskiej.

    Wyścigi rowerowe to nie jest sport narodowy w kraju nad Wisłą. Równocześnie nie jest to też całkowita nisza. Od tradycji Wyścigu Pokoju przez sukcesy zawodniczek ścigających się w MTB po Tour de Pologne kolarstwo obecne jest zarówno w powszechnej świadomości jak i w mediach.

    Co więcej, według badania TNS z 2015r (zatem całkiem świeżego), jazda na rowerze to najpopularniejszy rodzaj aktywności fizycznej w Polsce. Co trzeci obywatel uprawia jakiś sport trzy razy w tygodniu. 53% z tej grupy wskazuje kolarstwo, czy też ?rowerowanie? jako podstawowy rodzaj wykonywanych ćwiczeń.

    Oczywiście, gdy przychodzi do oglądalności, zaangażowania w kibicowanie sportowcom, wyścigi szosowe przegrywają z wieloma innymi dyscyplinami, ale co roku Tour de Pologne gromadzi ok. dwumilionową widownię a transmisje z Tour de France, w niedostępnym przecież powszechnie Eurosporcie średnio ogląda 250tys a bywa, że i prawie milion ludzi.

    Pytanie więc, dlaczego Telewizja Publiczna tych wszystkich widzów, nas, Ciebie, Panią, Pana, mnie traktuje tak fatalnie?

    To, czym jesteśmy traktowani przy każdym Tour de Pologne jest wśród kibiców kolarstwa rodzajem anegdoty. Niestety w związku z indolencją komentatorów, duży wysiłek i jeszcze większy potencjał najlepszego czasu antenowego milionowej widowni jest marnowany.

    Ani ja, ani prawdopodobnie Wy, czyli regularni czytelnicy tego bloga, nie jesteśmy ?targetem? komentatorów TVP. W większości przypadków możemy się obyć bez komentarza.

    Eurosport po polsku oglądam wyłącznie dla przyjemności słuchania sprawdzonej ekipy: Tomasza Jarońskiego, Krzysztofa Wyrzykowskiego i Adama Probosza, którzy dodatkowo w tym roku znakomicie ?pojechali po zmianach? z Dariuszem Baranowskim.

    ?Casualowi widzowie?: rodzina, znajomi, koledzy z pracy, śledzą Tour de France między innymi ze względu na nich. Jasne ?die-hard? fani zawsze znajdą powód, żeby się przyczepić a ekipie Eurosportu, tak jak każdemu – wszak jesteśmy tylko ludźmi – zdarzają się pomyłki lub wpadki. Nie w tym jednak rzecz. Ten zespół, w czasie wyścigów, poza tym, że opowiada nam o historii, geografii, czy statystykach sportowych, tłumaczy kibicom kolarstwo.

    Niestety, tego nie robi ani Piotr Sobczyński, ani Sebastian Szczęsny, ani nie robią prowadzący studio, zarówno Tour de Pologne jak i Igrzysk Olimpijskich. Owszem, komentatorzy TVP ?coś tam? wiedzą, niestety sprowadza się to do kilku wyświechtanych frazesów.

    „Siła peletonu jest wielka, Rafał Majka to wyśmienity góral a kolarze mają specjalnie wpinane w pedały buty”. Kropka.

    Drodzy Panowie, komentatorzy kolarstwa w TVP. Nie oczekuję, że mówiąc do masowego odbiorcy zaczniecie rozprawiać o stosunku mocy do masy, przełożeniach czy szczegółach aerodynamiki, ale np. mając w czasie Tour de Pologne dostęp do niezmiernie wartościowych danych dostarczanych przez organizację Velon jedyne co robiliście, to je odczytywaliście.

    To jest telewizja, nie radio, i dokładnie widzimy, co się dzieje na trasie. Waszym zadaniem jest wytłumaczenie, dlaczego. A niestety wasz opis rzeczywistości  bardzo często jest błędny. Mylicie zawodników, drużyny, mylicie kolarzy atakujących z tymi, którzy odpadają od grupy. Często nie macie nawet pojęcia, w którym miejscu trasy znajduje się peleton, nawet jeśli wyścig rozgrywany jest (tak jak TdP czy IO) na rundach z kilkoma charakterystycznymi punktami.

    To jest Telewizja Publiczna, wy pojechaliście na Igrzyska Olimpijskie, najważniejsze wydarzenie sportowe na świecie a zwyczajnie nie przygotowaliście się do pracy. Choć macie ?misję?.

    Tak, wiem, w Rio są ciężkie warunki pracy. Chris Boardman, by móc korzystać z monitora na swoim stanowisku komentatorskim musiał zbudować daszek z kartonów. Tym się jednak różni BBC od TVP, że w Rio korzysta z doświadczenia Boardmana który może o kolarstwie powiedzieć coś więcej niż jest zawarte w dostarczonym tuż przed wyścigiem briefie.

    Swój stosunek do kolarstwa a może do sportu w ogóle pokazała także Anita Werner, która w ?Faktach po faktach? TVN indagowała Rafała Majkę. Nasz brązowy medalista dopiero co wysiadł z samolotu i musiał zmierzyć się z pytaniami w rodzaju ?czy było ciężko?.

    Serio? Nie miała Pani o co zapytać jednego z najlepszych kolarzy na świecie? Wszyscy wiemy, że było ciężko. Widzieliśmy to, widzieliśmy jak Rafał cierpiał i jak ?szedł w trupa?. Widzieli to nawet ci kibice, którzy kolarstwo oglądają wyłącznie od święta.

    Co ciekawe, na tle takich popisów nieźle wypadają materiały, które telewizje, w tym TVP dostarczają przy okazji wyścigów. Kroniki, mini reportaże a nawet wejścia w telewizjach śniadaniowych zaskakująco dają radę. Jest trochę informacji, jest trochę ciekawostek i, co ważne, nie ma wielu błędów.

    Czy to oznacza, że relacjonowanie kolarstwa na żywo jest takie trudne? Cóż, być może. Jest wiele niuansów, potrzeba trochę wiedzy technicznej, taktycznej, a zawodnicy w kaskach i schowani za okularami są do siebie bardzo podobni. Mimo wszystko wyścigi rowerowe to nie jest fizyka kwantowa, czego dowodem jest choćby ich popularność.

    Zdając sobie sprawę z braków wiedzy o innych dyscyplinach, dociera do mnie, że oglądając pływaków, szermierzy czy zapaśników mogę być podobnie robiony w trąbę co miliony widzów, którzy kibicowali Rafałowi Majce w jego drodze po brązowy medal olimpijski. Ludzie, tak ogólnie, my wszyscy, uprawiamy sport. Biegamy, jeździmy na rowerach, startujemy w triathlonach. I co do zasady mamy pojęcie, na czym to polega. Nie traktujcie więc nas z pogardą. Gdy kupuję wadliwy produkt, korzystam z gwarancji i domagam się wymiany. Gdy szewc źle naprawi mi buty, idę do niego z reklamacją.

    To właśnie jest taka reklamacja. Reklamacja fatalnie wykonanej usługi. 

    Na tych Igrzyskach jest jeszcze trochę kolarstwa. Jest jazda na czas, są konkurencje torowe a na zakończenie Igrzysk o medal powalczy Maja Włoszczowska. Naprawdę, jest jeszcze trochę czasu, by się poprawić. Postarajcie się!

  • Gdy słyszę rowerzystów, nie wierzę w wiadomości

    Gdy słyszę rowerzystów, nie wierzę w wiadomości

    Wiosna. Rowerzyści wychodzą z nor, wyciągają swój sprzęt z piwnic i balkonów. Oblegają serwisy, kupują lampki, ubierają krótkie spodnie. Media łapią temat i zapraszają rowerowych ekspertów, którzy udzielają ponadczasowych porad. Gdy ich słucham, obawiam się o jakość jakichkolwiek innych wiadomości i głoszonych opinii.

    Znane przysłowie głosi: ?Gdy wiem, jakim jestem inżynierem, boję się iść do lekarza?. Gdy oglądam, słucham lub czytam rowerowych ekspertów zapraszanych przez telewizje śniadaniowe, prowadzących popołudniowe audycje w radiu czy udzielających wywiadów tygodnikom, zastanawiam się nad wartością, jaką niosą podobne wystąpienia specjalistów od finansów, polityki zagranicznej lub sztuki współczesnej. Czyli wszystkich tych dziedzin, o których wiem, że są, znam podstawową terminologię, ale zdaję się na opinię teoretycznie lepszych od siebie.

    Jasne, mechanicy rowerowi mogą w nieskończoność przywoływać ?kwiatki? takie jak łańcuchy kompletnie zapaćkane smarem stałym, obręcze lub tarcze hamulcowe popsikane WD-40 (bo hamulce piszczały), dospawane rury sterowe itd a kwiecień i maj to dla nich równocześnie czas żniw i załamywania urobionych po łokcie rąk.

    Nie zmienia to jednak faktu, że rower jako taki jest urządzeniem prostym a zasady rządzące zarówno jazdą rekreacyjną, kolarstwem wyczynowym jak i podstawowym użytkowaniem sprzętu są nad wyraz proste.

    Być może tak działa magia telewizji, czy też magia mediów w ogóle, że publicznie staramy się być mądrzejsi, niż jesteśmy w rzeczywistości. Albo, niczym policjant z drogówki opisujący kolizję, ubieramy proste zdarzenie w wyszukane słowa by nadać sprawie urzędowej powagi.

    Tak czy inaczej, rowerowi eksperci (w tym ci z mediów rowerowych i rowerowi blogerzy) plotą bzdury na prawo i lewo oraz robią z igły widły zarówno z powodu tremy jak i własnej indolencji.

    Możemy więc się nasłuchać mitów o wielkości ram, kupnie rowerów używanych, sposobach konserwacji poszczególnych podzespołów oraz wyższości jednych rozwiązań nad drugimi. I jak to w przypadku ekspertów, każdy ma inne zdanie, w związku z czym zamiast informacji dostajemy mało wartościowy szum.

    Słuchając i czytając tych wszystkich wynurzeń nabieram jeszcze większego szacunku do komentatorów kolarstwa w Eurosporcie. Choć ich praca z pewnością nie spełnia wszystkich oczekiwań najbardziej zaangażowanych fanów wyścigów rowerowych, potrafią prosto i jasno przedstawić sytuację na trasie, przybliżyć najważniejsze zasady i wspomnieć historię bez uciekania w banał. Bo niby kolarstwo to prosty sport dla prostych ludzi a rower to nieskomplikowane urządzenie, ale prosto o nim mówić wcale nie jest tak łatwo.

  • Kolarski ?Puchar UEFA?

    Kolarski ?Puchar UEFA?

    Współczuję wszystkim dziennikarzom, którzy będą w tym roku tłumaczyli, gdzie w kolarskiej hierarchii znajduje się Tour de Pologne i co się stało z ?Kolarską Ligą Mistrzów?.

    Od 2005r, gdy Międzynarodowa Unia Kolarska zreformowała swój kalendarz, Tour de Pologne zanotował bezprecedensowy awans i został zrównany z najważniejszymi, tygodniowymi wyścigami etapowymi na świecie. Zaliczony do Pro a następnie World Touru stanął w jednym szeregu z Paryż-Nicea, Tour de Suisse, Criterium du Dauphine czy Tirreno-Adriatico.

    Wraz z Pro Tourem pojawiła się w polskich mediach, inspirowana oficjalnymi komunikatami organizatorów Tour de Pologne narracja o ?Kolarskiej Lidze Mistrzów?, której uczestnikiem był nasz wyścig.

    World Tour istnieje nadal, ale ?Kolarskiej Ligi Mistrzów?, czyli elitarnego grona najważniejszych wyścigów już nie ma. Kolejna reforma wprowadzając UCI World Ranking zmieniła punktację, dzieląc wyścigi World Touru na cztery kategorie. Najwyżej w hierarchii znajduje się Tour de France, za nim razem Giro d?Italia i Vuelta a Espana a następnie pozostałe imprezy etapowe i jednodniowe podzielone na dwie kategorie. Tour de Pologne znalazł się w niższej z nich.

    To nadal jest wysoko punktowany i ważny wyścig i nadal można na nim zdobyć więcej (punktów i pieniędzy) niż na wielu cenionych etapówkach we Włoszech, Francji, Wielkiej Brytanii, USA czy Niderlandach, ale z pewnością nie jest to ?Liga Mistrzów?. Owszem, obligatoryjnie będą przyjeżdżały do nas ekipy Pro Team, zgodnie z zasadami World Touru, ale trudno zakładać, by z automatu przywoziły do Polski największe gwiazdy.

    Tak się działo do tej pory i nowa hierarchia właściwie odwzorowuje stan faktyczny. Owszem, można się zżymać, ze wyżej niż Polska, Katalonia czy Kraj Basków znajdują się Tour Down Under oraz kanadyjskie klasyki – tu zapewne główną rolę odegrały kwestie marketingowe, ale miejsce TdP tam gdzie wyścig ten został zakwalifikowany wydaje się być właściwe.

    Tour de Pologne nigdy nie był ?Kolarską Ligą Mistrzów?. Trzymając się analogii piłkarskich, był to ?Puchar UEFA?, czy jak kto woli, zgodnie z bieżącą nomenklaturą ?Liga Europejska UEFA?. Rozgrywki dla bardzo dobrych drużyn, które jednak nie zdołały się zakwalifikować do najbardziej prestiżowych rozgrywek. Dla jednych to ważny cel i maksimum możliwości, dla innych nagroda pocieszenia lub też, przy podejściu merkantylnym, źródło finansowania dalszego rozwoju.

    Co jest jednak ważne w przypadku piłki nożnej, tam nikt nie ściemnia, że Liga Europejska jest ważniejsza od Ligi Mistrzów. Komentatorzy, kibice i sami sportowcy doceniają prestiż rozgrywek. Awans do 1/8 a nawet 1/16 finału jakiejkolwiek polskiej drużyny uznawany jest za sukces.

    Wydaje się, że nikt nie ma z tym problemu, by uznać drugie co do ważności rozgrywki za wydarzenie istotne i prestiżowe. W przypadku wyścigu kolarskiego potrzebna była wyraźnie zawyżająca realia komunikacja.

    Co zatem zrobią biedni Maciej Kurzajewski, Paulina Chylewska Piotr Sobczyński czy Sebastian Szczęsny (o ile i po redakcji sportowej nie przejedzie walec ?dobrej zmiany?) – nie mam pojęcia. Jak przedstawią ?degradację? TdP, opiszą nowy ranking UCI i miejsce w nim naszego wyścigu? Czy znajdą nową analogię do innej dyscypliny sportu czy może zaczną przedstawiać sprawy takimi, jakimi są?

    Ja takiego kłopotu mieć nie będę. Od czasu, gdy niezależnie piszę tego bloga, o Tour de Pologne piszę wprost, jako o dobrym wyścigu z potencjałem, któremu jednak nieco brakuje do najbardziej prestiżowych i eksponowanych imprez na świecie. Nie widzę nic złego w tym, że mamy solidną i profesjonalną imprezę, która z wielu powodów nie będzie tym samym co największe, ?legendarne? wydarzenia w kolarstwie a równocześnie broni się w wielu innych elementach i ma sporo zalet.

    Zdjęcie okładkowe: Christophe Karaba, wikimedia commons, CC BY 2.0

  • Nie bójmy się słów

    Nie bójmy się słów

    Tomasz Jaroński i Krzysztof Wyrzykowski słyną z uroczych bon motów, które co chwilę padają podczas komentowanych przez nich etapów Tour de France. ?Nie bójmy się słów? to jeden z popularniejszych. Werydykt USADA w myśl którego Lance Armstrong jest winny dopingu to doskonała okazja by podążyć za tym wezwaniem.

    Koniec historii

    Decyzja USADA zamyka pewną epokę. Zmienianie tabel z wynikami wydaje się być z perspektywy czasu czymś kompletnie bezsensownym. Opcję ?wyników z gwiazdką?uważam za niezłą, ale do ostatecznego rozstrzygnięcia przez UCI lub WADA co zrobić z tym fantem jeszcze długa droga. Choć czynnych kolarzy, którzy wyrastali w tamtych czasach jest jeszcze wielu, polityka grubej kreski to jedyne, co pozostało by nie sprowadzić ostatnich 30 lat kolarstwa do parodii.

    Od dwóch lat zawodowi szosowcy jeżdżą wolniej. Od trzech lub czterech sezonów faworyci nie demolują peletonu w taki sposób, jak robił to Armstrong. Nawet dominacja Contadora w Giro 2011 wynikała nie tyle z jego miażdżących ataków (taki realnie przeprowadził jeden) co ze sprawnego wykorzystywania kolejnych kryzysów poszczególnych rywali. Tegoroczna supremacja ekipy Sky w Tour de France, choć podejrzana, wynika z taktyki realizowanej z żelazną konsekwencją i szukania potencjalnych zysków nawet w najmniejszych elementach. Juan Jose Cobo zwyciężył w ubiegłorocznej Vuelcie, ponieważ jego rywale nie mogli zdeycydować się do końca, na którego z liderów postawić. Cadel Evans wygrał Tour 2011, gdyż był najbardziej zdeterminowany, podobnie jak Ryder Hesjedal w tegorocznym Giro.

    To, że liderzy jeżdżą wolniej i nie osiągają ponadludzkich rezultatów (m.in stosunku mocy do masy) oczywiście nie udowadnia, że są ?czyści?, ale sugeruje, że jednak coś się zmieniło. Tym bardziej, że szeroko pojęty sprzęt (a więc nie tylko rowery, ale również buty, kaski, stroje i cała reszta technologii, które zawodnicy mają do dyspozycji) jest coraz doskonalszy.

    Koniec człowieka

    Z coraz większym zażenowaniem słucham komentarzy (głównie wspomnianego we wstępie Krzysztofa Wyrzykowskiego), w których zwracana jest uwaga na ?mało soczyste? ataki liderów. Na to, że faworyci się czają, nie przeprowadzają zdecydowanych akcji i brzydko się męczą. Zakładając, że wyczynowy sport nadal uprawiają wyselekcjonowne, wybitne jednostki o najwyższych z możliwych parametrach fizjologicznych, bez substancji, które pozwalają przekroczyć próg ludzkich możliwości o 7% (a o tyle robi to EPO) nikt nie jest w stanie po 200km w górach włączyć ?szybkiego młynka? i upokorzyć rywali.

    Greg Lemond wielokrotnie zwracał uwagę na fakt, że zawodnicy na finałowych podjazdach alpejskich etapów te granice przekraczają. Uzyskiwane czasy, średnia prędkość podjeżdżania (VAM) a co za tym idzie szacowana moc wprost wskazywały na zawyżone VO2max a co za tym idzie manipulację krwią. Sam Lemond zresztą przestał odnosić sukcesy w zawodowym peletonie, gdy do głosu doszła ?generacja epo?. Koniec ?touru dwóch prędkości? zauważalny stał się dopiero rok temu – po niemal równo dwóch dekadach! W tym roku, mimo kontrowersyjnej dominacji grupy Sky proces trwa. Brytyjczycy nie przekraczali granic przyzwoitości , kluczowe wzniesienia pokonywali w możliwym do osiągnięcia bez wspomagania tempie. Oczywiście wciąż pozostaje wiele pytań, np. to, jak możliwe jest generowanie mimo wszystko bardzo wysokiej mocy będąc tak estremalnie ?wycieniowanym? jak Bradley Wiggins, jednak różnica w obecnych osiągach i tych sprzed raptem pięciu lat jest wyraźna. W imię nawet częściowego oczyszczenia dyscypliny warto zaakceptować, że kolarze są słabsi, brzydko się męczą i nie atakaują w sposób wystarczająco wyrafinowany.

    Wielki wstrząs

    To, czego brakuje mi najbardziej, to jasnego nazwanie sprawy po imieniu. ?Nie bójmy się słów?. Miękkie stanowisko wobec tego, co się działo nie sprawi, że zło było mniejszym złem. Do pewnego stopnia mam nawet nadzieję, że cytat z Tomasza Jarońskiego  ?Wokół wszystkich kolarzy, którzy w tej epoce, nazywanej nawet epoką EPO (od nazwy środka dopingującego ? przyp. red.), krążyły jakieś nieprzyjemne opinie. Życie pokazało, że faktycznie coś wtedy było nie w porządku, skoro od momentu, gdy EPO stało się możliwe do wykrycia, osłabły wyniki osiągane przez kolarzy. Zmienił się cały sposób ścigania się. Dziś nie ma już kolarzy herosów, a wtedy było ich bardzo dużo?  to pomyłka.

    ?Coś było nie w porządku?? Proooszę…

    W ?epoce EPO? i postaci Lance?a Armstronga nie chodzi bowiem o samo niedozwolone wspomaganie i przestępstwo, które – jako jedyni – Włosi nazywają po imieniu ?sportowym oszustwem?. Owszem, kolarstwo zawodowe, to sport u swoich korzeni z założenia komercyjny a przy tym ekstremalnie wymagający, zatem od początku miało ciągoty do dopingu. ?Brali? Coppi, Anquetil, Merckx. Zinstytucjonalizowany system nielegalnej zmiany parametrów fizjologicznych przyszedł jednak do kolarstwa dopiero pod koniec lat ?80 XXw, gdy do grona zawodowców zaczęli wchodzić przesiąknięci takimi praktykami atleci z bloku wschodniego, głównie NRD i ZSRR. Wszystko później (wygrana Riisa – ?pana 60%?, upadek i śmierć Marco Pantaniego czy afera Festiny) było tylko konsekwencją, którą w kolejnych ekipach Armstronga doprowadzono do perfekcji.

    Teksańczyk połączył akceptowane w owym czasie przez środowisko kolarskie metody dopingu ze sposobami, w jakie z konkurencją rozprawiają się wielkie korporacje. Nic dziwnego, że Lance na wiele lat związał się z marką Nike, która znana jest z bezwzględnego dążenia do celu, łamania norm etycznych, czy nawet praw człowieka. To samo Nike wspierało również antybohaterów skandalu BALCo a obecnie nie zamierza wycofywać się z umowy z Armstrongiem. Ekipa US Postal (a później Discovery i RadioShack) była globalnym tworem zaprogramowanym na wzór najbardziej skutecznych korporacji. Kto podporządkował się ?firmie Armstronga?, był lojalnym i wiernym giermkiem, mógł liczyć na wsparcie i opiekę. Jaroslav Popovych czy Andreas Kloden to bardzo dobre przykłady tych, którzy  mimo licznych kontrowersji uchowali się przed antydopingową nagonką.

    Jeśli natomiast istniała szansa, że Lance może mieć z kimś problem – kupował go. Wielu groźnych rywali wcześniej czy później trafiała do jego ekipy a gdy po pewnym czasie szukali własnych ambicji, kończyli marnie (Landis, Hamilton, Heras). Rozterek moralnych Lance nie miał także wtedy, gdy chodziło o kwestie rozliczenia ze swoimi pomocnikami. Na koniec wreszcie, z niejasnych powodów (prawdopodobnie by przekupić władze federacji) przelewał pieniądze na konto organizacji, której zadaniem było kontrolowanie jego poczynań (czyli UCI).

    Co do samego dopingu i decyzji USADA o dyskwalifikacji i dożywotnim zawieszeniu chcę zwrócić uwagę na aspekt, który nie łączy się stricte z wynikami sportowymi. Lance Armstrong, jako twarz kolarstwa pierwszej połowy XXIw do końca twierdził, że jest ?czysty?. Z drugiej strony swoim nazwiskiem firmował bezwzględną organizację, która nastawiona była na osiąganie zwycięstw bez względu na koszty. O tym, w jaki sposób zinstytucjonalizowany doping niszczy kariery a nawet życia młodych ludzi mówią w wielu wywiadach byli, ?skruszeni? doperzy, m.in David Millar a ostatnio Johnatan Vaughters.

    W kontekście tego, ilu zawodników straciło zdrowie przez doping lub przerwało kariery z powodu braku wyników, gdy nie chcieli wstąpić na ciemną stronę mocy, fakt, że Lance spektaktularnie atakował, pięknie siedział na rowerze i był wielkim mistrzem nieco traci na znaczeniu. Również inspiracja, jaką dawał wielu ludziom do uprawiania sportu staje się dyskusyjna. Ba, nawet ze swoim współpracownikiem, Chrisem Carmichaelem przekonywał w książkach o treningu, że można być takim jak on! Nie dziwi mnie więc, dlaczego tak wielu fanów nie jest w stanie pogodzić się ze smutną prawdą. Sytuacja, w której wizerunek idola sypie się w gruzy musi być niezmiernie przykrym momentem wywołującym poważny dysonans.

    Na koniec, nawiązując jeszcze raz do wypowiedzi Tomasza Jarońskiego chcę jasno powiedzieć: jeśli herosi i bohaterowie byli ?wtedy? a obecnie są tylko ?zwykli kolarze?, zdecydowanie wybieram kibicowanie tym zwykłym, szarym i nudnym. Lance Armstrong nie był zawodnikiem, który incydentalnie popełnił błąd, czy też ?przekroczył granicę?. Był sportowcem i biznesmenem, dla którego granice, zwłaszcza te etyczne, programowo nie istniały. Jednoosobową korporacją, działającą w oparciu o własne zasady i zawłaszczającą kolejne elementy otaczającej ją rzeczywistości.

  • Cadel Evans – Pan Wrażliwy

    Cadel Evans – Pan Wrażliwy

    Cadel Evans w swojej karierze przegrał dość. Dopiero mistrzostwo świata odmieniło jego karierę. Zdobył pewność siebie, zmienił styl jazdy. Przy okazji rywale nieco zwolnili. Tym samym zbliżając się do końca przygody z zawodowstwem, został zwycięzcą Tour de France. Na przekór niemal wszystkim.

    Komentator Eurosportu, Krzysztof Wyrzykowski od lat krytykuje Evansa za to, że ten nie atakuje w sposób spektakularny, jeździ defensywnie, ba, nawet za to, że brzydko siedzi na rowerze. Cóż, dziennikarze niekoniecznie muszą lubić Australijczyka. Odpędza ich, rozpycha się i każe uważać na swojego psa. Do tego wszystko wskazuje na to, że nie bierze niedozwolonych środków. Jest więc nudny i niemiły. I taki śmie być faworytem a nawet zdobywać żółtą koszulkę?

    Evans w czasie swojej kariery nie mógł liczyć zbyt często na pomoc. Jako kolarz mtb, jeszcze będąc bardzo młodym zawodnikiem, rywalizował z koalicją Francuzów, którzy raczej uskuteczniali praktyki znane z szosowej grupy Festina niż ucieleśniali ducha „czystego mtb”. Odchodząc z kolarstwa górskiego na szosę trafił do grupy Mapei, gdzie spotkał go najpierw wielki sukces w postaci zdobycia koszulki lidera Giro d’Italia na słynnej Marmoladzie by dzień później zmagać się z goryczą porażki kompletnie „ujechany” przez rywali. Kontrakt z Telekomem to dalsze rozczarowania. Choć był mocny, nie startował w najważniejszych imprezach. Biorąc pod uwagę informacje, jakie o nim posiadamy, nie dziwi to, skoro również niemiecka ekipa w sposób zorganizowany („Konwój Reński”) nielegalnie wspomagała swoich kolarzy. W kolejnej drużynie, Lotto, nie miał dość wsparcia ze strony swoich pomocników.

    Wsparcie miał więc głównie ze strony trenera i mentora, Aldo Sassiego. Nieżyjący już Włoch skupiał się na przygotowaniu fizycznym i motywacji a nie na wspomaganiu. To on, przez wiele lat kierując karierą Australijczyka, doprowadził go do tytułu mistrza świata w 2009r. To był przełom w karierze naszego bohatera, po którym, w tęczowej koszulce wygrał m.in. Walońską Strzałę.

    Historię z tego roku znamy doskonale. Evans ma świetny sezon od samego początku. Wygrał dwie mniejsze, ale prestiżowe etapówki (Tirreno Adriatico i Tour de Romandie) a Dauphine Libere przejechał w dobrej dyspozycji na drugim miejscu. Na starcie Touru stanął wyjątkowo zdeterminowany i dobrze przygotowany. Wyczuli to jego koledzy z ekipy BMC, i znakomicie przeprowadzili przez pierwszą, nerwową część wyścigu. A potem? Pomny poprzednich porażek, Cadel nie patrzył na nikogo, tylko sam brał się do pracy. Ścigał, kontrolował, atakował. Na koniec pojechał rewelacyjną czasówkę, dzięki czemu wygrał.

    Jako postać, która wygrała Tour, gdy ten stał się bardziej ludzki, sam jest również wielowymiarowy. Niezmiernie twardy i zawzięty, gdy walczy o pozycję na trasie. Wrażliwy na mecie i często sfrustrowany gdy jest pod presją ze strony mediów. Równocześnie nie pozbawiony autoironii, o czym świadczyła sprzedaż koszulek, z jego najsłynniejszym bon-motem. Cóż, Cadel jest wrażliwy, więc i troszczy się o swojego pupila. A że jakiś dziennikarzyna nie patrzy pod nogi, to trzeba mu o tym dosadnie przypomnieć.

    Za to wszystko Australia oszalała na jego punkcie. Miejscowa prasa rozpisuje się na temat zwycięstwa czystego kolarstwa. Sam Evans jest raczej powściągliwy w tym temacie. Do przejścia na szosę namówił go m.in Michele Ferrari, a w międzyczasie sam zawodnik miał kontakt z kolarzami i drużynami, które do czystych nie należały. Przez większość czasu był jednak outsiderem, pozostającym poza głównym układem. Tour wygrał dopiero, gdy zawodnicy zwolnili średnio o 2km/h a kluczowe podjazdy zaczęli pokonywać o 3-5 minut wolniej. Z perspektywy czasu trudno się więc dziwić jego zatargom z prasą, małomówności czy mocno zniechęconej minie.

    Ważniejsze porażki Cadela Evansa:

    • Siódme miejsce podczas Igrzysk Olimpijskich w Sydney 2000, w czasie, gdy był obrońcą Pucharu Świata
    • Utrata różowej koszulki i koszmarny kryzys na dwa dni przed końcem Giro d’Italia 2002
    • Niedopuszczenie do składu na Tour de France przez Team Telekom w 2004 (w zamian za to wygrał Tour of Austria)
    • Minimalna przegrana z Alberto Contadorem podczas Tour de France 2007
    • Przegrana „wygranego” Tour de France z Carlosem Sastre w 2008
    • Trzecie miejsce w hiszpańskiej Vuelcie 2009, starta dystansu do czołówki po defekcie w kluczowym momencie wyścigu
    • Piąte miejsce w Giro d’Italia 2010, mimo wygranego etapu i liderowania przez dwa dni
    • Kontuzja w Tour de France 2010, gdy startował jako mistrz świata i był liderem wyścigu przez jeden dzień

    Ważniejsze wygrane Cadela Evansa:

    • Dwukrotne zwycięstwo w Pucharze Świata MTB (1998, 1999)
    • Dwa drugie miejsca w Tour de France (1997, 1998), mimo jazdy w wyraźnie słabszej niż rywale drużynie
    • Mistrzostwo Świata ze startu wspólnego 2009
    • Walońska Strzała 2010 w koszulce Mistrza Świata
    • Dwie wygrane w Tour de Romandie, wygrana w Tirreno Adriatico
    • Wygrana w Tour de France 2011 okraszona zwycięstwem etapowym

    Poniżej „the best of” medialnych występów Cadela Evansa

  • Koniec Touru Dwóch Prędkości?

    Koniec Touru Dwóch Prędkości?

    Thomas Voeckler przejechał Pireneje w żółtej koszulce. Lider Tour de France puszczony wcześniej w ucieczce na kilka minut utrzymuje przewagę nad faworytami. Co więcej, „dzielny Francuz” nie tylko ostatkiem sił przeczołgał się przez góry. Z wyzywającym wyrazem twarzy i jednoznaczną gestykulacją dał do zrozumienia, że on również jest w grze. Kolarze jadą wolniej, więc większa grupa zawodników ma szansę na zwycięstwo.

    Voeckler był już w podobnej sytuacji. W 2004r po ucieczce w pierwszej fazie wyścigu zdobył pozycję lidera i dzielnie bronił jej do 15. etapu. Wtedy też Wielka Pętla zaczynała przejazd przez góry od Pirenejów i dopiero pierwszego dnia w Alpach oddał maillot jeaune Armstrongowi. Wielce prawdopodobne jest, że przy takiej jeździe, jaką prezentuje w tym momencie, Voeckler utrzyma ją przynajmniej do czwartku i finiszu na legendarnej przełęczy Galibier. Etapy do Gap i Pinerolo, znany z waleczności Francuz byłby w stanie przejechać w pierwszej grupie nawet w latach powszechnego stosowania EPO i dopingu krwi.

    Docieram bowiem do kluczowego momentu. Dlaczego Voeckler z pomocą młodego Pierre’a Rolanda jest w stanie jechać razem ze Schleckiem, Basso, Evansem czy Contadorem. Sprawa dotyczy także, choć nie w tak widoczny sposób Damiano Cunego. Odpowiedź na to pytanie, choć oczywiście tylko w sferze przypuszczeń daje nieoceniony w takich sytuacjach blog The Science of Sport. Otóż od wprowadzenia na przełomie 2007 i 2008 paszportów biologicznych, w zawodowym peletonie drastycznie spadła ilość wyników badań wskazujących na nieprawidłowości sugerujące manipulację krwią. Według pokazanej w tabeli historii owych nieprawidłowości, patrząc na ilość „młodych” krwinek (retikulocytów) można przypuszczać, jaki rodzaj dopingu jest popularny w peletonie.

    I tak do 2003, gdy zaczęto stosować skuteczny test na EPO, nadmierna ilość retikulocytów w testach była powszechna, co sugerowało dostarczenie do organizmu erytropoetyny z zewnątrz. Wraz z wprowadzeniem testów zawodnicy mieli przerzucić się na doping krwi np. w postaci przetaczania tejże, na co wskazuje wyraźnie niedobór nowych krwinek a nadmiar „starych”. Pamiętacie Tour 2003 i fenomenalną jazdę Ullricha? Pamiętacie kto był wtedy jego wyłącznym opiekunem? Rudy Pavenage, który to opiekun i mentor nie tylko wpierał Jana psychicznie, ale też przede wszystkim skontaktował z Eufemiano Fuentesem, antybohaterem „Operacji Puerto”. Rewelacyjnie jadący wtedy Tyler Hamilton a także Alexander Vinokourow w niedługim czasie również wpadli na przetaczaniu krwi.

    Drastyczny spadek nienormalnych wyników nastąpił dopiero w 2008r, gdy wprowadzono paszporty biologiczne. Tamten wyścig, wygrany przez Carlosa Sastre również był dziwny. Komentatorzy prześcigali się wtedy w sugestiach wobec Cadela Evansa, że ten nie jest dość waleczny a jego ataki są niemrawe. Cóż… słyszymy to i w tym roku względem Andy’ego i Franka Schlecków w sytuacji, gdy Evans ma szansę na zwycięstwo. W 2008r Sastre wygrał nie dlatego, że w porywający sposób odjechał rywalom a dlatego, że mająca trzech liderów ekipa Bjarne Riisa zdominowała wyścig i Sastre, jako „Joker” został puszczony przez pozostałych pretendentów na Alpe d’Huez. Owszem, zawodnicy w międzyczasie testowali różne inne substancje, kierując swoją uwagę w stronę zmniejszenia częstotliwości oraz dawek. Stąd Dynepo („EPO II generacji”), według niepotwierdzonych i nieautoryzowanych testów miał je stosować Rasmussen oraz CERA („EPO III generacji”) a także, być może również GW 1516 i AICAR, substancje będące rodzajem dopingu genetycznego.

    W tym roku obserwujemy wzmocnioną powtórkę z 2008r. Faworyci wjeżdżają kluczowe podjazdy o kilka minut wolniej (Luz Ardiden 1,5′ a Plateu de Beille nawet 3′) niż kilka lat temu. Ivan Basso, szczuplejszy i bardziej aktywny niż w latach ubiegłych w swoim stylu nadaje mocne tempo, gdy szosa robi się bardziej stroma. Gdy wygrywał Giro, nie tacy kolarze jak Voeckler odpadali od niego jeden za drugim. Frank Schleck i inni faworyci ruszając w końcówkach do ataku pożerali uciekinierów. Tymczasem Sanchez czy Vanendert zyskawszy niewielką przewagę, jadą do mety zbliżonym tempem co potencjalni liderzy. Na Plateau de Beille to Voeckler, który owszem, poprawił jazdę w górach, ale etapy wygrywał raczej dzięki swej waleczności a nie wybitnym umiejętnościom w tej specjalności kontrował ataki, nadawał tempo i żywo gestykulował. Jakby chciał powiedzieć „Ha, patrzcie, nareszcie przyszedł ten czas. Już nie ma równych i równiejszych”.

    Po aferach Festiny i Cofidisu francuskie kolarstwo może nie popadło w zapaść, ale reprezentanci tego kraju mogli co najwyżej marzyć o wejściu do pierwszej piątki klasyfikacji generalnej. Bardzo restrykcyjne przepisy uniemożliwiały zawodnikom „rozwój”, na jaki mogli pozwolić sobie choćby Hiszpanie. W ich zasięgu znajdowała się ewentualnie koszulka najlepszego górala, myślenie o top5 traktowano w kategorii mrzonki. Jeśli peleton będzie jechał pod górę w tym tempie, Voeckler może zostać pierwszym kolarzem od czasów Virenque’a który w Paryżu stanie na podium. Dla przypomnienia, Virenque największe sukcesy odnosił wówczas, gdy wszyscy także byli równi. To znaczy równo nakoksowani.

    Częściowe (wszak nikt obecnie chyba już nie wierzy, że peleton jest 100% czysty a obecne przepisy po prostu utrudniają i ograniczają możliwość radosnego poprawiania swoich parametrów bez konsekwencji dyscyplinarnych) zrównanie sił może też tłumaczyć nerwowość i kraksy w pierwszym tygodniu touru. Skoro większa liczba zawodników miała szansę na dobry wynik, postanowili z niej skorzystać. Co za tym idzie tłok był większy i zdarzało się więcej wypadków.

    Cała hipoteza może jednak łatwo wziąć w łeb. Alberto Contador wraca do sił. Kolano przestaje go boleć a na akcje rywali zaczyna reagować dynamicznie dochodząc do grupy i bacznie przyglądając się co robią. Choć Pireneje były ciężkie, wyścig rozegra się w Alpach. Podmęczonych rywali i ich drużyny łatwiej będzie rozbić. Contador dobrze czuje się w sytuacji, gdy każdy jedzie na siebie, pokazał to w tegorocznym Giro. Tam wykorzystywał selekcję, którą swoimi atakami robił Joaquim Rodriguez. Kto więc pomoże mu teraz? A jeśli znajdzie się śmiałek, czy Alberto zniszczy rywali dynamitem w nogach (co sugerowałoby najgorsze) czy sprytem i taktyką?

  • Czysty, więc się odczepcie

    Czysty, więc się odczepcie

    Joaquim „Purito” Rodriguez zajął piąte miejsce w przepięknym Giro di Italia. Nie wygrał etapu, nie wszedł na podium. Podobno pojechał słabo. Więc zawiódł. Jego pseudonim co prawda nie wziął się od „czystości” organizmu a od cygara, które wypalił przy swoim dyrektorze sportowym, ale faktycznie próżno szukać „Purito” wśród zamieszanych w afery dopingowe. Może więc warto nieco spuścić z tonu, by potem nie dziwić się, gdy kolejny zawodnik zostanie przyłapany na ordynarnym oszustwie?

    Powiedzmy sobie szczerze, pamiętamy tylko zwycięzców. W przypadku Tour de France jeszcze zawodników z podium. Kto pamięta trzeciego kolarza Vuelty 2009? Giro 2008? Brązowego medalistę biegu na 100m z Igrzysk w Pekinie? (w skokach narciarskich z Salt Lake City pewnie tak, bo był to Adam Małysz, ale to inna historia). Piątą lokatę Rodrigueza z tegorocznego włoskiego touru zapamiętam jednak wyraźne. Dlaczego? Bo wywalczył ją wielkim wysiłkiem i faktycznie wygrał piąte miejsce a nie przegrał drugie (jak Vicenzo Nibali).

    Etap do Sestrierre, ostatni górski sprawdzian tegorocznego Wyścigu Dookoła Włoch został oceniony jako nieciekawy. Scarponi nie pogrążył Nibalego (za to zyskał potrzebną do zapewnienie drugiego miejsca przewagę). Kreuziger pojechał defensywnie i choć rywale zawiedli, nie awansował w klasyfikacji (po prostu osłabł, młodemu kolarzowi pod koniec wielkiego touru może się zdarzyć), ale obronił miejsce w top10 i białą koszulkę Rodriguez? Cóż, Rodriguez zaatakował („no ale tak niemrawo i bez dynamiki”) dzięki czemu awansował z ósmego na piąte miejsce w klasyfikacji generalnej.. Co zrobiło na mnie wrażenie, to niezwykłe poświęcenie, z jakim „Purito” owo piąte miejsce rywalom wydarł. Podczas finałowego podjazdu, gdy kolarz ekipy Katiusza zdobywał sekundy przewagi nad najgroźniejszymi rywalami, realizator sekund zmienił ustawienia dźwięku i można było usłyszeć Hiszpana. Grymas bólu uzupełniany był przez urywane wdechy przechodzące w agonalne rzężenie. Szkoda, że jazdę na absolutnym limicie komentatorzy nazywali pozbawioną dynamiki…

    Czy można było się po nim spodziewać więcej? Chyba nie. Do tej pory, a ma już 31 lat, nie odgrywał kluczowej roli w wielkich tourach. Piąte miejsce w tak trudnym i tak silnie obsadzonym Giro di Italia (na starcie stanęło wielu zwycięzców najważniejszych wyścigów na świecie: Contador jak wiadomo wygrał Tour de France, Giro i Vueltę, Menchov Vueltę i Giro, Sastre cieszył z wygranej Wielkiej Pętli a Nibali we Vuelcie, w Giro triumfowali di Luca i Garzelli. Imprezy z taką obsadą nie było dawno!) to jego największe osiągnięcie, wielokrotnie przewyższające wartością czwartą lokatę z ubiegłorocznej, marniutkiej hiszpańskiej Vuelty.

    Ciśnie się więc na usta wezwanie: chcecie większego spektaklu? Dajcie im EPO. Więcej EPO. Wiadra CERA’y, Kontenery testosteronu i cysterny hormonu wzrostu. Ataki będą soczyste, tempo jazdy zawrotne a ucieczki pełne dynamiki. Zwłaszcza te po dwustu kilometrach i pięciu tysiącach metrów przewyższenia. Bo przecież ci, którzy tegoroczne Giro ukończyli w pierwszej dziesiątce byli bez formy (taka uwaga padła o Denisie Mienszowie podczas tego samego nudnego etapu). Ale potem nie chcę słyszeć słowa krytyki za stosowane przed będących pod presją zawodników praktyki.

    Na koniec przypomnienie pochodzenia pseudonimu tytułowego bohatera. Gdy Joaquim Rodriguez miał 22 lata i zdobywał pierwsze szlify jako zawodowiec w grupie ONCE podczas jednego z treningów zdystansował na podjeździe swoich bardziej utytułowanych kolegów. Czekając na szczycie oparty o rower wykonywał gest, jakby palił cygaro (po hiszpańsku „purito” właśnie). W ramach rewanżu za taką „zniewagę” koledzy zmusili go, by wszedł na kolację paląc cygaro. Ówczesny dyrektor sportowy Rodrigueza, Manolo Saiz był podobno bardzo restrykcyjny jeśli chodzi o przestrzeganie zdrowego trybu życia przez swoich zawodników, ale jego reakcja nie jest znana. „Purito” w każdym razie przeżył konfrontację, ksywka pozostała, za to Saiza w peletonie nie ma.