Kategoria: Recenzje

  • The Norwegian Method

    The Norwegian Method

    Jedną z najważniejszych porad treningowych dla amatorów jest “nie trenuj jak zawodowcy”. Dlatego też mam dla Was recenzję książki “The Norwegian Method”, dzięki której będziecie jak Blummenfelt, Iden i Ingebrigtsen. Od razu jak wszyscy trzej na raz ;).

    A tak naprawdę to nie. Oczywiście. 

    Jeśli interesujecie się treningiem, rozwojem osobistym poprzez sport, poprawą własnych możliwości, wcześniej czy później spotkacie na swojej drodze trend, który ma być receptą na wszystkie wasze problemy. Wyrwie ze stagnacji, zapewni wzrost parametrów wydolnościowych i wyniki na zawodach przy minimalnym nakładzie czasu i środków. I jest oczywiście lepszy niż wszystkie poprzednie. 

    Mam wrażenie, że dyscypliny wytrzymałościowe i tak całkiem dobrze opierają się uleganiu chwilowym modom w porównaniu choćby ze światem szeroko pojętego fitnessu. Mimo to i tak ciągle szukamy drogi na skróty, najchętniej dzięki prostym rozwiązaniom, podszytym jakimś rodzajem magii.

    Ullrich wygrywa jeżdżąc z niską kadencją: wszyscy jeżdżą z niską kadencją. Armstrong rozkręca swój “młynek”? Przepychanie na twardo staje się passe zanim jeszcze Amerykanin dociera do mety na Alpe d’Huez. Froome zakłada owalne zębatki? Pogacar skraca korby? Wiecie co robić, prawda?

    “Metoda Norweska” jest idealnym produktem: ma gwiazdy osiągające wielkie sukcesy, posiada jeden, teoretycznie łatwy do zrozumienia element treningu (“Double Threshold Day”) i jest dodatkowo związana z sentymentem do surowego stylu życia Skandynawów (który kojarzy się ze zdrowiem, ekologią, powrotem do korzeni i charyzmą Travisa Fimmela ;) ). Tyle, że równocześnie “Metoda Norweska” od bycia produktem jest niezmiernie daleko.

    Dziennikarz vs Wikingowie

    Jeśli myślicie, że książka Brada Culpa weźmie was za rękę i na skróty doprowadzi do sukcesu, cóż, będziecie srogo rozczarowani. Pełny tytuł to bowiem “Metoda norweska: kultura, nauka i ludzie stojący za przełomowym podejściem do treningu w sportach wytrzymałościowych”.

    Pochodzący z okolic Chicago Culp sam jest triathlonistą, przede wszystkim jednak dziennikarzem z wieloletnim doświadczeniem. Swoją fascynację sukcesami norweskich sportowców i metodyką ich treningu prezentuje w formie krótkich rozdziałów, w których na przemian nawiązuje do Wikingów, przełomowych momentów w historii Norwegii, zarysowuje kluczowe postaci wpływające na ewolucję tamtejszego systemu szkolenia i wreszcie sam spotyka się z Blummenfeltem i trenuje z nim w Bergen. A także streszcza zasady treningu opartego o pomiar mleczanu, pomiar temperatury ciała, przygotowania na wysokości i dni z dwoma ćwiczeniami o intensywności okołoprogowej. 

    Cierpliwość, nie magia

    Tyle tylko, że najbardziej oczekiwane przez odbiorcę “mięso” dostajemy na końcu w stosunkowo niewielkiej objętości. Zanim dojdziemy do clou, zapoznajemy się z niezbędnym kontekstem. A kontekst w tym przypadku jest wszystkim i bez niego nie ma się co zabierać za próbę imitowania treningu norweskich mistrzów.

    Norwegia nie jest jedynym na świecie małym, zamożnym krajem, który osiąga sukcesy w sporcie. Bezpieczeństwo socjalne, tradycja i przywiązanie do spędzania czasu na zewnątrz i kontaktu z przyrodą czy dający przestrzeń do samorealizacji system edukacji to tylko niektóre składowe tej układanki. 

    I z całym szacunkiem dla osiągnięć naukowych Mariusa Bakkena czy medialnego i komercyjnego rozgłosu wokół Blummenfelta i Ingebrigtsenów, Brad Culp całkiem skutecznie przekonał mnie, że ich osiągnięcia są bezpośrednio powiązane z tym, skąd pochodzą. A w norweskiej metodzie nie ma za wiele magii: jest za to konsekwencja, cierpliwość i precyzja. 

    “The Norwegian Method”

    216 stron
    Brad Culp
    80/20 Publishing

    Książkę kupiłem w grudniu 2024 za 77PLN na Amazonie. 

    PS

    By spiąć ten materiał właściwą klamrą sam kupiłem “The Norwegian Method” by poznać bliżej koncepcję treningu z użyciem miernika mleczanu, którą od niedawna stosuję i lepiej zrozumieć ideę “double threshold days” a nie historię Wikingów czy norweskiego stylu życia. Czyli, tak jak wszyscy szukałem kolejnej recepty na wszystko. Natomiast realnie zacząłem rozważać zmianę metodologii z dość restrykcyjnie stosowanej “80/20” na “norweską” kilka miesięcy wcześniej. Choć teoretycznie nie jest to najlepszy pomysł dla sportowca niezawodowego, eksperyment ten traktuję właśnie jako element samorozwoju. Spośród różnych książek o treningu kolarskim czy też ogólnie o treningu w sportach wytrzymałościowych “The Norwegian Method” jest w najmniejszym stopniu poradnikiem natomiast w większym inspiracją. Ostatecznie napisał ją dziennikarz a nie naukowiec, co w sumie jest jej zaletą.

    Dla chcących rozszerzyć temat polecam trzy materiały uzupełniające:

    Rozmowę z autorem, Bradem Culpem na podcaście “The Coaching Lab”. 

    Rozmowę ekipy Fast Talk z Dr Stephenem Seilerem, guru “treningu spolaryzowanego”. 

    Wideo z Blummenfeltem i Idenem, ikonami “treningu po norwesku”, którzy podsumowują swój sezon 2024. Który był dla nich co do zasady porażką.

  • Biniam Girmay. Geniusz Kolarstwa.

    Biniam Girmay. Geniusz Kolarstwa.

    Biniam Girmay wygrał trzy etapy Tour de France 2024 i zwyciężył w klasyfikacji punktowej. W niespełna godzinnym dokumencie udostępnionym przez Arte możemy obejrzeć archiwalne materiały z początków jego kariery.

    Zwiastun filmu Lievena Corthoutsa

    Aby nie pozostawiać żadnych wątpliwości: “Biniam Girmay. Geniusz Kolarstwa” (oryginalny tytuł „This Is My Moment. Veni, Vidi, Bini”) to propozycja dla zaangażowanych fanów kolarstwa, którzy szukają unikatowych treści. Udostępnia wiele niepublikowanych wcześniej materiałów, zarówno nagranych na potrzeby tego filmu jak i pochodzących z prywatnego archiwum zawodnika. 

    Wartość poznawczą ma więc sporą, tym bardziej, że twórcy pokazują same początki kariery erytrejskiego kolarza. Te zanim stał się sławny dzięki imponującym sprintowi na mistrzostwach świata w 2021, wygrał Gandawa – Wevelgem i etap Giro 2022 i wreszcie pokonał Jaspera Phllipsena podczas Tour de France 2024. 

    Mamy nieco ujęć z wyścigów w jego rodzinnej Asmarze, relacji rodzinnych czy początków związku z żoną Saliem. 

    Do tego należy dodać początki europejskiej kariery w centrum kolarstwa w Aigle oraz pierwszy kontrakt z grupą Delko, która zakończyła działalność w czasie pandemii. 

    Film to kronika życia Girmaya i trzeba przyznać, że twórca miał sporo szczęścia i wyczucia, że trafił na taki diament. Zawodnik jest bowiem nie tylko wybitnym kolarzem, ale, mimo iż angielski nie jest jego pierwszym językiem, przekazuje kilka znakomitych obserwacji na temat profesjonalnego sportu rowerowego. Fakt, że Lieven Corthouts poświęcił sześć lat na to, by podążać z kamerą za – początkowo anonimowym – erytrejskim sportowcem jest sam w sobie wyjątkowy. Zgodnie z notką prasową reżyser w procesie powstawania filmu zaprzyjaźnił się z Girmayem a ze względu na to, że spora część materiału to de facto vlogi samego zawodnika, należy go uznać za równoważnego współtwórcę.

    Krótko mówiąc, jeśli szukacie kolarskich treści „dla koneserów”, to zdecydowanie polecam. 

    Cały film „Biniam Girmay. Kolarski Geniusz” osadzony z kanału Arte Dokumenty

    Biniam Girmay. Geniusz Kolarstwa.
    reż. Lieven Corthouts
    52′
    Belgia, 2024


    Film obejrzałem w lipcu 2024 na kanale youtube “Arte Dokumenty”. Będzie tam dostępny bez opłat do 20.08.2024, podobnie jak na platformie streamingowej Arte

    Strona filmu: https://www.thisismymomentdocumentary.com/

  • Challengers

    Challengers

    Luca Guadagnino, włoski prowokator a zarazem ulubieniec światowej krytyki swoim “Challengers” z Zendayą w roli głównej nobilituje kino sportowe. 

    Jestem fanem filmów sportowych. Jestem fanem Luki Guadagnino. Jestem fanem Zendayi. Co mogło więc pójść źle? Spoiler alert: wszystko poszło dobrze. 

    “Challengers” to (gra słów zamierzona) trójkąt kina sportowego, artystycznego i romansu. Niegłupie kino rozrywkowe z autorskim sznytem twórcy, który nie stroni od homoerotycznych motywów i wizualnych eksperymentów. 

    W skrócie: Tashi Duncan (Zendaya) to utalentowana tenisistka, która niedługo przed rozpoczęciem kariery zawodowej doznaje kontuzji wykluczającej ją z profesjonalnego uprawania sportu. Pozostaje jednak przy dyscyplinie, która jest dla niej więcej niż sportem, pasją czy pomysłem na karierę. Tenis to jej życie. Wiąże się więc na dobre i na złe: jako trenerka i żona z Artem (Mike Faist): jednym z pary przyjaciół, z którymi romansowała jako nastolatka. 

    Przez serię retrospekcji obserwujemy historię relacji między Tashi, Artem, Patrickiem (Josh O’Connor) a tenisem. Wyczynowy sport jest tu kontekstem, katalizatorem, początkiem i końcem całej tej, banalnej w sumie, opowieści.

    Każdy ma tu jakąś agendę, swoje niedokończone interesy: z przyjacielem, kochankiem czy pozycją w rankingu. Trzeba wiele energii i koncentracji do walki o wielkiego szlema, zarobienie na rachunki grając w podrzędnych turniejach czy udowodnienie światu, że choć los złamał karierę, nie złamał ducha. A mimo to bohaterowie dodatkowo wikłają się w emocjonalne gierki, jakby mało im było ekscytacji związanej z życiem mniej lub bardziej profesjonalnych graczy. 

    Czy postaci da się lubić? Nie. Czy są one perfekcyjnie napisane? Cóż, też nie. Czy ich historia jest w jakiś sposób wyjątkowa? Raczej nie odbiega od pewnej celebryckiej średniej.

    Dramaty są wielkie, wzruszenia głębokie, kariery większe niż życie a upadki bolesne. Brzmi jak kicz? Troszkę. 

    Ale jak to się ogląda! Montaż, soundtrack (hipnotyzująca ścieżka Trenta Reznora i Atticusa Rossa), innowacyjne ujęcia podczas decydującego o losach bohaterów meczu, nawiązania do kina artystycznego, kina akcji, ale też do anime, trochę czarnego humoru i sporo erotycznego napięcia. 

    Guadagnino inspiruje się kinem gatunkowym (filmy sportowe to, jakby na to nie patrzeć często produkcje “klasy B”), eksploatuje je do granic możliwości i przetwarza w swój autorski sposób. Europejski mistrz arthouse’u pokazuje więc, że kino sportowe może być i świetną rozrywką i propozycją dla koneserów. Czapki z głów. 

    Challengers (2024)
    reż. Luca Guadagnino
    2h11’

    Film obejrzałem w kwietniu 2024 w krakowskim Kinie pod Baranami.

  • Tour de France: Unchained. (W sercu peletonu).

    Tour de France: Unchained. (W sercu peletonu).

    Zapowiadany jako jedno z ważniejszych wydarzeń medialno-marketingowych dla wyczynowego kolarstwa serial Netflixa robi dobrą robotę dla sportu rowerowego, ale pozostaje typowym produktem streamingowego giganta. 

    Zwiastun „Tour de France: Unchained” (polski tytuł: W sercu peletonu”)

    Ośmioodcinkowy serial hitowego “F1: Drive to survive” podąża za kilkoma drużynami i zawodnikami startującymi w “Wielkiej Pętli” 2022. Każdy epizod ma zbliżoną strukturę: opowiada historię jednego lub dwóch protagonistów: przez krótki zarys postaci, jakiś rodzaj wyzwania, z którym się mierzy i dążenie do wyznaczonego celu w czasie zeszłorocznego wyścigu. 

    Najwięcej czasu spędzamy z ekipami Jumbo – Visma, Alpecin – Fenix, Quick Step – Alpha Vinyl i Groupama FDJ oraz Ineos Grenadiers. Nieco mniej z Bora Hansgrohe, Ag2r Citroen oraz EF – Easy post, za to jej manager, Jonathan Vaughters jest jednym z głównych ekspertów serialu obok Davida Millara, Orli Chennaoui i Steve’a Chainel. 

    Co istotne, na współpracę z Netflixem nie zdecydowała się drużyna UAE Team Emirates.

    Ze względu na koncepcję serialu, nie podążamy linearnie za przebiegiem wyścigu, za to śledzimy losy wybranych przez producentów bohaterów. 

    Prawdopodobnie na potrzeby widowni spoza kolarskiego światka, każdej ekipie i zawodnikowi nadano zestaw łatwych do dopasowania i skojarzenia cech. EF to outsiderzy, Alpecin debiutanci, Ineos bogaci dominatorzy a Jumbo pretendenci do tytułu. Vingegaard jest niepewny siebie i rośnie na mistrza w trakcie touru, Philipsen to uroczy fajtłapa, który w końcu osiąga sukces, Thomas to weteran a Gaudu i jego szef Madiot szukający sposobu na zdobycie podium francuscy intelektualiści. Co ciekawe, rolę czarnego charakteru i naczelnego egoisty przypisano Van Aertowi. 

    To wszystko ma jakieś uzasadnienie narracyjne, jednak poczucie dopasowania realnych wydarzeń do wcześniej napisanego scenariusza jest nieco uwierające. 

    A szkoda, bo Tour de France 2022 był niemal jednogłośnie oceniany przez kibiców i ekspertów jako jeden z najlepszych w ostatnich latach. Producenci dostali do adaptacji wybitny materiał źródłowy, z którego wykroili typowy dla Netflixa, przeciętny produkt rozrywkowy. 

    Owszem, ogląda się to dobrze. Mamy sporo ujęć nagranych specjalnie na potrzeby serialu, zmontowanych z fragmentami relacji telewizyjnej oraz “onboardów”. Jest dynamicznie i emocjonująco. Czterdziestominutowy format sprawdza się znakomicie, zwłaszcza w porównaniu z wielogodzinnymi relacjami z Tour de France, w czasie których peleton, cóż, po prostu przemieszcza się na tle przyrody i architektury.

    Tymczasem w serialu dostajemy samo kolarskie “mięso”, bez dłużyzn i nudy. 

    Tyle tylko, że w takiej formie można przedstawić każdy wielki tour, bez względu na to, co na nim się wydarzyło. Jestem sobie w stanie wyobrazić produkcję na tym samym poziomie opisującą powszechnie uznawane za nudne (czy też, używając eufemizmu, “dla koneserów”) tegoroczne Giro:

    walkę Pinota o etap, ucieczki Dereka Gee, dosłowne i metaforyczne upadki oraz powroty Roglica, zdziesiątkowaną drużynę Quick Stepu radzącą sobie po wycofaniu Evenepoela, wielki come back Cavendisha oraz walkę peletonu z wrogimi żywiołami. I już, mamy kolejny sezon serialu. Taka prawda ekranu.

    Co więcej, przywiązanie do scenariusza i brak współpracy z UAE zaowocowały pominięciem ikonicznego momentu po upadku Pogacara w Pirenejach, gdy Vingegaard najpierw na niego poczekał, następnie panowie podali sobie ręce by przystąpić do kontynuowania morderczej rywalizacji. Nie ma też zbyt wiele o szarżach Pogacara w pierwszej części wyścigu. Choć bohaterami są kolarze EF, zabrakło miejsca dla jednego z bohaterów Touru, czyli Magnusa Corta Nielsena. Jak w każdym wielkim tourze, narracji jest bez liku i mam wrażenie, że producenci nie zareagowali właściwie na toczący się na żywo spektakl, podążając tylko za tymi, które zaplanowali sobie wcześniej. 

    W „TdF: Unchained” pokazano tylko poślizg Vingegaarda. Zabrakło upadku Pogacara, gestu fair play i ikonicznego uścisku rąk.


    Do tego, jak to na platformach streamingowych, dostajemy niechlujnie przygotowane napisy z licznymi błędami, nieścisłościami czy też niezręcznościami. Fanów kolarstwa rażą a mniej zorientowanych widzów mogą wprowadzać w konfuzję.

    Krótko mówiąc “Tour de France: Unchained” to fajna produkcja, którą można sobie puścić do obiadu. Dla fanów kolarstwa zdecydowanie ciekawszy będzie “Najmniej spodziewany dzień”, czyli dokument o ekipie Movistaru, dostępny na tej samej platformie. 

    Casualowych subskrybentów Netflixa serial o Wielkiej Pętli być może wprowadzi w świat zawodowego kolarstwa i zachęci do śledzenia tegorocznej edycji wyścigu. Sądząc jednak po tym, że recenzji poza mediami kolarskimi jest jak na lekarstwo a w Polsce serial nie wbił się do top 10 najpopularniejszych nowości, póki co nie odniósł sukcesu. 

    “Tour de France: Unchained” (“W sercu peletonu”)


    Netfix 2023

    8 odcinków po 40 minut

    Parę ciekawostek na koniec

    • Jonathan Vaughters kilka lat temu próbował pozyskać Netflixa jako sponsora dla swojego teamu. Nie udało mu się to, ale być może zasiał w ten sposób ziarno, które zaowocowało powstaniem “TDF Unchained”
    • Ekipa Jumbo – Visma, która dostała bardzo obszerną ekspozycję w serialu boryka się z problemami finansowymi. Sieć supermarketów Jumbo wkrótce kończy współpracę, jeden ze współmecenasów zalega z wypłatami. Czy zatem serial Netflixa pojawił się w odpowiednim momencie pomoże topowej ekipie pozyskać komercyjne wsparcie? 
    • Patrick Lefevere znany z kontrowersyjnych wypowiedzi przedstawiony jest jako opanowany i sympatyczny starszy pan
    • Zaprezentowanie Wouta van Aerta jako antagonisty serii spotkało się z niezrozumieniem samego zainteresowanego i sporej części środowiska kolarskiego
    • Na chwilę obecną produkcja drugiego sezonu wciąż nie jest potwierdzona
  • Jan Ullrich: The Best There Never Was. Historia bez happy endu.

    Jan Ullrich: The Best There Never Was. Historia bez happy endu.

    Daniel Friebe pisał biografię Jana Ullricha siedem lat. Czyli tyle, ile trwała nieprzerwana i wykreślona z kart historii seria zwycięstw w Tour de France nemezis niemieckiego kolarza – Lance’a Armstronga.

    Friebe to doświadczony i zasłużony dla kolarstwa autor. Wieloletni współpracownik magazynu Pro Cycling, który kilka lat temu zmierzył się z największym wyzwaniem dla biografa gwiazd peletonu. Jego “Kanibal” opisujący nie tyle samego Eddy’ego Merckxa co jego wpływ na sport rowerowy to dobry kontekst dla portretu Jana Ullricha. 

    “The Best There Never Was” skonstruowana jest bowiem w podobny sposób. Friebe rozmawiając ze współpracownikami, przyjaciółmi czy rywalami zwycięzcy Tour de France 2007 prowadzi nas przez mroczne czasy wyczynowego kolarstwa. Erę enerdowskiej szkoły sportu, “tour wstydu” z 1998r, “Operation Puerto”, aferę “konwoju reńskiego” na tle finansowego i marketingowego sukcesu niemieckiego giganta telekomunikacyjnego Telekom/T-Mobile. 

    To druga książka o Ullrichu, którą przeczytałem, po wydanej u nas w 2005r przez wydawnictwo Bukrower “Wszystko albo nic”. Choć ta była poniekąd hagiografią spisaną przez zdyskredytowanego klakiera ekipy Telekomu, Hagena Boßdorfa, Friebe, słowami swoich interlokutorów, potwierdza zawartą w niej opinię o naszym bohaterze. 

    Jan Ullrich to po pierwsze miły gość, być może zbyt miły i zbyt wrażliwy jak na realia nie tylko zawodowego sportu, ale też agresywnej polityki ciągłego wzrostu forsowanej przez media i reklamodawców. Po drugie, wiele wskazuje na to, że połączenie trudnego dzieciństwa, wychowania w NRD, adaptacji do transformacji ustrojowej, presji związanej z osiągniętym w młodym wieku sukcesie i uczestnictwa w dopingowym procederze nie tylko utrudniło mu zrealizowanie sportowego potencjału, ale przede wszystkim przyczyniło się do poważnych problemów osobistych. 

    Epizody depresyjne, używki, zaburzenia odżywiania, kłopoty z relacjami spowodowały, że niemiecki sportowiec kilkukrotnie musiał być ratowany przez tych, którym z różnych powodów na nim zależało. 

    Dawni rywale: Jan Ullrich, Lance Armstrong, George Hincapie i Johan Bruyneel na Majorce jesienią 2021.

    Prawdopodobnie właśnie ze względu na trudną i delikatną sytuację w której obecnie znajduje się Ullrich, po raz kolejny dochodząc do zdrowia i szukając swojego miejsca na świecie, Friebe nie postawił w swojej książce bolesnej kropki nad “i”.

    Spora część tej opowieści to historyczne, reporterskie czy nawet śledcze tło związane z dopingowym otoczeniem, w którym przebiegała cała kariera Jana Ullricha. 

    Wiele stron, powiedziałbym, że przynajmniej ⅓ “The Best There Never Was” dotyczy bowiem dopingu w NRD, systemu stworzonemu na klinice uniwersytetu we Fryburgu, Michele Ferrariego, Luigi Cecchiniego i wreszcie Eufemiano Fuentesa. 

    A także, co ważne, milionów Euro, które w międzyczasie niemiecki Telekom wydał najpierw na wygranie Tour de France z Riisem i Ullrichem a następnie próbę zrzucenia z żółtego tronu Armstronga. 

    Ideą Daniela Friebe jest potraktowanie protagonisty z wrażliwością i godnością. Choć portret osobowości kolarza faktycznie wskazuje na jego pewną bezwolność, fakt, że cała historia kolarstwa lat dziewięćdziesiątych i wczesnych dwutysięcznych płynie obok niego a nie z jego udziałem jest poniekąd intrygujący. 

    Czy faktycznie było tak, że w czasie gdy Armstrong, Bruyneel i Ferrari budowali swoje dopingowe imperium, Ullrich skupiał się na powracających każdej zimy problemach z wagą (pojawiają się m.in. prawdopodobne sugestie o zaburzeniach odżywiania), poszukiwaniu miłości a także projektowaniu postaci ojca na kolejnych mentorów i robił tylko to, do czego zmuszały go okoliczności, Friebe pozostawia bez odpowiedzi. 

    “The Best There Never Was” to zatem pewien suplement do wspomnień Tylera Hamiltona, Thomasa Dekkera, Jonathana Vaugtersa, biografii Marco Pantaniego  i innych historii z “ery epo”. Największą wartością dodaną jest nie tyle poprowadzenie nas przez kolejne wzloty i upadki tytułowego bohatera, Jana Ullricha, co nakreślenie kontekstu finansowo-marketingowego zawodowego kolarstwa przełomu wieków. 

    Dla fanów sportu rowerowego, szczególnie w okresie wokół Tour de France, to ciekawa, choć długa (prawie 500 stron) lektura. Dla tych, którzy chcą poznać główne kwestie związane z samych Ullrichem, polecam podcast, w którym autor opowiada o większość najważniejszych spraw dotyczących “Kaisera” czy, jak wolicie “Hijo de Rudicio”.

    Jan Ullrich: The Best There Never Was.
    Pan Macmillan, 2022

    Wydanie elektroniczne kupiłem na Amazonie w czerwcu 2022 za $22,04

  • Sweat

    Sweat

    “Sweat” Magnusa von Horna to kilka zaskakująco celnych obserwacji dotyczących życia fitnessowych influencerów. To także kolejny przykład niezłego filmu, który wykorzystuje sport do skomentowania otaczającej nas rzeczywistości. 

    Sylwia, główna bohaterka grana przez Magdalenę Koleśnik, to aspirująca influencerka w branży fitness. Z sześciuset tysiącami followersów w mediach społecznościowych jest nieco mniej znana niż Ewa Chodakowska czy Anna Lewandowska. Kamieniem milowym w jej karierze ma być wizyta w “Dzień Dobry TVN”. 

    Zanim to się jednak wydarzy, przeżyjemy z nią kilka dość intensywnych dni. Sylwia będzie zmagała się ze stalkerem, skonfrontuje swój sukces zawodowy z rzeczywistością podczas tradycyjnego, rodzinnego spotkania a sławę i priorytety prowadzącej zdrowy tryb życia gwiazdy z problemami dawno niewidzianej koleżanki ze szkoły. 

    Równocześnie poprowadzi event w galerii handlowej, nagra kilka motywacyjnych instastories, wypije smoothie i zamieści parę obowiązkowych materiałów “we współpracy”.

    Zderzenie social medialnej kreacji z “prawdziwym życiem” zarysowano wyraźnie, tak jak daleko jest jaskrawemu różowi legginsów do burości mieszkania w bloku a zimnemu narcyzmowi głównej bohaterki do jej głęboko skrywanej wrażliwości.

    Plakat filmu "Sweat"

    Wydawałoby się, że to banał i oczywistość, ale, cóż, taki już urok małych, kameralnych filmów. Sprawna realizacja, dobre zdjęcia i przyzwoite aktorstwo sprawiają, że “Sweat” ogląda się równie dobrze co “Córkę trenera”. 

    Wygląda więc na to, że życie sportowca jest tym elementem polskiego kina, który sprawdza się jako temat opowieści o współczesnym życiu (w miarę) młodych ludzi. 

    Być może to efekt zmiany, którą widać niemal na każdym kroku. Wszak aktywność fizyczna wpisała się na stałe w nasz krajobraz. Z przyjemnością obserwuję więc jej obecność również w produkowanych obecnie filmach. 

    Co więcej, tych, które ogląda się nie tylko bez poczucia zażenowania, ale wręcz z pewną przyjemnością czy satysfakcją. 

    “Sweat”
    Reż. Magnus von Horn
    Polska/Szwecja 2020
    105’

    Film w styczniu 2022 obejrzałem na VOD e-kinopodbaranami.pl

  • Bikes vs Cars

    Bikes vs Cars

    Dokument z 2015r pokazuje jak światowe aglomeracje radzą sobie z zanieczyszczeniem powietrza, korkami i wypadkami w ruchu drogowym. Odpowiedzią na te problemy ma być (oczywiście) rower.

    Zwiastun filmu „Bikes vs Cars”, reż. Fredrik Gertten

    Fredrik Gertten jest szwedzkim reżyserem, producentem i dziennikarzem, w swojej karierze skupiającym się głównie na kwestiach społecznych. 

    W “Bikes vs Cars” opowiada przede wszystkim o dwóch wielkich aglomeracjach: Los Angeles i São Paulo. Pokazuje, jak zaburzona równowaga i preferencje, które w procesie rozwoju tych miast dostali kierowcy samochodów, doprowadziły do licznych problemów, zagrożeń i absurdów. 

    Możemy więc zobaczyć, że “samochodoza” trawi w równym stopniu zarówno tę najbardziej rozwiniętą jak i dopiero rozwijającą się część świata. Dla kontrastu dostajemy obrazki z Kopenhagi, która z kolei przedstawiana jest jako rodzaj ziemi obiecanej, gdzie stroną “poszkodowaną” są kierowcy.

    Śledząc losy aktywistów z LA i São Paulo obserwujemy, że mimo oporu ze strony konserwatywnych władz czy wpływów koncernów naftowych oraz przemysłu samochodowego zmiana jest możliwa. 

    Jej celem nie jest jednak udowodnienie swoich racji czy poglądów politycznych a coś tak oczywistego jak poprawa jakości życia. 

    Zniszczenia w sferze społecznej, kulturowej i zdrowotnej, jakie niesie ze sobą niezrównoważony rozwój miast, są bowiem poważne i trudne do odwrócenia. 

    Z tego powodu to ważny film również z naszej perspektywy. Choć “Bikes vs Cars” to film z 2015r, bardzo łatwo znaleźć w nim analogie do sytuacji, w której obecnie znajdują się polskie samorządy, zarówno te większe jak i mniejsze. 

    Będąc wciąż na dorobku i mając przed sobą sporo inwestycji, możemy wybierać, czy nasze miasta mają być betonowymi monstrami, czy przyjaznymi dla ludzi miejscami do życia.

    Wbrew tytułowi to nie jest film o sporze rowerzystów z kierowcami, tylko o odzyskiwaniu miast dla ludzi. Dla nas. 

    Film w grudniu 2021 obejrzałem na Netflixie.

    Bikes vs Cars
    Reż. Fredrik Gertten
    Szwecja, 2015
    87’

  • Cały sezon z AiTrainer

    Cały sezon z AiTrainer

    W sezonie 2021 trenowałem pod wirtualnym okiem algorytmów aplikacji AiTrainer. Realizacja planów treningowych układanych przez “wirtualnego” doradcę była ciekawym doświadczeniem i dała całkiem niezłe efekty.

    Dobry czas na eksperymenty

    Ten rok był dla mnie ostatnim w kategorii “Masters I” (czy też, według popularnej nomenklatury maratonowej, “M3”), zatem wczesną wiosną stwierdziłem, że to dobry czas na eksperymenty. 

    Gdy Dawid Markiel z Inpeaka i AiTrainer zaproponował mi przetestowanie nowej platformy treningowej nie zastanawiałem się więc długo. 

    Przez siedem miesięcy realizowałem plany serwowane przez algorytmy aplikacji. W tym czasie przejechałem 7000km co zajęło mi 340 godzin. 

    Ponieważ większość moich startów to były wyścigi cross country, to całkiem normalne, że kilometry “uciekały”, zwłaszcza w weekendy. W przypadku regularnych startów w maratonach lub na szosie, dystans zbliżyłby się zapewne do 10000km. 

    Wziąłem udział w sumie w 18 wyścigach: 14 cross country i 4 maratonach. 

    Co najważniejsze, większość z nich przejechałem z dobrym samopoczuciem a cały sezon zakończyłem bez poczucia “pustki w baku”, co jest jedną z największych zalet treningu z AiTrainer. Ale o tym za chwilę :)

    Śródsezonowy rebranding 

    W wiosennym wprowadzeniu do tego testu aplikacja nazywała się jeszcze “Inpeak Trainer”. Jest ona bowiem pomysłem i produktem ekipy, która z powodzeniem wprowadziła na rynek znany i lubiany miernik mocy.

    By skutecznie korzystać z platformy treningowej miernik mocy jest oczywiście mile widziany, ale po pierwsze nie musi być to być akurat Inpeak, po drugie trening dla bardziej początkujących może być też układany w oparciu o samo tętno. 

    Ponieważ główną wartością, która przekłada się na działanie całej aplikacji są algorytmy sztucznej inteligencji, rebranding na “AiTrainer” był więc jak najbardziej uzasadniony.

    Tak jak wspomniałem, aplikacja obsługuje różne poziomy zaawansowania i doświadczenia użytkowników. Od niego zależne są obciążenia, które na początku będzie serwowała aplikacja.

    Ze swoimi wieloma sezonami spędzonymi na rowerze, VO2Max na poziomie 69 i wygospodarowanym czasem na trening ścieżka, którą wybrałem to było “mtb, 5 dni w tygodniu, 11h”, czyli maksimum, oferowane przez platformę. 

    Życie codzienne z AiTrainer

    Aplikacja planuje treningi na dwa tygodnie do przodu. Po wykonaniu zadanego ćwiczenia należy ręcznie zapisać feedback dotyczący jego wykonania lub nie a także zaznaczyć samopoczucie na pięciostopniowej skali: od bardzo łatwego z chęcią trenowania więcej i mocniej do bardzo trudnego skutkującego niewykonaniem ćwiczenia. Oprócz tego (a może przede wszystkim), “w tle” algorytm analizuje zapisane parametry: tętno oraz moc i na tej podstawie planuje kolejne ćwiczenia. Dla ułatwienia sprawy każdego dnia ocenia realizację zadania w czterostopniowej skali: od wykonanego bardzo dobrze do niewykonanego a efekt oznaczony jest kolorem.

    Na co dzień korzystam z licznika Garmin Edge 530. AiTrainer bez problemu synchronizuje się z Garmin Connect, który wysyła ćwiczenie na urządzenie. Sam trening można więc wykonywać w oparciu o wskazania komputera, nie zaprzątając sobie głowy pozostającymi do przejechania powtórzeniami czy wartościami mocy, tylko skupić się na tym, co jest do zrobienia w danej chwili. 

    Po wiosennej przerwie od wyścigów związanej z lockdownem i odwołaniem kolejnych imprez kalendarz zawodów zaczął się zapełniać zacząłem dodawać wyścigi do swojego kalendarza. 

    AiTrainer pozwala nadawać zawodom priorytet: niski, średni lub wysoki.

    Gdy tylko sezon startowy ruszył, weekendów bez ścigania miałem zaledwie kilka. Ponieważ utrzymanie dyspozycji przy takim układzie kalendarza zawsze było dla mnie pewnym problemem, z zaciekawieniem czekałem, jak aplikacja poradzi sobie z tym wyzwaniem. 

    Wygląda na to, że zrobiła to całkiem nieźle. Przez cały sezon wykonałem wszystkie zaplanowane przez algorytm ćwiczenia. Zdecydowana większość została przez aplikację oceniona jako “bardzo dobrze”, zaledwie kilka jako “dobrze”.

    AiTrainer przeprowadził mnie więc przez ten bardzo intensywny czas bez większych problemów dbając o to, by nie pojawiło się uczucie zmęczenia, znużenia czy wypalenia. W przeciwieństwie do gotowych planów treningowych czy “rozpisek” układanych przez trenerów, z których korzystałem w przeszłości, w zasadzie każdego dnia byłem gotowy do wykonania zadanego planu.

    Efekty, czyli co z tego wynikło

    Najlepszą rekomendacją byłoby zapewne po prostu napisać: w sezonie 2021 wystartowałem w tylu i tylu wyścigach, z których tyle wygrałem. 

    Cóż, to się nie udało, ale ten, kto doświadczył, na czym polega sport wie też, że każdy sezon jest inny i różnie się układa. 

    Po zdjęciu lockdownu na pierwszych wyścigach panowała spora nerwowość, która mnie również się udzieliła. Popełniałem więc sporo błędów: uczestniczyłem w kraksach, łapałem defekty, niepotrzebnie traciłem czas. 

    Kilka startów, podczas których czułem się naprawdę świetnie kończyło się więc niepotrzebną szarpaniną i gonitwą zamiast walką o wynik. Zabrakło mi więc nieco wejścia w wyścigowy rytm i bezpośredniej rywalizacji, co poniekąd odbiło się na dalszej części sezonu. 

    Na mistrzostwach Polski XC w Boguszowie-Gorcach również nie obyło się bez błędu, który zaowocował bolesnym upadkiem na tamtejszym rocgardenie. Z perspektywy czasu bardzo tego żałuję, ponieważ nie zweryfikowałem w ten sposób przygotowania przez AiTrainer do wyścigu o “wysokim” priorytecie. 

    Wszystko wyglądało jednak całkiem dobrze. Jeśli śledzicie wskazania swojego Garmina, dla porównania był to jedyny start w sezonie, przed którym na rozgrzewce “Performance Condition” wskazywało +7 (zazwyczaj było to w okolicach +1).

    Z kolei start w Mistrzostwach Polski w maratonie był próbą nieco szaloną, ponieważ przez ponad kwartał nie startowałem w żadnym wyścigu długodystansowym. Jeden start testowy tydzień wcześniej to było dla mnie za mało na adaptację, w związku z tym w Srebrnej Górze zaliczyłem spektaktularną bombę. Natomiast już osiem dni później, w Krynicy, w ekstremalnie trudnych warunkach pogodowych przez trzy i pół godziny w deszczu i błocie utrzymywałem do samego końca moc, która skutkowałaby godnym ukończeniem Mistrzostw Polski. 

    Co ważne, choć do początku października startowałem co tydzień, podczas kolejnych wyścigów nie notowałem spadków mocy, zarówno na podjazdach różnej długości jak i mocy średniej czy znormalizowanej z całych zawodów.

    W porównaniu z poprzednimi sezonami osiągnąłem porównywalny poziom wytrenowania (FTP na poziomie 4,6-4,7W/kg), natomiast po pierwsze, okupione to było mniejszym wysiłkiem, a co być może ważniejsze zajęło 10-12% mniej czasu niż zazwyczaj. Uniknąłem również typowego dla siebie załamania dyspozycji w lipcu a formę utrzymałem od pierwszego do ostatniego startu.

    Zazwyczaj utrzymywałem stratę do zwycięzcy na poziomie 10%. Najlepszym miejscem na zawodach Pucharu Polski w kategorii Masters I było szóste na mocno obsadzonej imprezie na warszawskiej Kazurze. Z kolei na maratonach serii “Dare to be” zajmowałem miejsca w top5 open, raz wygrywając i raz stając na trzecim stopniu podium w kategorii wiekowej. W lokalnych zawodach cross country regularnie dojeżdżałem do mety w top5. 

    Obietnica złożona przez autorów aplikacji została więc spełniona. 

    Jak korzystać z AiTrainer, czyli kilka praktycznych porad

    AiTrainer jest ciekawą alternatywą zarówno dla gotowych planów treningowych jak i dla współpracy z “żywym trenerem”.

    W stosunku do tych pierwszych jest bardziej elastyczna, dostosowuje się do postępów zawodnika, bierze pod uwagę jego zmęczenie i reakcję na zadawane bodźce. W porównaniu z planami pisanymi przez trenera jest z kolei bardziej obiektywna. Algorytm to algorytm, po prostu analizuje dane. Nie występuje więc w jego wypadku konflikt interesów, każdy klient traktowany jest tak samo. 

    Z drugiej strony AiTrainer skupia się wyłącznie na fizycznej stronie przygotowania zawodnika do sezonu. Choć mam mierniki mocy zarówno w rowerze szosowym jak w i górskim, wygospodarowanie miejsca na trening techniki jazdy nie było takie proste. 

    W razie wątpliwości związanych z realizacją planu, w ramach platformy istnieje możliwość konsultacji z opiekunem, jednym z doświadczonych trenerów i zawodników współpracujących z AiTrainer. Realnie nie miałem takich potrzeb, bardziej testowo zadałem krótkie pytania i szybko dostałem na nie odpowiedź. Bardziej dociekliwi użytkownicy mogą jednak pytać o kwestie treningowe czy okołotreningowe a nie tylko o detale planu serwowanego przez aplikację.

    Ponieważ właściwie każde ćwiczenie zaplanowane przez aplikację jest mocno ustrukturyzowane, główny wysiłek, poza oczywiście wykonaniem treningu, wiąże się z odpowiednim zaplanowaniem trasy. 

    Po kilku tygodniach jazdy zmodyfikowałem nieco swoje zwyczajowe trasy tak, by lepiej dopasować się do układanego planu. Po tym czasie właściwie wszystko szło już niemal całkiem automatycznie.

    Przed rozpoczęciem jazdy warto jednak, poza spojrzeniem na liczbę czy intensywność powtórzeń, przeczytać opis zadanego ćwiczenia, dotyczący sugerowanego terenu, kadencji czy sposobu jazdy (np. czy określone powtórzenia wykonywać na stojąco).

    Na koniec dość istotna uwaga dotyczy czasu przeznaczonego na trening. Zależnie od miejsca zamieszkania, ukształtowania terenu i dostępnej infrastruktury, z dużym prawdopodobieństwem dłuższy niż ten proponowany przez aplikację. 

    W moim przypadku po wykonaniu ćwiczenia zostawałem kilka-kilkanaście kilometrów za miastem. Nie wpływało to jednak na wykonanie kolejnych treningów, natomiast przy planowaniu dnia czy tygodnia warto doliczyć nieco czasu do tego, który znajdziemy w kalendarzu AiTrainer. 

    Dla kogo jest AiTrainer?

    Po całym sezonie jazdy z planem treningowym układanym przez AiTrainer mam wrażenie, że ta platforma sprawdzi się przede wszystkim w sytuacjach, gdy macie ograniczony czas na trening. 

    Stosunek poświęconego czasu do osiągniętych efektów jest po prostu znakomity. Muszę przyznać, że stojący za projektem od strony naukowo-treningowej Rafał Hebisz zrobił w tym temacie świetną robotę. 

    Myślę, że największą korzyść odniosą średniozaawansowani kolarze-amatorzy. Ci, którzy już trochę potrenowali, ale znaleźli się w pewnej stagnacji i potrzebują nowych bodźców do dalszego rozwoju. 

    Regularna cena dostępu do aplikacji to 149zł miesięcznie. Nowi użytkownicy mogą skorzystać z dwutygodniowego okresu testowego, natomiast do końca tego roku obowiązuje promocyjna cena 79zł miesięcznie. 

    Jeśli szukacie pomysłów i motywacji do przetrenowania zimy oraz przygotowania się do nowego sezonu, AiTrainer jest ciekawą propozycją wartą rozważenia. 

    Z dużym prawdopodobieństwem skorzystacie na niej bardziej niż na gotowych, “sztywnych” planach, podobnie jak na wysyłanych taśmowo rozpiskach typy “kopiuj-wklej”.

    W poszukiwaniu wiedzy i inspiracji polecam Wam też nowy kanał na Youtube, na którym Rafał Hebisz radzi, jak trenować nie tylko skutecznie, ale przede wszystkim rozsądnie:

    Porady, analizy i artykuły związane z treningiem kolarskim znajdziecie również na blogu AiTrainer (jest tam również kilka moich artykułów). Zapraszam :)

    PS Dobra wiadomość jest taka, że promocyjna cena dla tych, którzy rozpoczną korzystanie z aplikacji może zostać utrzymana nieco dłużej. O szczegóły zapytajcie np. na facebooku AiTrainer.

  • Anonimowy Kolarz. Prawdziwe życie w zawodowym peletonie.

    Anonimowy Kolarz. Prawdziwe życie w zawodowym peletonie.

    Zwierzenia zawodowca z World Touru, który zachowując anonimowość dzieli się z nami kolarską kuchnią. W teorii brzmi atrakcyjnie, ale w praktyce wychodzi to średnio. 

    Anonimowy Kolarz robi wszystko, by zachować anonimowość. Pewną atrakcją w brnięciu przez jego refleksje na temat sportu rowerowego na najwyższym poziomie wyczynu jest poszukiwanie pozostawionych przez autora tropów dotyczących jego tożsamości.

    Kolarzy, których kariery były długie, zawierały w sobie kilka miejsc w top10 wielkich torów i łączyły się z używaniem lub nie określonego sprzętu wcale nie było wielu.

    Oczywiście może być tak, że anonim próbuje nas zmylić, łącząc w opowieści wspomnienia nie tylko swoje, ale i swoich kolegów, natomiast realnie rzecz ujmując tożsamość autora nie ma zasadniczego znaczenia biorąc pod uwagę formę jego memuarów. 

    Jak sam wspomina, swoje refleksje spisywał w kolejnych pokojach hotelowych w czasie sezonu 2017 i 2018, pełniąc rolę pomocnika w składzie jednej z worldtourowych ekip. Jako reprezentant nieco starszego pokolenia kolarzy, cieszy się wypracowaną przez lata pozycją i przyzwoitym kontraktem. 

    Opowiada więc o finansowym aspekcie kolarstwa, dopingu, bezpieczeństwie, teamie Sky, życiu na walizkach i relacjach międzyludzkich w zawodowym peletonie. Na chwilę oddaje nawet głos swojej żonie, co nadaje nieco nużącej opowieści odrobinę świeżości. 

    Nasz anonim atakuje nas bowiem swoistym strumieniem świadomości. Rodzajem bloga, teoretycznie podzielonego na tematyczne rozdziały, w praktyce jednak co chwilę powtarzającego te same kwestie, problemy a nawet frazy. Choć z jednej strony podkreśla, że dobrze czuje się w swoim świecie i odnalazł komfort w życiu, większość rzeczy, o których pisze uważa za złe, kiepskie, do bani. 

    Biorąc pod uwagę chaos, powtórzenia i brak puentowania kolejnych tematów, całość jest więc dość męcząca. 

    Dodatkowy problem to brak dodanej wartości poznawczej, przynajmniej dla jakkolwiek bardziej zaangażowanego fana kolarstwa. Głębszy wgląd w życie zawodowego peletonu dostajemy w felietonach “The Secret Pro” na cyclingtips, natomiast sporo kwestii anonsowanych jako kontrowersyjne i wcześniej nieznane poruszali już zawodowcy nieukrywający się za kotarą anonimowości w wywiadach dla Guardiana, Cyclingews, Velonews, Cyclingtips i innych mediów. 

    Inna kwestia, że większość tego typu materiałów dostępnych jest po angielsku, teraz za sprawą wydawnictwa SQN mają do nich dostęp polscy czytelnicy. 

    Z pewnością nie jest to pozycja “must have”, natomiast jako wakacyjne czytadło można przez nią przebrnąć. Choć raczej polecam śledzenie dobrych, kolarskich treści na bieżąco.

    “Anonimowy kolarz. Prawdziwe życie w zawodowym peletonie”
    Wydawnictwo SQN 2021
    304 strony

    Wersję elektroniczną książki kupiłem w lipcu 2021 na stronie wydawnictwa za 27,51zł