Autor: mt_jr

  • Wybór?

    Wybór?

    05.07.2011 zmarł kolejny zawodnik z ?pokolenia EPO?. Po kolarzach: Marco Pantanim, Jose Marii Jimenezie i Franku Vandenbroucke?u w niewyjaśnionych do końca okolicznościach odszedł biegacz narciarski, mistrz olimpijski i czterokrotny mistrz świata, Mika Myllylä.

    Mistrzostwa Świata w fińskim Lahti (luty 2001) polscy kibice przeżywali głównie z perspektywy rywalizacji Adama Małysza z Martinem Schmittem. Polak, którego gwiazda właśnie rozbłysła najjaśniejszym blaskiem zdobył dwa medale (w tym jeden złoty) wzbudzając euforię wśród rodzimych kibiców. Byliśmy wtedy spragnieni sukcesów i pozytywnej energii, którą wąsacz z Wisły wniósł do naszej rzeczywistości.

    Tymczasem nieco w tle rozgrywała się jedna z najpoważniejszych afer dopingowych, porównywalna z kolarską ?aferą Festiny?.

    Wszystko rozpoczęło się niewinnie. Ktoś zostawił na stacji benzynowej torbę z logotypem fińskiej federacji narciarskiej. Uczciwy znalazca oddał ją na policję a tam, w celu poszukania śladów ewentualnego właściciela otworzono bagaż. W środku znaleziono strzykawki, torebki do kroplówek oraz recepty na HES. Środek zwiększający objętość osocza krwi, służący do maskowania użycia EPO (ten sam, który wykryto u drugiego kolarza Vuelta a Espana 2010, Ezequiela Mosquery).

    Mistrzostwa, które miały być wielkim sukcesem fińskiego sportu, gdzie, po latach upokorzeń i porażek doznawanych ze strony norweskich biegaczy, gospodarze mieli sięgnąć szczytu, przerodziły się w mistrzostwa wstydu.

    Największe gwiazdy: Mika Myllylä, Jarri Isometsä, Harri Kirvesniemi, Virpi Kuitunen a także Milla Jauho i Janne Immonen zostały namierzone, poddane kontrolom i uzyskały pozytywny wynik badania na obecność HES. Fińske, męskie narciarstwo biegowe na poziomie wyczynowym praktycznie przestało istnieć. Zawieszono zawodników, zwolniono trenerów i lekarzy. Dokonano czystki. Do tej pory szybsi są tamtejsi zawodnicy kombinacji norweskiej niż regularni biegacze. Kobiety, które w owym czasie nie miały tak eksponowanej pozycji i statusu celebrytek podniosły się szybciej a nawet jedna z niesławnej ?Szóstki z Lahti?, Virpi Kuitunen, po powrocie z dyskwalifikacji udanie kontynuowała karierę.

    Najlepszy z reprezentantów Finlandii, Mika Myllylä również próbował wrócić, lecz tak naprawdę jego świat skończył się w dniu, gdy pechowa torba znalazła się na stacji benzynowej. Popadł w alkoholizm, pojawiła się depresja i próby samobójcze. W 2007r rozwiódł się z żoną.  Ciągany po sądach, na początku 2011 roku przyznał się oficjalnie do stosowania EPO. Piątego lipca został znaleziony martwy w swoim domu. Policja wstępnie wykluczyła uczestnictwo osób trzecich w śmierci zawodnika.

    Historia nader podobna do tych z udziałem Pantaniego (odarty z godności, z ?ukradzionym? zwycięstwem w Giro, po latach przedawkował kokainę w pokoju hotelowym), Franka Vandenbrucke?a (?cudowne dziecko? belgijskiego kolarstwa, po spektakularnych wyczynach w czasach radosnego stosowania dopingu nie mógł się odnaleźć w nowej rzeczywistości, zmarł z powodu zatoru płucnego w hotelu w Senegalu podczas wieczoru spędzonego z prostytutkami) czy Jose Marii Jimeneza (w górach odjeżdżał najwybitniejszym kolarzom przełomu XX/XXIw, zmarł na atak serca w szpitalu psychiatrycznym).

    Wszyscy oni największe triumfy święcili pod koniec lat ’90, gdy działania antydopingowe były tak naprawdę w powijakach a testy na nielegalne wspomaganie krwi dopiero powstawały. Byli gladiatorami, którzy przynosili swoim rodakom emocje i radość, pokonując największych herosów. Pantani zwyciężył niemiecką maszynę, Jana Ullricha i stawiał opór produktowi amerykańskiego snu ? Armstrongowi. Jimenez przywracał pamięć wybitnych górali,  bezkompromisowo frunąc pod każde wzniesienie. ?VDB? dawał nadzieję Belgom na powrót do czasów znanych ze zwycięstw dawnych mistrzów. Myllylä pokonał ?niepokonanych? Norwegów.

    Gdy wpadli, stali się wrogami publicznymi. Fiński minister kultury powiedział wręcz, że ?Wszyscy, którym zwycięstwa naszego zespołu przynosiły radość, czują się teraz zdradzeni?.

    Francuzi po aferze Festiny i Tourze Wstydu w 1998 wybaczyli swoim idolom. Pozwolili wrócić w nowej roli. Virenque, który do końca próbował wszystkim wmówić, że jest niewinny, ostatecznie zrobił kolejny cyrk w swojej karierze, rozpłakał się przed kamerami, ale znalazł dla siebie miejsce i wszyscy znów go pokochali. Ivan Basso czy Michele Scarponi zwyczajnie odczekali czas karencji, dostali drugą szansę i z niej skorzystali.

    Tymczasem Myllylä po kompromitacji jedyne czego szukał, to spokoju ducha. Nie znalazł. Przecież zdradził i oszukał.

  • Skoro mamy lipiec to się pojedynkujemy

    Skoro mamy lipiec to się pojedynkujemy

    Andy Schleck i Alberto Contador to kolejna para wybitnych rywali walczących o wygranie Wielkiej Pętli. Świat lubi takie pojedynki. I zazwyczaj kibicuje tym, którzy regularnie ponoszą porażki.

    Anquetil ? Poulidor, Coppi ? Bartali, Armstrong ? Ullrich. Wiele takich pojedynków było, wiele pewnie będzie. Niektóre z nich były naprawdę zacięte, inne wyrażające się tym, że jeden z rywali bezskutecznie dobijał się do najwyższego stopnia podium. Co ciekawe, często ?ten drugi? nigdy nie wygrywając Tour de France był kolarzem o wiele bardziej wybitnym niż niektórzy jednokrotni triumfatorzy Wielkiej Pętli.

    Najsłynniejszy ?wiecznie drugi? kolarz w historii, Raymond Poulidor przegrywał Tour de France kolejno z Anquetilem, Gimondim, Aimarem, Merckxem i van Impe. Najsłynniejsza była jego heroiczna walka z Anquetilem, być może ze względu na wiele różnic dzielących obu zawodników. Wielki tour wygrał tylko raz, najmniej prestiżową Vuelta Espana. Za to jego liczba pozostałych zwycięstw jest imponująca i zawiera w sobie Dauphine Libere, Criterium Internacional (do dziś, wraz z innymi dwoma kolarzami jest na szczycie listy pod względem ilości wygranych z pięcioma triumfami na koncie), Walońską Strzałę czy wreszcie Mediolan ? San Remo.

    Aby pozostawić duchy przeszłości w spokoju, rzut oka na czasy nieco nam bliższe. W latach ?90 żółtą koszulkę na Polach Elizejskich próbowali ubrać m.in Gianni Bugno czy Tony Rominger, postaci o wiele ważniejsze dla światowego kolarstwa (przynajmniej jako czynni zawodnicy) niż Bjarne Riis, który zakończył erę Induraina a przy okazji jest symbolem galopującego postępu w dopingowym wyścigu zbrojeń. Choć ścigał się przez wiele lat, wygrał Tour i wsparł Jana Ullricha gdy ten zaczynał swoją karierę, pełnię swego talentu rozwinął dopiero jako dyrektor sportowy.

    Wspomniany Ullrich natomiast stał się jedynym kolarzem, który stawiał realny opór Armstrongowi. Jego rewelacyjnie zapowiadająca się kariera została nieco przystopowana jednak już rok przed pierwszą wygraną Teksańczyka. W 1998 Marco Pantani ? wybitny góral, pokonał Jana Ullricha ? wybitnego czasowca. Z perspektywy czasu Niemiec jawi się jako najjaśniejsza gwiazda jazdy indywidualnej przełomu wieków, co więcej, tę rzadką umiejętność łączył ze skuteczną jazdą w Alpach i Pirenejach. Choć przegrywał Tour z Riisem, Pantanim i Armstrongiem, warto pamiętać, że gdy nie mógł powtórzyć zwycięstwa we Francji, triumfował w hiszpańskiej Vuelcie (jak Poulidor) a także mistrzostwach świata w jeździe na czas oraz Igrzyskach Olimpijskich w Sydney.

    W tym roku podczas Giro d?Italia anonsowany był pojedynek Vincenzo Nibalego z Alberto Contadorem. Włoch chyba nie jest jeszcze gotowy do walki o tak ważne zwycięstwo (mając na koncie Vueltę i dwa podia we Włoszech ma spore zadatki na bycie kolejnym ?wiecznie drugim), w nadchodzących sezonach interesująco mogą wyglądać jego potyczki z, o pięć lat starszym, Michele Scarponim. Obu kolarzy różni nie tylko wiek, ale również charakterystyka. Scarponi pięknie atakuje pod górę, Nibali fenomenalnie zjeżdża.

    Główna para tegorocznego Touru, czyli Andy Schleck i Alberto Contador to również zawodnicy, którzy zasadniczo się od siebie różnią. To podstawa rywalizacji, która może być przenoszona bezpośrednio z szosy do mediów i odwrotnie. Contador to najlepszy obecnie kolarz etapowy, łączący znakomitą jazdę w górach ze skutecznymi czasówkami. Uwaga młodszego z braci Schleck skupiona jest na Tourze oraz górzystych wyścigach klasycznych. W tym roku, tworząc ze starszym od siebie (i od Contadora) Frankiem swoisty, jednolity, kolarski organizm, starł się w Ardenach z dominatorem tamtejszej specjalności, Philipem Gilbertem. Co ważne w kontekście bycia ?wiecznie drugim?, i tę rywalizację przegrał.

    Na koniec nie wolno zapomnieć o innym, współczesnym, wybitnym zawodniku, który od lat poluje na wygraną w którymkolwiek z wielkich tourów. Być może swoją szanse już miał (i przegrał ? w 2007r), co nie zmienia faktu, że w tym roku próbuje po raz kolejny. I póki co idzie mu bardzo dobrze. Jeśli, choć łatwo w to wątpić, pokona Schlecka i Contadora, będzie zawodnikiem nie tylko wybitnym, ale i spełnionym.

    Poniżej garść pojedynków z YouTube. Nie tylko kolarskich.
    Armstrong vs Ullrich

    Schleck vs Contador

    Pantani vs Ullrich

    Qui Gon Jinn vs Darth Maul

    O-Ren Ishii vs Black Mamba

    Anquetil vs Poulidor
    http://www.ina.fr/sport/cyclisme/video/I00007448/duel-poulidor-anquetil-au-puy-de-dome.fr.html

  • W nowej roli

    W nowej roli

    Michael Rasmussen startuje w Wyścigu Solidarności i Olimpijczyków jako lider ekipy Christina Watches – Onfone. Po wielu miesiącach tułaczki poprzedzonej dwuletnim zawieszeniem zamiast nadal na próżno szukać ekipy z najwyższej półki postanowił sam stworzyć drużynę. Nie tylko dla siebie?

    Dwie koszulki najlepszego górala Tour de France, prawie wygrana Wielka Pętla i spektakularny krach kariery. To wszystko jest już za Rasmussenem. Zamiast walczyć o odzyskanie utraconej sławy na  trasach najważniejszych wyścigów, poszedł inną drogą. Znalazł sponsora, producenta designerskich zegarków. Dostał od niego czas i spokój bez presji wyników. Jako zawodnik drużyny kontynentalnej startuje w imprezach, na które mając w ręce lukratywny kontrakt z Rabobankiem zapewne by nie spojrzał planując kalendarz startów. W swoich długofalowych planach chce wrócić do elity, ale zapewne już nie jako czynny zawodnik. Teraz cieszy się jazdą na rowerze i pracą z młodymi zawodnikami.

    Na mecie drugiego etapu ?Solidadarności?, w uroczej scenerii zabytkowego centrum Nowej Huty zamieniłem z nim kilka zdań:

    Chciałbym cię zapytać o twoją nową drużynę. Wygląda dość ciekawie, w składzie są właściwie sami Duńczycy. Drużyny narodowe to ostatnio popularny trend. Z doniesień prasowych wiem, że to twój projekt wspierający duńskie kolarstwo?

    Nie? właściwie to jest mój całkiem prywatny projekt, nie ma nic wspólnego z duńskim kolarstwem jako takim.

    No tak, ale zapewne chciałbyś w ten sposób znaleźć kontynuatora swoich sukcesów?
    Zgadza się. Dlatego nasza grupa, jest projektem długoterminowym. Ze sporą pewnością mogę powiedzieć, że jesteśmy dzięki niemu w stanie wypełnić pewną lukę, która powstała w duńskim kolarstwie. Wygląda na to, że było zapotrzebowanie na tego typu drużynę. Widać to po sporej popularności i wsparciu ze strony kibiców, a to bardzo ważne.

    Czy spodziewasz się, że wkrótce któryś z twoich młodszych kolegów zyska sławę w zawodowym peletonie w najbliższym czasie?
    Z pewnością ci zawodnicy mają spory potencjał. Jesteśmy dopiero na początku długiej drogi, więc nie chciałbym nikogo szczególnie wyróżniać. Co jest ważne, to że robimy spore postępy widoczne niemal z dnia na dzień. Myślę, że póki co idzie nam całkiem dobrze, zbieramy wiele pozytywnych doświadczeń.

    Uwzględnienie w swoim kalendarzu takich małych wyścigów jak ten to dobry pomysł na początek, ale dlaczego przyjechaliście akurat do Polski?
    Cóż, wbrew pozorom to nie jest taki mały wyścig, to całkiem spora impreza?
    ?z ponad dwudziestoletnią tradycją?
    ?i do tego ma względnie wysoką kategorię UCI. Jesteśmy drużyną kontynentalną, więc impreza klasy 2.1 to, nie licząc Wyścigu Dookoła Danii na który jesteśmy zaproszeni, to najwięcej, co możemy zrobić. Tour of Denmark jest dla nas najważniejszym wyścigiem w sezonie, imprezy takie jak ta są więc dla nas dobrym przetarciem i niezłą lekcją.

    Ale przecież Ty byłeś, nadal jesteś ?góralem?, tutaj ścigacie się właściwie w porywach po pagórkach. Jak czujesz się w takim terenie?
    W zasadzie jest mi całkiem łatwo, zwłaszcza na podjazdach, bo tutaj jadą w większości sprinterzy. Więc to jest po prostu dobry trening. Ale tak naprawdę to nie chodzi o mnie, tylko o zespół, o tych młodych zawodników, z którymi tutaj przyjechaliśmy. Chciałbym, żeby mieli jak najlepsze warunki do rozwoju. Wyścig o takim poziomie rywalizacji jak ten idealnie się do tego celu nadaje.


    Warto zwrócić uwagę, że ekipa Christina Watches, choć nie dysponuje oszałamiającym budżetem prezentuje się faktycznie bardzo dobrze. Sprzęt, na którym ścigają się młodzi Duńczycy (a także kilku weteranów, którzy dzielą się z nimi doświadczeniem, poza Rasmussenem jest jeszcze włoski sprinter, Angelo Furlan) to najwyższa półka. Cały team jest kameralny, ale sprawia profesjonalne wrażenie. Numer 1, czyli Michael Rasmussen raczej dba o swoich podopiecznych niż o własny interes. Jeśli drużyna zbudowana jest, jak twierdzi na solidnych fundamentach, z ciekawością będę śledził poczynania jej zawodników. Kto wie, może za pięć lat to nie Bjarne Riis będzie najbardziej cenionym duńskim dyrektorem sportowym.

    Z kronikarskiego obowiązku trzeba jeszcze dodać, że etap oraz koszulka lidera padły łupem Andre Schulze z polskiej ekipy Pro Continental (zatem półkę wyżej niż Christina Watches), CCC Polsat Polkowice.

    Edit: Tekst ten podlinkowany jest również w serwisie szosa.rowery.org. Dzięki :)

    [nggallery id=3]

  • Just Dope It!

    Just Dope It!

    Czego można się spodziewać po marce, która została skrytykowana przez sporą część działaczy na rzecz praw człowieka, która była jednym z głównych celów namierzonych w ?No Logo? i która wpiera lub wspierała tak wspaniałe postaci jak Marion Jones, Tim Montgomery czy Lance Armstrong?

    Swoosh został kompletnie ?rozjechany? przez Naomi Klein jako symbol wszelkiego zła, które towarzyszy globalizacji. Nike wykorzystuje dzieci na Dalekim Wschodzie po to, by prać mózgi dzieciom Bogatego Zachodu i wychowywać sobie klientów na długie lata. Mimo różnego rodzaju perturbacji nadal jest to marka numer jeden przemysłu odzieżowego na świecie (przed H&M i Zarą, cztery razy więcej wartą niż konkurencyjny Adidas) i 59. marka w ogóle (tuż za Pepsi a przed np. Dellem, Porsche czy Samsungiem).

    Jak większość złowrogich korporacji, Nike robi wszystko by się bogacić. A w imię starego przysłowia, że bogatemu wolno wszystko, w tym roku przynajmniej pozbyła się odrobiny hipokryzji. Trudno stwierdzić, czy marketingowcy chcą w ten sposób poprawić wizerunek, czy też zrobić jeszcze więcej zamieszania przy pomocy kolejnej kontrowersji. Tak czy inaczej już teraz możemy kupić sobie koszulkę z radosnym logo ?Dope? stylizowanym czcionką znaną z logo Nike oraz rozsypaną garścią niebieskich tabletek.

    Cóż, czego można się spodziewać po marce, która etykę sportu ma w głębokim poważaniu i która promuje zwycięstwo jako ideę najwyższą. ?Nie wygrywasz srebra ? przegrywasz złoto?, w imię tej maksymy z olimpijskiego startu na 110m przez płotki w Pekinie wycofał się faworyzowany Liu Xiang, choć sprawa nie jest do końca jasna (kontuzja, której miał doznać wykluczyła go na dłuższą część sezonu, choć podobno zajęcie innego miejsca niż pierwsze mogło spowodować uszczerbek na wizerunku jego sponsora).

    W latach 2003 ? 2006 tylko dwie gwiazdy lekkoatletyki zawieszone przez USADA (amerykańską agencję antydopingową) nie były sponsorowane przez Nike (biegacze John Capel i Jerome Young, sponsorowani przez Adidasa). Jones, Montgomery, Justin Gatlin (ten wpadł już dwa razy i odbywa karę zawieszenia na 8 lat)… to tylko niektórzy. Co ciekawe, gdy Jones była już mocno zamieszana w aferę BALCO, Nike nadal płaciło jej 3 miliony dolarów kontraktu w sytuacji, gdy roczny budżet działu research w USADA wynosił 2 miliony. Polityka nad wyraz ciekawa w sytuacji, gdy wielu światowych gigantów ucieka z dyscyplin o wysokim ryzyku dopingowym (jak choćby niemiecki T-Mobile, który zakończył wieloletnią współpracę z kolarstwem po wybuchu Operation Puerto).

    Mój prywatny ?idol?, Lance Armstrong, nawet, jeśli nie zostanie skazany za przeznaczanie publicznych pieniędzy na prywatny program dopingowy swojej ekipy i tym samym pozostanie czysty i nieskazitelny, zrobił dość by obrzydzić kolarstwo wielu wiernym fanom tej dyscypliny. Fakt, że każdy ma swoją cenę jest znany a Armstrong udowodnił, że jest tak rzeczywiście kupując wielu groźnych rywali lub ich pomocników nie dając w zamian nic poza pieniędzmi (a i to nie zawsze).  Tratując ludzi nad wyraz przedmiotowo stał się w zamian obiektem nienawiści większości swoich byłych współpracowników poza raptem kilkoma najwierniejszymi giermkami. W tym kontekście nie dziwi wieloletnia współpraca obu marek (bo trudno nie traktować L.A. jako marki właśnie). Przekonania i ich realizacja są niemal wspólne. Efektem końcowym jest klient, który z miłą chęcią kupuje kolejną parę butów zrobionych przez małe chińskie lub indyjskie rączki w hangarze strzeżonym przez uzbrojonych strażników. Ów klient na ręce ma żółtą opaskę Livestrong, która redukuje mu dysonans poznawczy (wszak wsparł szlachetną fundację). Jeśli oczywiście można mówić, że jest jeszcze klientem. Bo przecież Swoosh to coś więcej niż tylko logo.

  • Pasożyt

    Pasożyt

    Il parasito. Pasożyt. Zdumiewał swoimi atakami w górach. Miał przed sobą niezwykłą karierę. Teraz wszyscy zastanawiają się, czy nie jest szalony. Jego historia przypomina historię innego cudownego dziecka zawodowego kolarstwa – Franka Vandenbroucke. Ricardo Ricco. Przy jego historii bledną dokonania najsławniejszych dopingowiczów ostatnich lat.

    Zeznania tych, z którymi Ricco ścigał się za młodu przynoszą informacje, że Włoch „brał” już jako junior. Gdy zaczynał zawodową karierę – pierwszy kontrakt podpisał gdy miał 23 lata – uzyskał od UCI zaświadczenie o naturalnie podwyższonym poziomie hematokrytu. Wystawiono je na podstawie wieloletniej historii badań krwi, znając jego zwyczaje można przypuszczać, że mogły być sfabrykowane. Dzięki glejtowi z Agile, Ricco przez kolejne lata mógł bez większego stresu utrzymywać swoje krwinki w pełnej gotowości do walki.

    Lata 2007 – 2008 należały do niego. W coraz pasywniej jeżdżącym peletonie jadowite ataki „Cobry” (jak sam siebie ochrzcił) zjednywały mu respekt kibiców i budziły szczerą nienawiść rywali. Ricco bowiem, nie tylko cieszył się z wygranych, ale i publicznie szydził z pokonanych. Podczas prezentacji Tour de France 2008, mając w żyłach hit sezonu, EPO trzeciej generacji (kto wątpi, że zostało sprawdzone kilka tygodni wcześniej podczas Giro d’Italia, na którym stawiał czoła Contadorowi?) jego poza mówiła wszystkim wprost: „Jestem najlepszy, nic mi nie zrobicie. Mam was zwyczajnie w dupie”. Jakże musiał być zdziwiony, gdy po szóstym etapie wyleciał z wyścigu a jego ekipa wkrótce potem się rozpadła. Czar prysł. Niepokonany, niezwyciężony i – w swoim mniemaniu – uwielbiany Ricardo Ricco stoczył się w otchłań. W rewanżu za aroganckie traktowanie, na włoskiego kolarza posypały się gromy ze strony rywali z peletonu. Mark Cavendish wprost nazwał go „Pasożytem”.

    W międzyczasie jego dziewczyna i matka dziecka, Vania Rossi (ścigająca się w przełajach) również wpadała na CERA, na co nasz uroczy bohater stwierdził, że nie może tolerować takiego zachowania i w imię swojego nowego wizerunku zostawił. Trudno stwierdzić kogo wsypał, ale jego dyskwalifikacja została skrócona o cztery miesiące i powrócił w barwach ekipy Ceramica Flaminia. Następnie kontrakt szybko rozwiązał by przenieść się do Vacansolei, jako nowa broń holenderskiej ekipy. Pech chciał, że razem z nich do grupy dołączył Ezequiel Mosquera, który za zasługi we Vuelta Espana został zawieszony do wyjaśnienia sprawy użycia przez niego HES, środka maskującego przyjęcie EPO z zewnątrz, więc Włoch został jedynym potencjalnym liderem na etapówki. Po kilku niezłych wynikach w sezonie 2010 Ricco rozpoczął przygotowania do tegorocznego Giro d’Italia. Wybitnie górska trasa miała mu pasować, w związku z czym podwoił wysiłki i wkrótce potem trafił do szpitala z ostrą niewydolnością nerek. Wstrząsany konwulsjami przyznał się lekarzom, że zapaść nastąpiła na skutek transfuzji krwi, którą radośnie przechowywał w lodówce, zapewne między słoikami pesto a natką pietruszki.

    Gdyby tego było mało, wykpił się ze sprawy twierdząc, że mamrotał bez sensu w gorączce i nie można jego słów brać na poważnie. Znalazł kolejną drużynę (choć dla kolarza, który chciał podbijać wielkie toury jazda w trzeciodywizyjnej ekipie z Chorwacji to niczym zesłanie na Syberię) a gdy ze względów zdrowotnych federacja zawiesiła jego licencję, dołączył się do wyścigu dla amatorów by rozprowadzić adeptów kolarstwa na finiszu.

    Częstotliwość, z jaką zmienia wizerunek, podejmuje decyzje dotyczące życia osobistego i zawodowego, ekstremalna arogancja nawet w sytuacji otarcia się o śmierć. Trudno się dziwić, że Ricco powoli zaczyna być brany nie za chama a za szaleńca. Niewyjaśnione motywy jego działań przywodzą na myśl Vandnbroucke’a, który po spektakularnych sukcesach za młodu większą część kariery poniewierał się po drugoligowych drużynach a jego hobby stało się rozwiązywanie kontraktów i doprowadzanie dyrektorów sportowych do rozpaczy. Po drodze miał za sobą ośrodku odwykowe, depresję, próbę samobójczą i oskarżenie o zastraszanie żony bronią palną. Nie mogąc legalnie startować również brał udział w wyścigach dla amatorów, a swoją obecność zaznaczył z jeszcze większym przytupem niż „Il Parastio”, startując z podrabianą licencją na nazwisko „Francesco del Ponte” (tłumaczenie jego nazwiska na włoski) i wklejonym zdjęciem Toma Boonena.

    Ricardo Ricco jest ciągle młody. Jeśli nie wpadnie po raz kolejny, może się jeszcze trochę pościgać. Gdyby był ułożony i cierpliwy jak choćby Danilo di Luca, mógłby za rok – dwa wrócić do dobrej drużyny, zarobić niezłe pieniądze a kto wie, nawet coś wygrać. Chyba nikt nie wierzy, że tak się jednak stanie. Choć deklarował, że chce być barmanem, wygląda na to, że nie może żyć bez kolarstwa, które jest dla niego równie napędzające siły życiowe co destrukcyjne. Czego pozostaje mu więc życzyć? Tylko tego, żeby przetrwał.

    Tradycyjne już post scriptum. W zeszłą sobotę dystans Mini na amatorskiej szosowej imprezie „Maraton Liczyrzepa” w Jeleniej Górze wygrał Kacper Szczepaniak. Przełajowy wicemistrz świata orlików z Taboru stara się utrzymywać dyspozycję w trakcie czteroletniej dyskwalifikacji, której termin mija w pierwszej połowie 2014 roku. Trudno odbierać mu prawo do kolejnej szansy, zwłaszcza, że kara, którą odbywa jest zgodna z przepisami. Po czasie pokuty może równie dobrze przyjść pora na mocne postanowienie poprawy i odkupienie win. Pytanie tylko, jak sprawę widzi po pierwsze organizator – raczej nie wpływa to pozytywnie na jego PR a także pokonani przez samego zainteresowanego amatorzy. Wszak dystans Mini na imprezie dla zawodników bez licencji dedykowany jest dla początkujących lub mocno odstających od kolarskiego wieku produkcyjnego.

  • Gender studies, cz.2

    Gender studies, cz.2

    Rower jako środek transportu w mieście musi walczyć o swoje miejsce. Na pierwszej linii frontu często stoją radykalni działacze. W tym roku osiągnęli sukces. Prawo o Ruchu Drogowym nareszcie nie dyskryminuje rowerzystów. Czy jednak promując swoje przekonania i walcząc o swoje bezpieczeństwo sami rowerzyści nie sięgają, choć w dobrej wierze, po narzędzia dyskryminacji?

    Ideologia dorabiana do codzienności zatacza coraz szersze kręgi. Coraz trudniej zorientować się, czy dany trend jest faktycznie oddolny czy też wykreowany przez marketoidów. Bilboardy z miłymi, młodymi ludźmi, którzy mieli cieszyć się życiem a zamiast tego uciekają przed biegunką zachęciły ponad trzydzieści tysięcy ludzi do kliknięcia „lajka”. Dali się zrobić w butelkę, chcąc utożsamiać się ze stylem życia nakazującym szacunek dla samego siebie, odpoczynek i zwolnienie tempa. Wannabe-hipsterzy złapali się na image modeli oraz jasne kolorki i dużo wolnej przestrzeni w stylu Web 2.0.

    Ten sam styl, jeśli nie dominujący to przynajmniej zauważalny na ulicach większych miast „sprzedaje” rower jako alternatywny środek transportu. Ze szczególnym uwzględnieniem transportujących się dziewcząt, które… no właśnie, które co? Ubrały się tak samo jak na zakupy/do szkoły/do pracy piechotą. A w międzyczasie dla wygody wsiadły na rower. Związku przyczynowego brak. Takie teraz czasy, że wszyscy noszą rurki i trampki. A w zasadzie to noszą co chcą. Bo w ramach uznania „vintage” za styl, nie ma zbytniej różnicy między ciuchem z sieciówki „Zara” a ciuchem z sieciówki „Roban”. Więc każdy nosi co chce i jak mu wygodnie, a im miasto większe i im więcej ludzi przyjmuje tym i większa różnorodność. Wyciągać wniosków i szukać prawidłowości się nie da, chyba, że za próbę reprezentatywną weźmiemy bywalców Miejsca, wtedy faktycznie wszyscy wyglądają tak samo, czyli jak z Lookbook.nu.

    To, że cię nie wyrzucają z klasy a ochroniarz wpuszcza do firmy nie oznacza, że jesteś elegancki. A to, że przyjechałeś na rowerze w marynarce nie oznacza, że w nieadekwatnym stroju uprawiałeś sport. Po prostu przyjechałeś na rowerze. „Krajobraz miejski z założenia ma być elegancki” podaje nasza wikipedia. A to niby od kiedy?

    O co więc chodzi z cycling chic? Obawiam się, że po pierwsze o sprzedanie większej ilości lajfstajlowych rowerów typu retro. Po drugie o sprzedanie większej ilości ciuchów typu vintage. Po trzecie wreszcie o zmiękczenie momentami „oszołomskiej” retoryki bojowników o wolność i demokrację prawa rowerzystów, którzy przy tym używają wizerunku przypadkowych rowerzystek. Tym samym sprowadzają rzeczone do podobnej funkcji jaką pełnią panie eksponujące swe wdzięki w kalendarzach firm budowlanych, producentów łożysk czy olejów silnikowych. To, że zamiast silikonowego biustu wzorcowa przedstawicielka trendu cycle chic jest weganką i jeździ na „holenderce” nie zmienia faktu, że traktowana jest jako „chick”.

    Fanom stylu polecam to zdjęcie. A zwłaszcza podpis pod nim.

  • Gender studies cz.1

    Gender studies cz.1

    Scott ze swoją reklamą „Strenght, Performance, Beauty” prezentuje swój nowy, flagowy model roweru a przy okazji półnagich zawodników. Nasze media doszukują się w tym seksu zgodnie z zasadą nagie – gotowe do kopulacji.

    Gladiatorzy niewątpliwie przywiązują wagę do wyglądu swojego ciała. Liczą procenty tkanki tłuszczowej, modelują treningiem w sposób, który ma zapewnić maksymalną wydajność. Na eksponowanie piękna czy wręcz seksualności rzadko kiedy jest czas, miejsce i ochota. Tenisiści i tenisistki mogą wyrażać te elementy strojem, makijażem, mową ciała. Kolarz, którego uniform jest dostosowany do funkcji jaką pełni (krój) oraz dotacji sponsora (kolor i logotypy czynią z niego słup reklamowy) ma zdecydowanie mniejsze pole manewru. Co najwyżej można spotkać pana z tatuażem lub panią w kolczykach czy z pomalowanymi paznokciami.

    Trzymając się genderowych stereotypów, zawodnicy z zespołów T-Mobile czy Lampre dzięki różowym kolorom prezentowanym na koszulkach powinni być niemęscy, metroseksualni a kto wie, jakim uciechom oddawać się w zaciszu hotelowych pokoi po zakończonych etapach. Z kolei zawodniczki sponsorowane przez CCC nie dość, że przez kilka godzin dziennie paradują w obcisłych, przylegających do ciała kombinezonach (o zgrozo, bez majtek pod spodem!), to zapewne później kokieteryjnie je rozpinają i tańczą na rurze w szpilkach dostarczonych przez swego szacownego mecenasa.

    Przy okazji tenisistek, dyżurnym tematem w dziedzinie „seks plus sport” są pośladki Sereny Williams, na które czyhają paparazzi na plażach całego świata. Zazwyczaj gdy trzynastokrotna zwyciężczyni turniejów wielkoszlemowych przywdzieje kostium kąpielowy (który nieznacznie tylko odbiega od tego, w czym występuje na korcie, ale to już inna kwestia), w sieci pojawiają się galerie i rankingi pup, biustów, ud i łydek utytułowanych sportsmenek.

    W tym kontekście interesujące jest, czy Maja Włoszczowska cieszy się z wyników sondy, w której została wybrana najpiękniejszą kobietą polskiego sportu. Co jest jednak interesujące jeszcze bardziej i co faktycznie skłania do refleksji, to dobór określeń dobranych do gwiazd we wspomnianej we wstępie reklamie Scotta. Nino Schurter ma przypisaną siłę, Florian Vogel „wydajność” (performance) a Maja Włoszczowska piękno. Sęk w tym, że biorąc pod uwagę wyniki, to Polka jest najbardziej utytułowana z całej trójki i to zdecydowanie ona powinna nosić przydomek Performance. Siłę i piękno należałoby w tym momencie rozdzielić wedle uznania między pozostałych w gronie Szwajcarów. Nie odbierając Mai urody, trzeba niestety stwierdzić, że u marketingowych specjalistów Scotta zadziałał schemat: jest kobietą – jest piękna, jest mężczyzną – jest mocny. „Dziennik” z automatu dopisał do tego jest naga – epatuje seksem.

     

    Poszukującym mocnych wrażeń polecam również skany z niemieckiego magazynu Bike z 2006r, który namówił czołowe wówczas zawodniczki do rozbieranych zdjęć. Przypomniałem sobie o nich przy redagowaniu tego wpisu i znalazłem na mojej starej stronie domowej. Estetyka nieco germańska, ale zobaczyć warto, zwłaszcza, że autorzy postarali się o ciekawą scenografię.

    Na zdjęciu okładkowym, Kajsa Bergqvist ze Szwecji. Kuso odziana specjalistka skoku wzwyż.

  • Robot kontra Gladiator

    Robot kontra Gladiator

    Federer kontra Nadal. Finał French Open. Spokojny profesjonalista, uznawany za najlepszego tenisistę w historii dyscypliny. Ostatnio nieco w cieniu młodszych rywali, ale ciągle w ścisłej czołówce. Po drugiej stronie siatki wirtuoz gry na korcie z mączki. Choć zapowiadało się ciekawie (Federer prowadził w pierwszym secie), podejrzewałem, że skończy się jak zawsze. Poszedłem więc na rower. I słusznie.

    Nadal wygrał 3:1, ale nie to mnie zainteresowało. Decydując się na odpuszczenie tego meczu, choć miało to być wydarzenie sezonu, miałem w głowie co innego. Roger Federer to wzór cnót wszelakich. Wybitny, perfekcyjny, do tego skromny. Przy tym bogaty (swoje na korcie ugrał, do tego wieloletni kontrakt reklamowy z Nike) i… do bólu nudny. Przykładny mąż i ojciec, udziela się charytatywnie, dyskretnie i kulturalnie akcentuje swoje przywiązanie do religii (katolickiej). Jego posąg powinien stanąć w Sevres jako wzór Szwajcarskości.

    Podobno publiczność w Paryżu sprzyjała Federerowi jak nigdy dotąd. Cóż, widownia często kibicuje słabszym. Albo tym, którzy zasłużyli na jej przychylność. Na mączce to Nadal jest dominatorem, a Federer „wiecznie drugim”. I to Nadal zbliża się do rekordu wszech czasów w swojej specjalności. Mimo wszystko to on jest postacią ciekawszą. Bo mała rysa na karierze Szwajcara w postaci braku wygranej w Paryżu niemal permanentnych batów od Nadala nie rekompensuje przygniatającej widzów perfekcyjnej nudy.

    Wygrywający Wimbledon z dziką kartą Goran Ivanisevic został powitany w swoim kraju niczym bohater narodowy. Grający defensywnie, za to z zaangażowaniem wielokrotnie przewyższającym fizyczne możliwości Lleyton Hewitt, Martina Hingis, Kim Clijsters czy Justine Henin powracające na szczyt po przerwie w karierze, niespełnieni Andy Roddick czy Marat Safin budzili sensację. Budzili emocje. Bywali ułomni, więc ludzcy. Federer nawet gdy raz na jakiś czas przegrywa, robi to z klasą. Jest jak szwajcarski ser. Te, które znam są pyszne, ale w nadmiarze mdłe. Cóż, w kwestii wyrafinowanych gatunków sera jak i wybitnych tenisowych graczy jestem ignorantem. Lubię spróbować, zobaczyć, doświadczyć jako wydarzenia. Ale jako prymitywny zjadacz chleba, traktujący Wielkiego Szlema bardziej jako element kultury niż wydarzenie, które mnie naprawdę porusza, jestem najzwyczajniej w świecie żądny igrzysk.

    Napisałem ten wpis w opozycji do mojego poprzedniego o tym, że sportowcy nikomu nie dogodzą. Myślę jednak, że w tym wypadku nie chciałbym, aby bohater-robot dał mi więcej. Aby móc mu uczciwie kibicować chciałbym dostać mniej, by z humanoida stał się znów ?tylko? gladiatorem.

    Ps. poniżej ten, który poruszał moją wyobraźnię jako weekendowego kibica tenisowego.

     

  • Czysty, więc się odczepcie

    Czysty, więc się odczepcie

    Joaquim „Purito” Rodriguez zajął piąte miejsce w przepięknym Giro di Italia. Nie wygrał etapu, nie wszedł na podium. Podobno pojechał słabo. Więc zawiódł. Jego pseudonim co prawda nie wziął się od „czystości” organizmu a od cygara, które wypalił przy swoim dyrektorze sportowym, ale faktycznie próżno szukać „Purito” wśród zamieszanych w afery dopingowe. Może więc warto nieco spuścić z tonu, by potem nie dziwić się, gdy kolejny zawodnik zostanie przyłapany na ordynarnym oszustwie?

    Powiedzmy sobie szczerze, pamiętamy tylko zwycięzców. W przypadku Tour de France jeszcze zawodników z podium. Kto pamięta trzeciego kolarza Vuelty 2009? Giro 2008? Brązowego medalistę biegu na 100m z Igrzysk w Pekinie? (w skokach narciarskich z Salt Lake City pewnie tak, bo był to Adam Małysz, ale to inna historia). Piątą lokatę Rodrigueza z tegorocznego włoskiego touru zapamiętam jednak wyraźne. Dlaczego? Bo wywalczył ją wielkim wysiłkiem i faktycznie wygrał piąte miejsce a nie przegrał drugie (jak Vicenzo Nibali).

    Etap do Sestrierre, ostatni górski sprawdzian tegorocznego Wyścigu Dookoła Włoch został oceniony jako nieciekawy. Scarponi nie pogrążył Nibalego (za to zyskał potrzebną do zapewnienie drugiego miejsca przewagę). Kreuziger pojechał defensywnie i choć rywale zawiedli, nie awansował w klasyfikacji (po prostu osłabł, młodemu kolarzowi pod koniec wielkiego touru może się zdarzyć), ale obronił miejsce w top10 i białą koszulkę Rodriguez? Cóż, Rodriguez zaatakował („no ale tak niemrawo i bez dynamiki”) dzięki czemu awansował z ósmego na piąte miejsce w klasyfikacji generalnej.. Co zrobiło na mnie wrażenie, to niezwykłe poświęcenie, z jakim „Purito” owo piąte miejsce rywalom wydarł. Podczas finałowego podjazdu, gdy kolarz ekipy Katiusza zdobywał sekundy przewagi nad najgroźniejszymi rywalami, realizator sekund zmienił ustawienia dźwięku i można było usłyszeć Hiszpana. Grymas bólu uzupełniany był przez urywane wdechy przechodzące w agonalne rzężenie. Szkoda, że jazdę na absolutnym limicie komentatorzy nazywali pozbawioną dynamiki…

    Czy można było się po nim spodziewać więcej? Chyba nie. Do tej pory, a ma już 31 lat, nie odgrywał kluczowej roli w wielkich tourach. Piąte miejsce w tak trudnym i tak silnie obsadzonym Giro di Italia (na starcie stanęło wielu zwycięzców najważniejszych wyścigów na świecie: Contador jak wiadomo wygrał Tour de France, Giro i Vueltę, Menchov Vueltę i Giro, Sastre cieszył z wygranej Wielkiej Pętli a Nibali we Vuelcie, w Giro triumfowali di Luca i Garzelli. Imprezy z taką obsadą nie było dawno!) to jego największe osiągnięcie, wielokrotnie przewyższające wartością czwartą lokatę z ubiegłorocznej, marniutkiej hiszpańskiej Vuelty.

    Ciśnie się więc na usta wezwanie: chcecie większego spektaklu? Dajcie im EPO. Więcej EPO. Wiadra CERA’y, Kontenery testosteronu i cysterny hormonu wzrostu. Ataki będą soczyste, tempo jazdy zawrotne a ucieczki pełne dynamiki. Zwłaszcza te po dwustu kilometrach i pięciu tysiącach metrów przewyższenia. Bo przecież ci, którzy tegoroczne Giro ukończyli w pierwszej dziesiątce byli bez formy (taka uwaga padła o Denisie Mienszowie podczas tego samego nudnego etapu). Ale potem nie chcę słyszeć słowa krytyki za stosowane przed będących pod presją zawodników praktyki.

    Na koniec przypomnienie pochodzenia pseudonimu tytułowego bohatera. Gdy Joaquim Rodriguez miał 22 lata i zdobywał pierwsze szlify jako zawodowiec w grupie ONCE podczas jednego z treningów zdystansował na podjeździe swoich bardziej utytułowanych kolegów. Czekając na szczycie oparty o rower wykonywał gest, jakby palił cygaro (po hiszpańsku „purito” właśnie). W ramach rewanżu za taką „zniewagę” koledzy zmusili go, by wszedł na kolację paląc cygaro. Ówczesny dyrektor sportowy Rodrigueza, Manolo Saiz był podobno bardzo restrykcyjny jeśli chodzi o przestrzeganie zdrowego trybu życia przez swoich zawodników, ale jego reakcja nie jest znana. „Purito” w każdym razie przeżył konfrontację, ksywka pozostała, za to Saiza w peletonie nie ma.