In mindIn sport

Dlaczego nie lubię (większości) wywiadów

Wywiady z zawodnikami są nudne. A ściślej: wywiady z polskimi zawodnikami są nudne. Wnoszą niewiele, właściwie można by je pisać w domu i wysyłać do autoryzacji (choć nawet nie zawsze). Specyficzne pojmowanie profesjonalizmu sprawia, że właściwie nie ma sensu zadawać trudnych pytań.

Jak forma? Co planujesz w najbliższym czasie? Co sądzisz o poziomie zawodników? Jakie są różnice między warunkami w Polsce i zagranicą? I tak dalej. Zastanawiam się, czy to wina dziennikarzy czy zawodników. A może i jednych i drugich. Biorąc do ręki Pro Cycling albo zaglądając na Cyclingnews.com raz na jakiś czas trafia się perełka. Zawodnicy nie tyle odpowiadają na pytania, co opowiadają o swoim życiu. Ciekawym, fascynującym, trudnym. O zmaganiu się z problemami, presją, ale i codziennością czy życiem rodzinnym. Historia się toczy, a co najważniejsze, znajduję w niej fragmenty, których nie byłbym w stanie wymyślić układając wywiad.

Oczywiście nikt nie używa stwierdzeń bezkompromisowych, nie odkrywa też swoich prywatnych tajemnic treningowych. W opowieści sprzedawana jest za to filozofia konkretnego człowieka. Jego poglądy, spojrzenie na świat. Oraz doświadczenie. W ten sposób wielokrotnie dałem się oczarować Andrzejowi Stasiukowi. Pisarz, z którym wywiady czytam uważnie i czekam na każdy kolejny, swoją postacią zachęca mnie do sięgnięcia po jego książki. Mam ich kilka, nie przeczytałem żadnej. Przy bliższym poznaniu czar pryska, co nie zmienia faktu, że rozmowy ze Stasiukiem są fascynujące.

Gdzie jest różnica? Po pierwsze czas. Na rozmowę trzeba poświęcić go więcej. 15 minut przez telefon, kwestionariusz wysłany mailem, rozmowa po dekoracji na zawodach. Czy w ten sposób można uzyskać coś ponad schemat? To raz. Dwa, trzeba faktycznie zainteresować się drugą osobą i niekoniecznie sprzedawać swoją tezę. Jeśli się zastanowię, to spora część wywiadów, które sam zrobiłem i większość, które czytam w naszych mediach rowerowych, ma charakter użytkowy. Ot, taki grzech “prasy sponsorowanej”. Bo i wydawca jest zależny od swoich sponsorów i zawodnik jest zobowiązany względem swoich własnych i pora roku odpowiada danej grupie interesów i tak dalej i tym podobne. A że na rynku mało środków i dobrostan niewielki, to każdy dba o swoje. Marketingowiec się cieszy, bo może sobie policzyć zwrot, za to czytelnik nie dostaje zbyt wiele. Nie poznaje, nie może się utożsamić, polubić (lub znielubić). Pozostaje obojętny.

Istotną kwestią wreszcie jest fakt, że nasi nieliczni zawodowcy traktowani są jak dobro narodowe, podobnie jak gwiazdy Tour de Pologne goszczące u nas raz do roku. Nie wybiera się więc ciekawych historii, tylko z urzędu indaguje każdego, kto coś w sporcie osiągnął. Przy odpowiednich kontaktach można nawet wygenerować niezły hajp na daną postać i choć niekoniecznie będzie jej z tego powodu lepiej materialnie, to sporo korzyści może ugrać. I żeby nie było wątpliwości. To nie jest złe. Jest potrzebne, bo w końcu z czegoś trzeba żyć. Szkoda tylko, że tak rzadko robiony jest krok w inną stronę (by nie powiedzieć do przodu). Za link do intrygującego wywiadu sportowego zrobionego, z polskim zawodnikiem lub przeprowadzony przez polskiego media workera będę niezmiernie wdzięczny.

P.S. Ostatnio tak jak na wywiady ze Stasiukiem, czekam na rozmowy z Orestem Lenczykiem. Weteran wśród aktywnych trenerów piłkarskich, który osiągnął na tyle dużo a z drugiej strony ciągle pozostaje na tyle poza układem, że może sobie pozwolić na minimum wolności przed mediami. Polecam.