Autor: mt_jr

  • Stworzony by przegrywać

    Stworzony by przegrywać

    Andy Schleck po raz czwarty w karierze zajął drugie miejsce w wielkim tourze, przegrywając z trzecim kolarzem. Tymczasem na horyzoncie wyrasta inna młoda gwiazda, zawodnik, który póki co nie powtarza błędów Luksemburczyka.

    Tour de France 2011 został skrojony na wymiar dla młodszego z braci Schleck. Ciężkie, górskie etapy ? pod tym względem to najciekawsza Wielka Pętla od lat. Mało jazdy na czas ? wszak wiadomo, że Andy choć nie traci wiele, to jednak odstaje w próbach indywidualnych od swoich najgroźniejszych rywali. Do tego nowa ekipa ? projekt Leopard powołany specjalnie dla Braci. W międzyczasie pojawiła się kolejna okoliczność. Alberto Contador stając na starcie był nie w pełni sił po morderczym Giro d?Italia. Aby tego było mało, potencjalni kandydaci do podium wykruszali się jeden za drugim.  Lidera ekipy Leopard, jako jednego z najmocniejszych kolarzy wyścigu pech omijał. Do tego w Alpach popisał się brawurową ucieczką nadrabiając czas nad Evansem, Basso i Contadorem. A mimo to przegrał i to wyraźnie.

    Cyrille Guimard, wybitny dyrektor sportowy, który opiekował się m.in. takimi kolarzami jak Bernard Hinault, Laurent Fignon czy Lucien van Impe uczestniczył także w rozwoju kariery młodszego ze Schlecków. Choć trwało to tylko pół roku, zdążył poznać drugiego kolarza tegorocznego Touru. W wywiadzie udzielonym na kilka dni przed wyścigiem magazynowi Pro Cycling Guimard sugeruje, że Andy Schleck być może nigdy nie wygra Wielkiej Pętli. Luksemburczyk ma znakomite warunki fizyczne, które stawiają go w nielicznym gronie najwybitniejszych kolarzy świata, ale ze względu na popełnione błędy nie będzie psychicznie gotowy do zdobycia najważniejszego celu.

    Andy przeszedł na zawodowstwo niezwykle wcześnie, bo jako dziewiętnastolatek. Bjarne Riis ?wykradł? go z VC Roubaix prowadzonego przez Guimarda i zaoferował angaż w swoim CSC. Od tego czasu młodszy Schleck wygrał mistrzostwo swojego kraju, monument Liege-Bastogne-Liege i? tyle. Giro d?Italia, swój debiut w wielkim tourze przegrał z Di Lucą. W wyścigu tym był liderem ekipy i tak naprawdę nie miał się od kogo uczyć. Rok później był już w formie na wygranie Tour de France, ale po gorszym dniu w Pirenejach Riis poświęcił go na rzecz Carlosa Sastre. Następnie dwukrotnie przegrał z Contadorem. Guimard twierdzi, że kolarz z tej klasy talentem powinien być szczególnie chroniony by unikać porażek. A tymczasem Schleck nie dostał szansy, by nauczyć się wygrywać. Do całej sprawy dochodzi oczywiście specyficzna więź ze starszym bratem oraz presja ze strony ojca ? byłego dobrego kolarza, ale kwestia przełamania się do wzięcia odpowiedzialności za zwycięstwo wydaje się być kluczowa.

    Andy, choć ma już 26 lat, ciągle potrafi zachować się jak nieodpowiedzialny nastolatek, czego przykładem może być wyrzucenie go z drużyny biorącej udział w zeszłorocznej Vuelcie. Fakt, został de facto zmuszony do startu w kolejnym tourze sezonu, jego kontrakt z Saxo Bankiem nie był przedłużany, ale nie musiał manifestować swojego niezadowolenia wypijaniem po etapie kilku drinków.

    Sam Guimard twierdzi, że przez zbyt wczesne przejście na zawodowstwo Andy?emu ?zabrano młodość? i być może przez to właśnie nie będzie nigdy zdolny zrealizować swego potencjału. Krótko mówiąc, uznawany za wybitnego dyrektora sportowego Bjarne Riis skaził brylant, który wpadł mu w ręce. Zespół przyszłego mistrza, zanim ten rzeczywiście nim się stał.

    Biorąc pod uwagę zastrzeżenia doświadczonego dyrektora sportowego, na tegorocznym Tourze pojawiła się gwiazdka, która już wkrótce może zabłysnąć pełnią blasku. Nie wiadomo, czy Pierre Rolland zostanie kolejną Wielką Nadzieją Francuzów. Wiadomo za to, że od kilku sezonów wprowadzany jest w świat wielkiego ścigania i krok po kroku uczy się wygrywać. Nie jest to postać całkiem nowa. W 2008r sięgnął po koszulkę najlepszego górala w Dauphine Libere. Całkiem adekwatny sukces jak na utalentowanego dwudziestojednolatka. Później przyszło kilka pomniejszych, ale jednak sukcesów. W tym roku, mając dwadzieścia cztery lata zadebiutował w Tour de France u boku doświadczonego Thomasa Voecklera. Być może był nawet mocniejszy od swojego lidera, ale służąc mu pomocą uniknął bodźca w postaci dobrego miejsca, które jedyne co realnie oznacza, to że dobrze rokuje na przyszłość. W zamian za to został najlepszym młodzieżowcem (Schleck wygrywał białą koszulkę trzy razy w Tourze i raz w Giro, to nie zawsze jest gwarancją późniejszych triumfów), ale co najważniejsze, wygrał na Alpe d?Huez. Tym samym przeszedł do historii, jako zaledwie drugi Francuz, który był najszybszy na tym legendarnym podjeździe, pokazał moc i klasę. Już u progu kariery wygrał coś istotnego a nie przegrał coś wielkiego! Mimo, że Patric Lefevre, dyrektor ekipy Quick Step widzi w nim raczej kolarza klasycznego, Rolland ma odpowiednie warunki fizyczne by myśleć o dobrych wynikach w trudnych etapówkach. Oczywiście może być tak, że jego wewnętrzny ?silnik? nie ma dość mocy by wygrać Tour de France. Za to jego głowa dostała impuls na tyle mocny, że być może, jak tegoroczny triumfator, Cadel Evans doczeka tego momentu, że będzie w stanie sięgnąć najgłębszych rezerw i zawalczyć o zwycięstwo. Tymczasem Schleck będzie się dobrze zapowiadał do końca swojej kariery.

  • Kolarstwo jakiego nie znałem

    Kolarstwo jakiego nie znałem

    Pierwsze wspomnienia sięgają Wyścigu Pokoju i Igrzysk Olimpijskich w Seulu. Wkrótce potem zaczął się szaleńczy wyścig chemicznych zbrojeń. Teraz zastanawiam się, czy kolarstwo, które mnie wówczas zafascynowało, istniało naprawdę.

    Na początku mały disclaimer. Z euforią trzeba poczekać do mniej więcej połowy października. Wtedy wszystko będzie jasne. Czy, kto, co i ile. Wziął. Tego nauczyła nas najświeższa historia, w której zwycięstwa wielkich tourów wygrywa i przegrywa się w laboratorium lub sądzie. Skoro jednak kolarze z tempem jazdy wrócili do czasów Fignona i Lemonda, czyli do ostatniego momentu przed gwałtownym przyspieszeniem, trzeba inaczej spojrzeć na sponiewieraną skandalami dyscyplinę.

    Pierwsze zdziwienie przyszło na Luz Ardiden. Przecierałem oczy ze zdumienia nie dlatego, że Andy Schleck ze swymi super-przybocznymi nie zniszczył rywali. Wraz z herosami, którzy w ostatnich latach kreowali oblicze wyścigów etapowych wjechali Thomas Voeckler, Pierre Roland i Jelle Vanendert. Kto? Jakim prawem? Co oni tam robili? Później było jeszcze ciekawiej. Voeckler do ostatniego górskiego etapu bronił żółtej koszulki a Rolland uciekł Contadorowi na Alpe d?Huez. Nie, nie został puszczony w prezencie przez sześciokrotnego zwycięzcę wielkich tourów. Po prostu mu odjechał, bo ten był najzwyczajniej w świecie śmiertelnie ujechany. Tak samo jak Andy i Frank Schleck, Samuel Sanchez oraz Cadel Evans, którzy przez kilka dni toczyli zacięty bój na alpejskich przełęczach.

    Indurain, Ullrich czy Armstrong byli górami mięśni pędzącymi po tych samych szosach bez większego wysiłku, na mecie co najwyżej lekko spoceni. Pantani w koszmarnych warunkach wykonał cudowny rajd przez góry by pognębić rywali ustawiając całą klasyfikację. W tym roku Andy Schleck i Alberto Contador spróbowali tego samego. Wycieniowani do granic możliwości ? wysoki Luksemburczyk ma sylwetkę ?klasycznego górala? choć powoli zbliża się bardziej do skoczka narciarskiego, niż wzorca z Sevres ostatnich 20 lat, szczupłego, ale atletycznego Pantaniego. Na cudownym, wręcz magicznym sprzęcie ? rower ?Pirata? sprzed 13 sezonów zapewne znalazłby się w ogonie współczesnych szosówek ze średniej półki jako nienadający się do jazdy. Obstawieni zdobyczami współczesnej nauki i elektroniki optymalizującej trening, pozycję, dietę, regenerację. Na metach alpejskich etapów po ponad dwóch tygodniach ścigania wyglądali jak zwłoki. I nie zyskali zbyt wiele czasu nad rywalami, mimo heroicznych wysiłków i spektakularnych (choć w opinii niektórych komentatorów ciągle zbyt rachitycznych) ataków i rozbicia peletonu w strzępy.

    Czasy, gdy pretendent do wygrania Paryż ? Roubaix radośnie hasa na najcięższych wzniesieniach kasując ucieczki teoretycznie świetnych wspinaczy minęły. Na l?Alpe d?Huez Contador, Evans i Schleck wjeżdżali w tempie Lemonda i Fignona z 1989r oraz? rekordzisty wśród amatorów z 2005r. Wspomniany pretendent, George Hincapie był na mecie 17 minut później. Zmęczony gregario, którego praca tym razem nie przyniosła efektów. Takie ściganie jest kompletnie inne niż to, które można było oglądać przez ostatnie 20 lat. Nie jest wcale mniej fascynujące. Jestem absolutnie na tak, ponieważ jest prawdziwsze.

    Można pytać, dlaczego ?stracone pokolenie?, od Induraina po Landisa robiło to, co robiło? Wulgarnie cytując współczesnego pop-klasyka (Gregory House): ?A dlaczego pies sam liże się po genitaliach? Bo może!?. Zaawansowany koks stał się bardziej dostępny. Testów nie było lub były nieskuteczne. Pojawiały się nowe, coraz bardziej efektywne substancje i metody. Zestaw: EPO, Hormon Wzrostu i Testosteron był świętą trójcą zawodowców, tyle, że z każdym sezonem w coraz nowocześniejszym wydaniu. Dodatkowo, po upadku żelaznej kurtyny kolarze z NRD i ZSRR do zawodowego kolarstwa, które kulturowo posiada ciągoty do wspomagania wprowadzili swoje metody, oparte na planowym, systemowym i nielegalnym poprawianiu możliwości ludzkiego organizmu. Niektórzy szli na całość, inni, w trosce o zdrowie i życie kolarzy organizowali instytucjonalny doping by nie wypaść z gry. Ci, którzy byli poza układem nie mieli szans ani na wynik ani na pieniądze ani nawet na możliwość spokojnej jazdy na własną rękę.

    Takiego kolarstwa jak w tegorocznym Tourze trzeba się będzie uczyć od nowa. Uczyć sytuacji, gdzie zawodnik jest bardziej człowiekiem i nawet, gdy ma słuchawkę w uchu a dyrektor sportowy mówi mu ?jedź? on nie jedzie, bo zwyczajnie nie ma siły. Takiego, gdzie niepokonany dominator może mieć słabszy dzień. Wreszcie takiego, gdzie szanse są bardziej wyrównane a dobrze zapowiadający się zawodnik by wygrać musi mieć wybitny talent a nagły wyskok formy zależy od zbiegu wielu czynników a nie nawiązaniu współpracy z dobrym hematologiem. Teraz nikt nie fruwa, wszyscy atakują wszystkich i męczą się jak ludzie. Żegnajcie Pantani, Riisie, Armstrongu. Jesteście częścią historii. Znakiem czasów, które, miejmy nadzieję, odchodzą.

  • Test wiarygodności

    Test wiarygodności

    Andy Schleck jest bohaterem, Alberto Contador przegranym a Cadel Evans znów ma triumf w Tourze na wyciągnięcie ręki. Dziś kolejny ważny etap. Nie tylko ze względu na układ klasyfikacji. Czas podjazdu, powie, kto prowadzi w wyścigu: kontrolerzy?doperzy.

    L?Alpe d?Huez to podjazd szczególny. Niezmiernie eksploatowany, pełen historii, dramatów i zwycięstw wielkich mistrzów. W ostatniej dekadzie kojarzony głównie z dominacją Armstronga. To właśnie na 21 zakrętach prowadzących w górę z Bourg-d?Oissans pognębił Jana Ullricha i zdeklasował Ivana Basso. Wcześniej ?Góra Holendrów? (choć kolarz z kraju tulipanów ostatni raz triumfował tam w 1989r) była świadkiem wielu znakomitych pojedynków.

    Dziś istotna jest nie tylko rozgrywka między Andym i Frankiem Schleckami, Cadelem Evansem, Thomasem Voecklerem oraz (wciąż) Ivanem Basso oraz Alberto Contadorem, ale też czas, w jaki najlepszy z faworytów wjedzie na metę. Jak pisałem kilka dni wcześniej, w tym roku zawodnicy jadą wolniej. Podjazdy zabierają im więcej czasu, coraz bardziej istotną rolę zaczyna odgrywać taktyka, układ trasy oraz dyspozycja dnia. Wczorajszy triumf Andy?ego Schlecka to głównie zasługa przemyślanej taktyki oraz jej perfekcyjnej rywalizacji niż wyjątkowej przewagi fizycznej, której Luksemburczyk po prostu nie ma. Różnica, jaką wypracował podczas wjazdu na Izoard wynikała z zaskoczenia i niezdecydowania rywali. Zjazdy i odcinek płaski to zasługa współpracy z uciekinierami oraz, przede wszystkim, tytanicznej pracy Maxime?a Monforta.

    Belg był właściwą postacią na właściwym miejscu. Na niezbyt stromych i wietrznych odcinkach Schleck nie mógł mieć lepszego pomocnika niż znakomity czasowiec. Monfort ma na swoim koncie mistrzostwo Belgii w jeździe indywidualnej. To wystarczająca rekomendacja by dać opór rywalom, którzy nie byli zdeterminowani w 100% do wściekłej pogoni. Jako ostatnie ogniwo w planie dyrektorów sportowych ekipy Leopard spisał się idealnie

    W pościg rzucił się dopiero Cadel Evans, który niczym perszeron prowadził liderów przez cały podjazd na Galibier, uratował żółtą koszulkę Voecklerowi oraz, co ważne, sam pozostał w grze o zwycięstwo. Evans bowiem stracił na mecie ponad dwie minuty, ale do właściwego brata. Andy był dalej w klasyfikacji i gorzej jeździ na czas od Franka. Mając w pamięci porażkę z Carlosem Sastre na Alpe d?Huez to właśnie Australijczyk, nie czekając na innych rywali wziął sprawy w swoje ręce. I to on obok młodszego ze Schlecków jest bohaterem etapu a być może nawet zwycięzcą wyścigu.

    Ponieważ wszyscy byli na mecie w podobnym (czyli złym) stanie, dzisiejsze podjazdy na Galibier (od trudniejszej strony) i l?Alpe d?Huez będą kluczowe. Pobicie rekordowych czasów Pantaniego, Arsmtronga czy Ullricha, przedstawicieli poprzedniej ery kolarstwa jest poza zasięgiem. Ba, nawet zejście w okolice 38 minut będzie podejrzane. W 2006r, choć z ucieczki, Frank Schleck jechał pod górę przez blisko 41 minut. Dwa lata później, puszczony przez faworytów Carlos Sastre 39,5. Jeśli tegoroczny wyścig nie jest ?Tourem Cudów? jutro będziemy oglądali ciekawą rozgrywkę taktyczną a w przypadku mocnej jazdy czas w granicach najwyżej 39 minut. Jeśli pojadą szybciej, obawiam się, że z pełną odpowiedzialnością będzie można nie włączać telewizora podczas sobotniej czasówki. Lub zająć się czymś co jest równie odrażające.

  • Hipster vs Kolarz

    Hipster vs Kolarz

    W oczekiwaniu na – miejmy nadzieję – emocjonujące rozstrzygnięcia w tegorocznym Tourze („Czy Contador dziś zaatakuje, czy Schleck znów będzie marudził). Sponsorzy wyścigu dobrze wykorzystali okazję. I zrobili to na zupełnie różne sposoby.

    Reklamy, które po części robią karierę virali są już znane od kilkunastu dni. Skoda, oficjalny samochód Wielkiej Pętli od kilku sezonów raczy nas zabawnymi filmikami. Tym razem czeska marka poszła kawałek dalej. Nie dostarcza humoru a emocje. Krew, pot , łzy i cierpienie. Cierpią kolarze: wywracają się, przełamują ból walcząc o sekundy. Wraz z nimi cierpi sprzęt: rowery ulegające destrukcji oraz samochody. Całość ma dowieść, że Skoda jest niezawodna i dobrze znosi ekstrema.

    Intrygujące jest jedno. Każdy z elementów spotu: kolarz, rower i samochód traktowany jest równie przedmiotowo. Gdy zawodnika łapią kurcze, jest rzucony na maskę i poddany brutalnemu masażowi. Ma jechać, ma wygrać. (Ma sławić swego sponsora). Gdy rower, a w zasadzie jego część, nota bene warta często kilka tysięcy Euro, zawodzi jest wyrzucana i zastąpiona nową. Nie ma czasu na cokolwiek innego, liczy się wynik. Samochód? Kto przejmowałby się samochodem. Przyspieszenia, hamowania, krawężniki. Można tłuc po blachach, dopingując kolarzy, można obijać, używać jako stojak, wszystko w imię sukcesu. Ostatecznie liczy się wynik na mecie. Po drodze nic nie może zawieść.

    Na koniec do napisu Tour dodawany jest przedrostek. Mamy więc Tour pełen Tortur. Dla Samochodów. Dla rowerów. Dla ludzi. Co ciekawe, Czesi, przyzwyczajeni raczej do żartów niż skrajnych emocji w swojej wersji reklamy mają nie Tortury a Turbo. Ot, taka mała różnica.

    Edit (24.07): Dziś zauważyłem, że w polskiej wersji reklamy Skody na końcu znajduje się napis: MOC->EMOCJE. Żadnego nawiązania do Touru. Słabe.

    HTC, które jest sponsorem tytularnym jednej z najbardziej utytułowanych ekip (swoją drogą przejęli schedę po Deutsche Telekom) poszło w inną stronę. Choć mogli zaatakować widza pyskatym Markiem Cavendishem, wybrali przekaz pełen pozytywnej energii a przy okazji pokazali Warszawę jakiej nie znałem. Zawodowi kolarze pojawiają się mimochodem, przemykając dyskretnie obok sporej grupy wyluzowanych hipsterów. Budząca się do życia Warszawa ? symbol korporacji, agresji, nerwów i walki o kasę, w tak miłym towarzystwie jawi się jako całkiem sympatyczne miejsce do życia. Cóż, może hipsterzy i cykliści nie są jednak złem tego świata ;) A skoro sam producent telefonów stawia raczej na pozytywny komunikat niż silne emocje, nie ma się co dziwić, że odporny na upadki i uszczelniony smartfon dla ekstremalistów ma w swojej ofercie Motorola a nie HTC.

    Jedyny zarzut to, jak ktoś słusznie zwrócił uwagę, spore podobieństwo koncepcji spotu do klipu formacji Thirty Seconds To Mars ? ?Kings and Queens?.

    Zatem w konfrontacji zawodowca z Tour de France z hipsterem z Warszawy wygrywa… hipster z Warszawy. Kto by się spodziewał!

     

  • Jak (nie) wbiegłem na Pilsko

    Jak (nie) wbiegłem na Pilsko

    Biegi górskie są fajne. Biegi górskie są, powiedzmy, modne. Biegi górskie są tanie. Trudno mi pomyśleć o dyscyplinie, która ma tak wyraźną przewagę zalet nad wadami.

    Zaczęło się od kilku wycieczek ze znajomymi, podczas których skróciliśmy czas sugerowany przez PTTK do 1/3. Później przyszła przerwa od roweru i chęć powrotu do jakiejkolwiek aktywności. Jak zawsze w takich sytuacjach pojawił się pomysł startu w maratonie. Po dłuższym zastanowieniu doszedłem do wniosku, że tłuczenie przez trzy godziny po asfalcie nie jest dla mnie. Najzwyczajniej w świecie nie chcę być biegaczem. Treningowe przebiegnięcie dziesięciu kilometrów satysfakcjonuje mnie zupełnie. Nie chcę szybciej. Niczego to nie zmieni, nie sprawi że poczuję się lepiej, co najwyżej wydam trochę na ortopedę przy okazji kolejnej regeneracji kolan.

    Góry to co innego. Smak i zapach błota pod stopami, panorama ze szczytu, las po drodze. A do tego wysiłek, który powoduje, że każdy z bodźców percypuje się o wiele mocniej. Rok temu przez trzy miesiące poświęcałem około ośmiu godzin tygodniowo na treningi biegowe oraz ogólnorozwojowe aby zmieścić się w wymyślonym limicie jednej godziny podczas Biegu na Pilsko. Na linii startu atmosfera była zbliżona do tej, którą pamiętam z maratonów mtb w czasach, gdy głównym tematem rozmów rowerowych freaków była rywalizacja Armstronga z Ullrichem oraz wyższość widelców SID nad widelcami Mars (kiedy to było…).

    Ściana deszczu, na szczycie trzy stopnie i mgła. Na zegarku 59 minut ze sporym hakiem, ale w wyimaginowanym limicie się zmieściłem zajmując miejsce całkiem godne jak na „nie-biegacza”. W tym roku nie trenowałem. Więcej czasu spędzam na rowerze, ale Pilsko skusiło mnie jeszcze raz. Tym razem nie byłem przygotowany, więc w pewnym momencie dość mocno mnie odcięło, część dystansu pokonałem marszem by na szczycie znaleźć się dziesięć minut spóźniony w stosunku do wcześniejszego wyniku. Bieg górski alpejski charakteryzuje się jednym: nie ma kiedy odpuścić. A nawet jeśli jest kiedy, to nie wolno sobie na to pozwolić. Godzinny wysiłek to obciążenie, które może doprowadzić organizm do jego limitów. Jeśli jednak zwolnisz pół kroku, odpuścisz, żeby bolało trochę mniej tracisz czas i miejsca. Za to, jeśli tylko doczołgasz się do mety, dostaniesz medal za uczestnictwo. Ot, urok amatorskiej rekreacji.

    A później, gdy przychodzi chwila relaksu, YouTube „sam” podpowiada filmy z zawodów Sky Runner. Więc pojawiają się pomysły: a może by tak się przygotować. Jak nie Pilsko, to Kasprowy. Jak nie Kasprowy, to coś w Gorcach. A kiedyś… kiedyś Andora. Tyle tylko, że aby cokolwiek osiągnąć albo chociaż oszczędzić trochę zdrowia i móc w pełni czerpać satysfakcję z pracy organizmu biegnącego pod górę, trzeba zacząć biegać szybko. A aby biegać szybko, trzeba określoną ilość godzin tłuc nogami o asfalt. Żmudne to, oj żmudne.

    Mój ulubiony film z zawodów w biegach górskich. Fantazja z gatunku „być może kiedyś tam dotrę”

  • Koniec Touru Dwóch Prędkości?

    Koniec Touru Dwóch Prędkości?

    Thomas Voeckler przejechał Pireneje w żółtej koszulce. Lider Tour de France puszczony wcześniej w ucieczce na kilka minut utrzymuje przewagę nad faworytami. Co więcej, „dzielny Francuz” nie tylko ostatkiem sił przeczołgał się przez góry. Z wyzywającym wyrazem twarzy i jednoznaczną gestykulacją dał do zrozumienia, że on również jest w grze. Kolarze jadą wolniej, więc większa grupa zawodników ma szansę na zwycięstwo.

    Voeckler był już w podobnej sytuacji. W 2004r po ucieczce w pierwszej fazie wyścigu zdobył pozycję lidera i dzielnie bronił jej do 15. etapu. Wtedy też Wielka Pętla zaczynała przejazd przez góry od Pirenejów i dopiero pierwszego dnia w Alpach oddał maillot jeaune Armstrongowi. Wielce prawdopodobne jest, że przy takiej jeździe, jaką prezentuje w tym momencie, Voeckler utrzyma ją przynajmniej do czwartku i finiszu na legendarnej przełęczy Galibier. Etapy do Gap i Pinerolo, znany z waleczności Francuz byłby w stanie przejechać w pierwszej grupie nawet w latach powszechnego stosowania EPO i dopingu krwi.

    Docieram bowiem do kluczowego momentu. Dlaczego Voeckler z pomocą młodego Pierre’a Rolanda jest w stanie jechać razem ze Schleckiem, Basso, Evansem czy Contadorem. Sprawa dotyczy także, choć nie w tak widoczny sposób Damiano Cunego. Odpowiedź na to pytanie, choć oczywiście tylko w sferze przypuszczeń daje nieoceniony w takich sytuacjach blog The Science of Sport. Otóż od wprowadzenia na przełomie 2007 i 2008 paszportów biologicznych, w zawodowym peletonie drastycznie spadła ilość wyników badań wskazujących na nieprawidłowości sugerujące manipulację krwią. Według pokazanej w tabeli historii owych nieprawidłowości, patrząc na ilość „młodych” krwinek (retikulocytów) można przypuszczać, jaki rodzaj dopingu jest popularny w peletonie.

    I tak do 2003, gdy zaczęto stosować skuteczny test na EPO, nadmierna ilość retikulocytów w testach była powszechna, co sugerowało dostarczenie do organizmu erytropoetyny z zewnątrz. Wraz z wprowadzeniem testów zawodnicy mieli przerzucić się na doping krwi np. w postaci przetaczania tejże, na co wskazuje wyraźnie niedobór nowych krwinek a nadmiar „starych”. Pamiętacie Tour 2003 i fenomenalną jazdę Ullricha? Pamiętacie kto był wtedy jego wyłącznym opiekunem? Rudy Pavenage, który to opiekun i mentor nie tylko wpierał Jana psychicznie, ale też przede wszystkim skontaktował z Eufemiano Fuentesem, antybohaterem „Operacji Puerto”. Rewelacyjnie jadący wtedy Tyler Hamilton a także Alexander Vinokourow w niedługim czasie również wpadli na przetaczaniu krwi.

    Drastyczny spadek nienormalnych wyników nastąpił dopiero w 2008r, gdy wprowadzono paszporty biologiczne. Tamten wyścig, wygrany przez Carlosa Sastre również był dziwny. Komentatorzy prześcigali się wtedy w sugestiach wobec Cadela Evansa, że ten nie jest dość waleczny a jego ataki są niemrawe. Cóż… słyszymy to i w tym roku względem Andy’ego i Franka Schlecków w sytuacji, gdy Evans ma szansę na zwycięstwo. W 2008r Sastre wygrał nie dlatego, że w porywający sposób odjechał rywalom a dlatego, że mająca trzech liderów ekipa Bjarne Riisa zdominowała wyścig i Sastre, jako „Joker” został puszczony przez pozostałych pretendentów na Alpe d’Huez. Owszem, zawodnicy w międzyczasie testowali różne inne substancje, kierując swoją uwagę w stronę zmniejszenia częstotliwości oraz dawek. Stąd Dynepo („EPO II generacji”), według niepotwierdzonych i nieautoryzowanych testów miał je stosować Rasmussen oraz CERA („EPO III generacji”) a także, być może również GW 1516 i AICAR, substancje będące rodzajem dopingu genetycznego.

    W tym roku obserwujemy wzmocnioną powtórkę z 2008r. Faworyci wjeżdżają kluczowe podjazdy o kilka minut wolniej (Luz Ardiden 1,5′ a Plateu de Beille nawet 3′) niż kilka lat temu. Ivan Basso, szczuplejszy i bardziej aktywny niż w latach ubiegłych w swoim stylu nadaje mocne tempo, gdy szosa robi się bardziej stroma. Gdy wygrywał Giro, nie tacy kolarze jak Voeckler odpadali od niego jeden za drugim. Frank Schleck i inni faworyci ruszając w końcówkach do ataku pożerali uciekinierów. Tymczasem Sanchez czy Vanendert zyskawszy niewielką przewagę, jadą do mety zbliżonym tempem co potencjalni liderzy. Na Plateau de Beille to Voeckler, który owszem, poprawił jazdę w górach, ale etapy wygrywał raczej dzięki swej waleczności a nie wybitnym umiejętnościom w tej specjalności kontrował ataki, nadawał tempo i żywo gestykulował. Jakby chciał powiedzieć „Ha, patrzcie, nareszcie przyszedł ten czas. Już nie ma równych i równiejszych”.

    Po aferach Festiny i Cofidisu francuskie kolarstwo może nie popadło w zapaść, ale reprezentanci tego kraju mogli co najwyżej marzyć o wejściu do pierwszej piątki klasyfikacji generalnej. Bardzo restrykcyjne przepisy uniemożliwiały zawodnikom „rozwój”, na jaki mogli pozwolić sobie choćby Hiszpanie. W ich zasięgu znajdowała się ewentualnie koszulka najlepszego górala, myślenie o top5 traktowano w kategorii mrzonki. Jeśli peleton będzie jechał pod górę w tym tempie, Voeckler może zostać pierwszym kolarzem od czasów Virenque’a który w Paryżu stanie na podium. Dla przypomnienia, Virenque największe sukcesy odnosił wówczas, gdy wszyscy także byli równi. To znaczy równo nakoksowani.

    Częściowe (wszak nikt obecnie chyba już nie wierzy, że peleton jest 100% czysty a obecne przepisy po prostu utrudniają i ograniczają możliwość radosnego poprawiania swoich parametrów bez konsekwencji dyscyplinarnych) zrównanie sił może też tłumaczyć nerwowość i kraksy w pierwszym tygodniu touru. Skoro większa liczba zawodników miała szansę na dobry wynik, postanowili z niej skorzystać. Co za tym idzie tłok był większy i zdarzało się więcej wypadków.

    Cała hipoteza może jednak łatwo wziąć w łeb. Alberto Contador wraca do sił. Kolano przestaje go boleć a na akcje rywali zaczyna reagować dynamicznie dochodząc do grupy i bacznie przyglądając się co robią. Choć Pireneje były ciężkie, wyścig rozegra się w Alpach. Podmęczonych rywali i ich drużyny łatwiej będzie rozbić. Contador dobrze czuje się w sytuacji, gdy każdy jedzie na siebie, pokazał to w tegorocznym Giro. Tam wykorzystywał selekcję, którą swoimi atakami robił Joaquim Rodriguez. Kto więc pomoże mu teraz? A jeśli znajdzie się śmiałek, czy Alberto zniszczy rywali dynamitem w nogach (co sugerowałoby najgorsze) czy sprytem i taktyką?

  • Rozwód roku

    Rozwód roku

    Ślub Kate Midleton i Williama Windsora był Ślubem Roku. Ba, Ślubem Dekady. Globalnie. Polski sport doczekał się Rozwodu, pardon, Rozstania Roku. Maja Włoszczowska i Andrzej Piątek zakończyli współpracę. Szczegółów nie znamy, ale przynajmniej w mediach wygląda to nie najgorzej. Tyle dobrze.

    Dziwny zbieg okoliczności.  Raptem tydzień temu rozmawiałem z koleżanką o tym, że Maja Włoszczowska jest prawdopodobnie najsłabszą mistrzynią świata od lat, jeśli nie w ogóle. Na poparcie tego miałem w pamięci, że wszystkie Mistrzynie Świata regularnie walczyły w Pucharze Świata. Tymczasem rzut oka w tabele przypomina, że kariera jednej z najbardziej utytułowanych zawodniczek w historii mtb od mistrzostwa świata właśnie się zaczęła. Mowa tu o Margaricie Fullanie, która wygrywając w 1999r w szwedzkim Are (tam, gdzie po złoto wśród juniorek sięgnęła Anna Szafraniec) odniosła pierwszy znaczący sukces i dopiero od tego czasu na dobre zadomowiła się w światowej czołówce.

    Fakt jest faktem, że Maja Włoszczowska od swojego pierwszego medalu MŚ wśród seniorek w 2004r (tak tak, to już siedem długich lat) zdobyła indywidualnie dwa srebrne, dwa brązowe i jeden złoty, dokładając do nich srebro olimpijskie, natomiast w klasyfikacji generalnej Pucharu nigdy się nie liczyła a pojedynczą eliminację wygrała tylko raz w sumie dwa razy. Tymczasem dla porównania Sabine Spitz, Gunn-Rita Dahle, Alison Dunlap, Alison Sydor, Laurence Leboucher i Irina Kalenteva stawały na podium klasyfikacji łącznej Pucharu jeszcze przed złotym medalem MŚ a niektóre z nich łączyły świetny sezon zwieńczony zdobyciem tęczowej koszulki z równoczesnym triumfem w Pucharze. Wyjątkiem jest Barbara Blatter, która dla odmiany nigdy nie stała indywidualnie na podium mistrzostw, za to dwa razy zwyciężyła w Pucharze Świata.

    Co jest istotne, to fakt, że nasza zawodniczka jest ciągle młoda. Tak, chociaż dla wielu kibiców ściga się niemal ?od zawsze?, to ma raptem 28 lat. Jak na dyscyplinę, którą uprawia to nadal mało. Jeśli nie uda jej się wygrać na Igrzyskach w Londynie, ma jeszcze przed sobą Rio de Janeiro. W końcu to jeden start na cztery lata. Każdego może dopaść ?pech? a wygrana tam, choć prestiżowa nie świadczy o tym, że ktoś jest najlepszym zawodnikiem na świecie. Przynajmniej nie w dyscyplinie, której idea w formie wyczynowej zaczęła się od Pucharu Świata a Mistrzostwa Świata rozgrywane są co roku. Równie dobrze Maja może mieć już największe sukcesy za sobą (mimo pewnych braków, jej portfolio jest już zaiste imponujące) jak i z drugiej strony ma na tyle dużo czasu, by stać się najbardziej utytułowaną kolarką górską w historii. Dla odmiany może też w pewnym momencie stwierdzić, że ma to wszystko gdzieś i zostać księgową lub zrobić doktorat z jakiejś egzotycznej całki, wszak i na to ?ma papiery?. Jej kariera, jej wybór.

    Gdy Maja po zdobyciu olimpijskiego srebra zaczęła firmować swoim nazwiskiem wyścig w Jeleniej Górze, wiosną 2009r rozmawiałem z Andrzejem Piątkiem. Tak jak w kilku innych, wcześniejszych wywiadach i z nim i z Mają pytałem o Puchar Świata. Odpowiedział wtedy prosto. To nie jest nasz priorytet. Kryteria są jasne. Kadra narodowa dostaje finansowanie związane z imprezami mistrzowskimi: Europy i Świata. To tam ma być wynik, więc to do nich zawodniczki są przygotowywane. Co ważne, schemat ten od lat się sprawdza. Seniorki, juniorki oraz sztafeta to licząca się siła w mtb, stając na starcie zaliczana do grona faworytów walczących o medale. Zawsze. I bardzo często cel ten wypełniająca. Trener mówił sensownie i przekonywająco. Tyle, że w sumie nie wiedziałem, czy wypowiada się jako trener Mai Włoszczowskiej, Trener Kadry czy Menadżer grupy CCC.

    Trudno mówić o kwestiach, które zapewne są skomplikowane a do których zwykły śmiertelnik nie ma dostępu. Relacje na linii utytułowany zawodnik ? utytułowany trener często bywają skomplikowane. A do tego dochodzi ?polskie piekiełko?. Bo jak nazwać sytuację, w której sportsmenka, która swoim wynikiem ratuje posadę prezesa krajowego komitetu olimpijskiego, jest młoda, wykształcona, elokwentna, od lat przywozi medale z najważniejszych imprez i de facto swoim nazwiskiem firmuje zarówno grupę zawodową jak i kadrę traci wsparcie finansowe po największym sukcesie w karierze (odejście firmy Wedel i marki Halls po olimpijskim srebrze z Pekinu)? Jak poradzić sobie z sytuacją, gdy trener kadry narodowej jest równocześnie jej menadżerem i łączy tę posadę z takimi samymi funkcjami w grupie zawodowej, która z kadrą jest niemal tożsama? Wreszcie w tle znajduje się upadający i zadłużony związek, który traci sponsora (BGŻ) w zamian pozyskując (co cenne) mecenasa od lat zaangażowanego w kolarstwo (CCC), ale będącego równocześnie sponsorem tejże grupy zawodowej.  Wpomniany upadający związek, choć zajmuje się animowaniem dyscypliny, która od zarania jest zawodowa, posiada do wszystkiego tego etos centralnego szkolenia w imię uzyskania wyników na kluczowych imprezach, bo tylko to gwarantuje finansowanie z ministerstwa.

    Postać Trenera Kadry w sporcie, który jest zawodowy, jest więc co najmniej dziwna. Kto wymieni z nazwiska trenera Gunn-Rity Dahle, Juliena Absalona, Alison Sydor? Zwłaszcza tego, który prowadził ich do mistrzowskich medali. Kto trenuje Sylwestra Szmyda? Kto układa plany Contadorowi? Są zawodowcami, są rozliczani z wyników, z pracy, jaką wykonują. Ewidentny i do tego znany tandem kolarz ? trener w ostatnich latach był jeden. Jan Ullrich ? Rudy Pavenage. Obaj panowie bardzo utalentowani, utytułowani a ich współpraca układała się znakomicie. Tyle, że Ullrich miał za sobą doświadczenie enerdowskiej szkoły sportowej, które wpłynęło na całą jego karierę i potrzebował Mentora.

    Dlaczego więc, skoro Związek cały czas balansuje na skraju bankructwa i ciężką pracą nowego prezesa ratuje majątek przed wierzycielami koniecznie musi koordynować poczynania dorosłych i utytułowanych zawodników reprezentujących barwy grup zawodowych? Brzmi jak pomysł reformy służby zdrowia opartej na idei Kas Chorych. Kasy, owszem, były, ale nie Chorych a same były chore.

    Może wystarczy, by Trener był tam, gdzie faktycznie może trenować. To nie jest odkrywcze, takie pomysły padały już wielokrotnie. Ale skoro mamy dyscyplinę indywidualną, szkolmy zawodników do młodzieżowca włącznie. I tam ich finansujmy z budżetu. Zawodowców z kolei niech powołuje na kluczowe imprezy selekcjoner na podstawie minimów lub kwalifikacji. Spełniasz -> my finansujemy, jedziesz, walczysz, zarabiasz dla nas punkty a dla siebie szansę na dobry kontrakt. Nie spełniasz -> nie jedziesz. A kasę, którą mieliśmy wydać, wydajemy na juniorów. Co zrobić aby spełnić kryteria? Jeździć w klubie, który ci to zorganizuje lub załatwić sprawę indywidualnie. Proste. Przejrzyste. Profesjonalne. Ciekawe, czy do zrealizowania w tym kraju.

    Pozostaje jeszcze pytanie o przyszłość pozostałych zawodniczek, skoro cały system pełny był skomplikowanych i delikatnych powiązań. Ale odpowiedź na to pewnie zajmie więcej czasu niż pobieżne spojrzenie na aktualną sytuację.

  • O pechu

    O pechu

    W sporcie coś takiego jak „pech” praktycznie nie istnieje. Spośród licznych przypadków kończących się wycofaniem z rywalizacji na skutek kontuzji czy defektu sprzętu tylko nieliczny odsetek to te, gdzie można mówić o czynniku losowym…

    Tym razem będzie mniej komentowania a więcej doświadczeń własnych. W końcu to blog ;)

    Ścigając się w zawodach xc i maratonach mtb, procent imprez, których nie kończyłem (lub kończyłem na szarym końcu, ponieważ droga po trasie była najkrótszą drogą na metę) był bardzo wysoki. Cóż, powodów było wiele. Permanentnie niedoinwestowany sprzęt, stawanie na starcie nie będąc należycie wypoczętym, podobnie jak przystępowanie do kluczowych treningów. Równocześnie poprzeczka postawiona dość wysoko a przynajmniej ranga imprez i cele oszacowane wyżej niż wynikające z realiów możliwości. W związku z tym wyników, które satysfakcjonowały mnie samego było stosunkowo niewiele. Raptem kilka dni w roku, choć wyniki badań czy rezultaty z treningów sugerowałyby coś innego. A do tego „pech”.

    Defekty, nagłe spadki formy, pozornie losowe przypadki, które nie powinny mieć miejsca. Oczywiście zdarzało się, że ingerowała siła wyższa, ale w odsetku jak najbardziej standardowym. Jeden z przypadków widoczny jest na zdjęciu, gdy będąc dobrze przygotowanym fizycznie i sprzętowo, jadąc dobry wyścig i walcząc w czołówce wypadłem z rywalizacji przecinając oponę w miejscu, gdzie nie powinno się to zdarzyć (przy okazji, jeśli poczuwasz się do autorstwa tej fotografii, którą wyciągnąłem z prywatnego archiwum i nie chcesz, aby się tu znajdowała, proszę o kontakt).

    Zawodnicy w różnych dyscyplinach sportu kończą rywalizację na skutek defektów lub kontuzji. Często eksponowanym gwiazdom przytrafiają się sytuacje kuriozalne, bywa też, że również niebezpieczne dla zdrowia, kończące się poważnym urazem. Mało kto łapiąc gumę na zjeździe powie: pojechałem za szybko, źle wybrałem tor jazdy. Mój błąd. Podobnie z upadkiem: ryzykowałem, przesadziłem z prędkością, liczyłem że się uda. Gdyby się udało, byłby sukces. Nie udało się, jest stracony wyścig, szwy, gips…

    Szczególnie dobrze widać to w rajdach samochodowych, gdzie wykorzystuje się każdy centymetr nie tylko drogi, ale i pobocza. Awarie eliminujące najlepszych (bo ci nieco słabsi często po prostu są niedoinwestowani i mają nadzieję, ale tylko nadzieję a nie pewność, że jest ok i wytrzyma) to pokłosie błędów. A nie pecha. Wypadnięcie z trasy to efekt błędu nie na konkretnym zakręcie a dwa lub trzy wcześniej (tak samo jak w narciarstwie alpejskim), defekt na dojazdówce to ostatnie tchnienie części nadwerężonej przez zbyt głębokie cięcie zakrętów OEs wcześniej. Przegrzanie to skutek trawy zatykającej odpowiedni wlot powietrza (no skąd ona się tam wzięła?).

    Wracając do kolarstwa. W poszukiwaniu cennych sekund albo po prostu podnosząc morale, stosuje się części, które nie nadają się do ścigania. A jeśli się nadają, to nie są poddawane wystarczająco częstej kontroli. Walcząc o zdobycie minimalnej przewagi lub nie powiększenie start jedzie się na limicie, którego wybrane elementy (sprzętu lub człowieka) mogą zwyczajnie nie wytrzymać… Im większy poziom wyczynu tym bardziej liczą się szczegóły (warto przeczytać tekst na cyclingnews o rowerze Alberto Contadora). Będąc nieprzygotowanym w 100% lub minimalnie słabszym, próbuje się nadrobić braki w inny sposób. Zazwyczaj jadąc ponad stan i ryzykując. A nuż się uda.

    W tegorocznym Tour de France wypadków jest wiele. Jak to ma jednak miejsce zazwyczaj, ci najmocniejsi nie są dotykani przez „pecha”. Bracia Schleck jadą bez obrażeń. Ivan Basso, który zaimponował formą na Luz Ardiden również uniknął przykrości w pierwszej, nerwowej fazie wyścigu, podobnie jak jego super-gregario, Sylwester Szmyd. Cadel Evans, który do tej pory często plątał się w wiele przykrych sytuacji, jedzie nie dość, że bez przeszkód, ale też pomaga szczęściu jak może. Jego drużyna często dyktuje tempo w końcówkach etapów, czego sens poddawany jest w wątpliwość. Tymczasem dzięki temu Australijczyk nie leżał w kraksie i nad większością rywali nadrobił przynajmniej minutę. Widać musi być mocny a jego koledzy o tym wiedzą i mu ufają, skoro są w stanie dzień w dzień zaginać się dla niego, choć przecież nie walczy ze sprinterami w końcówkach. Pamiętacie Armstronga i to jak jeździła ekipa US Postal? Gdy był u szczytu formy nie doświadczał kłopotów, chyba, że podczas drużynowej jazdy na czas, gdy pojawiała się presja prestiżowej porażki. Poważny błąd popełnił dopiero, gdy był już wyraźnie słabszy fizycznie i zaplątał się w kraksę na wyścigu w Algarve łamiąc sobie obojczyk. Gdy był najsilniejszy, był niemal nietykalny.

    Alberto Contador to nieco inna historia, ponieważ Hiszpan będąc w super formie, nie stosuje się do zasad dbania o pozycję w grupie i zdarza się, że gubi czas na pozornie łatwych etapach. W Tourze 2011 jest to widoczne szczególnie, bo mając za sobą mordercze Giro di Italia raczej szuka optymalnej formy niż ją od początku prezentuje. Stąd też błędy, upadki, kontuzja, czyli przypadki, które trafiają nie murowanych faworytów a raczej pretendentów. Wiggins, Van Den Broeck, Vinokourow, Gesink, których spotkało wiele przykrości to właśnie pretendenci. By dorównać stuprocentowym faworytom musieli coś zaryzykować. Nie udało się. Pech to?

  • Tour nerwów

    Tour nerwów

    Wypadki, kraksy, wycofania faworytów. Raporty o złamanych kościach czołowych kolarzy trafiają nawet do polskich mediów. Krew i flaki wylewają się z ekranu. W końcu mamy lipiec. A lipiec to Tour. A Tour to wojna. A wojna to ofiary.

    Gdyby nie pechowe incydenty z udziałem pojazdów kolumny wyścigu: motocykl z reporterami potrącił Nikiego Sorensena a samochód francuskiej telewizji zaatakował Johny?ego Hoogerlanda i Juana Antonio Flechę, byłoby dramatycznie, ale w normie. Bradley Wiggins, kandydat do podium wycofał się ze złamanym obojczykiem. Jurgen van den Broeck leży w szpitalu ze złamaną łopatką. Vinokourow złamał kość udową. Tak, to przykre i bolesne, ale? tak wygląda to co roku. Kości trzeszczą w peletonie walczącym o każdy metr wolnej szosy przy zawrotnym tempie rywalizacji o pozycje. W końcu to Tour i każdy chce być z przodu.

    Pamiętacie najbardziej emocjonującą ?Wielką Pętlę? ostatniej dekady? Bohaterem był Tyler Hamilton, który walczył nie tylko z konkurentami, ale też i z bólem pękniętego obojczyka. Los był mniej łaskawy dla Joseby Belokiego, któremu skutki (złamana kość udowa i roztrzaskany łokieć) zerwanej na łacie smoły szytki przerwały karierę. Co ciekawe, fragmenty tego właśnie zjazdu są dopiero przed zawodnikami, ponieważ do Gap docierają w tym roku z tej samej strony.
    W porównaniu z analogiczną fazą wyścigu, wycofanych kolarzy nie jest jakoś szczególnie więcej niż w latach ubiegłych. Fakt faktem, że dołożenie dwóch kolejnych teamów do peletonu w zeszłym sezonie zwiększyło ilość kraks, ale nie jest ona różna od średniej (w nawiązaniu do statystyki, którą można znaleźć tutaj). Wyraźnie spokojniej jest, gdy startuje 20 a nie 22 teamów po dziewięciu kolarzy.

    Do nerwowej atmosfery przyczyniają się jeszcze dwa elementy: brak bonifikat oraz brak indywidualnej czasówki we wczesnej fazie wyścigu. Tym samym zabrakło elementów, które ustawiały klasyfikację i powodowały różnice między zawodnikami, ograniczając liczbę chętnych do walki w pierwszej fazie wyścigu. Dodatkowo wysoko punktowane premie lotne wzmagają aktywność sprinterów i ich drużyn a tymczasem trasa wyścigu poprowadzona jest po tych samych szosach co zawsze. Szosach drugiej czy trzeciej kategorii. Może niekoniecznie dziurawych, ale na pewno wąskich, krętych, pełnych rond, wysepek i chodników z krawężnikami zamiast szerokich, asfaltowych poboczy.

    Z kolei sami faworyci, czując możliwość pokonania zmęczonego po ciężkim Giro Contadora, również szukają swojej szansy. Hiszpan, w swoim stylu, jedzie niefrasobliwie i już teraz, zaplątany kilkukrotnie w kraksy, traci minutę czterdzieści do głównych rywali. Nie zostało ich wielu, ale Cadel Evans i bracia Schleck wjadą w Pireneje z przewagą, która będzie wymagała od obrońcy tytułu wiele pracy, jeśli chce ją zniwelować. Zadziwia szczególnie Evans, który w latach ubiegłych często padał ofiarą incydentów wczesnej fazy wyścigu. Teraz jego pomocnicy na 20km przed metą często prowadzą peleton a Evans, nawet na etapach sprinterskich jedzie w czubie grupy. Fakt, wymaga to wysiłku i zabiera cenną energię, ale tak powinni jeździć faworyci klasyfikacji generalnej. Jeśli przypomnieć sobie Armstronga, to właśnie w ten sposób często pozbywał się głównych rywali. Contador jest dla odmiany zwycięzcą wielkich tourów, który taktykę ma w głębokim poważaniu i często popełnia błędy. Jest silniejszy, więc odrabia starty, ale ogólna zasada jest taka, że to nie szczęście sprzyja lepszym a silniejszym właśnie. Słabsi, bardziej nerwowi, mniej zdeterminowani popełniają błędy. Bo nie licząc wypadków jak ten z Hoogerlandem, to właśnie błędy zawodników są najczęstszą przyczyną kraks i kontuzji.