Danny Boyle robi dobre filmy o ćpaniu. “127 godzin” nie jest – jak Trainspotting – o nielegalnym przyswajaniu heroiny. Mówi o aktywnym spędzaniu czasu na świeżym powietrzu: bieganiu, jeździe na rowerze, wspinaczce. Ćpanie jest w podtekście.

W tekście będą spoilery. Film jest sprzed roku a do tego to niemal dokument. Historia jest znana, a nawet jeśli nie, to dość szybko można zorientować się, jak zostanie rozwiązany główny problem bohatera. Aron Ralston to inżynier, który po pracy zrzuca korporacyjną dyscyplinę i korzysta z życia. Monotonię codzienności rekompensują mu wrażenia, jakich dostarcza sobie pokonując górskie szlaki na różne, uznawane za ekstremalne sposoby. W trakcie jednej z przygód grzęźnie w jaskini. Ramię przygniata mu blisko półtonowa skała. Ostatecznie po pięciu dniach w desperacji przy pomocy wyciągu łamie rękę i tępą podróbką Laethermana ucina pozostałości kończyny. Na końcu mamy happy end: bohatera zabiera helikopter i transportuje do szpitala. Po okresie rehabilitacji Ralston dostaje protezę, nadal biega i się wspina, poznaje życiową partnerkę. Jest szczęśliwy. Ach, i zawsze informuje o tym, gdzie wybiera się na wycieczkę, czego przed feralną wyprawą do kanionu Niebieskiego Johna w Utah nie zrobił.

Boyle dobrał świetną muzykę, zbudował dramaturgię i akcję rewelacyjnymi zdjęciami i dynamicznym montażem. Jest drastycznie, ale cool. Do tego sam Ralston twierdzi, że reżyser niemal w 100% oddał realizm sytuacji, którą przeżył. Jeśli tak jest, to… mam pewne wątpliwości.

Główny, a w zasadzie jedyny bohater tej historii w ciągu pięciu dni uwięzienia dojrzewa. Na ostateczny krok  – amputację decyduje się nie tyle wtedy, gdy jest już u kresu sił a gdy, pod wpływem wycieńczenia, halucynacji i czasu spędzonego na przemyśleniach oraz analizach własnego życia doznaje katharsis. Kości łamią się, gdy sam przed sobą przyznaje, że był złym człowiekiem. Że ćpał. Tyle, że nie “adrenalinę”, skałę, powietrze, prędkość. Ćpał samego siebie napawając się własną zajebistością górskiego wyjadacza mając w głębokim poważaniu ludzi, którzy go otaczają. Gdy już to wszystko sobie uświadamia, w imię woli przeżycia okalecza się, podejmuje heroiczny wysiłek i – tracąc po drodze 1/4 krwi – dociera do cywilizacji.

Czy w tym miejscu zaczyna się oszustwo? Nie wiadomo, bo nie wiadomo, co tak naprawdę dzieje się w głowie Ralstona. Wiadomo za to, czym zajmuje się obecnie. Właściwie tym samym, tyle, że z protezą ręki. Wspina się nawet bardziej intensywnie, bijąc różnorakie rekordy w górach Colorado. Planuje wejść na Everest. Został człowiekiem roku magazynów GQ i Vanity Fair. Pisze książki (o sobie), daje motywujące wykłady (płatne ok. 25tyś dolarów, tematyka “jak nie straciłem ręki a odzyskałem życie”). Jest celebrytą w licznych programach tv. Czasami do swojej działalności podpina ideologię ekologiczną. Krótko mówiąc, nadal ćpa siebie.

Wygląda więc na to, że żyje jeszcze bardziej intensywnie niż przed wypadkiem. Ciekawe, jak na to zapatruje się jego szanowna małżonka, prawdopodobnie będąca jakieś 200 dni sama w domu. Nawet, jeśli – wow – dostaje informację, gdzie jej wybranek obecnie się znajduje.

Temat “życie osobiste wyczynowych sportowców” zostawiam póki co na jesienne wieczory. Ale do niego wrócę.

Trailer filmu 127 godzin

P.S. W kinie byłem wieczorem po kolejnej wycieczce w Tatry. Solidnie pobiegałem. Miałem ze sobą: plecak z dwulitrowym workiem na wodę oraz bidon 500ml, zapas termoaktywnych ciuchów, szwajcarski scyzoryk, batony energetyczne. Dobre buty. Monitor pracy serca. Wszystkoodporną komórkę z gps. Po sześciu godzinach bateria padła “bo tak”. Było miło, zaplanowaną trasę zrobiłem, urywając 65% sugerowanego czasu. Biegłem sam. Na ile to w Tatrach możliwe, wybierałem mało uczęszczane szlaki. Ach ta satysfakcja  z bycia wyjątkowym.

Skomentuj

Komentarze

Powered by Facebook Comments