Kategoria: Casual

  • Trzecia rewolucja rowerowa dzieje się teraz.

    Trzecia rewolucja rowerowa dzieje się teraz.

    W obliczu pandemii koronawirusa ludzie na całym świecie masowo przesiadają się na rowery. Kolejne miasta wprowadzają rozwiązania ułatwiające przemieszczanie się przy pomocy tego nie tylko ekologicznego, ale też zdrowego środka transportu. O tym, że Światowy Dzień Roweru 3. czerwca ma szansę stać się naszą codziennością, rozmawiałem z jego pomysłodawcą, profesorem Leszkiem Sibilskim. 

    Logo Światowego Dnia Roweru zaprojektował Isaac Feld

    Zbliża się Międzynarodowy Dzień Roweru, którego jest Pan inicjatorem. A równocześnie, w związku z pandemią dzieją się w kontekście jazdy na rowerze bardzo ciekawe rzeczy i o tym chciałem dzisiaj porozmawiać. Zatem pierwsze moje pytanie jest takie, czy te wszystkie działania prorowerowe, które obserwujemy Pana zaskoczyły?

    Właściwie nie. Kiedykolwiek na świecie wydarza się jakiś kryzys, ekonomiczny lub związany ze środowiskiem czy z klimatem albo z innymi zjawiskami, których człowiek nie może kontrolować, rower pojawia się jako pierwszy środek lokomocji. Zwycięzcami są wtedy ci, którzy mają rower w garażu czy na balkonie lub w piwnicy. Ten, kto go ma, jest zabezpieczony na te najtrudniejsze chwile. 

    W tym momencie musimy wszyscy przestrzegać dystansu społecznego. I okazuje się, że rower jest idealnym sposobem, żeby przemieszczając się zachowywać ten wymagany dystans około dwóch metrów. 

    Np. w Mediolanie (i w wielu innych miastach na całym świecie) wyznaczane są tymczasowe drogi dla rowerów, tzw. “Pop-up lanes”, które prowadzą równolegle do linii metra. Dzięki temu ludzie mogą przemieszczać się po swoich trasach zamiast komunikacją zbiorową – rowerem.

    Transport publiczny jest teraz jednym z nośników koronawirusa a rower staje się sposobem podróżowania, także rodzinnie, np. rowerami cargo. 

    Rower stał się środkiem lokomocji, który jest wszędzie. A ostatnie dodatki w postaci silnika elektrycznego pozwoliły uruchomić ludzi, którzy np. już mieli mniej siły do jazdy lub mieszkają w warunkach, gdy jest ona mocno utrudniona ze względu na ukształtowanie terenu czy klimat. 

    W czasie pandemii ta przesiadka na rower wydarzyła się bardzo szybko. W sklepach rowerowych sprzęt został wykupiony, ludzie stoją w kolejkach do serwisów. 

    Tutaj w Waszyngtonie, gdzie jest piękna trasa wzdłuż Potomaku, pojawiło się bardzo dużo ludzi na rowerach. Według mnie przeżywamy teraz trzecią światową rewolucję rowerową. 

    Pierwsza była w XIXw, gdy rower został zaprezentowany światu. Zwyciężczyniami wówczas były kobiety, które wykorzystały rower w ruchach emancypacyjnych. Następnie bardzo długo nic się nie działo aż do 1973r, gdy wydarzył się kryzys paliwowy i wówczas rowery znowu wróciły do łask. 

    W tej chwili obserwujemy trzecią “rewolucję” czy też renesans. Sytuacja jest o tyle nietypowa, że ludzie pamiętają, co działo się poprzednio, gdy dla rowerzystów brakowało przestrzeni. 

    Teraz mam nadzieję, że te “pop-up lanes” zostaną przekształcona w stałą infrastrukturę, która jest kluczowa. Jest takie powiedzenie, “gdy zbuduje się drogę, to oni się pojawią” i według tego trzeba zacząć funkcjonować. 

    Natomiast trzeba do tych tymczasowych linii podejść ostrożnie, ponieważ one zwiększą ruch rowerowy, co z kolei spowoduje brak miejsc do parkowania i to może niektóre osoby zniechęcić. A potem najważniejsze będzie przekształcenie dróg tymczasowych w stałe, które będą bezpieczniejsze. 

    “Dzień bez samochodu” wnosi negatywne myślenie. “Światowy Dzień Roweru” jest promocją a nie negacją. 

    Ten trend możemy obserwować na całym świecie. Pan mówi o Mediolanie, mieszka w Waszyngtonie, u mnie w Krakowie czy także w innych polskich miastach też powstają takie tymczasowe drogi dla rowerów. Na wiele z nich musieliśmy czekać latami a tymczasem wystarczyło kilka tygodni epidemii, by te procesy bardzo przyspieszyły i to jest rzecz niezwykła. 

    Natomiast mam pytanie, czy poza tym, że doświadczamy kryzysu a kryzysy często wymuszają zmiany, czy jedną z przyczyn tej rewolucji rowerowej może być fakt, że zachód już się nasycił konsumpcją związaną z samochodami czy innymi rodzajami atrakcyjnych dóbr i może się teraz zwrócić w stronę szeroko pojętego bycia lepszym: bardziej ekologicznym, wrażliwszym, z większą ilością czasu dla siebie i bliskich, ponieważ rower bardzo skraca czas dojazdu? Bo zanim to się wydarzyło, kojarzył się z tym, że jest środkiem lokomocji albo biednych, albo już tych na tyle bogatych, że mogą wybierać.

    To jest bardzo ciekawe pytanie i faktycznie to jest jeden z argumentów, który wywołał tę kolejną rewolucję rowerową. Koronawirus tylko przyspiesza pewne procesy. Ciekawostką jest to, że spadły ceny paliw, w Stanach benzyna jest tańsza o prawie 40% a ludzie mimo to wybierają rower. 

    Jeśli chodzi o pewną stygmę, w krajach rozwijających się rower jest faktycznie kojarzony jako środek transportu ludzi biednych. I to przeszkadza rozwojowi roweru w tych krajach. Natomiast w krajach rozwiniętych jest drugi typ stygmy, ponieważ kojarzony jest ze sportem wyczynowym, z Tour de France. I to są takie dwa elementy, które nie pomagają zarówno na tzw. “globalnym południu” jak i na “globalnej północy”.

    Czy świat sam dochodzi do tego, że rower jest najlepszym środkiem transportu? 

    Niewątpliwie tak a przyczynami jest automatyzacja, związanie nas z internetem, praca zdalna, biurowa, brak ruchu. To są pierwsze elementy, które wyzwalają w ludziach potrzebę aktywności. Zaczynają biegać, spacerować, jeździć na rowerze. 

    Dla ludzi, którzy są zainteresowani szybkością, rower jest bardzo dobrym rozwiązaniem, pomaga na w miarę sprawną komunikację a równocześnie chroni nas przed tym, by nasze ciała po prostu nie zwiędły. 

    Duże znaczenie będą miały rowery cargo, ułatwiające dowóz towarów na tzw. “ostatniej mili”. 

    Bardzo wiele dzieje w tym temacie, świat niewątpliwie dojrzewa, chociaż nierównomiernie. 

    Obserwuję ciekawą tendencję, jeśli chodzi o zainteresowanie rowerami. Wiadomo, że liderami są oczywiście Holandia i Dania. Oni są jednak tak daleko z przodu, że podczas konferencji ich opinie i doświadczenia często są trudne do wdrożenia w innych krajach. 

    W tym roku w wyniku pandemii Brytyjczycy i Francuzi wychodzą na czoło, jeśli chodzi o implementację nowych rozwiązań, następnie ciekawie działają też Niemcy i Belgowie. Rower staje się też bardzo popularny również w krajach takich jak Kolumbia czy Peru. W Bogocie w niedziele główne ulice są zamykane dla samochodów i ludzie tam biegają, spacerują i jeżdżą na rowerach. 

    Gdy tworzyłem Światowy Dzień Roweru miałem nieco wątpliwości, ale koledzy ze środowiska naukowego zajmującego się aktywnym transportem zwrócili uwagę na pewien fakt. “Dzień bez samochodu” wnosi negatywne myślenie. “Światowy Dzień Roweru” jest promocją a nie negacją. 

    Rower wraca i nawet Chińczycy znów zwracają się ku rowerom. Gdy byłem tam po raz pierwszy 30 lat temu, na ulicach poruszały się fale rowerów. Teraz tam stoją fale samochodów. W powrocie roweru mają im pomóc rowery elektryczne.

    Musimy mieć świadomość tego, że mamy 2 miliardy rowerów na świecie a ponad połowa ludzkości potrafi jeździć. Jest to więc nieprawdopodobna siła wyborcza, która może bardzo wiele zmienić. 

    Czy w takim razie jesteśmy skazani na rower?

    Jesteśmy skazani na rowery, bo na samochody zwyczajnie nie mamy już miejsca. Szczególnie w starych miastach Europy czy Ameryki południowej, gdzie architektura nie daje miejsca na budowę nowych dróg. 

    Świat bardzo przytył. Rower pozwoli nam się wyzwolić i z tego.

    Obserwujemy ruch klimatyczny, gdzie wytyczone są określone cele do zrealizowania i zmiana środków komunikacji własnie na rower będzie w tym niezbędna 

    Stała się jedna niedobra rzecz, że wśród 17 celów zrównoważonego rozwoju ONZ transport został pominięty. Co za tym idzie nie ma tam roweru. Natomiast jeśli przyjrzymy się tym celom uważnie, rower można zaadaptować do każdego z nich. 

    Zastanawiam się, dlaczego, choć rower z nami, w sensie ludzkości, jest już tak długo, wielokrotnie jest pomijany przy powstawaniu nowych rozwiązań urbanistycznych. 

    Być może dlatego, że w naturze roweru jest pewna wolność. Jeśli mamy ochotę skręcić w lewo, skręcamy w lewo, jeśli w prawo, skręcamy w prawo. I większość ludzi wraca po jeździe do domu nie tylko zmęczona, ale przede wszystkim zrealizowana. Odstawiają rower i przechodzą do dalszych czynności. 

    Potrzebujemy więc aktywistów, którzy dodatkowo coś zrobią, napiszą, zagłosują. 

    Musimy mieć świadomość tego, że mamy 2 miliardy rowerów na świecie a ponad połowa ludzkości potrafi jeździć. Jest to więc nieprawdopodobna siła wyborcza, która może bardzo wiele zmienić. 

    Wydaje się, że powinno być do tej pory zrobione więcej, ale takie wstrząsy jak koronawirus przyspieszają pewne decyzje, które powinny być podjęte znacznie wcześniej. 

    A ta obecna rewolucja, jak długo ona potrwa?

    Wielu ludzi wciąż pamięta kryzys paliwowy z lat ‘70. Myślę, że to wszystko będzie się rozwijało w dobrym kierunku. Zwłaszcza w obliczu globalnej dyskusji na temat klimatu i zdrowia. 

    Ze względu na swoją przeszłość w sporcie wyczynowym i obecną działalność społeczną i naukową jest Pan dobrą osobą do odpowiedzi na kolejne pytanie. Mam wrażenie, że w dyskursie publicznym jest duży rozdźwięk między rowerem jako środkiem transportu, formą rekreacji i sportem, co powoduje wiele konfliktów czy złych skojarzeń. Są konflikty z kierowcami, jest obawa przed wysiłkiem lub zmęczeniem. Jak zatem powinno się mówić o czymś tak różnorodnych, by takich sytuacji uniknąć?

    Po pierwsze trzeba kierować się zdrowym rozsądkiem. Musimy się nauczyć dzielić przestrzenią. Kierowcy z rowerzystami, rowerzyści z ludźmi na rolkach i innych urządzeniach. Mamy coraz mniej przestrzeni, jesteśmy wszyscy uzależnieni od istniejących reguł. 

    Jeśli chodzi o sport wyczynowy, najmniej problemów mają oczywiście kolarze torowi, ale też kolarze górscy czy bmx, którzy korzystają ze swoich, niezależnych tras. Statystycznie w najgorszej sytuacji są kolarze szosowi, którzy nie tylko poruszają się po drogach publicznych, ale spędzają tam bardzo wiele czasu, więc ryzyko kolizji rośnie. 

    Trening na szosie jest coraz trudniejszy przez zwiększający się ruch samochodowy, problem jest skomplikowany. Jeśli ktoś jeździ lata bez wypadku, musi niestety wziąć pod uwagę, że po prostu ma wiele szczęścia. 

    Pewnym nieszczęściem jest, że przeciętny rower wytrzymuje bardzo długo, więc producenci niekoniecznie zarabiają bardzo duże pieniądze. To jest doskonała maszyna, która została wymyślona ponad 200 lat temu i ciągle nam służy w stosunkowo niezmienionej formie. 

    Wracając do samego Światowego Dnia Roweru, całość zaczęła się od artykułu i projektu dla studentów a teraz przez sytuację, której doświadczamy, ten “dzień roweru” faktycznie mamy nie tylko trzeciego czerwca, ale codziennie. Czy w związku z tym czuje się Pan prekursorem?

    Ja to ujmę inaczej. W pewnym momencie znalazłem się we właściwym momencie otoczony właściwymi ludźmi i podjąłem właściwą decyzję. Z perspektywy czasu wygląda na to, że nie miałem innego wyjścia. 

    Napisałem artykuł dla Banku Światowego, który był zatytułowany “Kolarstwo to interes nas wszystkich”. Zostałem zaproszony na konferencję do Seulu, gdzie wygłosiłem wykład, co pozwoliło mi uczestniczyć w kolejnej tym razem w Taipei. 

    Uznałem, że brakuje jednego elementu, który by spajał wszystkich tych, których łączy rower. Choćby producentów z użytkownikami rowerów. Każdy działa w swojej wąskiej przestrzeni a światowy dzień roweru ma nam pomóc lepiej wspólnie funkcjonować. 

    Głównym celem Światowego Dnia Roweru jest, by każdy na świecie potrafił jeździć na rowerze. Druga rzecz, chcielibyśmy, by ten symboliczny trzeci czerwca faktycznie dział się codziennie. Czy przez dojazdy do pracy, do szkoły, czy przez weekendową jazdę rekreacyjną. To przecież jest znakomita forma utrzymywania nie tylko kondycji fizycznej, ale też psychicznej, emocjonalnej dla całych rodzin. 

    Rower jednoczy. I to należy bardzo wykorzystywać. Ma to do siebie, że jest bardzo prosty w obsłudze. 

    Pewnym nieszczęściem jest, że przeciętny rower wytrzymuje bardzo długo, więc producenci niekoniecznie zarabiają bardzo duże pieniądze. To jest doskonała maszyna, która została wymyślona ponad 200 lat temu i ciągle nam służy w stosunkowo niezmienionej formie. 

    Jest niewiele takich urządzeń wymyślonych przez człowieka, które służą nam tak długo a równocześnie pozwalają na tak wiele, w tym na kontakt z naturą. 

    Ta maszyna staje się coraz lepsza. Jeśli chodzi o sport wyczynowy wygląda na to, że rower prześcignął człowieka, który jest już na granicy swoich możliwości. 

    Mam też wrażenie, że coraz więcej ludzi będzie jeździło na rowerze. Tych którzy będa zmęczeni czy wręcz zniszczeni siedzeniem przy komputerze a będą szukali aby szybko i tanio doświadczyć czegoś przyjemnego, spotkać się z innymi. 

    Niewątpliwie infrastruktura jest tu kluczem, chociaż trzeba pamiętać, że można też pojechać do lasu. 

    Nasz Peter Sagan, mówię “nasz”, bo robi to po raz trzeci,  promuje Światowy Dzień Roweru. UCI z tej okazji przygotowuje na Zwifcie zawody, w których wezmą udział Chris Foome, Victor Campenaerts, Chloe Dygert i Jolanda Neff. 

    Krajem, który wiedzie prym w światowym dniu roweru są niespodziewanie Indie, gdzie rower bardzo zyskuje na popularności. Zaangażowane są też Australia i Japonia. Czekamy tylko na naukowców z Antarktyki, którzy wsiądą na rower stacjonarny. 

    Chodzi przecież o wspólną zabawę, spędzanie wolnego czasu i promowanie roweru. Filozofia tego święta pokazuje nam, co można robić na rowerze. 

    Pomaga nam Światowa Organizacja Zdrowia, która wydała oświadczenie, że rower jest najlepszym środkiem transportu, który pozwala dbać o zdrowie. A firma konsultingowa Deloitte wskazuje, że już wkrótce bez roweru nie będzie można się obyć. Na samym końcu wsparł nas też premier Wiekiej Brytanii, Boris Johnson, który zrobił wiele dla ruchu rowerowego będąc burmistrzem Londynu zapowiedział, że nadchodzi złote stulecie roweru. Ministrowie z Danii i Holandii są też oczywiście z nami, podobnie jak pani burmistrz Bogoty, Claudia López Hernández czy Anne Hidalgo z Paryża. 

    Nie wiem, czy w najbliższych latach będziemy operowali w głównie obrębie rowerów elektrycznych. Z pewnością pomagają one producentom rowerów, zachęcając ludzi do wymiany sprzętu. Są też bardzo użyteczne dla osób starszych, do tej pory często wykluczonych z jazdy na rowerze. 

    Ze strony sportowej powinniśmy też pamiętać, że kolarstwo od samego początku było wśród założycieli współczesnego ruchu olimpijskiego. 

    Z kolei dla Polaków rower jest jedną z najchętniej uprawianych dyscyplin. 

    Ja jestem optymistą. Nie ma w tym momencie rozwiązań urbanistycznych bez roweru. Kto się w tym najlepiej odnajdzie, będzie wielkim zwycięzcą. 

    Leszek Sibilski jest profesorem socjologii na Montgomery College w Rockville, w stanie Maryland, USA. W latach ‘70 wyczynowo uprawiał kolarstwo torowe na poziomie reprezentacji Polski. Po zakończeniu kariery sportowej zajął się działalnością społeczną i naukową. Jest konsultantem Banku Światowego oraz Organizacji Narodów Zjednoczonych. Z jego inicjatywy ONZ w 2018r. ustanowiła 3. czerwca “Światowym Dniem Roweru”. 

    Wykorzystane zdjęcia pochodzą z prywatnego archiwum prof. Sibilskiego.

  • Jazda solo to styl życia

    Jazda solo to styl życia

    W sytuacji, w której samotna jazda stała się koniecznością, wielu kolarzy tęskni za grupowymi przejażdżkami. Tymczasem #ridesolo może być podyktowane nie przykrymi okolicznościami a osobistym, codziennym wyborem. 

    Każdy ma swoją rutynę

    Od lat jeżdżę w większości sam. Tak jest mi wygodniej i zwyczajnie tak lubię. Mimo stosunkowo elastycznego czasu pracy, przy pełnym etacie wciąż najsensowniej jest mi zrobić trening rano. A rano, jak to rano, każdy ma swoją własną rutynę, swoje sprawy i obowiązki. 

    Zatem od wtorku do piątku po prostu robię swoje. Zazwyczaj są to jakieś ćwiczenia, a te najlepiej wykonuje się bez towarzystwa. 

    Od każdej zasady są wyjątki. Zimą czasem na trenażer wsiadam wieczorem. Z kolei latem, gdy dzień jest dłuższy, idę do biura na ósmą, jadę od razu na rowerze “sportowym” (w przeciwieństwie do codziennego przemieszczania się mieszczuchem) a później wracam do domu o zmierzchu. 

    W weekend, gdy przychodzi pora np. na dłuższą rundę, wolę wybrać się na nią z żoną lub z bliskimi przyjaciółmi, ale i tak przynajmniej jeden z dwóch dni jeżdżę sam. 

    Sam się tak nie zagniesz?

    Żeby nie było wątpliwości. Nie neguję zalet treningu w grupie. Co więcej, jestem świadomy ograniczeń, które daje trening wyłącznie solo. 

    Jazda ze sprawdzonymi partnerami treningowymi albo gonitwa na popularnej “ustawce” to zawsze dobry bodziec. Nawet mając do perfekcji opanowaną analizę pomiaru mocy, doskonałą znajomość swojego organizmu i świetnie zaplanowaną “rozpiskę” solo warunki gry ustalamy sami ze sobą, ewentualnie z trenerem. 

    Tymczasem w grupie nie tylko pod presją postawi nas ktoś inny, ale też może zrobić to w momencie, w którym nie czujemy się w pełni komfortowo. 

    Do tego dochodzą elementy, bez których, zwłaszcza na szosie, trudno sobie poradzić: trening jazdy w peletonie, zmiany, wachlarze, wiele “niepisanych zasad” jak pokazywanie dziur czy sygnalizowanie swoich zachowań i reakcje na innych. 

    Krótko mówiąc, jest spora szansa, że regularnie jeżdżąc w grupie będziesz lepszym kolarzem. Ale…

    Śmierć w oczach

    O ile jeszcze przyjacielskie przejażdżki odbywają się zazwyczaj w zgodzie z zasadami rozsądku, o tyle na treningach mających za cel odrobinę rywalizacji, “sprawdzenie nogi” czy wręcz mniej lub bardziej formalne ściganie, ludziom puszczają hamulce. Dosłownie i w przenośni. 

    Cięcie lewych, “ślepych” zakrętów? Jest. Wyprzedzanie samochodów “na trzeciego”? Proszę bardzo. Sprinty “na tablicę” w pełnym ruchu całą szerokością drogi? Jak najbardziej. 

    Doliczmy do tego zróżnicowany poziom umiejętności jazdy w grupie, emocje związane z koniecznością udowodnienia kolegom kto rządzi na podwórku, rozkojarzenie np. po całym dniu w pracy i… tak, kraksy na środku drogi nie są niczym niezwykłym. 

    Możecie powiedzieć, że to taki urok i elementy wpisane w kolarstwo, ja już dawno temu powiedziałem sobie “dziękuję” a ścigam się na oficjalnych zawodach w zamkniętym ruchu. 

    Rekreacja vs kultura


    Popularność kolarstwa może tylko cieszyć. Natomiast za rosnącym entuzjazmem nie nadąża poczucie, że warto czasem trochę się rozejrzeć wokół siebie. 

    Abstrahując od przepisów ruchu drogowego, pozostaje kwestia kultury i postawienia prawa do spędzania przez siebie czasu w kolarskim peletonie wyżej niż prawa innych rowerzystów lub pieszych do rekreacji czy kierowców do przemieszczania się. 

    Z jednej strony grupa stu kolarzy wygląda super a jazda w niej jest świetnym przeżyciem, z drugiej poczucie siły pochodzące z tzw. “kupy” (skąd rzeczona siła jak wiadomo się wywodzi) to pole do potencjalnych konfliktów. 

    I tak, jazda po zmianach 45km/h w słoneczne popołudnie popularną, rekreacyjną ścieżką rowerową to zwykłe chamstwo, którego nie uzasadniają czyjekolwiek potrzeby treningowe czy społeczne. 

    Nawet w najbardziej liberalnych doktrynach wolność jednostki kończy się tam, gdzie zaczyna wolność drugiej i warto o tym przy treningach grupowych pamiętać. 

    Czas dla siebie

    W erze, gdy z każdej strony jesteśmy atakowani bodźcami: zalewem informacji, powiadomieniami z mediów społecznościowych, wszechogarniającym szumem, te kilkadziesiąt minut czy kilka godzin spędzonych po prostu na jeździe jest po prostu bezcenne. 

    Nie będę przywoływał frazesów o obcowaniu z naturą czy żywiołami, bo nie każdy lubi i ma możliwość jeździć w terenie albo po bocznych, mało znanych szosach.

    Natomiast już sam fakt skupienia się niemal wyłącznie na fizyczności, zarówno tempie jazdy jak i jej technice i odcięcia się od innych kwestii uważam za bezcenne. Nawet, jeśli w międzyczasie kontroluję parametry, pilnuję tempa czy motywuję się do jazdy na określonej intensywności. 

    A przecież jazda to nie tylko trening. To także czas, który można po prostu spędzić z własnymi myślami lub po prostu zrelaksować się izolując od bodźców “współczesnego świata”.

    Jazda solo to zatem szansa na doskonalenie siebie, zarówno psychiczne jak i fizyczne. I choć nie jest pozbawiona pewnych wad (konieczność dodatkowego zadbania o własne bezpieczeństwo, podejmowanie mniejszych wyzwań w trudnym terenie, wspomniany brak bodźców treningowych), jako taka może być nie tylko stylem jazdy, ale wręcz stylem życia. 

    Polecam spróbować, nie tylko w czasach epidemii. 

  • Córka trenera

    Córka trenera

    Trochę kino o dorastaniu a trochę film drogi. Do tego historia ojca trenującego nastolatkę w realiach jednej z popularnych dyscyplin sportu. Choć „Córka Trenera” jest o tenisie, znajdziecie w nim wiele smaczków, które spotykacie na co dzień samemu startując w zawodach.

    Łukasz Grzegorzek stworzył kameralny, wizualnie zgrabny „indie-filmik„, który spotkał się z pozytywnym przyjęciem krytyków. Choć często kwalifikowany jest jako „dramat” a bohaterowie od czasu do czasu na siebie krzykną lub uronią łzę, oglądamy małą historię, pozornie bez większego znaczenia. Taką, która przydarzyła się każdemu z nas. Lub przynajmniej mogła się przydarzyć.

    Ktoś o czymś marzy, ktoś się rozczarowuje, jest też odrobina romansu i paru kolorowych bohaterów drugoplanowych. Ot, życie. 

    „Córka Trenera” ma kilka zalet: sensowny scenariusz, bezpretensjonalność, ładne zdjęcia i budzących pewne zainteresowanie bohaterów nieźle zagranych przez dobrze dobraną obsadę (m.in Jacek Braciak, Agata Buzek oraz Karolina Bruchnicka i Bartłomiej Kowalski). 

    Zalicza się więc do, wciąż nielicznych, polskich produkcji, które można obejrzeć bez poczucia, że twórca nami gardzi a swój film zrobił wyłącznie dla pieniędzy. 

    Jeśli lubicie takie kino, to polecam, jeśli nie, to nie stracicie za wiele. Tak czy inaczej nie pisałbym o nim gdyby nie fakt, że historia, którą opowiada dzieje się w świecie sportu. 

    Nie wiem, jak „Córka Trenera” odwzorowuje realia polskiego, juniorskiego tenisa natomiast mogę śmiało powiedzieć, że niesie ze sobą wiele obserwacji, których każdy z nas doświadcza lub doświadczał na co dzień rywalizując w swojej ulubionej dyscyplinie sportu.

    Plastikowe pucharki i listy wyników rozwiewane przez wiatr? Zaliczone. Dekoracja zwycięzców oklaskiwana wyłącznie przez trenerów lub rodziców? Jest. Pracownik urzędu wręczający trofea w zastępstwie nieobecnego burmistrza? Mamy to!

    Noclegi w podrzędnych kwaterach, podróże z zawodów na zawody leciwym busem, treningi gdzie popadnie, bo co by się nie działo przecież „muszą zostać odbyte”… a przy tym dbałość o dietę, niewyleczone kontuzje i gasnące marzenia o wynikach, karierze lub jakiejkolwiek innej formie pozostania przy sporcie, wokół którego zbudowane jest życie. Bohaterów filmu lub po prostu nasze. 

    Można jeszcze poruszyć temat perspektyw, jakie mają młodzi ludzie wchodzący w dorosłość, zarówno tę życiową i tę sportową. Przyszłości, której wizji w wyczynie zazwyczaj nie ma o ile nie jest się w wąskim gronie najbardziej utalentowanych i zamożnych jednostek. 

    Ponieważ jednak „Córka Trenera” jest sama w sobie małym, bezpretensjonalnym filmikiem, sam też nie powinienem uderzać w zbyt poważny ton, zatem w tym miejscu się zatrzymam i mimo kilku drobnych niedociągnięć po prostu go polecę. 

    „Córka Trenera”, 2018
    Reżyseria: Łukasz Grzegorzek
    90 minut. 
    Film miał premierę kinową wiosną 2019; w listopadzie 2019 jest dostępny w HBO Go.

  • Time Trial. Czasówka. Próba charakteru.

    Time Trial. Czasówka. Próba charakteru.

    Zamiast triumfalnego pożegnania na Polach Elizejskich, David Millar w swoim ostatnim sezonie doświadczył kumulacji trudności, z jakimi na co dzień zmaga się zawodowy kolarz. Dokument ?Time Trial? pokazuje wszystko, co zazwyczaj jest pomijane w telewizyjnych relacjach z kolejnych wyścigów.

    Bardzo chciałem obejrzeć ten film. David Millar jest jedną z moich ulubionych postaci w profesjonalnym kolarstwie. To jeden z tych zawodników, którzy w obliczu dopingowej wpadki zamiast chować głowę w piasek lub opowiadać głodne kawałki postanowili coś zmienić.

    Szkot był jednym z cudownych dzieci ?ery EPO?. Podczas czasówki na Tour de France pokonał samego Armstronga, zdobył też tęczową koszulkę mistrza świata w jeździe indywidualnej. ?Afera Cofidisu? odmieniła jego karierę. Po powrocie z dwuletniej dyskwalifikacji Millar nie tylko stał się orędownikiem czystego kolarstwa, ale też odnalazł się w nowej rzeczywistości odnosząc kolejne, choć już nie tak spektakularne sukcesy.

    W sezonie 2014 postanowił zakończyć wyczynową karierę i właśnie w tym, trudnym dla każdego sportowca czasie, towarzyszy mu autor filmu ?Time Trial?, Finlay Pretsell.

    Plan był taki, by wraz z Millarem odbyć ostatnie tournee, zwieńczone trzynastym uczestnictwem w Tour de France. Sam kolarz planował celebrować swoje pożegnanie. M.in. sponsorująca go firma Fi?z:k na każdy z wyścigów przygotowała specjalne buty, unikatową grafiką nawiązujące do kolejnych imprez.

    Niestety życie bywa brutalne a sport bywa okrutny jeszcze bardziej. Zamiast cieszyć się sławą, Millar przeżywał trudne chwile niemiłosiernie męcząc się podczas następujących po sobie wyścigów. Mimo problemów, zdołał jeszcze przejechać hiszpańską Vueltę i jesienią zakończył karierę podczas organizowanego przez lokalny klub uphillu.

    ?Time Trial? wbrew polskiemu tytułowi nie opisuje specjalizacji Millara, czyli jazdy indywidualnej na czas. Jest za to historią, która jak żadna inna do tej pory odkrywa kulisy zawodowego kolarstwa. Mamy więc nieocenzurowane rozmowy dyrektorów sportowych w teamowym samochodzie, wymiany zdań przed snem w hotelowych pokojach czy smalltalki w peletonie.

    Film Pretsella jest obrazem o kolarzu, o kolarstwie i niemal wyłącznie dla kolarzy. Nie znajdziemy w nim właściwie żadnej ekspozycji. Bardziej niż słowem operuje obrazem, często skupiając się na brutalnej i bolesnej stronie tego sportu. Gdy sam Millar mówi wprost do kamery, jego wypowiedzi najczęściej są dosadne lub przepełnione goryczą.

    Tak jak odwagi wymagała antydopingowa krucjata ?skruszonego? kolarza, tak i występ w poruszającym filmie musiał wiązać się z pewnego rodzaju heroizmem. Kolejny raz szkocki zawodnik złamał liczne, obowiązujące w peletonie tabu, wprowadzając fanów tam, gdzie zazwyczaj nie mają wstępu.

    Nie wiem, co o takim podejściu sądzą byli czy obecni kolarze zawodowi. Wiem natomiast, że choć ?Time Trial? nie jest pozbawiony wad, ale ponieważ zamiast hagiografii, okrągłych słów napisanych przez ghostwritera czy specjalistę od wizerunku dostaliśmy bombę prawdziwych emocji, jest po prostu bezcenny.

    Time Trial (polski tytuł ?Czasówka. Próba charakteru?)
    reż. Finlay Pretsell
    Wielka Brytania 2017
    Film obejrzałem podczas festiwalu Off Camera, w legalnej dystrybucji dostępny jest np. na Amazon Prime na itunes.

  • Peter Sagan. Mój świat

    Peter Sagan. Mój świat

    Największa gwiazda współczesnego peletonu opowiada o swoim podejściu do kolarstwa. I do życia trochę też. Choć to wciąż ?sportowa biografia?, skutecznie wymyka się schematom obciążającym tego typu publikacje i dzięki temu pozytywnie zaskakuje.

    Gdy ?The Inner Ring? opublikował nieszczególnie przychylną recenzję książki Sagana, do lektury zasiadłem bez entuzjazmu. Na szczęście wraz z kolejnymi stronami niechęć mijała i muszę stwierdzić, że spisane przez ghostwritera przemyślenia trzykrotnego mistrza świata to dobra propozycja dla fanów kolarstwa bez względu na ich doświadczenie czy poziom zaawansowania.

    Przede wszystkim Sagan unika schematycznej, linearnej opowieści, w zamian opierając swoją opowieść o bezprecedensowe, zdobyte z rzędu, trzy tytuły najlepszego kolarza globu.

    Sporo miejsca poświęca swojej relacji z Olegiem Tińkowem, kontrowersyjnym miliarderem i pasjonatem kolarstwa, który był równocześnie szefem Sagana w sponsorowanym przez siebie zespole. Wygląda na to, że mimo wielu konfliktów i różnicy zdań, słowacki mistrz ostatecznie znajdował wspólny język z ?szalonym? Rosjaninem. Z pewnością obu panom nie brakuje charyzmy, cechy, która we współczesnym, zawodowym peletonie jest na wagę złota.

    Motywem przewodnim ?Mojego Świata? jest znaczenie i funkcjonowanie ?Team Peter?, czyli grupy najbliższych współpracowników i przyjaciół Sagana. Nie byłoby trzech tęczowych koszulek bez brata, menadżera, trenerów, rzecznika prasowego, przyjaciół-gregario, masażysty i mechanika. Myśląc o kolarstwie jako o sporcie zespołowym, zazwyczaj mówimy o roli, jaką pełni drużyna na szosie. Tymczasem Peter Sagan przybliża swoim czytelnikom zasady działania grupy ludzi, którzy wydatnie przyczyniają się do jego kolejnych sukcesów.

    A cała reszta? Cóż, zawodowego sportowca, celebrytę, gwiazdę kina, jakąkolwiek osobę publiczną znamy na tyle, na ile ona sama zechce dać się poznać. Sagan prezentuje się jako wyluzowany gość, chwytający życie i każdego dnia cieszący się swoim talentem.

    Książka sama w sobie ma nieco wad. Momentami czuć, że spory udział miał ghostwriter, pewne nieścisłości pojawiają się również w tłumaczeniu. Jest też już nieco nieaktualna, ponieważ od jej napisania sporo zmieniło się w życiu prywatnym Petera Sagana (jest w separacji z żoną, w biografii znajdziemy tylko informację o ich spektakularnym weselu). Mimo wszystko fajnie, że wydawnictwo SQN wprowadziło tę pozycję na nasz rynek, co więcej wiosną, czyli w czasie, gdy jej bohater co roku walczy w wyścigach klasycznych.

    Peter Sagan. Mój Świat
    Wydawnictwo SQN, 2019
    Cena na okładce: 39,99, swój egzemplarz kupiłem w promocyjnej cenie 28zł.

  • Jeśli kolarstwo chce być eko, musi się zmienić.

    Jeśli kolarstwo chce być eko, musi się zmienić.

    Sport rowerowy, choć pozornie uznawany jest za ekologiczny, w praktyce okazuje się być uciążliwy dla środowiska. Jeśli kolarstwo chce być przyjazne dla naszej planety, powinno pomyśleć o szeregu zmian.

    Możecie powiedzieć, że nie ma to sensu, bo przecież jest wiele innych, bieżących problemów do rozwiązania. Bilans wyścigów zawodowców i pasji tysięcy amatorów nie może być przecież niekorzystny dla środowiska?

    Cóż, biorąc pod uwagę, że przy imprezach kolarskich często porusza się więcej samochodów niż rowerów, zawodom towarzyszy produkcja ton śmieci (zwanych potocznie gadżetami reklamowymi), kibice na trasy dojeżdżają kolejnymi autami a strefy bufetu na imprezach masowych generują góry zużytych, jednorazowych opakowań, jest się nad czym zastanawiać.

    Mniej samochodów

    W ostatnich latach sporo mówi się o konieczności zwiększenia bezpieczeństwa w zawodowym peletonie. Ogranicza się jego liczebność, wprowadza dodatkowe licencjonowanie dla kierowców pojazdów jadących w kolumnie wyścigu.

    Efekty można zauważyć, anegdotycznie wypadków z udziałem obsługi jest jakby mniej, zapominamy jednak o ekologii.

    Peleton to jedno, jadące wokół niego pojazdy to drugie. Na każdą drużynę przypadają przynajmniej dwa osobowe samochody techniczne, autobus i ciężarówka. Swoimi autami jeżdżą sędziowie, dziennikarze, sponsorzy i wspomniana kolumna reklamowa. Barierki, bannery, trybuny wożone są z miasta do miasta każdego dnia.

    Z perspektywy dbania o środowisko zawody typy ?Tour de?? to koszmar. Paradoksalnie ?nasz narodowy wyścig? rozgrywany wokół kilku miejscowości, goszczący raptem parę dni na w Beskidach i na Podhalu może mieć mniejszy koszt nie tylko finansowy, ale i ekologiczny niż preferowana przez fanów rudna po całym kraju. Z ekologicznego punktu widzenia bardziej kompaktowa forma tras tourów to rozwiązanie nieszczególnie ekscytujące, za to jak najbardziej rozsądne.

    Biorąc pod uwagę, że tak w polityce jak i marketingu liczą się gesty, dziwię się, że żaden producent samochodów sponsorujący grupy zawodowe nie dostarcza hybryd czy elektryków, choćby po to, by zwrócić uwagę na emisję CO2 przez wyczynowy sport rowerowy (abstrahując od realnej lub wyimaginowanej ekologii pojazdów tego typu i ich długoterminowego, negatywnego wpływu na środowisko).

    Idąc dalej może warto zacząć od siebie, zrezygnować z części komfortu i wrócić do tracących popularność wspólnych dojazdów na zawody? Obecnie coraz chętniej przekładamy na nasze hobby nawyki znane z życia codziennego i tak jak w miejskich korkach stoją wielokilometrowe sznury samochodów wiozących tylko kierowcę, tak na wyścigi dojeżdżamy solo. A to oznacza, że w górach poza opakowaniami po żelach, bidonami i kubkami z bufetów zostawiamy także zbędne wyziewy z rur wydechowych.

    Mniej śmieci

    Minionego lata, stojąc nieco podmęczony na mecie jednego z górskich maratonów patrzyłem na rosnącą górę plastikowych kubków, wyrzucanych na stertę obok. W trakcie jazdy co prawda napełniałem bidon a nie korzystałem z butelek rozdawanych przez obsługę, za to na mecie dostałem posiłek regeneracyjny w styropianowym pudełku i plastikowe sztućce, które po użyciu poszły prosto do kosza.

    Poza bidonami, które są używane wielokrotnie a materiał, z którego są wykonane zazwyczaj nadaje się do przetworzenia, większość opakowań na sportową żywność to jednorazówki i nie chodzi tylko o folię po żelach wyrzucaną gdzieś do rowu, ale ogólną masę śmieci, jaką generuje nasza sportowa, zdrowa i teoretycznie ekologiczna pasja.

    Obecnie za sukces uważamy, jeśli większość uczestników (a jakże, pod karą sankcji regulaminowej i rodzącego się społecznego ostracyzmu) wyrzuca śmieci w okolicach bufetu, wyobrażenie sobie używania napełnialnych pojemników wydaje się być lata świetlne od nas.

    Plastik, plastik, plastik

    Temat kubków, butelek i innych opakowań jest do pewnego stopnia na czasie, ale co z ubraniami? Odzież sportowa to tworzywa sztuczne, które gdy się zniszczą lub stracą właściwości nie dostaną drugiego życia jako choćby szmata do łańcucha.

    Team Sky w czasie Tour de France promował ograniczenie używania plastiku strojami z grafiką przedstawiającą walenia, gdy tymczasem marki produkujące odzież rowerową nie oznaczają jej jako możliwej do recyklingu. Nawet jeśli swoje stare koszulki przekazujecie dalej, np. dla potrzebujących zawodników, w końcu nie będzie się w nich dało jeździć i zostaną z nami dosłownie na wieki.

    Podobnie będzie z ?kompozytowymi? częściami rowerowymi czy ramami, choć trzeba przyznać, że w przeciwieństwie do aluminium, ?karbon? można dłużej i skuteczniej naprawiać. Ostatecznie poddane obróbce termicznej laminaty póki co skończą na wysypisku. Na szczęście cykl życia roweru jako takiego jest dość długi, bywa, że sięga i kilkudziesięciu lat, zatem trudne w recyklingu kompozyty mogą doczekać czasów, gdy będzie je można przetworzyć na coś innego.

    Martwić może natomiast tendencja, znana z każdej innej dziedziny produkcji przemysłowej: od samochodów przez agd po elektronikę, by zamiast dostarczać sprzęt możliwy do naprawy sprzedaje się jednorazówki: kompleksowe rozwiązania, które da się jedynie wymienić w całości.

    Małe wybory

    Czy to znaczy, że należy zrezygnować z jazdy na rowerze? Jasne, że nie. Choć wokół sportu, nie tylko tego, można znaleźć bardzo wiele elementów ?nie-eko?, spora część całej tej zabawy jest pozytywna. Rower jako środek komunikacji jest pod tym względem idealny, kolarstwo jako sposób spędzania wolnego czasu czy nawet wyczyn ma wiele dobroczynnych aspektów czy to społecznych czy zdrowotnych.

    Kwestii do poprawy jest jednak wiele. Zaczynając od wyborów takich jak próba naprawy zamiast wymiany, używanie mniej szkodliwych środków czyszczących czy smarów, kupno odzieży czy bidonów możliwych do przetworzenia, czy wreszcie anegdoczne już chowanie opakowania po zjedzonym żelu do kieszonki zamiast wyrzucania na ziemię.

    Dalszy krok to zmiana przyzwyczajeń. Być może będzie to zabranie ze sobą wielorazowych pojemników na posiłki lub żele, dojazd na zawody czy wycieczki jednym autem zamiast trzema.

    To oczywiście dodatkowy wysiłek: organizacyjny czy intelektualny, ale skoro i tak sport jest takim dodatkowym wysiłkiem, może warto ponieść go jeszcze trochę żebyśmy mogli cieszyć się nim nieco dłużej.

    Zdjęcie okładkowe: mbtrama, flickr, cc by 2.0

  • Jakie znaczenie mają wybory dla rowerzystów i kolarzy?

    Jakie znaczenie mają wybory dla rowerzystów i kolarzy?

    Rozpoczynający się maraton kolejnych elekcji może znacząco wpłynąć na to gdzie, w jakich warunkach i jak bezpiecznie będziemy jeździć, startować i trenować.

    Sport, rekreacja, urbanistyka, ekologia, bezpieczeństwo ruchu drogowego. Na każdym z tych pól spierają się grupy interesów reprezentowane przez partie, komitety wyborcze czy indywidualnych kandydatów.

    Od jesieni 2018 do wiosny 2020 wybierzemy kolejno: samorządowców, parlamentarzystów europejskich, posłów i senatorów oraz prezydenta Polski.

    Rower zarówno jako element zrównoważonego transportu, forma rekreacji a kolarstwo jako sport masowy, wyczynowy i olimpijski są obecne w dyskursie prowadzonym w ramach kolejnych kampanii wyborczych.

    Jeśli wydaje Wam się, że to tylko kwestia obietnic związanych z budową kolejnych kilometrów ścieżek rowerowych, nic bardziej mylnego. Od rezultatów rozpoczynającego się maratonu wyborczego zależy nie tylko z jakiej infrastruktury będziemy korzystać dojeżdżając do pracy czy szkoły, ale też czy wystartujemy w lokalnych zawodach a także jakie finansowanie otrzyma kadra narodowa, czy szkółki, w których trenuje kolarska młodzież.

    Tematów okołorowerowych w kolejnych, politycznych starciach jest wiele.

    Wspomniane „ścieżki” czy też infrastruktura wiążą się z poprawą jakości życia w miastach: mniejszymi korkami, większym bezpieczeństwem, czystszym powietrzem. Jedni kandydaci wolą uśmiechać się do kierowców, inni są ewidentnie „eko-prorowerowi”, jeszcze inni pamiętają też o transporcie zbiorowym. W kampaniach samorządowych obietnice kolejnych kilometrów ścieżek padają często. Infrastruktura rowerowa to jednak nie tylko duże miasta i nie tylko funkcja komunikacyjna.

    Powstająca na niespotykaną do tej pory skalę sieć tras turystycznych np. na wałach rzecznych, infrastruktura sportowa czy sportowo-turystyczna (bike parki, kompleksy singletracków, pumptracki, tory bmx itd), to wszystko kosztuje grube miliony a decyzja o budowie może wiązać się z rozwojem nie tylko pojedynczej miejscowości ale wręcz całego regionu.

    Wizerunek miejsca dobrego do życia, rekreacji czy uprawiania sportu jest obecnie bezcenny a zyski z tak poczynionych inwestycji mogą procentować latami. Z punktu widzenia jednostki-rowerzysty to poprawa indywidualnego komfortu, z szerszej perspektywy to decyzja w 100% polityczna.

    W budżetach partycypacyjnych kolejnych gmin co roku sporo projektów dotyczy infrastruktury rekreacyjnej. Choć wszyscy narzekamy na permanentny brak czasu, właściwie każdy kawałek nowej ścieżki, czy to rowerowej, biegowej, rolkarskiej, siłownia na świeżym powietrzu, zrewitalizowany park czy jakikolwiek inny teren tego typu od razu zapełnia się mieszkańcami aktywnie spędzającymi wolne chwile.

    O tym, czy pieniądze samorządu: miejskie, gminne, powiatowe lub wojewódzkie zostaną wydane na poprawę jakości naszego życia czy np. kolejny pomnik możemy zdecydować właśnie przy urnie wyborczej.

    Podobnie ma się sprawa z klubami sportowymi oraz imprezami, czy to masowymi czy wyczynowymi. Udział samorządów w organizacji zawodów kolarskich: od poziomu World Touru (czyli Tour de Pologne) przez popularne serie maratonów po przysłowiowy „Puchar Wójta” jest ogromny. Organizatorzy komercyjni przywożą swoje wyścigi tam, gdzie dostają więcej, czy to w gotówce czy to w barterze. Z kolei wiele imprez wyczynowych bez udziału finansowego lub choćby życzliwości gmin zwyczajnie by się nie odbyła.

    Nie wolno też zapominać o samych zawodnikach i klubach. Tam dotacja, stypendium czy nagroda od lokalnych władz to często być albo nie być: szkółki, klubu a bywa, że i kariery dobrze zapowiadającego się sportowca.

    Z kolei „patronat honorowy” marszałka województwa, prezydenta czy ministra to nie tylko prestiż, ale też szansa na notkę w prasie, wspomnienie w radiu i możliwość pozyskania funduszy.

    Organizacja imprez to również  konieczność uzyskania pozwoleń w zarządach zieleni, nadleśnictwach, zarządach dróg oraz policji.

    Teoretycznie Służba Cywilna powinna być bezstronna, ale po każdych wyborach w urzędach decydujących nie tylko o finansowaniu, ale też o formalnej zgodzie na przeprowadzenie zawodów sportowych następuje rotacja.

    Idąc szczebel wyżej, Minister Sportu i Turystyki ma wpływ na to, która dyscyplina sportu będzie „strategicznie” dotowana z budżetu państwa a która jest skazana na łaskę sponsorów pozapaństwowych.

    Warto zwrócić uwagę, że wiele wydarzeń, klubów czy kadr narodowych jest finansowana nie tylko przez Ministerstwo Sportu, ale również przez spółki skarbu państwa, gdzie decyzje zapadają często bez względu na argumenty biznesowe.

    Kryzys w Polskim Związku Kolarskim, choć mocno związany z kwestiami personalnymi i starciami frakcji wewnątrz tej organizacji, miał również aspekt polityczny. Zaangażowanie Ministra Sportu, wycofanie się marki Orlen, finansowanie przez Polski Komitet Olimpijski. Krótko mówiąc czysta polityka i to na dość wysokim szczeblu.

    Schodząc nieco niżej, wracając znów na poziom doświadczeń indywidualnych i komfortu prywatnego życia, czym innym jak nie polityką są wpływy środowiska myśliwych i związane z tym np. problemy z spędzaniem czasu na terenach leśnych?

    To wszystko można sprawdzić: jakie decyzje w sprawie infrastruktury rowerowej: komunikacyjnej, rekreacyjnej czy sportowej podejmował wasz prezydent, burmistrz czy wójt, rada miasta czy gminy. Nad czym dyskutowano w sejmiku wojewódzkim, jak nad projektami zmian w prawie o ruchu drogowym głosowali posłowie, czy wojewodowie byli przychylni nowym projektom, z którym lobby bratał się minister sportu, środowiska, edukacji czy szkolnictwa wyższego.

    Wreszcie, z jakimi inicjatywami ustawodawczymi wyszła „głowa państwa” i jak kontrolowała np. zmiany w prawie o ruchu drogowym. Choć ostatnie kadencje przyzwyczaiły nas do pasywnej prezydentury, można sobie wyobrazić, że otoczony ekspertami prezydent inicjuje dyskusję o bezpieczeństwie pieszych i rowerzystów lub zaczyna aktywnie działać w tematyce zdrowia publicznego, choćby prowadząc kampanię ograniczania otyłości wśród młodzieży. Co więcej, przestrzeń dla siebie może w takich działaniach znaleźć także „pierwsza dama”, np. współpracując z organizacjami pozarządowymi.

    Oczywiście rower, sport i rekreacja to nie jedyne aspekty życia, na które wpływ ma wynik wyborów.

    Wysokość podatków, jakość świadczeń zdrowotnych, wizerunek kraju na arenie międzynarodowej czy bezpieczeństwo zapewne są wyżej na liście priorytetów.

    Ale cóż, to blog dla kolarzy, dla wielu z nas ten właśnie, „rowerowy” aspekt życia to spora część codzienności, dobrego samopoczucia i szeroko pojętego komfortu.

    Więc wybierajmy z głową :)

  • Nowy kompleks szlaków rowerowych – Babia Góra Trails

    Nowy kompleks szlaków rowerowych – Babia Góra Trails

    Zakończ sezon w jesiennej scenerii Beskidów i sprawdź nowe szlaki rowerowe u podnóża Babiej Góry. 13.10 Zawoja zaprasza na otwarcie nowego kompleksu tras dla fanów kolarstwa górskiego.

    ?Babia Góra Trails? to 20,5km ścieżek typu ?single track? o zróżnicowanym stopniu trudności: od dostępnych dla dzieci oraz początkujących przez najbardziej lubianą trasę typu ?flow? po wymagające odcinki przeznaczone dla doświadczonych zawodników enduro i zjazdu. Do dyspozycji rowerzystów będzie również pump track, dodatkowa ścieżka treningowa oraz linia łatwych skoczni a także długi na prawie 25km szlak łączący Zawoję ze słowacką miejscowością Oravska Polhora.

    W sumie ?Babia Góra Trails? oferuje wybór spośród pięciu tras w rejonie Mosornego Gronia oraz centrum górskiego ?Korona Ziemi? w Zawoi a także dojazd do Oravskiej Polhory, gdzie z łatwością można włączyć się w tamtejszy system turystycznych szlaków rowerowych.

    Cały kompleks powstawał od 2016r dzięki zaangażowaniu lokalnej społeczności kolarskiej. Głównym pomysłodawcą był Mariusz Gaweł, który przez wiele lat wytyczał trasy zawodów mtb w Zawoi i okolicach. Projekt samych tras jest autorstwa doświadczonego Jakuba Jonkisza z Enduro Trails, a przy całym przedsięwzięciu zaangażowani byli również zawodnicy klubu UKS Zawojak.

    Ścieżki ?Babia Góra Trails? mogły powstać dzięki finansowaniu z programu Interreg Polska – Słowacja, współpracy gmin Zawoja oraz Oravska Polhora, a także Lasów Państwowych Nadleśnictwa Sucha Beskidzka i Wydziału Promocji Starostwa Powiatowego w Suchej Beskidzkiej.

    Prace budowlane zostały zakończone jesienią 2018 i jeszcze przed zakończeniem sezonu szlaki zostaną oddane do użytku pasjonatom kolarstwa górskiego.

    Na oficjalne otwarcie kompleksu ?Babia Góra Trails? zapraszamy w weekend 12-13 października do Zawoi.

    W piątek 12.10 o godz. 17 w pensjonacie ?Beskid? (lokalizacja https://goo.gl/maps/3VTgNPJteUE2) zaprezentujemy trasy podczas konferencji ?Górskie Trasy Rowerowe typu singletrack ? inwestycja w przyszłość?, gdzie będziecie mogli zapoznać się z detalami projektu.

    W sobotę 13.10 o godz. 11 kompleks przy centrum górskim Korona Ziemi (lokalizacja https://goo.gl/maps/TnydJndpXET2), ?Babia Góra Trails? zostaną oficjalnie otwarte, poświęcone i oddane rowerzystom. A od 11.15 czeka na Was to co najlepsze, czyli testowanie nowych szlaków w towarzystwie twórców tras i doświadczonych przewodników.

    Równocześnie przewidzieliśmy zabawy dla najmłodszych a także koncert zespołu ?Okovita? i kapeli ?Body Mind Relation?.

    Babia Góra Trails – najważniejsze informacje:

    Łączna długość: 20,5km + 25km

    5 tras mtb w tym:

    Trasa zjazdowa dla początkujących (?zielona?) – ?Rydzowy?
    Trasa zjazdowa typu ?flow? (?niebieska?) – ?Sokolica?
    Trasa zjazdowa dla zaawansowanych (?czerwona?) – ?Wilcza Łapa?
    Trasa zjazdowa trudna (?czarna?) – ?Diablak?
    Ścieżka podjazdowa
    1 trasa turyustyczna – ?Tabakowy? łącząca Zawoję z Oravską Polhorą
    1 Pump track, ścieżka treningowa oraz linia skoczni

    Odległość z:

    Krakowa 90km
    Katowic 114km
    Rzeszowa 238km
    Bratysławy 327km
    Warszawy 390km

    Łączna wartość projektu: 2mln złotych

    Facebook: https://www.facebook.com/BabiaGoraTrails

    Przyjedź do Zawoi 13.10 i zakończ z nami sezon na nowych trasach ?Babia Góra Trails?.

  • Eat Race Win – jedz i wygrywaj z Hanną Grant

    Eat Race Win – jedz i wygrywaj z Hanną Grant

    Jeśli myślicie, że kolarze jedzą głównie makaron to, cóż? jesteście w błędzie. Hannah Grant w swoim poradniku ?Eat Race Win? pokazuje, że współczesny sportowiec odżywia się bardzo różnorodnie.

    Na postać Hanny Grant trafiłem, gdy szukałem przepisu na ?ciasteczka ryżowe?. Dunka wówczas była kucharzem w zespole Olega Tinkowa a dzięki swojemu występowi w odcinku Global Cycling Network oraz aktywności na twitterze zyskała status ?celebrity chef? zawodowego peletonu.

    Teraz Grant gotuje w programie zatytułowanym tak jak jej druga książka (napisana przy współudziale dr Stacy Sims), czyli właśnie ?Eat Race Win?, który dostępny jest w usłudze Amazona, a na wyścigach pojawia się z własnym foodtruckiem.

    https://twitter.com/dailystews/status/872404091443585025

    Jej propozycja kolarskiej diety pokazuje, jak bardzo różni się żywienie zawodowców od tego, co powszechnie uważamy za słuszne, właściwe i prawdziwe.

    Tak jak w starym dowcipie o radzieckim kosmonaucie, który dziwi się, że przecież by zaspokoić zapotrzebowanie kaloryczne należy zjeść 30kg ziemniaków, tak i kolarz, biegacz czy triathlonista nie będzie dobrze ćwiczył, regenerował się i rozwijał żywiąc się wyłącznie makaronem.

    Sportowa kuchnia Hanny Grant jest jak każda inna? z tych na najwyższym poziomie: sezonowa, różnorodna, atrakcyjna wizualnie i przede wszystkim bardzo prosta.

    Większość przepisów to zaledwie kilka składników i parę zdań opisu. Bez skomplikowanych procedur i czasochłonnej obróbki na wiele sposobów. Propozycje potraw są dostosowane nie tyle do pór roku (choć niewątpliwie uwzględniają sezonową dostępność na półkuli określonych składników), co do okresów przygotowawczych oraz rodzajów podejmowanej aktywności.

    To wszystko ma sens i jest bardzo inspirujące. Nie tylko do korzystania z gotowych przepisów, ale przede wszystkim do zmiany podejścia do odżywiania.

    Z Hanną Grant możemy przygotować interesujący i pełnowartościowy posiłek w czasie zbliżonym do ugotowania makaronu z pomidorami z puszki, którego atrakcyjność będzie tysiąc razy wyższa.

     

    A do tego znaleźć wiele pomysłów na zdrowe desery, przedstartowe przekąski i wiele, wiele innych.

    Jako bonus dostajemy wypowiedzi znanych zawodników (m.in. Petera Sagana) a kolejne przepisy oznaczone są piktogramami zależnie od tego, czy mamy do czynienia z jedzeniem przedstartowym, regeneracyjnym itd.

    ?Eat Race Win? jak na nasze warunki nie jest tania (kosztuje 45GBP, ja swój egzemplarz dostałem ?do recenzji?), można ją kupić bezpośrednio od autorki na jej stronie https://www.hannahgrant.com/shop/.

    Może być więc bardzo dobrym prezentem dla sportowca, który nie wiem czy od razu po jej przeglądnięciu zacznie wygrywać, ale z pewnością zacznie lepiej jeść. Wygrywanie przyjdzie chwilę później ;)

    A w wolnej chwili możecie zacząć obserwować Hannę Grant na twitterze https://twitter.com/dailystews/, facebooku https://www.facebook.com/hannahgrantcooking/ lub instagramie https://www.instagram.com/dailystews/ pamiętając oczywiście, że oglądanie atrakcyjnego jedzenia wzmaga głód.