Start Giro d’Italia na Węgrzech budził mieszane uczucia niemal od początku. Obecnie, przy polityce jaką Viktor Orban prowadzi w sytuacji rosyjskiej agresji na Ukrainę, część ekscytacji towarzyszącej wyścigowi zmienia się w odrazę.
Przesuwanie kolejnych granic
O tym, że Włochom z RCS MediaGroup, organizatorom Giro d’Italia, zależy głównie na pieniądzach dowiedzieliśmy się w 2018r, gdy wyścig startował z Jerozolimy.
Będące elementem kampanii reklamowej Izraela (w owym czasie zachęcano do “city breaków” w Tel Avivie i właśnie w Jerozolimie) wydarzenie to niemal idealny przykład “sportowego whitewashingu”. Wykorzystania sportu do wybielenia swojego wizerunku.
Oczywiście nie tylko kolarstwo zmaga się z tym problemem, ale kwestie grzechów piłki nożnej, tenisa czy sportów motorowych zostawiam komentatorom właściwych dyscyplin.
Bez względu na ocenę przyczyn i przebiegu konfliktu palestyńsko-izraelskiego nie sposób przymknąć oczu na fakt systemowego łamania praw człowieka przez państwo Izrael.
Tymczasem “Grande Partenza”, czyli start Giro d’Italia, święto sportu pełne różu i blichtru zawitał do kraju, który stosuje okupację, apartheid, wyburzanie domów, niszczenie terenów rolniczych, przesiedlenia i wysiedlenia i stawia mur izolujący Palestyńczyków.
Trasa czasówki wygranej przez Toma Dumoulina poprowadzona była ulicami Jerozolimy, której status jako stolicy kraju jest wątpliwy, spora część terenu jest sporna a sytuacja, choć w ostatnich latach nieznacznie spokojniejsza, wciąż wisi na włosku.
Mimo kontrowersji, Izraelczycy osiągnęli sukces. W zamian za kilkudniowe wakacje, kolarscy dziennikarze z większości krajów skupili się na sportowej rywalizacji, pięknie krajobrazów i monumentalnych zabytkach.
Sportowa, nieetyczna codzienność
Wspominałem o tym w wielu miejscach, ostatnio przy wykluczaniu ekipy Gazpromu, więc teraz tylko krótko przypomnę. Tak, kolarstwo, podobnie jak wiele innych dziedzin życia, ma problem z nieetycznymi źródłami finansowania.
Grupy zawodowe schylają się po pieniądze krwawych dyktatorów, trucicieli czy hochsztaplerów a korporacje medialne współpracują z reżimami, organizując wyścigi w krajach, które są na bakier z prawami człowieka.
Emiraty Arabskie, Turcja Erdogana, Chiny, Bahrain, Izrael, Rosja de facto utrzymują kolarski World Tour.
Wizyta Giro d’Italia na Węgrzech doskonale wpisuje się w ten model. Owszem, Węgry są krajem Unii Europejskiej nie prowadzą wojny, nie są agresorem i tak dalej.
Jednak sytuacja polityczna w tym kraju jest alarmująca. System prawny, medialny i ordynacja wyborcza zostały zawłaszczone i zmanipulowane przez Viktora Orbana. Mimo obecności w strukturach międzynarodowych kraj ten stoi nad przepaścią autorytaryzmu i ograniczania praw coraz większych grup ludności.
Mimo to właściciele RCS zdecydowali się na start swojego wyścigu właśnie tam. W ten sposób Giro d’Italia legitymuje politykę Orbana, promując krajobrazy i zabytki Węgier zachęca do wsparcia budżetu tego kraju przez turystów, którzy przyjadą na samo Giro a przede wszystkim po nim.
I już samo to wzbudza niesmak.
Węgry a wojna w Ukrainie
Pewnie przełknęlibyśmy jakoś tę gorzką pigułkę i przeszli nad nią do porządku dziennego, gdyby nie wydarzenia ostatnich miesięcy.
W obliczu rosyjskiej agresji na Ukrainę Orban i Węgry wyrażają, w najlepszym przypadku, życzliwą neutralność względem działań Putina.
A pamiętajmy, że nie mówimy tu o regionalnym konflikcie, wojnie informacyjnej czy hybrydowej a otwartej inwazji z użyciem lotnictwa, artylerii, czołgów. O zrównywaniu ukraińskich miast z ziemią, o masowych mordach na skalę niespotykaną w Europie od II Wojny Światowej.
Węgry nie tylko graniczą z krajem, w którym toczy się wojna. Z Wyszehradu, gdzie rozpoczyna się Giro d’Italia do ostrzeliwanych przez Rosjan ukraińskich miast jest zaledwie kilkaset kilometrów.
Tymczasem Orban sprzeciwia się sankcjom nakładanym na reżim Putina, utrudnia przekazywanie Ukraińcom pomocy przez państwa zachodnie i nie planuje zerwania z Rosją kontaktów handlowych.
Piękno Budapesztu czy Wyszehradu odwiedzanych przez peleton, rywalizacja o zwycięstwa etapowe i różową koszulkę w tym kontekście schodzą na drugi plan.
Warto w tym miejscu wspomnieć, że Włosi nie stoją w europejskiej awangardzie państw sprzeciwiających się Putinowi. Trudno więc było się spodziewać, by RCS rzutem na taśmę, na przykład w połowie kwietnia, zerwała umowy i przeniosła start Giro z Węgier do Włoch.
Skoro jednak obserwujemy amoralne wypowiedzi wielu autorytetów na czele z papieżem Franciszkiem, nie można oczekiwać, by etycznie zachowała się korporacja medialna, której, jakby na to nie patrzeć, nadrzędnym celem są wyniki finansowe.
Świat widzi i komentuje
Bliskość wojny i skala rosyjskiego okrucieństwa w Ukrainie sprawiają, że świat widzi i komentuje wizytę Giro na Węgrzech.
Negatywnie o sprawie wypowiadają się felietoniści czołowych mediów, zdecydowanie częściej niż przy jerozolimskim otwarciu wyścigu czy innych, etycznych nadużyciach, do których niestety przywykliśmy.
Co więcej, wygląda na to, że węgierski start Giro nie jest w smak również kolarzom. Tu w grę wchodzą względy praktyczne. Zawodnicy nie przepadają za takimi eksperymentami, wymuszającymi dodatkowy dzień przerwy i, przede wszystkim, uciążliwy, wielogodzinny transfer.
Po trzech etapach na Węgrzech, peleton 105. Giro d’Italia przenosi się bowiem na Sycylię. Logistycznie to eskapada podobnej kategorii co przedostanie się kolumny wyścigu z Izraela do Włoch.
Ciekawe więc, że, mając na swojej trasie wizytę w Słowenii, organizatorzy nie zdecydowali się na ułożenie etapów tak, by ograniczyć uciążliwości dla kolarzy i ich obsługi. To jednak jest kolejny, typowy element polityki Giro d’Italia, pokazujący, co liczy się najbardziej.
Oczywiście w obliczu dramatów w Ukrainie to są “problemy pierwszego świata”, jednak, jak często, znakomicie rysują szerszy kontekst wydarzeń.
Amore Infinito? La fine dell’amore?
Czy to oznacza, że mamy przestać kochać Giro d’Italia?
Z pewnością miłość i piękno w tym roku nieco zbledną. Nic nie jest czarno-białe, nic nie jest też jednoznacznie różowe.
Gdy przyjdzie co do czego, będę dla was komentował taktykę na finiszach, waty na kilogram, porównywał czasy podjazdów i analizował dyspozycję zawodników. Podziwiał ich odwagę, heroizm i cieszył się wszystkim tym, co daje i czym wzbogaca nas sport.
Ale, i to bardzo ważne, będę też pamiętał i przypominał o dziejących się równocześnie niegodziwościach. Bo są one taką samą, równoważną częścią naszego sportu. Mam to szczęście, że żaden dyktator nie zaprosił mnie do drogiego hotelu. Pewne kwestie jest mi dzięki temu wyrazić odrobinę łatwiej.
Trasa Giro d’Italia 2022 to ciekawa propozycja dla kolarzy o różnych specjalizacjach. Najbardziej zwraca uwagę jej układ, który powinien rozwiązać problemy pogodowe trapiące włoski tour w ostatnich latach.
Trudne czasy
Kolarstwo tak jak inne dziedziny życia zmaga się ze zmianami klimatu. Te wyrażają się między innymi radykalizacją zdarzeń pogodowych. Niewykluczone też, że przez jakiś czas w niektórych rejonach Europy powrócą ostrzejsze zimy, uzupełniające letnie fale upałów oraz nawałnice.
Giro d’Italia jest w szczególnie trudnej sytuacji. To pierwszy wielki tour sezonu, który do tego tradycyjnie odwiedza szosy położone nie tylko powyżej 2000, ale nawet 2500m n.p.m.
Wiosną tradycyjnie na takich wysokościach zalega jeszcze gruba pokrywa śnieżna, szosy prowadzące przez legendy włoskiego toury: Gavię czy Stelvio udrażnianie są zazwyczaj na kilka dni przed przejazdem kolumny wyścigu.
Owszem, ekstremalne warunki towarzyszyły peletonowi Giro niemal od zawsze. Do historii przeszedł szczególnie rok 1988 i jazda w śnieżycy przez wspomnianą wcześniej przełęcz Gavia.
Niechlubna tradycja
W XXIw skracanie lub odwoływanie etapów stało się niemal tradycją “Corsa Rosa”. Właściwie co roku “królewskie” etapy zawodów do ostatniej chwili stoją pod znakiem zapytania.
Dzieje się tak nie tylko ze względu na zmieniające się standardy bezpieczeństwa. Powoli choć systematycznie kolarze zyskują poprawę warunków swojej pracy przypominając, że sport, nawet rozgrywany w otwartym terenie i wystawiony na działanie żywiołów, powinien szanować zdrowie i życie atletów.
Załamania pogody faktycznie są coraz bardziej nagłe i brutalne, dlatego też, mimo całej nowoczesnej technologii, odzieży czy łączności, organizatorzy muszą mieć w zanadrzu plan awaryjny.
Co ważne, dotyczy to nie tylko rozgrywanego najwcześniej w sezonie Giro, ale również Touru (by przypomnieć rok 2019 i błotne lawiny), czy Vuelty, która zmaga się zarówno z piekielnymi upałami jak i nagłymi załamaniami pogody.
Wspólny problem
To staje się męczące poniekąd dla wszystkich. Ogranizatorzy muszą ponosić większe koszty zmian podejmowanych na ostatnią chwilę. Niezadowoleni są sponsorzy jak i samorządy płacące za obecność wyścigu na swoim terenie.
Walczący o wyniki kolarze nastawiający się na konkretne etapy, dokonujący rekonesansów tras, planujący taktykę nie mogą realizować swoich planów. Rozczarowani są też kibice. Zarówno ci przed telewizorami jak i ci rezerwujący noclegi czy planujący rowerowe wakacje oparte o kibicowanie zawodowcom.
Mamy rozwiązanie
Zaprezentowana trasa Giro d’Italia 2022 rozwiązuje większość z tych problemów. Choć nieco brakuje jej balansu (zawiera zaledwie 26km jazdy na czas), powinna wyłonić godnego zwycięzcę.
Istotny jest fakt, że peleton powyżej 2000m n.p.m. wjedzie zaledwie dwa razy, na ostatnim górskiem etapie 28 maja.
Nie oznacza to jednak, że będzie łatwo. Zawodnicy zmierzą się z Etną, Blockhausem, Mortirolo, Pordoi czy Fedaią a do tego z całą masą wymagających wzniesień położonych jednak na nieco niższej wysokości.
Co więcej, etapy są również krótsze, najdłuższy z nich ma 201km, najdłuższy górski 200km. Mimo to wydaje się, że akumulacja zmęczenia będzie wystarczająca, by tradycyjny “trzeci tydzień Giro” był prawdziwą rzezią. Na sześć etapów mamy bowiem jeden płaski, finałową czasówkę i cztery odcinki górskie, każdy z nich niezmiernie wymagający.
Zapewne organizatorzy w kolejnych latach będą jeszcze podejmowali próby wizyt na Gavii czy Stelvio, ale równie dobrze może się okazać, że wcześniej niż później pożegnamy się z legendarnymi podjazdami Giro. Przynajmniej do czasu, gdy świat nie upora się ze zmianami klimatu.
Bez względu na to, jak poradzą sobie polscy torowcy na Igrzyskach w Tokio, można śmiało powiedzieć już teraz. Kolarsko drugą Wielką Brytanią nie jesteśmy. I nie będziemy. Czy zatem to pora na zmianę koncepcji i zwrot w stronę kolarstwa bardziej dostępnego, tańszego, atrakcyjnego i przynoszącego więcej korzyści?
Sport = polityka
Igrzyska Olimpijskie to polityka. Element budowania wizerunku kraju, pozycji na arenie międzynarodowej. Dla niektórych tak ważny, że w osiągnięcie sukcesu angażują tajne służby wspierające narodowy program dopingowy. Inni budują systemy szkoleniowe łamiące prawa człowieka. Jeszcze inni organizują największe imprezy bez liczenia się z kosztami, społecznymi czy ekonomicznymi.
Tak jak postzimnowojenne zmiany sprawiły, że nie rywalizuje już tylko “wschód z zachodem” tak i w sporcie mamy konkurecję na wielu frontach. Co więcej, istotną rolę odgrywają w niej nie tylko państwa, ale i korporacje, często bogatsze od wielu krajów, de facto decydujące o zwycięstwie lub porażce atletów przez dostęp do finansowania, technologii, ośrodków treningowych.
Implikacje takiej sytuacji są poważne i sięgają od medalistów Igrzysk Olimpijskich do pozalekcyjnych zajęć sportowych w małych gminach, gdzieś na “końcu Polski”.
Fakt, że w danej dyscyplinie ktoś zdobył medal lub słynne “miejsce punktowane” powoduje finansowanie (lub jego brak) sportu na każdym z poziomów. Ba, nawet potencjalna liczba medali, zależna od decyzji komitetu olimpijskiego powoduje, kto zasługuje na więcej a kto na mniej.
Choć miejsce w klasyfikacji medalowej to element polityki międzynarodowej a sukcesy sportowców potrafią przekładać się na wzrost PKB (zadowoleni z sukcesów obywatele pracują efektywniej i kupują więcej), to warto zastanowić się nad korzyściami, jakie płyną z faktu zwycięstw w danej dyscyplinie sportu.
By nie szukać daleko skoki narciarskie przynoszą dochód kilku gminom przy okazji organizowania zawodów międzynarodowych i wprowadzają na kilka chwil do świata sportu w porywach kilkuset młodych ludzi. Czy zatem powinny być promowane, dotowane (budowa i utrzymanie obiektów kosztuje miliony) bardziej niż biegi narciarskie? Właściwie, to… nie.
Stoch, Kubacki i Żyła to nasi idole, natomiast w skali kraju korzyść z ich sukcesów odnoszą głównie producenci chipsów, piwa a ostatnio też firma oferująca chwilówki. Stwierdzenie, że skoki są nikomu niepotrzebne jest oczywiście pewnym nadużyciem, bo każda dyscyplina ma w sobie piękno, wymaga wysiłku, pracy i talentu, ale…
Sport to również polityka wewnętrzna i ekonomia. Uprawiając sport jesteśmy zdrowsi. Nie obciążamy służby zdrowia, pracujemy więcej, żyjemy dłużej (doprowadzając system emerytalny do ruiny, ale to inny temat ;) ). Nawiązujemy relacje, więzi, przyjaźnie. Nabywamy nowych umiejętności. Kupujemy sprzęt i usługi. Przemieszczamy się. Stajemy się lepsi i dajemy sobie szansę, by być bogatsi.
Aktywne społeczeństwo to szczęśliwe społeczeństwo. A to oznacza, że być może należy odejść od zimnowojennego paradygmatu liczenia medali i sprawdzania, czy w klasyfikacji pokonaliśmy Rosjan i Niemców, tylko skupić się na tym, co faktycznie ważne.
Porażka systemu
Po trzynastu latach funkcjonowania pruszkowskiego toru można już śmiało powiedzieć. Nie powtórzyliśmy sukcesu Brytyjczyków.
Bez względu na punktowane czy medalowe szanse na Igrzyskach w Tokio, na niewątpliwe zaangażowanie i wysiłek nielicznej grupy zawodników, którzy robią co mogą w niełatwych warunkach, cel nie został osiągnięty.
British Cycling, na którym chcieliśmy się wzorować, zgromadziło ponad 150 tysięcy członków, skutecznie wykorzystując sukcesy najpierw torowców, potem szosowców. W Tokio, zanim jeszcze przystąpią do swojej koronnej dyscypliny, czyli właśnie toru, mają już medale zarówno w kolarstwie górskim jak i w BMX.
Aby oddać sprawiedliwość, choć na Igrzyskach póki co nam nie idzie, polscy torowcy regularnie osiągają sukcesy na mistrzostwach świata, pucharach świata czy w imprezach komercyjnych.
Niestety sukcesy ani torowców, ani szosowców ani Mai Włoszczowskiej nie przełożyły się na zauważalne zwiększenie liczby licencjonowanych zawodników, członków pzkol, przyciągnięcie sponsorów czy kibiców na wyścigi.
Fakt, że w Tokio na torze brakuje naszych drużyn na 4km, w BMXach nie mieliśmy nikogo, w mtb po jednej osobie a na szosie po trzy pokazuje, że bazujemy na jednostkach a nie na systemie. Czyli: jednostkach-trenerach, jednostkach-klubach, jednostkach-sponsorach i jednostkach-zawodnikach.
Zatem, nie chcąc więc niczego nikomu zabierać, może warto rozważyć zmianę perspektywy.
Skoro nie udało się osiągnąć celu przez konstrukcję i utrzymanie kosztownego obiektu oraz trenowanie elitarnej grupy atletów, może czas zwrócić się w stronę budowy siły naszego kolarstwa w inny sposób.
Prostszy, tańszy, dostępny, atrakcyjny i co ważne podobnie skuteczny z punktu widzenia “szkoleniowego”.
Pumptrack przy każdym orliku
Krótko mówiąc chodzi o to, by przy każdym “orliku” wybudować pumptrack i skatepark. Dać młodym (i nie tylko ;) ) ludziom dostęp do atrakcyjnej i niedrogiej rozrywki, która może stać się początkiem sportowej pasji, zdrowego trybu życia a także zawodowej kariery w każdej z odmian kolarstwa wyczynowego, której zwieńczeniem może być upragniony medal olimpijski.
Zalet BMX z punktu widzenia szkoleniowego jest wiele. Dziecko czy wczesny nastolatek zaczynający przygodę z rowerem w taki sposób nie tylko nabywa techniki czy szybkości, ale też bawi się sportem. Jest więc szansa, że zostanie w nim na dłużej a wiele przykładów pokazuje, że może później pójść w dowolnym, kolarskim kierunku. A co najważniejsze, obiekty będące w najbliższej okolicy, przy szkole, sprawiają, że możemy “selekcjonować” z wyraźnie większej grupy niż dotychczas.
Ponieważ obecnie większość tego typu obiektów powstaje całkowicie oddolnie, często korzystając z funduszy budżetów obywatelskich, skala jest niewielka a dostępność średnia.
A pamiętajmy, że zarówno deskorolka jak i BMX to konkurencje olimpijskie. Same BMXy dostarczają tyle samo kompletów medali co “królowa szosa”. Nie tylko więc mogłyby, ale wręcz powinny być finansowane z budżetu ministerstwa sportu (chwilowo połączonego z kulturą, ale to detal).
Trudno oczekiwać, aby będący w ciągłym stanie – w porywach – trwania polski związek kolarski mógł zaprojektować i zrealizować projekt “pumptracku przy każdym orliku”, jednak trzeba przyznać, że w przedstawionej w styczniu 2020r przed ministerstwem kultury fizycznej i sportu “strategii rozwoju” zbliżony pomysł się pojawił.
Nie sądzę jednak, by znaleźli się odważni na radykalną zmianę kierunku. W optymistycznej wersji oznaczałoby to konieczność zmierzenia się z tysiącami dzieciaków, dziesiątkami a może i setkami nowych klubów, rodziców, kto wie, może nawet sponsorów. Zaburzenie status quo na poziomie zarówno regionów a co gorsza centralnym.
Być może jednak w ciągu dekady, czyli krócej niż działa tor w Pruszkowie, efektem byłby brak problemu z kwalifikacjami pełnej kadry na Igrzyska, finansowaniem kolarstwa z jego najdroższą i najbardziej elitarną odmianą, czyli torem, na czele, sponsorami dla kadry i klubów.
A do tego mielibyśmy po prostu zdrowsze, chętniej ruszające się, mniej obciążone chorobami cywilizacyjnymi i zwyczajnie szczęśliwsze społeczeństwo.
Wyścigi transmitowane od startu do mety, wiadomości z pierwszej ręki trafiające do nas na twitterze i instagramie, dziesiątki prezentacji, zapowiedzi. A to wszystko w czasie, gdy od stycznia do października być może najmocniejsi w historii kolarze rywalizują o zwycięstwa niemal każdego dnia od stycznia do października.
To jest do pewnego stopnia tekst rocznicowy. Minęło już bowiem dziesięć lat od kiedy w różnych formach niezależnie komentuję dla Was najważniejsze wydarzenia w wyczynowym kolarstwie.
W tym czasie zmienił się zarówno sam sport rowerowy jak i relacjonujące go media. Owszem, Alberto Contador Andy Schleck czy Cadel Evans wygrywali swoje Tour de France na karbonowych rowerach i z radiowymi słuchawkami w uszach, jednak prawdziwa rewolucja czyhała tuż za rogiem.
Trudno wskazać w przeszłości dekadę, która tak pchnęłaby kolarstwo do przodu jak ta druga w XXIw. Aerodynamika, ergonomia, dietetyka, logistyka to tylko te najbardziej widoczne trendy rewolucjonizujące wyścigi, ich przebieg czy tempo jazdy.
Dominacja Teamu Sky, “filozofii” marginal gains i cienkiej, niebieskiej linii oddzielającej zwycięstwo od porażki sprawiły, że w pogoń ruszyli wszyscy, którzy nie chcieli rozstać się z zawodowymi wyścigami. Zaadaptuj się lub zgiń. Nawet najwięksi konserwatyści zaczęli jeździć na aerodynamicznych rowerach, w kombinezonach, zatrudnili nie tyle kucharzy co szefów kuchni-naukowców czy zmienili zestaw przełożeń. A także założyli konto na twitterze.
W ciągu wspomnianych dziesięciu lat budżet najbogatszego zespołu, rzeczonego Sky, obecnie Ineos Grenadiers, zwiększył się trzykrotnie, podobną tendencję widać w całym World Tourze. Miliony zaczęli zarabiać nie tylko zwycięzcy wielkich tourów, lecz i spore grono innych, utalentowanych zawodników.
Ostatnią tendencją jest podpisywanie nie tylko lukratywnych, ale też wieloletnich umów przez bardzo młodych zawodników, których wartość wiąże się nie tylko z osiąganymi wynikami, ale też wizerunkiem, kulturą osobistą, obecnością w mediach.
Oczywiście, wciąż nie mówimy o pieniądzach znanych z piłki nożnej czy tenisa. Owszem, rozwarstwienie zarobków nadal jest wielkie. I tak, część kolarzy wciąż jeździ niemal za pół darmo a ich obsługa (kierowcy, masażyści) jak mieli niełatwo, tak mają (zwłaszcza w związku z okolicznościami pandemii), ale pula do podziału jest spora i każdy może przynajmniej spróbować smaku tego tortu.
Prawdopodobnie nie byłoby tych wszystkich innowacji finansowanych przez różnej maści sponsorów, gdyby nie objętość i jakość transmisji z samych wyścigów.
Gdy wspomniany wcześniej Cadel Evans wyrywał zwycięstwo w Tourze Andy’emu Schleckowi wyścig śledziłem w jakimś mikroskopijnym okienku na stronie Wielkiej Pętli.
Eurosport Player, który w 2021r na tle innych platform streamingowych wciąż nie jest szczytem wygody czy niezawodności, w swoich pierwszych iteracjach, z koniecznością instalowania Microsoft Silverlight, praktycznie nie nadawał się do użytku.
Kto miał w domu kablówkę, słuchał opowieści i przekomarzań Krzysztofa Wyrzykowskiego z Tomaszem Jarońskim. Kto nie mógł lub nie chciał, korzystał z pirackich streamingów z milionami wyskakujących reklam stron porno.
Cyclingnews i forum rowery.org dostarczały wyników, naszosie.pl stawiało pierwsze kroki i daleko mu było do lidera popularności. A co ważniejsze, w mainstreamowych mediach kolarstwo gościło wyłącznie okazjonalnie a w telewizji częściej można było zobaczyć Andrzeja P. niż polskich szosowców.
Gdy jednak przyszły Risoul, koszulka w grochy i Ponferrada, wiele się zmieniło. “Kwiato-Majka-Niewiadoma” stali się nazwiskami znanymi powszechnie, obecnymi na okładkach gazet i gromadzącymi przed telewizorami miliony.
Eurosport faktycznie stał się “domem dla kolarstwa”. Po pierwszych próbach z transmitowaniem etapów w całości, co było wydarzeniem i świętem, przeszliśmy w tryb relacji niemal 24/7. Bogactwo licencji, napakowany po brzegi kalendarz startów i wydłużony sezon sprawiły, że praca komentatorów stała się porównywalnie ciężka do wożących bidony domestiques.
Co więcej, tak jak szturm anglosasów na zawodowy peleton odmienił go nie do poznania, tak nowe formaty treści, produkowane we “współczesnej lingua franca” i dla globalnej widowni dostarczyły nie tylko wiedzy, ale i rozrywki związanej z kolarstwem.
Analizy w Guardianie, wywiady w Cyclingnews, niespotykanej wcześniej jakości galerie w cyclingtips, odważna publicystyka skupiająca się nie tylko na tym, kto wygrał, ale też dlaczego oraz także co ma do powiedzenia poza przebiegiem pojedynku na szosie, relaksujące wideo spod znaku GCN czy wreszcie dane i komentarze niezależnych analityków, blogerów i komentatorów z twittera pchnęły kolarski dyskurs w zupełnie nową epokę.
Praca komentatorów stała się trudna nie tylko ze względu na wymiar godzin, w jakim fizycznie muszą wydawać dźwięki aparatem mowy. Przewodnik po Tour de France każdy może przeglądać w telefonie, na drugim ekranie śledzić statystyki ProCyclingStats a na trzecim mieć włączoną transmisję w wysokiej rozdzielczości.
Na koniec dnia tylko kilka kliknięć dzielić nas będzie nie tylko od listy wyników, ale i kluczowych danych takich jak moc, tempo podjeżdżania, średnia prędkość, kierunek i siła wiatru który pomagał lub przeszkadzał zawodnikom. A także wiele, wiele innych.
A to oznacza, że bez względu na nazwę redakcji, liczbę followersów na twitterze, przeszłość w sporcie lub jej brak czy wreszcie zawodowy związek z mediami wszyscy jesteśmy równi.
Symptomatyczny jest fakt, że część wpływowych twórców treści pozostaje anonimowa lub ukrywa się za mało znaczącym nickiem. Jednak dostarczane przez nich treści są równoważne z tymi prezentowanymi przez Guardiana, Eurosport, Gazetę Wyborczą czy dowolny portal czy “wortal” sportowy.
Oczywiście nie jest to szczególnie odkrywcze – tak teraz wygląda świat, ale warto zaznaczyć, że, owszem, dotyczy to także kolarstwa.
Jak zatem w 2021 roku śledzić zawodowe kolarstwo?
Moja propozycja to przede wszystkim: świadomie.
Oznaczać to może pewien wysiłek związany nie tylko z selekcją źródeł, ale również podjęcie próby stłumienia głosu swojego wewnętrznego fana, którego oczekiwania często kompletnie rozmijają się z rzeczywistością.
Będę trzymał się tezy, że obecnie obserwujemy złoty wiek kolarstwa zawodowego. Nie tylko z wyśrubowanym poziomem sportowym zwycięzców, ale też szerokiego grona pokonanych.
Choć wciąż zdarzają się knockouty, nawet wyraźni triumfatorzy są raczej pierwszymi wśród równych niż absolutnymi władcami peletonu. Być może nigdy wcześniej zdobywca żółtej lub różowej koszulki nie miał zadania tak trudnego jak obecnie i mówię to z całym szacunkiem dla największych mistrzów z przeszłości.
Wspomniany sposób i objętość relacjonowania wyścigów sprawia jednak, że niewiele jest miejsca na powstawanie legend. Jestem się skłonny założyć, że heroiczne pojedynki herosów szos z lat ‘60 czy ‘70 opisywane przez dziennikarzy z reporterskim, ale i z literackim zacięciem, pokazywane od startu do mety w rozdzielczości HD wyraźnie by skarlały. Podobnie jak dokonania gwiazd Wyścigu Pokoju, które poza aspektem sportowym, opierały się na mitologii budowanej przez radiowego sprawozdawcę. Halo, halo! Tu helikopter!
Zatem to, do czego nie tylko Was, ale i siebie samego jako uczestnika niezliczonych kolarskich dyskusji i polemik zachęcam, to bycie dociekliwym i krytycznym (ale nie przesadnie złośliwym ;) ). Do poszukiwania wiarygodnych źródeł, wyciągania wniosków z danych, korzystania z całego dobra, które jest dostępne na wyciągnięcie ręki.
Kolarstwo nigdy wcześniej nie było ciekawsze. Więc korzystajmy z tego.
PS
W związku z tym, co powyżej zapraszam Was również do subskrybcji mojego kanału na youtube, gdzie regularnie komentuję najważniejsze wydarzenia w zawodowym kolarstwie. Zachęcam również do śledzenia mojej aktywności na twitterze, gdzie toczą się najciekawsze rozmowy i na bieżąco znajdziecie najważniejsze informacje.
Zawsze staram się, by moje wypowiedzi wnosiły jakąś wartość do dyskusji o kolarstwie. To taki mój mały wkład w nasz ulubiony sport.
Zarówno UCI jak i PZKol zalecają, by w obliczu trwającej pandemii koronawirusa podczas dekoracji zwycięzców na podium zawodnicy nosili maseczki, zachowywali dystans a z wręczającymi nagrody i trofea unikali kontaktu. Oznacza to m.in. rezygnację z kilku tradycyjnych elementów: całusów od hostess oraz uścisków dłoni z oficjelami.
Dyskusja o obecności “podium girls” na wyścigach kolarskich z różnym natężeniem pojawia się od kilku sezonów. Argumentom o przedmiotowym traktowaniu kobiet przeciwstawiane są te o wieloletniej tradycji.
Zależnie od wielkości wyścigu, miejsca jego rozgrywania i kultury korporacyjnej organizatora kwiaty i całusy zwycięzcy wręczają albo lokalne dziewczęta w skąpych strojach albo zatrudnione profesjonalistki w biznesowych garsonkach.
Podejmowane są próby odejścia od tego zwyczaju. Stopniowo zmienia się ubiór hostess, pojawiają się też pomysły by zastępować je dziećmi (wzorem młodych piłkarzy wprowadzających drużyny na boisko), mężczyznami lub w ogóle zrezygnować z towarzystwa dla stających na podium sportowców.
W trakcie ceremonii i tak jest dość tłoczno. Zazwyczaj obok dekorowanych zawodników stają przedstawiciele lokalnych władz, organizatora wyścigu, sponsorzy lub celebryci. Zależnie od kultury regionu, wymieniane są uściski dłoni, czasem ktoś zrobi “niedźwiadka”, pocałuje w policzek lub nawet poklepie po pośladku*.
Podczas imprez rozgrywanych w czasie lub wkrótce po pandemii tych elementów zabraknie. Czy będzie to tylko czasowe ich zawieszenie, czy pozbędziemy się ich na dobre?
“Podium girls” to często albo zawodowe modelki, laureatki konkursów miss, wybrane w castingach, znajome i koleżanki, ewentualnie “dostarczone” przez zewnętrzne firmy specjalizujące się w tego typu usługach.
Ich zadania: wprowadzenie zawodników, wręczenie kwiatów czy szampana oraz zwyczajowy całus są elementem tradycji.
Choć ten aspekt imprez sportowych powoli odchodzi do lamusa, wciąż pewną ideą związaną ze startem atletów jest pokazanie im oraz kibicom wszystkiego, co w okolicy najlepsze i najpiękniejsze.
Trasy układa się tak, by pokazać najciekawsze miejsca w regionie. Jest to element promocji gminy, powiatu czy miasta. Szansa, by stosunkowo niewielkim kosztem dotrzeć do szerokiej widowni i zachęcić ją do przyjazdu nie tylko na wyścig, ale na weekend czy wakacje.
Chęć, by pochwalić się światu wszystkim, co najlepszego ma do zaoferowania dana ziemia przekłada się także na obecność hostess na podium. Mamy nie tylko piękne szosy, pałace, zamki, rezerwaty przyrody. Nasi przedsiębiorcy chętnie fundują nagrody a przenocować możecie w zadbanych hotelach i pensjonatach (nie dotyczy Tour de France, który słynie z nienajlepszych kwater dla kolumny wyścigu). Ale patrzcie też, jakie piękne są u nas dziewczyny!
Jeszcze w latach ‘80 XXw nikt się temu nie dziwił. We wczesnych latach ‘20 XXIw na wielu wyścigach hostessy wciąż ubrane są nie w garsonki a w zdecydowanie bardziej swobodny strój a zdjęcia z odciśniętą na policzku triumfatora szminką obiegają świat. Tyle tylko, że w erze “#metoo”, nieustającej walki o równe traktowanie i neutralność w miejscach pracy coraz więcej osób zauważa, że być może tak tradycyjny i patriarchalny sposób gratulowania zwycięskim sportowcom przestaje mieć rację bytu.
Czy zatem zawieszenie tego zwyczaju na czas pandemii sprawi, że “dziewczyny z podium” znikną z ceremonii dekoracji na zawsze? Czy kobiety będące elementem dekoracyjnym dla mężczyzn-herosów odejdą do lamusa?
Zobaczymy, czy przez kilka miesięcy wyjątkowego sezonu 2020 komuś będzie brakować całusów, uścisków i kwiatów. Czy może zastąpimy je innymi wyrazami gratulacji i uznania a sezon 2021 będzie już bez nich? Nawet jeśli do tego czasu koronawirus zmutuje do niegroźnej postaci i zapomnimy o maseczkach, dystansie i dezynfekcji.
„Reżim sanitarny” pierwsze testy przeszedł m.in. podczas Wyścigu Dookoła Mazowsza czy rumuńskiego Sibiu Tour. A tak po pięknym zwycięstwie na górskim etapie podczas Vuelta a Burgos świętował Remco Evenpoel:
Na pandemicznym Tour de France hostessa i host utrzymywali dystans:
Podobnie na Giro, choć hostessy występowały z szarfami przywołującymi wybory miss:
W obliczu pandemii koronawirusa ludzie na całym świecie masowo przesiadają się na rowery. Kolejne miasta wprowadzają rozwiązania ułatwiające przemieszczanie się przy pomocy tego nie tylko ekologicznego, ale też zdrowego środka transportu. O tym, że Światowy Dzień Roweru 3. czerwca ma szansę stać się naszą codziennością, rozmawiałem z jego pomysłodawcą, profesorem Leszkiem Sibilskim.
Logo Światowego Dnia Roweru zaprojektował Isaac Feld
Zbliża się Międzynarodowy Dzień Roweru, którego jest Pan inicjatorem. A równocześnie, w związku z pandemią dzieją się w kontekście jazdy na rowerze bardzo ciekawe rzeczy i o tym chciałem dzisiaj porozmawiać. Zatem pierwsze moje pytanie jest takie, czy te wszystkie działania prorowerowe, które obserwujemy Pana zaskoczyły?
Właściwie nie. Kiedykolwiek na świecie wydarza się jakiś kryzys, ekonomiczny lub związany ze środowiskiem czy z klimatem albo z innymi zjawiskami, których człowiek nie może kontrolować, rower pojawia się jako pierwszy środek lokomocji. Zwycięzcami są wtedy ci, którzy mają rower w garażu czy na balkonie lub w piwnicy. Ten, kto go ma, jest zabezpieczony na te najtrudniejsze chwile.
W tym momencie musimy wszyscy przestrzegać dystansu społecznego. I okazuje się, że rower jest idealnym sposobem, żeby przemieszczając się zachowywać ten wymagany dystans około dwóch metrów.
Np. w Mediolanie (i w wielu innych miastach na całym świecie) wyznaczane są tymczasowe drogi dla rowerów, tzw. “Pop-up lanes”, które prowadzą równolegle do linii metra. Dzięki temu ludzie mogą przemieszczać się po swoich trasach zamiast komunikacją zbiorową – rowerem.
Transport publiczny jest teraz jednym z nośników koronawirusa a rower staje się sposobem podróżowania, także rodzinnie, np. rowerami cargo.
Rower stał się środkiem lokomocji, który jest wszędzie. A ostatnie dodatki w postaci silnika elektrycznego pozwoliły uruchomić ludzi, którzy np. już mieli mniej siły do jazdy lub mieszkają w warunkach, gdy jest ona mocno utrudniona ze względu na ukształtowanie terenu czy klimat.
W czasie pandemii ta przesiadka na rower wydarzyła się bardzo szybko. W sklepach rowerowych sprzęt został wykupiony, ludzie stoją w kolejkach do serwisów.
Tutaj w Waszyngtonie, gdzie jest piękna trasa wzdłuż Potomaku, pojawiło się bardzo dużo ludzi na rowerach. Według mnie przeżywamy teraz trzecią światową rewolucję rowerową.
Pierwsza była w XIXw, gdy rower został zaprezentowany światu. Zwyciężczyniami wówczas były kobiety, które wykorzystały rower w ruchach emancypacyjnych. Następnie bardzo długo nic się nie działo aż do 1973r, gdy wydarzył się kryzys paliwowy i wówczas rowery znowu wróciły do łask.
W tej chwili obserwujemy trzecią “rewolucję” czy też renesans. Sytuacja jest o tyle nietypowa, że ludzie pamiętają, co działo się poprzednio, gdy dla rowerzystów brakowało przestrzeni.
Teraz mam nadzieję, że te “pop-up lanes” zostaną przekształcona w stałą infrastrukturę, która jest kluczowa. Jest takie powiedzenie, “gdy zbuduje się drogę, to oni się pojawią” i według tego trzeba zacząć funkcjonować.
Natomiast trzeba do tych tymczasowych linii podejść ostrożnie, ponieważ one zwiększą ruch rowerowy, co z kolei spowoduje brak miejsc do parkowania i to może niektóre osoby zniechęcić. A potem najważniejsze będzie przekształcenie dróg tymczasowych w stałe, które będą bezpieczniejsze.
“Dzień bez samochodu” wnosi negatywne myślenie. “Światowy Dzień Roweru” jest promocją a nie negacją.
Konferencja w Banku Światowym w 2019 w Waszyngtonie.
2016 Trailblazer Award w Chicago.
Wyklad w Waszyngtonie na temat ważnosci roweru w życiu codziennym dla PechaKucha series.
Złoty medal na Spartakiadzie Młodzieży w Łodzi w sprincie 1977.
Wystawa i konferencja Velo-City 2016 w Taipei, Taiwan.
Ten trend możemy obserwować na całym świecie. Pan mówi o Mediolanie, mieszka w Waszyngtonie, u mnie w Krakowie czy także w innych polskich miastach też powstają takie tymczasowe drogi dla rowerów. Na wiele z nich musieliśmy czekać latami a tymczasem wystarczyło kilka tygodni epidemii, by te procesy bardzo przyspieszyły i to jest rzecz niezwykła.
Natomiast mam pytanie, czy poza tym, że doświadczamy kryzysu a kryzysy często wymuszają zmiany, czy jedną z przyczyn tej rewolucji rowerowej może być fakt, że zachód już się nasycił konsumpcją związaną z samochodami czy innymi rodzajami atrakcyjnych dóbr i może się teraz zwrócić w stronę szeroko pojętego bycia lepszym: bardziej ekologicznym, wrażliwszym, z większą ilością czasu dla siebie i bliskich, ponieważ rower bardzo skraca czas dojazdu? Bo zanim to się wydarzyło, kojarzył się z tym, że jest środkiem lokomocji albo biednych, albo już tych na tyle bogatych, że mogą wybierać.
To jest bardzo ciekawe pytanie i faktycznie to jest jeden z argumentów, który wywołał tę kolejną rewolucję rowerową. Koronawirus tylko przyspiesza pewne procesy. Ciekawostką jest to, że spadły ceny paliw, w Stanach benzyna jest tańsza o prawie 40% a ludzie mimo to wybierają rower.
Jeśli chodzi o pewną stygmę, w krajach rozwijających się rower jest faktycznie kojarzony jako środek transportu ludzi biednych. I to przeszkadza rozwojowi roweru w tych krajach. Natomiast w krajach rozwiniętych jest drugi typ stygmy, ponieważ kojarzony jest ze sportem wyczynowym, z Tour de France. I to są takie dwa elementy, które nie pomagają zarówno na tzw. “globalnym południu” jak i na “globalnej północy”.
Czy świat sam dochodzi do tego, że rower jest najlepszym środkiem transportu?
Niewątpliwie tak a przyczynami jest automatyzacja, związanie nas z internetem, praca zdalna, biurowa, brak ruchu. To są pierwsze elementy, które wyzwalają w ludziach potrzebę aktywności. Zaczynają biegać, spacerować, jeździć na rowerze.
Dla ludzi, którzy są zainteresowani szybkością, rower jest bardzo dobrym rozwiązaniem, pomaga na w miarę sprawną komunikację a równocześnie chroni nas przed tym, by nasze ciała po prostu nie zwiędły.
Duże znaczenie będą miały rowery cargo, ułatwiające dowóz towarów na tzw. “ostatniej mili”.
Bardzo wiele dzieje w tym temacie, świat niewątpliwie dojrzewa, chociaż nierównomiernie.
Obserwuję ciekawą tendencję, jeśli chodzi o zainteresowanie rowerami. Wiadomo, że liderami są oczywiście Holandia i Dania. Oni są jednak tak daleko z przodu, że podczas konferencji ich opinie i doświadczenia często są trudne do wdrożenia w innych krajach.
W tym roku w wyniku pandemii Brytyjczycy i Francuzi wychodzą na czoło, jeśli chodzi o implementację nowych rozwiązań, następnie ciekawie działają też Niemcy i Belgowie. Rower staje się też bardzo popularny również w krajach takich jak Kolumbia czy Peru. W Bogocie w niedziele główne ulice są zamykane dla samochodów i ludzie tam biegają, spacerują i jeżdżą na rowerach.
Gdy tworzyłem Światowy Dzień Roweru miałem nieco wątpliwości, ale koledzy ze środowiska naukowego zajmującego się aktywnym transportem zwrócili uwagę na pewien fakt. “Dzień bez samochodu” wnosi negatywne myślenie. “Światowy Dzień Roweru” jest promocją a nie negacją.
Rower wraca i nawet Chińczycy znów zwracają się ku rowerom. Gdy byłem tam po raz pierwszy 30 lat temu, na ulicach poruszały się fale rowerów. Teraz tam stoją fale samochodów. W powrocie roweru mają im pomóc rowery elektryczne.
Musimy mieć świadomość tego, że mamy 2 miliardy rowerów na świecie a ponad połowa ludzkości potrafi jeździć. Jest to więc nieprawdopodobna siła wyborcza, która może bardzo wiele zmienić.
Czy w takim razie jesteśmy skazani na rower?
Jesteśmy skazani na rowery, bo na samochody zwyczajnie nie mamy już miejsca. Szczególnie w starych miastach Europy czy Ameryki południowej, gdzie architektura nie daje miejsca na budowę nowych dróg.
Świat bardzo przytył. Rower pozwoli nam się wyzwolić i z tego.
Obserwujemy ruch klimatyczny, gdzie wytyczone są określone cele do zrealizowania i zmiana środków komunikacji własnie na rower będzie w tym niezbędna
Stała się jedna niedobra rzecz, że wśród 17 celów zrównoważonego rozwoju ONZ transport został pominięty. Co za tym idzie nie ma tam roweru. Natomiast jeśli przyjrzymy się tym celom uważnie, rower można zaadaptować do każdego z nich.
Zastanawiam się, dlaczego, choć rower z nami, w sensie ludzkości, jest już tak długo, wielokrotnie jest pomijany przy powstawaniu nowych rozwiązań urbanistycznych.
Być może dlatego, że w naturze roweru jest pewna wolność. Jeśli mamy ochotę skręcić w lewo, skręcamy w lewo, jeśli w prawo, skręcamy w prawo. I większość ludzi wraca po jeździe do domu nie tylko zmęczona, ale przede wszystkim zrealizowana. Odstawiają rower i przechodzą do dalszych czynności.
Potrzebujemy więc aktywistów, którzy dodatkowo coś zrobią, napiszą, zagłosują.
Musimy mieć świadomość tego, że mamy 2 miliardy rowerów na świecie a ponad połowa ludzkości potrafi jeździć. Jest to więc nieprawdopodobna siła wyborcza, która może bardzo wiele zmienić.
Wydaje się, że powinno być do tej pory zrobione więcej, ale takie wstrząsy jak koronawirus przyspieszają pewne decyzje, które powinny być podjęte znacznie wcześniej.
A ta obecna rewolucja, jak długo ona potrwa?
Wielu ludzi wciąż pamięta kryzys paliwowy z lat ‘70. Myślę, że to wszystko będzie się rozwijało w dobrym kierunku. Zwłaszcza w obliczu globalnej dyskusji na temat klimatu i zdrowia.
Ze względu na swoją przeszłość w sporcie wyczynowym i obecną działalność społeczną i naukową jest Pan dobrą osobą do odpowiedzi na kolejne pytanie. Mam wrażenie, że w dyskursie publicznym jest duży rozdźwięk między rowerem jako środkiem transportu, formą rekreacji i sportem, co powoduje wiele konfliktów czy złych skojarzeń. Są konflikty z kierowcami, jest obawa przed wysiłkiem lub zmęczeniem. Jak zatem powinno się mówić o czymś tak różnorodnych, by takich sytuacji uniknąć?
Po pierwsze trzeba kierować się zdrowym rozsądkiem. Musimy się nauczyć dzielić przestrzenią. Kierowcy z rowerzystami, rowerzyści z ludźmi na rolkach i innych urządzeniach. Mamy coraz mniej przestrzeni, jesteśmy wszyscy uzależnieni od istniejących reguł.
Jeśli chodzi o sport wyczynowy, najmniej problemów mają oczywiście kolarze torowi, ale też kolarze górscy czy bmx, którzy korzystają ze swoich, niezależnych tras. Statystycznie w najgorszej sytuacji są kolarze szosowi, którzy nie tylko poruszają się po drogach publicznych, ale spędzają tam bardzo wiele czasu, więc ryzyko kolizji rośnie.
Trening na szosie jest coraz trudniejszy przez zwiększający się ruch samochodowy, problem jest skomplikowany. Jeśli ktoś jeździ lata bez wypadku, musi niestety wziąć pod uwagę, że po prostu ma wiele szczęścia.
Przemówienie podczas obchodów Światowego Dnia Roweru (SDR) w 2019 w ONZ.
Przemówienie podczas obchodów Światowego Dnia Roweru (SDR) w 2019 w ONZ.
Spotkanie z dyplomatami Afganistanu na temat promocji jazdy na rowerze w ich kraju po zakończeniu wojny.
Kilka minut po zaakceptowaniu Rezolucji SDR w Great Hall podczas Zgromadzenia Narodów ONZ, 12. kwietnia, 2018 w Nowym Jorku.
Jedno z pięciu spotkań konsultacyjnych z członkami-krajami ONZ przed głosowaniem nad rezolucją.
Pewnym nieszczęściem jest, że przeciętny rower wytrzymuje bardzo długo, więc producenci niekoniecznie zarabiają bardzo duże pieniądze. To jest doskonała maszyna, która została wymyślona ponad 200 lat temu i ciągle nam służy w stosunkowo niezmienionej formie.
Wracając do samego Światowego Dnia Roweru, całość zaczęła się od artykułu i projektu dla studentów a teraz przez sytuację, której doświadczamy, ten “dzień roweru” faktycznie mamy nie tylko trzeciego czerwca, ale codziennie. Czy w związku z tym czuje się Pan prekursorem?
Ja to ujmę inaczej. W pewnym momencie znalazłem się we właściwym momencie otoczony właściwymi ludźmi i podjąłem właściwą decyzję. Z perspektywy czasu wygląda na to, że nie miałem innego wyjścia.
Napisałem artykuł dla Banku Światowego, który był zatytułowany “Kolarstwo to interes nas wszystkich”. Zostałem zaproszony na konferencję do Seulu, gdzie wygłosiłem wykład, co pozwoliło mi uczestniczyć w kolejnej tym razem w Taipei.
Uznałem, że brakuje jednego elementu, który by spajał wszystkich tych, których łączy rower. Choćby producentów z użytkownikami rowerów. Każdy działa w swojej wąskiej przestrzeni a światowy dzień roweru ma nam pomóc lepiej wspólnie funkcjonować.
Głównym celem Światowego Dnia Roweru jest, by każdy na świecie potrafił jeździć na rowerze. Druga rzecz, chcielibyśmy, by ten symboliczny trzeci czerwca faktycznie dział się codziennie. Czy przez dojazdy do pracy, do szkoły, czy przez weekendową jazdę rekreacyjną. To przecież jest znakomita forma utrzymywania nie tylko kondycji fizycznej, ale też psychicznej, emocjonalnej dla całych rodzin.
Rower jednoczy. I to należy bardzo wykorzystywać. Ma to do siebie, że jest bardzo prosty w obsłudze.
Pewnym nieszczęściem jest, że przeciętny rower wytrzymuje bardzo długo, więc producenci niekoniecznie zarabiają bardzo duże pieniądze. To jest doskonała maszyna, która została wymyślona ponad 200 lat temu i ciągle nam służy w stosunkowo niezmienionej formie.
Jest niewiele takich urządzeń wymyślonych przez człowieka, które służą nam tak długo a równocześnie pozwalają na tak wiele, w tym na kontakt z naturą.
Ta maszyna staje się coraz lepsza. Jeśli chodzi o sport wyczynowy wygląda na to, że rower prześcignął człowieka, który jest już na granicy swoich możliwości.
Mam też wrażenie, że coraz więcej ludzi będzie jeździło na rowerze. Tych którzy będa zmęczeni czy wręcz zniszczeni siedzeniem przy komputerze a będą szukali aby szybko i tanio doświadczyć czegoś przyjemnego, spotkać się z innymi.
Niewątpliwie infrastruktura jest tu kluczem, chociaż trzeba pamiętać, że można też pojechać do lasu.
Nasz Peter Sagan, mówię “nasz”, bo robi to po raz trzeci, promuje Światowy Dzień Roweru. UCI z tej okazji przygotowuje na Zwifcie zawody, w których wezmą udział Chris Foome, Victor Campenaerts, Chloe Dygert i Jolanda Neff.
Krajem, który wiedzie prym w światowym dniu roweru są niespodziewanie Indie, gdzie rower bardzo zyskuje na popularności. Zaangażowane są też Australia i Japonia. Czekamy tylko na naukowców z Antarktyki, którzy wsiądą na rower stacjonarny.
Chodzi przecież o wspólną zabawę, spędzanie wolnego czasu i promowanie roweru. Filozofia tego święta pokazuje nam, co można robić na rowerze.
Pomaga nam Światowa Organizacja Zdrowia, która wydała oświadczenie, że rower jest najlepszym środkiem transportu, który pozwala dbać o zdrowie. A firma konsultingowa Deloitte wskazuje, że już wkrótce bez roweru nie będzie można się obyć. Na samym końcu wsparł nas też premier Wiekiej Brytanii, Boris Johnson, który zrobił wiele dla ruchu rowerowego będąc burmistrzem Londynu zapowiedział, że nadchodzi złote stulecie roweru. Ministrowie z Danii i Holandii są też oczywiście z nami, podobnie jak pani burmistrz Bogoty, Claudia López Hernández czy Anne Hidalgo z Paryża.
Nie wiem, czy w najbliższych latach będziemy operowali w głównie obrębie rowerów elektrycznych. Z pewnością pomagają one producentom rowerów, zachęcając ludzi do wymiany sprzętu. Są też bardzo użyteczne dla osób starszych, do tej pory często wykluczonych z jazdy na rowerze.
Ze strony sportowej powinniśmy też pamiętać, że kolarstwo od samego początku było wśród założycieli współczesnego ruchu olimpijskiego.
Z kolei dla Polaków rower jest jedną z najchętniej uprawianych dyscyplin.
Ja jestem optymistą. Nie ma w tym momencie rozwiązań urbanistycznych bez roweru. Kto się w tym najlepiej odnajdzie, będzie wielkim zwycięzcą.
Leszek Sibilski jest profesorem socjologii na Montgomery College w Rockville, w stanie Maryland, USA. W latach ‘70 wyczynowo uprawiał kolarstwo torowe na poziomie reprezentacji Polski. Po zakończeniu kariery sportowej zajął się działalnością społeczną i naukową. Jest konsultantem Banku Światowego oraz Organizacji Narodów Zjednoczonych. Z jego inicjatywy ONZ w 2018r. ustanowiła 3. czerwca “Światowym Dniem Roweru”.
Wykorzystane zdjęcia pochodzą z prywatnego archiwum prof. Sibilskiego.
W niepewnej, ale zaczynającej majaczyć na horyzoncie przyszłości widać szansę na rozegranie najważniejszych wyścigów. Bezprecedensowy, krótki i niezmiernie skondensowany sezon będzie wyjątkowy. I zdecydowanie nie mogę się go doczekać!
Jak to właściwie się zaczęło?
Widzę pewien paradoks w tym, że samemu od dziecka jestem związany z kolarstwem górskim, natomiast sportem, który śledzę z uwagą od ponad trzydziestu lat jest kolarstwo szosowe.
Niewykluczone, że powodem tego jest Wyścig Pokoju, którego łabędzi śpiew obserwowałem mając zaledwie kilka lat. Ze wszystkich dyscyplin dostępnych w telewizji późnych lat osiemdziesiątych największą moją uwagę przykuwali właśnie kolarze.
W sumie to nawet nie paradoks a pewne kuriozum, że mając niespełna pięć lat z zapartym tchem oglądałem drużynową jazdę na czas na dystansie 100km w czasie Igrzysk w Seulu. Bo wiecie… widać było nie za wiele, jak to wtedy w telewizji a poza tym, hej, to drużynowa jazda na czas, nie polecałbym jej na początek przygody z oglądaniem kolarstwa nawet teraz.
Tak czy inaczej, gdy Wyścig Pokoju ustąpił miejsca Tour de Pologne a Eurosport stał się na dobre dostępny, nawet nie chcę zliczać liczby godzin, które spędziłem przed ekranem śledząc poczynania zawodowych szosowców.
Teraz jest wygodniej. Nie jesteśmy skazani na telewizor, kolarstwo można śledzić praktycznie wszędzie tam, gdzie jest wifi albo LTE. W wysokiej rozdzielczości, widząc i wiedząc często więcej i szybciej niż komentatorzy w studio a każdy kolejny sezon to więcej godzin transmisji z wyścigów na całym świecie.
I mimo regularnej pracy, aktywnego uprawiania kolarstwa i wielu innych spraw wciąż staram się wygospodarować trochę czasu na relacje z wyścigów.
Jedyny taki sport
Szansa, że zagrasz mecz na Camp Nou jest minimalna. To, czy podjedziesz na Mt Ventoux zależy właściwie tylko od ciebie.
No dobrze, nie jedyny, podobnych wrażeń dostarczają jeszcze masowe imprezy biegowe, ale mimo wszystko to właśnie kolarstwo jest unikatowe pozwalając na doświadczanie niemal tego samego co herosi szos rywalizujący o najważniejsze laury.
Oglądając klasyki możesz dzień lub dwa wcześniej zmierzyć się ze słynnymi brukami Flandrii czy Paryż-Roubaix, śledząc wielkie toury sprawdzić się podczas jednego z wielu oficjalnych “gran fondo” prowadzących przez najbardziej legendarne przełęcze. Lub zwyczajnie porównać swoją moc i „waty na kilogram” z tymi, które prosi publikują na Stravie.
Szansa, że zagrasz mecz na Camp Nou jest minimalna. To, czy podjedziesz na Mt Ventoux zależy właściwie tylko od ciebie.
Możesz próbować żyć jak zawodowiec, trenować jak zawodowiec, mieć rower jak zawodowiec. A przynajmniej jak zawodowiec się ubrać i pojechać z kumplami na kawkę.
To wszystko sprawia, że przy trasach wyścigów na całym świecie stoją nie tylko bierni kibice, ale realni pasjonaci. Oczywiście nie tylko, bo dla większości widzów to wciąż po prostu wydarzenie, festyn, tym ważniejszy im lepsze wyniki osiągają na nim lokalni zawodnicy, ale wciąż więź i zrozumienie między fanem a sportowcem jest niewspółmierna do innych dyscyplin.
To samo, a jednak nie…
Kolarstwo jest schematyczne, chyba, że nagle zawieje wiatr, ktoś przebije oponę, spadnie deszcz, dwóch wspóliderów jednej z drużyn przestanie ze sobą współpracować, w ucieczkę zabierze się kluczowy pomocnik rywala, albo wystąpi jeszcze jeden z setek czynników, które decydują o losach wyścigów rowerowych.
Wiele najważniejszych wyścigów ma w teorii z góry zaplanowany przebieg. Mediolan – San Remo choć liczy 300km sprowadza się do rozgrywki na ostatnich dwóch górkach i prostej prowadzącej do mety. Podobnie jest podczas Walońskiej Strzały, gdzie cały dzień czekamy na ostatnie trzy minuty podjazdu na Mur de Huy.
Wielkie toury często rozgrywają się w zaprojektowanych przez organizatorów miejscach. Owszem, przy układaniu tras spore znaczenie mają kwestie finansowe. Nie tylko pojedyncze stacje narciarskie, ale całe regiony czy nawet państwa wpisują ekspozycję w transmisjach z wyścigów kolarskich w swoją strategię promocji.
Mimo to w kolejnych latach patrząc na mapę wyścigu jeszcze przed startem można obstawiać, w których miejscach nastąpią decydujące ataki i powstaną różnice między kluczowymi graczami.
Chyba, że nagle zawieje wiatr, ktoś przebije oponę, spadnie deszcz, dwóch wspóliderów jednej z drużyn przestanie ze sobą współpracować, w ucieczkę zabierze się kluczowy pomocnik rywala, albo wystąpi jeszcze jeden z setek czynników, które decydują o losach wyścigów rowerowych.
Jeśli dodamy do tego celowe zabiegi mające na celu rozruszanie rywalizacji: skracanie dystansu wybranych etapów, zmniejszenie liczby zawodników w drużynie, poszukiwanie bardzo stromych podjazdów lub sekcji szutrowych czy brukowanych, za każdym razem dostajemy, mimo pewnych, znanych ram, zaskakujące widowisko.
Dzięki temu możemy obserwować takie perełki jak zwycięstwo “górala” Nibalego w Mediolan – San Remo, niespotykane rajdy Contadora czy Froome’a przechodzące do historii kolarstwa, triumfy weterana Gilberta na brukach i wiele, wiele innych historii, których pełen jest każdy, kolejny sezon.
Owszem, Tour de France bywa określany wyścigiem przewidywalnym i nudnym, szczególnie w czasach dominacji jednego zawodnika czy drużyny. W tym konkretnym przypadku łatwo przyklasnąć takiemu argumentowi, ale gdy rozłożymy trzytygodniową imprezę na mniejsze segmenty, znów, emocji będzie co niemiara a suspensu aż nadto.
Radość komentowania
Etapy pozornie nieciekawe, te płaskie z zaplanowanym z góry finiszem całego peletonu czy znajdujące się w połowie wyścigu, podczas których swoją szansę dostają uciekinierzy to nieodzowna część całego spektaklu.
Jasne, zdarzają się dni, kiedy nie dzieje się totalnie nic i nawet krajobraz (dla wielu kibiców walory widokowo-krajoznawcze są równie a często nawet ważniejsze od samych kolarzy) nie dostarcza za wielu wrażeń.
Na szczęście w skali całego sezonu jest ich bardzo niewiele a wystarczy trochę obycia, by każdego dnia, w trakcie każdej relacji widzieć wystarczająco dużo “kolarstwa w kolarstwie” by całość zyskała na atrakcyjności.
Dla mnie ciekawym doświadczeniem był zeszłoroczny Tour de France, w trakcie którego każdego wieczora nagrywałem krótki komentarz, następnie publikowany na youtube.
Nie ukrywam, że w pewnym momencie zacząłem odczuwać przesyt. Kolarskie treści otaczają nas z każdej strony, w normalnym sezonie można oglądać wyścigi w zasadzie 24/7, do tego dochodzą social media, newsy, wywiady, reportaże i trudno za tym wszystkim nadążyć,
Motywacja w postaci skupienia się na etapie, by skomentować go w sposób jakkolwiek bardziej pogłębiony niż tylko podanie kto uciekał, kto wygrał i kto zdobył przewagę daje szansę dalszego rozwoju, szukania dodatkowych źródeł, analiz, jest spora.
Tym bardziej postpandemiczny restart ścigania zapowiada się ekscytująco, ponieważ trudno będzie ocenić, w jakiej dyspozycji są kolarze, kto i jak zareagował na lockdown i jakie ma priorytety.
W sytuacji, gdy sezon będzie krótszy i bardziej skondensowany, część drużyn zmaga się z problemami finansowymi a walczący o kontrakty kolarze będą mieli mniej czasu, by przekonać do siebie menadżerów, my dostaniemy więcej sportu w stanie czystym. Bez sporej części kulturowej nadbudowy, oczekiwań czy schematów. Bardziej nieprzewidywalne i pełne zaskakujących zwrotów akcji.
Najgorszy scenariusz
Europa zaczyna żyć tak, jakby nic się nie wydarzyło. Krzywo patrzymy się na Szwedów, ale w imię “gospodarka głupcze” przywracamy kolejne aktywności. Nawarstwiające, często sprzeczne (nie tylko w Polsce) regulacje powodują rozmycie podstawowych zasad, w związku z czym od mniej do bardziej ścisłego lock-downu przechodzimy do mniej lub bardziej entuzjastycznego #yolo.
Grają piłkarze, będą się ścigali i kolarze.
Skondensowany sezon zawierający najważniejsze wyścigi ma się rozegrać od sierpnia do listopada, wliczając w to wielkie toury, monumenty oraz szereg mniejszych wyścigów.
Zakładamy, że granice będą otwarte a kilka tysięcy osób z kolarskiego światka będzie mogło się swobodnie przemieszczać po kontynencie w czasie, gdy, przynajmniej teoretycznie, będziemy przygotowtywali się do zapowiadanej, drugiej fali pandemii.
Z obecnością wirusa zdążyliśmy się oswoić, kolejne śmierci powszednieją, ale czy to oznacza, że możemy spokojnie planować sezon narażając się na traumę następnych, przerwanych wyścigów, zatrzymywania drużyn i dziennikarzy w objętych kwarantanną hotelach, tygodni w izolacji gdzieś na drugim końcu świata, bo loty zostały odwołane a granie z dnia na dzień zamknięte?
Jasne, kolarze to twardzi ludzie, jednak stres i niepewność związane z zagrożeniem powrotu epidemii mogą również mieć wpływ na przebieg rywalizacji a ostatnie, czego wszystkim potrzeba to kolejne komplikacje.
Osłabione treningiem i wyścigowym wysiłkiem organizmy zawodników są zawsze bardziej podatne na rozmaite infekcje. Ileż to razy w ciągu sezonu całe drużyny notowały gorsze występy, z powodu różnego rodzaju wirusów: pokarmowych czy przeziębień.
Jak zachowają się UCI, ASO, RCS czy mniejsi organizatorzy w przypadku wykrycia w kolumnie wyścigu zakażenia koronawirusem? Co zrobią goszczące kolarzy samorządy, gdy na ich terenie pojawi się nowe ognisko zarażeń?
Zapowiedziany, wyjątkowy sezon 2020 wciąż pozostaje tylko w sferze życzeń. Ale i tak na niego czekam.
Nie trzeba pandemii koronawirusa, frenetycznego szturmu na zwifta i trenażery a następnie leśne ścieżki, polne drogi oraz podmiejskie szosy by zobaczyć, że ruch, aktywność i sport zaczęły odgrywać znaczącą rolę w naszym życiu. Po prostu teraz widać to wyraźniej.
Dane statystyczne vs dane anegdotyczne
Gdy prześledzimy dostępne wyniki badań okaże się, że Polacy wciąż są narodem, który nie jest zainteresowany aktywnością fizyczną. Maksymalnie 30% z nas rusza się trzy razy w tygodniu w łącznym czasie nieprzekraczającym 90 minut.
Krótko mówiąc słabo.
Gdy przychodzi wiosna, naszym narodowym zajęciem jest grillowanie, picie piwa i oglądanie “biało-czerwonych” biegających za piłką.
Tak jest w teorii, tak jest w rozumianej statystycznie praktyce. Tak jest też w wielu opracowaniach socjologów czy publicystów.
Lubimy o sobie myśleć jako o konsumentach-prostakach, “Januszach i Grażynkach”, nieco tylko uwspółcześnionych archetypach, których ojcem był Ferdynand Kiepski.
Tymczasem wystarczy rozejrzeć się wokół, by zobaczyć, jak wielu ludzi tu i teraz zmienia swoje życie: dba o zdrowie, unika chorób cywilizacyjnych uprawiając sport czy poprawiając nawyki żywieniowe.
https://www.instagram.com/p/BxMJePiAEsm/
Gry i zabawy klasy średniej
Możemy zżymać się na różne widełki płacowe wedle których spora część z nas zalicza się do klasy średniej, zwłaszcza w porównaniu z zamożnymi krajami europejskimi.
Trudno jednak polemizować z faktem, że, zwłaszcza od momentu wejścia Polski do Unii Europejskiej, niemal nieustająco żyło nam się z roku na rok coraz lepiej. Przynajmniej części z nas.
To nic, że na kredyt, wszak w ten sposób funkcjonuje większość współczesnego świata, ale napawaliśmy się konsumpcją kupując samochody, mieszkania, elektronikę i ciuchy z sieciówek. A także spędzając sporo czasu w podróżach, zwiedzając Europę, Azję, Afrykę, latem wygrzewając się na chorwackim wybrzeżu a zimą szusując na stokach włoskich Dolomitów.
Gdy już nasyciliśmy pierwszy głód, przyszedł czas na zaspokajanie kolejnych potrzeb. Z kartami Multisport w portfelu zapisaliśmy się na siłownie, ruszyliśmy do Decathlonów po leginsy i buty do biegania, kupiliśmy rowery i zostaliśmy sportowcami.
https://www.instagram.com/p/B8Y0XrrHWBb/
Tłok na bulwarach
Tak, to wciąż jest niewielki procent społeczeństwa. Tak, sport amatorski to często domena najbardziej zamożnych 25% społeczeństwa, zarabiających ponad 5000zł netto. Ale po pierwsze nie tylko nich, a po drugie to na tyle duża grupa, że staje się wyraźnie zauważalna.
W wiosenne popołudnia popularne miejsca rekreacji są zwyczajnie zatłoczone. Biegacze, kolarze, rolkarze, chodzący z kijkami okupują przestrzeń publiczną.
Nawet, jeżeli frekwencja na maratonach w największych aglomeracjach nie bije już rekordów, od przynajmniej dekady faktycznie “Polska Biega”. Biegają nie tylko miasta, biegają przedmieścia, biegają też wsie.
Peletony kolarzy przestały być elitarnymi towarzystwami wzajemnej adoracji, za to każdego dnia niezliczone grupy o różnym poziomie sformalizowania i zaawansowania umawiają się na wspólną jazdę. Jest ich na tyle dużo, by stopniowo oswajać kierowców z obecnością trenujących kolarzy na drogach publicznych.
Moje prywatne wspomnienie z początku lat 2000 przywołuje obraz samotnej Sylwii Korzeniowskiej (siostry Roberta), jednej z nielicznych osób, które zimą na krakowskich Błoniach trenowały cokolwiek. Obecnie, po 20 latach można w to miejsce wybrać się o dowolnej porze zarówno roku jak i dnia, by spotkać pasjonatów sportu. Jest nas dużo, jesteśmy widoczni i tak samo, jak grillujemy, masowo uprawiamy też sport.
We wspomniane wcześniej słoneczne popołudnia frekwencja amatorów spędzania aktywnego czasu na świeżym powietrzu jest tak wysoka, że samo poruszanie się zarówno w tym, jak i w setkach innych podobnych miejsc w kraju staje się zwyczajnie uciążliwe. A mimo to ludzie przychodzą, biegają, jeżdżą…
Dotarliśmy już do momentu, w którym dbanie o siebie stało się wyznacznikiem statusu społecznego.
Karbonowy rower szosowy, uczestnictwo w triathlonie, opieka trenera personalnego czy współpraca z dietetykiem stały się modne.
Dla części wyższej klasy średniej sport jest wyznacznikiem prestiżu. Kolejnymi krokami rozwoju cywilizacyjnego mogą być już tylko uczestnictwo w kulturze wysokiej, społeczna odpowiedzialność biznesu i dobroczynność.
Prawnicy, właściciele prywatnych praktyk medycznych, senior developerzy kupują drogie rowery na fakturę vat, jeżdżą do Calpe i przygotowują się do połówki Iron Mana pod okiem specjalistów trenujących nie tylko biznesmenów, ale też reprezentantów kraju.
Spośród różnych aktywności, wydatków i kaprysów dobrze sytuowanej kadry menadżerskiej akurat te wydają się być nie tylko mało szkodliwe, ale zwyczajnie najmniej głupie.
Mówiąc już całkiem brutalnie, mogliby oni, niczym Kuba Wojewódzki parkować swoje Maserati na miejscach dla niepełnosprawnych a w zamian tego jedyne, co “złego” robią to zajmują z kolegami pas ruchu na podmiejskiej szosie.
https://www.instagram.com/p/B_YBUa4lm15/
Nowe koła zamiast telewizora
Równocześnie klasa średnia “biurowa”, czyli ta, która na co dzień przegląda tabelki w Excelu i zatwierdza milionowe przelewy w wielkich korporacjach, samemu żyjąc za średnią krajową (czyli wciąż niemało jak na nasze warunki) podejmuje ważne życiowo wybory.
Czy większą korzyść przyniesie zakup nowych kół czy trening na zgrupowaniu? Czy domowy budżet udźwignie zarówno start w wyścigu etapowym i kilkudniowy urlop, czy też może wakacje padną ofiarą sportowej pasji? I wreszcie czy lepiej kupić nowy telewizor, czy miernik mocy. No chyba, że ten telewizor będzie ekranem używanym do zwifta, to może da się upiec dwie pieczenie na jednym ogniu.
W hierarchii potrzeb coraz większej grupy Polaków sport, rozumiany nie tylko jako wypełnienie normy WHO (“3x30x130”), ale coś więcej: hobby, pasja, może nawet sposób na życie, awansuje na ważne miejsce.
Trudno oszacować, ilu nas jest. 2%? 5%? 12%?
To niełatwe, bo wyznaczenie granicy między rekreacją i sportem amatorskim a następnie sportem amatorskim i sportem wyczynowym jest podobnie skomplikowane co określenie, w którym miejscu zaczyna się łysina.
Gdy działający w chaosie rząd, próbując bronić nas przed koronawirusem ograniczył przemieszczanie się i uprawianie sportu na zewnątrz, kolarze-amatorzy zaczęli wykupywać trenażery i masowo dołączać do społeczności Zwifta. Obecnie, mimo sporej bariery wejścia do tego systemu, grupa na facebooku zrzeszająca fanów wirtualnego ścigania liczy ponad 8000 osób. Biorąc pod uwagę, że Polski Związek Kolarski od kilku lat wydaje rocznie ok. 2000 licencji a w dobry, wiosenny weekend na zawodach w całym kraju pojawia się około 5000 uczestników, to liczba zaiste imponująca.
Zamknięcie lasów spotkało się z falą niezadowolenia a następnie, podczas luzowania restrykcji przynajmniej kilkaset osób wysłało email do stosownego ministerstwa z prośbą o możliwość treningu na terenach zielonych bez maseczek na twarzy.
W sytuacji, gdy gros obywateli pracuje z domu, ograniczając wyjścia do sklepów, pracy czy znajomych, zarówno sportowcy-amatorzy jak i po prostu ludzie, dla których ruch jest nieodzownym elementem codzienności stali się lepiej widoczni.
Gdy zabrakło turystów a studenci i uczniowie zostali odesłani do domów jesteśmy jedną z nielicznych grup społecznych obecnych w przestrzeni publicznej.
Dzielnie znosiliśmy niedogodności treningu w domu, ukrywaliśmy się na polach i w lasach niebędących własnością państwa a obecnie męczymy się podejmując wysiłek z zasłoniętą twarzą.
https://www.instagram.com/p/B_cbExGFvNe/
Jedyne, co nam zostało?
W czasach, w których tak wiele aktywności ma charakter wirtualny, trudno się dziwić, że poszukujemy kontaktu z fizycznością.
Nawet nie chodzi o słynny “kontakt z naturą”, ale o zwykłe doświadczenie wysiłku fizycznego. Jeżeli spora część prac ma charakter intelektualny (do tego odtwórczy) a stres wiąże się głównie z emocjami, ból mięśni, podniesione tętno i przyspieszony oddech pozwalają zachować niezbędny balans między ciałem i umysłem.
Idąc dalej tym tropem, zawodowa kariera wielu z nas, poza aspektem finansowym, nie daje poczucia szczególnego sensu. Doskonalenie i awanse są pozorne, wpływ na procesy niewielki a końcowy efekt pracy często niewidoczny.
Sport staje się więc jedną z bardziej dostępnych i możliwych do przeprowadzenia form rozwoju osobistego, realizacji aspiracji i zachowania zdrowia psychicznego. “Niezbędną potrzebą”, od której zaspokojenia zależy nasze być albo nie być w sytuacji, gdy te bardziej tradycyjnie rozumiane są tak czy inaczej zabezpieczone.
Mam też wrażenie, że w tak niepewnych czasach, wymierny charakter uprawianego sportu: ogólnych postępów, mocy, realizowanego planu treningowego, daje poczucie minimalnej kontroli i sprawstwa.
W skrajnej wersji ów mechanizm znany jest z zaburzeń odżywiania, jednak w łagodnym przebiegu sportowej “choroby”, struktura dnia, mikro czy makrocyklu jaką daje trening może być bardzo cenna dla jednostki postawionej przed otaczającym nas chaosem pandemii.
Koniec końców nawet, jeśli przymus “treningu, który musi zostać odbyty” nieco wymknie się spod kontroli, wciąż będzie to nie tylko uzależnienie społecznie akceptowalne, ale też jako jedno z nielicznych mające całkiem sporo zalet.
Każdy kryzys przynosi zmiany. Kolarstwo zawodowe, jak większość świata zamarło w czasie pandemii koronawirusa. Ucierpi także z powodu kryzysu gospodarczego. Co zatem powinno zmienić się w naszym ulubionym sporcie, by ten trudny okres przekuć w długoterminowy sukces?
Epoka “marginal gains” i wielkich budżetów
Odwołane wyścigi w pierwszej części sezonu 2020 to wydarzenie bez precedensu. Na masową skalę do tej pory imprezy kolarskie nie odbywały się właściwie tylko z jednego powodu: globalnych konfliktów zbrojnych. Zresztą nawet pierwsza i druga wojna światowa nie wyłączyły kolarstwa w 100%.
Niewątpliwie rok pandemii będzie cezurą dla kronikarzy wielu dziedzin życia, wliczając w to kolarstwo zawodowe.
Jedną z dat, kiedy rozpoczęła się poprzednia “era” był sezon 2011. To wtedy zaczęły działać paszporty biologiczne, a Cadel Evans wygrał Tour de France podczas którego po raz pierwszy od końca lat ‘80 XXw zawodnicy jechali w tempie możliwym do osiągnięcia bez niedozwolonego wspomagania.
W 2019r budżet Team Ineos był przynajmniej trzykrotnie wyższy niż największy budżet drużyny US Postal. Nawet mniejsze ekipy World Touru operują na kilkunastu milionach Euro.
Choć w ciągu kolejnych sezonów peleton przyspieszał, wciąż większość rekordów z “ery epo” nie została pobita, a zwłaszcza czasy podjazdów uzyskiwane przez Armstronga czy Pantaniego.
Za sporą część postępu zaczęła odpowiadać technologia: aerodynamika, ergonomia, monitorowanie coraz większej liczby parametrów organizmu. Wiele zmian zaszło także w podejściu do treningu czy odżywiania. Poszukiwanie “zysków granicznych” znanych szerzej jako “marginal gains” stały się obowiązkiem każdego, kto chciał się liczyć w walce o czołowe lokaty choćby średnio istotnych wyścigów.
Kilkumiesięczna przerwa, restrykcje związane z epidemią, zawirowania zarówno na światowych jak i lokalnych rynkach, kłopoty finansowe czy wręcz bankructwa sponsorów i organizatorów imprez zmuszą kolarski świat do przewartościowania dotychczasowego sposobu funkcjonowania i zmiany.
Dopingowa lustracja i abolicja
W czasach kryzysu nie ma miejsca na niedopowiedzenia. Choć kolarstwo zawodowe jest w awangardzie dyscyplin walczących z dopingiem, wciąż kojarzone jest z niedozwolonym wspomaganiem. Ba, w wielu sytuacjach kolarz jest po prostu synonimem “koksiarza”, nawet jeśli w wielu innych sportach nielegalne poprawianie osiągów to codzienność.
Wygląda na to, że epidemia dopingu została do pewnego stopnia opanowana. Owszem, kolarstwo nie wyrugowało używania epo, transfuzji, testosteronu, leków będących w fazie badań klinicznych czy wreszcie silniczków ukrytych w rowerach, ale poczyniono wiele kroków, by stosowanie całego, nielegalnego arsenału wyraźnie ograniczyć.
Lance Armstrong prowadzący podcast „The Move” wraz z innymi, skompromitowanymi kolegami odniósł spory sukces komercyjny. Nie musi nic udawać, może wprost zapytać swojego „kumpla od igły” Hincapiego: „George, powiedz co sądzisz, ale szczerze, przecież my już teraz nie kłamiemy”.
Zgodnie z dostępną wiedzą można wnioskować, że w drugiej dekadzie XXIw dało się wygrywać najważniejsze wyścigi “na czysto”. Nie znaczy to, że wszyscy zwycięzcy klasyków, etapówek i wielkich tourów byli 100% uczciwi, ale w przeciwieństwie do sytuacji sprzed 15 czy 25 lat można założyć, że przynajmniej część z nich grała fair. Dla porównania nie pomylę się bardzo jeśli stwierdzę, że pod koniec lat ‘90 w peletonie np. Tour de France kolarzy nie stosujących dopingu można było policzyć na palcach jednej ręki.
Z tym wiążą się daleko idące konsekwencje. Wielu bohaterów “epoki epo” po zakończeniu wyczynowej kariery związało się z kolarstwem. Są dyrektorami sportowymi, menedżerami, trenerami, czy komentatorami.
A to oznacza jedno: mimo najszczerszych chęci kolarstwu jako takiemu wciąż jest trudno zaufać.
Zasada “zera tolerancji” nie sprawdziła się choćby w niedalekiej przeszłości gdy Team Sky zwalniał współpracowników niegdyś zamieszanych w doping. Zamiast niej lepszym pomysłem byłaby pełna transparentność.
Choć rozliczenia systemów komunistycznych w Europie środkowej to nie jest przykład najlepszego rozwiązania rozliczenia wcześniej popełnionych grzechów, być może jedynym ratunkiem na wyczyszczenie wizerunku kolarstwa byłby właśnie rodzaj lustracji połączonej z dopingową abolicją.
Przy zawodowym peletonie mogliby zostać tylko ci, którzy zagraliby w otwarte karty. W zamian nie groziłaby im kara, odebranie tytułów czy nagród. W końcu moglibyśmy ruszyć naprzód, nie zastanawiając się nad tym, czy ten dyrektor sportowy współpracował czy nie z jednym z “magików-hematologów”, zadaniem trenera byłoby udowodnienie, że zerwał kontakty z dostawcą “koksu” z czasów gdy sam się ścigał, a komentator mógłby otwarcie wspominać historie sprzed 20 lat oraz rzetelnie porównywać jazdę obecnych herosów z wyczynami bohaterów “ery epo”.
Transparentność, której wciąż brak w wyczynowym kolarstwie może być istotnym czynnikiem w pozyskiwaniu nowych sponsorów. A ci w czasach postpandemicznych będą na wagę złota.
Czas na wspólnotę?
Kolarstwo zawodowe w wielu kwestiach jest ostoją konserwatyzmu. Nowinki techniczne akceptowane są przez zarządzającą tym sportem UCI niezmiernie ostrożnie. Próby zmiany formatu rozgrywania imprez spotykają się z oporem środowiska, nawet drobne modyfikacje tradycyjnych tras stają się powodem do sporów.
Elementem, który trzyma kolarstwo niemal w czasach jego powstania jest model społeczno-ekonomiczny, zupełnie nieprzystający do współczesnych realiów.
Grupy zawodowe to de facto agencje reklamowe, w większości zatrudniające zarówno zawodników jak i ich obsługę w oparciu o kontrakty B2B.
Sporą częścią najważniejszych wyścigów zarządza kilka korporacji związanych z mediami, od których decyzji, np. przyznaniu “dzikiej karty” zależy być albo nie być mniejszych zespołów.
Rzeczone korporacje są w ciągłym, jeśli nie konflikcie, to przynajmniej próbie sił z UCI, ta zaś nie jest dostatecznie silna by np. skutecznie walczyć z dopingiem.
Indolencja UCI łatana jest nie tylko przez WADA, międzynarodową agencję antydopingową, ale też często przez narodowe organizacje takie jak francuska AFDL czy włoski komitet olimpijski (CONI).
Dla odmiany federacja kolarska jest na tyle wpływowa, by redukować znaczenie oddolnych inicjatyw takich jak MPCC (Ruch na Rzecz Wiarygodności Kolarstwa), CPA i TCA (związki zawodowe kolarzy i kolarek) czy Velon (poszukującą nowych formatów imprez i źródeł finansowania drużyn).
Gwarancje bankowe wpłacane do UCI jako kaucja na poczet ewentualnie niewypłaconych wynagrodzeń to za mało. Każda drużyna to przynajmniej kilkadziesiąt osób, poza eksponowanymi postaciami jak kolarze i zarząd, także masażyści, mechanicy, kierowcy, kucharze, lekarze, marketingowcy czy rzecznicy prasowi. Krótko mówiąc, to takie “średnie przedsiębiorstwo” z rocznym obrotem na poziomie od kilku do kilkudziesięciu milionów Euro.
Sytuacja, w której zespoły-przedsiębiorstwa skazane są wyłącznie na komercyjnych sponsorów powoduje, że ich byt jest bardzo niestabilny. Jak na sport tak przywiązany do tradycji, same drużyny to efemerydy z nielicznymi przykładami z historią sięgającą lat ‘80 XXw.
W całej układance, jaką jest kolarstwo zawodowe, ci bez których samo w sobie by nie istniało, czyli właśnie kolarze i kluby stoją na zdecydowanie słabszej pozycji.
Upodmiotowienie nie tylko zespołów-firm, ale też ich pracowników: sportowców oraz obsługi powinno być jednym z celów na nadchodzące lata.
Gdy kolejne ekipy popadają w tarapaty finansowe jak mantra powraca postulat Olega Tinkova o konieczności podziału zysków z praw transmisji telewizyjnych między zespoły.
Nawet, jeśli nie mówimy tu o kwotach znanych ze sportów zespołowych umożliwiłoby to zabezpieczenie przyszłości ekip, częściowe uniezależniło je od kaprysów sponsorów czy wahań na rynku a także, realnie je upodmiotowiło.
Brak tożsamości i archaiczny model biznesowy
Wspomniałem już, że najstarsze zespoły istnieją zaledwie kilkadziesiąt lat w sytuacji, gdy samo kolarstwo wyczynowe ma ich około 130.
Efekt jest taki, że nie kibicujemy drużynie Abarca Sports, tylko Banesto->Illes Baleares, Caisse d’Epargne a obecnie Movistarowi. Nie wspieramy Slipstreamu, tylko Garmin, Cannondale a teraz EF.
W wielu sportach zespoły korzystają ze sponsorów tytularnych, jednak wciąż zachowują swoją tożsamość, wiążą z nią fanów i ją monetyzują. Bez względu na to, czy mówimy o grach zespołowych czy wyścigach samochodowych.
Owszem, niektóre projekty kolarskie mają charakter narodowy czy regionalny, skupiają się na pozyskiwaniu zdolnych zawodników wspieranych przez lokalnych sponsorów. Bywa też, że poniżej ekipy World Touru mniej lub bardziej oficjalnie funkcjonuje drużyna młodzieżowa czy juniorska.
To jednak nie wszystko. Drużyny pozbawione tożsamości często bazują na najprostszym, by nie powiedzieć prymitywnym modelu sponsoringu.
Gdy już uda im się rozpocząć współpracę z firmą wykładającą określony budżet, w zamian oferują jedynie ekspozycję logo i nazwy. Co więcej, takie podejście mają również sami sponsorzy, czego przykładem może być zaangażowanie Dariusza Miłka i jego marki CCC.
Miłek od lat wydaje miliony na sponsorowanie kolarstwa, równocześnie nie korzystając z wizerunkowych dobrodziejstw, jakie niesie ze sobą wspieranie sportu. Choć mija 20 lat od kiedy logo “Cena Czyni Cuda” jest obecne na koszulkach kolarskich, poza licznymi epizodami sportowcy nie zostali włączeni w komunikację marketingową firmy.
Na drugim biegunie można postawić zespół Jonathana Vaughtersa, obecnie znany jako “Education First”. Owszem, amerykańska ekipa kilkukrotnie ratowała się od bankructwa. Owszem, nie operuje na imponującym budżecie. I tak, jej szef jest postacią kontrowersyjną.
Ale trzeba przyznać, że zespół Education First jest prekursorem profesjonalnego podejścia do marketingu w kolarstwie. Vaughters wprowadził charakterystyczny dla swojej ekipy element identyfikacji wizualnej (romby “argyle”). Niemal od początku stawia na dostarczanie kibicom i mediom atrakcyjnych treści: najwyższej jakości materiałów audiowizualnych, tekstów, szeroko pojętego “contentu”. Gdy zauważył, że na szosie nie ma dość historii do opowiedzenia, zaczął wysłać swoich zawodników a to na szutry a to w teren, by pracować na wizerunek zarówno swojego zespołu jak i wspierających go sponsorów.
W końcu wreszcie sam Vaughters buduje swoją markę osobistą, publikując w prestiżowych mediach materiały dotyczące biznesowych korzyści płynących z wspierania kolarstwa.
Gdy porównamy to do prostego układu “pieniądze za logo na koszulce” pokuszę się o stwierdzenie, że jeden z tych modeli jest skazany na wymarcie, szczególnie w czasach, gdy firmy będą długo oglądały każdego dolara zanim wydadzą go na sponsoring.
Ewolucja wyścigów jest nieuchronna
Każdy wyścig chciałby być jak Strade Bianche. Istniejąca zaledwie trzynaście lat impreza powstała na bazie nostalgii, mody na styl vintage i na amatorskiego gran fondo na starych rowerach to przykład kolarskiego produktu idealnego.
Dzięki swojej unikalności zawody na toskańskich “białych drogach” szybko zdobyły prestiż, ekspozycję w mediach i uznanie fanów. Bez wielu lat tradycji, łamiąc kolarski konserwatyzm Strade Bianche przeskoczył w hierarchii większość imprez jednodniowych, nie licząc jedynie monumentów.
Sukces Starde Bianche marzy się każdemu organizatorowi wyścigów kolarskich.
Stał się wzorem dla innych, którzy zaczęli kopiować Włochów włączając do programu swoich imprez różne niespodzianki w rodzaju wizyt na brukach, szutrach, drogach polnych czy prowadzących przez winnice.
Z kolei etapówki stopniowo się eksternalizuje. Od czasu wprowadzenia (znów przez Włochów) do panteonu kultowych podjazdów słynnego Mortirolo trwa wyścig na poszukiwanie nieprzeciętnych stromizn. Zoncolan, Angliru, La Planche des Belles Filles, Bola del Mundo, Los Machucos i wiele, wiele innych stały się nie tylko oczekiwanymi co wręcz obowiązkowymi punktami na trasach wielkich tourów.
Etapów “płaskich jak stół” mamy teraz jak na lekarstwo. Coraz częściej w niedalekiej odległości od kreski wyrastają niewielkie pagórki, które wymagają od sprinterów nie tylko szybkości, ale też wytrzymałości. To z kolei rzutuje na typ kolarza, który może odnosić sukcesy w najważniejszych momentach sezonu.
W poszukiwaniu spektaklu skracane są odcinki górskie a także ograniczana jest obecność jazdy na czas, co ma zmuszać liderów do ofensywnej jazdy.
Pojawiają się nowe formaty wyścigów, czego przykładem była “Hammer Series” oparta o widowiskową rywalizację “na dochodzenie”.
Najlepsze momenty widowiskowej „Hammer Series”, projektu, który ma problem przebić się przez konserwatyzm UCI.
Ostatni raport dotyczący wizerunku hiszpańskiej Vuelty pokazuje, że ewolucja formuły nawet imprezy takiej jak wielki tour spotkała się z ciepłym przyjęciem widzów. Jeszcze dziesięć lat temu oglądalność VaE regularnie malała. Po kilku testach i eksperymentach okazało się, że dość szybko można z imprezy będącej właściwie wewnętrzną rozgrywką gospodarzy zrobić spektakularny spektakl z międzynarodową obsadą gwiazd.
Zatem tak samo jak w przypadku marketingu drużyn zawodowych, można spodziewać się, że tendencja dostarczania jak najbardziej atrakcyjnych treści, tym razem przez organizatorów imprez powinna się utrzymać.
Tylko w ten sposób będzie można zachować swoją pozycję na rynku a nawet myśleć o wprowadzaniu nowych produktów (bo wyścig to przecież też produkt).
W tym kontekście widzę poważny problem dla wydarzeń pokroju naszego Tour de Pologne, holednersko-belgijskiego Eneco Tour, czy kolejnych reaktywacji wyścigów w Niemczech. Muszą wymyślić lub odnaleźć swój, unikalny charakter, który spowoduje, że staną się niezależnymi markami a nie tylko kolejnymi w kalendarzu okazjami do zdobycia nieistotnych punktów rankingowych. W przeciwnym wypadku czeka je albo likwidacja albo włączenie do portfolio ASO lub RCS.
Globalne kolarstwo – koniec czy początek?
W ostatnich latach World Tour stał się faktycznie globalny. Sezon został wydłużony, poważne ściganie zaczyna się już w połowie stycznia. Zawodowy peleton chętnie korzysta z entuzjazmu Australijczyków a także arabskich dolarów.
Scenariusz pesymistyczny na kryzysowe czasy to taki, że w zdemolowanej pandemią i recesją Europie wiele tradycyjnych imprez upadnie, w związku z czym ściganie będziemy oglądali tylko w telewizji transmitowane z krajów, które stać na takie zabawy. Czyli np. z Emiratów Arabskich, Omanu czy Bahrainu.
Niewiadoma jest przyszłość Tour of California, który odwołał się “zanim to było modne” z powodów finansowych i zapowiedział powrót w 2021r.
Trudno stwierdzić, jak w perspektywie ograniczonych budżetów drużyn zawodowych będzie wyglądała styczniowa wizyta w Australii. O ile oczywiście będziemy mogli mówić o bezproblemowym przemieszczaniu się przez pół świata.
Poza pandemią i jej konsekwencjami warto w nawet średnioterminowych planach brać pod uwagę zmiany klimatu. Może się okazać, że wydłużony do października czy listopada sezon 2020 otworzy nowe możliwości do regularnego ścigania się późną jesienią.
Przymusowa, przynajmniej kwartalna przerwa może też wpłynąć na przebieg karier wielu zawodników. Te kilka miesięcy bez rywalizacji na najwyższym poziomie może pomóc złapać drugi oddech wyeksploatowanym organizmom.
Chris Froome zdołał dokończyć rehabilitację, Alejandro Valverde zbiera siły na przesunięte o rok Igrzyska w Tokio a specjaliści wiosennych klasyków będą budowali szczyt formy na jesień a następnie bez tradycyjnego “offseasonu” zaledwie chwilę później rozpoczną kolejną kampanię na brukach.
Tak zaburzona, wieloletnia rutyna może wywrócić do góry nogami układ sił w zawodowym peletonie nawet bardziej niż problemy z finansowaniem, upadające wyścigi czy ewoluujące w niewiadomym kierunku procesy globalizacji.
Jakby na to nie patrzeć, kolarstwo zawodowe to wciąż sport, w którym o wyniku decydują ludzie a wszystkie te perturbacje najbardziej odbiją się właśnie na nich. A nie na firmach, korporacjach czy federacjach.