Tag: Ekstrema

  • Włączmy przełaje do X-Games

    Włączmy przełaje do X-Games

    Kolarstwo to tradycyjny, olimpijski sport. Równocześnie ma w sobie olbrzymi potencjał ekstremalny: prędkość, wypadki, wpływ warunków atmosferycznych, obcowanie z trudno dostępnym terenem… Zimowa odmiana wyścigów rowerowych, przełaje, raczej nigdy nie trafią do programu ?prawdziwych? igrzysk. Może by więc włączyć je do programu zimowych X-Games?

    Z przełajami jest spory problem. Zawody rozgrywane są zimą, ale co do zasady nie na śniegu. A konkurencje na zimowych Igrzyskach Olimpijskich muszą być ?zimowe?. Czyli zawodnicy mają rywalizować właśnie na lodzie lub śniegu.

    Przełaje kojarzą się raczej z błotem, ewentualnie piachem. Śnieg to pewnego rodzaju anomalia a zgodnie z przepisami temperaturą graniczną dla rozgrywania zawodów jest -15 stopni. Zatem zimowe IO raczej odpadają.

    Cyclocross, choć mocno niszowy – patrząc na czołówkę pucharu świata interesują się nim właściwie tylko mieszkańcy Beneluxu – zdobywa sobie popularność jako sposób na spędzenie kolarskiej zimy, między innymi w USA i Wielkiej Brytanii.

    Tam przełaje są traktowane nie tylko jako sport wyczynowy, ale po prostu jest na nie moda.

    Do tego CX ma spory potencjał ?ekstremalny?, rozrywkowy i ?viralowy?. Widzieliście pewnie ?błotną maskarę? na ostatnich mistrzostwach USA. Z kolei wideo/gif z kolarzem wyskakującym w pełnym pędzie na schody wzbudza respekt nie tylko wśród fanów przełajów czy sportu rowerowego. To typowy viral, o którym marzy każdy marketingowiec.

    Swoje pomysły na zawody przełajowe miewa też RedBull. Ich ?Velodoux? czyli hybryda CX i XC z udziałem gwiazd obu dyscyplin.

    Super sprawą jest też ?przełaj trzech szczytów? czyli maraton CX, z którego ?epickie? zdjęcia co jesień ekscytują fanów kolarstwa na całym świecie.

    Krótkie, dynamiczne zawody rowerowe w wymagającym terenie, czyli ?Eliminator? XC nie do końca się sprawdziły. W przeciwieństwie do sprintów w biegach narciarskich nie odniosły sukcesu i w zasadzie umarły jako odrębna dyscyplina.

    https://www.youtube.com/watch?v=6YWpxzu066U

    Przełaje mają to wszystko, co XCE, plus większą dynamikę, zmagania z niesprzyjającymi warunkami atmosferycznymi i niebanalny, unikatowy sprzęt. Przy drobnych modyfikacjach (skrócenie czasu rywalizacji, bardziej ?miejska? sceneria, zaplanowane zawody na przygotowanej, zaśnieżonej trasie?) mają niemal wszystko, by stać się elementem programu X-Games. Bo właściwie dlaczego nie!

    Zdjęcie okładkowe: musume miyuki, flickr, CC BY SA 2.o

    ZOSTAŃ PATRONEM XOUTED

    O tym, co to jest Patronite, do czego służy i czemu właściwie proszę Was o wsparcie przeczytacie tutaj. A klikając w banner poniżej możecie zobaczyć mój profil i zrobić zrzutę na dobrą treść o kolarstwie:

  • Gdzie są te epickie* wyścigi

    Gdzie są te epickie* wyścigi

    Przełaj Trzech Szczytów, Tro Bro Leon, Leadville 100, Strade Bianche, Schaal Sels? Ściganie na rowerach przestaje być już atrakcyjne. By wyścig zyskał rozgłos i stał się wydarzeniem, na które czekamy, musi mieć w sobie ?to coś?. W naszym kalendarzu takich imprez nie ma. Lub jest bardzo niewiele.

    Poziom zblazowania współczesnych społeczeństw żyjących w tej bogatszej części świata sięga zenitu. Chcemy więcej, mocniej, dotychczasowe bodźce przestają nam wystarczać. Cóż, takie czasy.

    W poszukiwaniu nowych doznań do sportu garnie się więcej i więcej chętnych. By zgromadzić większą grupę widzów, tradycyjne imprezy zmierzają w stronę ekstremy.

    Dla amatorów organizowane są biegi, gdzie chętni, poza wysiłkiem, na drodze do mety są mrożeni, rażeni prądem i zanurzani w błocie. Zawodowcom zwiększa się dystanse, prowadzi ich w miejsca dotychczas zarezerwowane tylko dla partnerów Red Bulla.

    Same wyścigi kolarskie również idą w stronę ekstremy. Na fali tęsknoty i mody na ?vintage? w kalendarzu pojawiają się kolejne imprezy, w czasie których szosowców zrzuca się z asfaltu. To już nie tylko bruki Flandrii i Paryż-Roubaix. To toskańskie szutry ?białych dróg?, polne dukty w Bretanii lub jazda ?po czym popadnie? na trasie Schaal Sels.

    Gdy spojrzymy na mtb, trzeba przede wszystkim powiedzieć o ekstremalizacji cross country. Panie i panowie odziani w cienką lycrę zmuszani są do skakania z dropów, walki na rock gardenach, zjazdów po schodach z bali i bóg jeden wie do czego jeszcze. Poziomu trudności tras niektórych XC nie powstydziłby się downhill sprzed kilku sezonów a i obecnie kłopoty mieliby na nich uczestnicy imprez enduro.

    Choć wydaje się, że jazda na ?góralu? dostarcza dość doznań sama w sobie, mtb wciąż cierpi na niedostatki popularności. Stąd też branża szuka nowych pomysłów, wprowadzając na rynek nowe typy sprzętu, co daje użytkownikom dostęp do nowych bodźców.

    Zatem teraz rzućmy okiem na nasze podwórko. Czy w polskim kolarstwie mamy jakieś wydarzenia, które powodują żywsze bicie serca? Czy mamy jakieś zawody, które są inne niż wszystkie i powodują, że czekamy na nie cały rok a opowiadając o nich kolegom z pracy wzbudzamy szczere zainteresowanie?

    Cóż? jeśli się przyjrzeć bliżej kalendarzowi, śmiało mogę wytypować tylko jeden taki wyścig. Jest nim podjazd na Śnieżkę. Organizowany od 26 lat, prowadzący w miejsce na co dzień niedostępne dla rowerzystów, drugi, najwyższy szczyt w kraju nie licząc Tatr. Nawet, jeśli zwycięzca wspina się na Śnieżkę w mniej niż 50 minut, jest to niewątpliwie ?coś?.

    Oczywiście trudno nie wymienić Tour de Pologne. To jedyny wyścig World Touru na północ od Alp i na wschód od dawnej granicy RFN. Impreza Czesława Langa od kilku sezonów ma w miarę stały układ, który jej niewątpliwie służy. Gliczarów nazywany ?Ścianą Bukovina? nie będzie pewnie nigdy Mur de Huy lub choćby Jaizkibel, ale ma potencjał, podobnie jak czasówka ulicami krakowskiego starego miasta. Do tego, by zwróciły uwagę światowych mediów jest im niestety daleko.

    Reszta wyścigów szosowych w kraju to, jakby to powiedzieć, po prostu wyścigi. Czasem na lepszym, czasem na gorszym poziomie sportowym, ale trudno powiedzieć o nich coś więcej, niż to kto wygrał. O ile oczywiście kogoś to interesuje.

    Spójrzmy jeszcze na scenę amatorską. Niemal przez cały rok tysiące kolarzy przemierzają kraj, jeżdżąc z wyścigu na wyścig. Zbierają punkty, walczą o pucharki, reprezentują barwy sponsorów lub grup koleżeńskich. Szosa, mtb, zimą przełaje. Jest co jeździć.

    Porównajmy to jednak z „bliską zagranicą”. Słowacy mają choćby swojego ?Horala?. Maraton mtb liczący 133km i 4900m przewyższenia. Trasa prowadzi przez Kralovą Holę, jeden z dwóch ?świętych? szczytów w tym kraju. Z kolei Czesi mogą pochwalić się imprezami takimi jak Rallye Sudety, gdzie właściwy dystans ma 113km i prawie 4000m w pionie. Poza samymi wartościami bezwzględnymi warto dodać okoliczności przyrody: tłem jest ?Skalne miasto?, cel wycieczek reklamowanych w biurach podróży w całej Polsce. To solidne imprezy z wieloletnią tradycją, dla wielu tamtejszych zawodników „must do” każdego sezonu.

    Czy u nas są takie wyścigi? Czy układając swój kalendarz startów wpisujecie do niego wydarzenia będące poza zestawem klubowo-towarzyskich zobowiązań, na tyle atrakcyjne, by poświęcić dla nich część sezonu?

    Patrząc na minione pół roku, z przyjemnością stwierdzam, że uniknąłem rutyny. Było fajnie. Ciekawie. Momentami w miarę ekscytująco. Nawet, jeśli nie wszystko poszło tak jak miało pójść a wyników trochę brakuje, czego doświadczyłem, to moje.

    Tyle tylko, że mimo blisko dwudziestu startów trudno mi wskazać imprezę, która mogłaby wzbudzić błysk w oku np. kolegów i koleżanki w biurze. Cóż, jeżdżę sobie na tym rowerze. Znajomi też jeżdżą. Ba, niektórzy z nich to zawodowcy. Ale w sumie to nuda, panie. Nudaaaa.

     

     

    *Tak, wiem, ?epicki? to zły neosemantyzm i błąd. Ale pasuje ;)

    Zdjęcie okładkowe: Strade Bianche, fot. ANSA/CLAUDIO PERI, materiały prasowe RCS

  • Kto pojedzie w takim wyścigu?

    Kto pojedzie w takim wyścigu?

    Bruki Roubaix są legendarne. Tro Bro Leon fascynuje swoją wiejską egzotyką. Strade Bianche przypomina o tym, jak kolarstwo wyglądało sto lat temu. U nas też są i kocie łby i szutry i mnóstwo polnych dróg. Więc teraz wyobraź sobie, że w Twojej okolicy organizowany jest taki ?vintage wyścig?. Czy weźmiesz na niego swoją wymuskaną, karbonową szosówkę na kołach za dyszkę?

    Czym innym jest oglądanie zawodowców na sponsorowanym sprzęcie, którzy męczą się w ekstremalnych warunkach a czym innym podjęcie takiego wyzwania samemu. Potencjalne straty, wymierne koszty uszkodzonego czy zużytego sprzętu mogą dotkliwie zaboleć nie tylko amatora.

    Profesjonalnych grup kolarskich z niemal nieograniczonym budżetem jest zaledwie kilka. Następnych kilka ma się dobrze i jest hojnie wspierana przez producentów sprzętu. Jednak nawet w World Tourze a już z pewnością w gronie zespołów Pro Continental, dla większości takie nietypowe, pełne dziur, błota i nierówności gry i zabawy na świeżym powietrzu w sezonie nie mogą pojawiać się zbyt często.

    Czasem patrzę na kalendarz wyścigów w Polsce, następnie patrzę na mapę i znów na kalendarz. I myślę sobie, że szkoda, wielka szkoda, że nie mamy takiego, szalonego wyścigu jak Tro Bro Leon u siebie. A potem przychodzi refleksja, że dla grup zawodowych i klubów o napiętych budżetach byłoby to zabójstwo. Tym bardziej, że i kibiców przy trasie i relacji w TV pewnie by nie było.

    Z resztą, co tu dużo mówić, ?lubuskie Roubaix?, czyli ?Piekło Przytoku? na starcie gromadzi sporą część uczestników na rowerach górskich a nie na szosówkach czy przełajówkach. Z kolei gros imprez mtb to płaskie lub prawie płaskie wyścigi rozgrywane przy dobrej pogodzie. Zaledwie kilkanaście maratonów rozgrywanych jest w górach a te, podczas których spadnie deszcz, jak to ładnie prezentuje się w komunikatach prasowych, ?przechodzi do historii?.

    Na takich imprezach obowiązuje zazwyczaj zasada: ?trzy godziny zabawy = trzy dni roboty z rowerem?. Jeśli nie ma do wymiany linek, pancerzy i przynajmniej kilku łożysk, to znaczy, że nie było ekstremy.

    Więc tak patrzę na możliwości fajnych, aspirujących do miana Klasyków czy Gran Fondo zawodów np. na Warmii i wiem, że to nierealne zarówno dla zawodowców jak i dla amatorów. Bo wciąż jesteśmy na etapie, że intrygujące projekty sportowe potrzebują albo czasu i cierpliwości albo sporego kompromisu z masowym odbiorcą.

    Na szaleństwo porwą się albo niezamożni szaleńcy, których jest kilku, albo posiadacze grubego portfela znudzeni imprezami dla plebsu, którzy zwyczajnie mogą sobie na nie od czasu do czasu pozwolić.

  • Loverove 14.03.2016

    Loverove 14.03.2016

    Bardzo zacny zestaw rowerowych ciekawostek. Zacznij nowy tydzień z loverove!

    1. Upadek dnia

    Daniił Fominych z zespołu Astana wypadł z zakrętu na jednym ze zjazdów ostatniego etapu Paryż-Nicea. Kazach przeleciał przez murek oddzielający szosę od przepaści i spadł na strome zbocze. Efektem tej groźnej kraksy są złamane dwa kręgi lędźwiowe. Akcję wyciągania zawodnika z przepaści na swoim twitterze zaprezentował klub zawodnika:

    W tym miejscu warto przypomnieć wypadek Johna Lee Augustyna podczas Tour de France 2008:

    Oraz historię Pedro Horillo, który podczas Giro d’Italia 2009 spadał około 80m w dół przepaści

    I jak tu nie uznawać „szosy” za sport ekstremalny?

    2. Jak jeździć szybciej?

    Kawka przed jazdą, dobra taktyka, pozycja aero… kolejne bezcenne porady od ekipy GCN:

    3. Dziesięć najgorszych dni w historii kolarstwa?

    Zestaw wyścigów i etapów, podczas których pogoda naprawdę dała się kolarzom we znaki. Zimno mi od samego patrzenia!

  • L?verove 15.10.2014

    L?verove 15.10.2014

    Marianne Vos wraca do MTB i to jedyny poważny news w środowym loverove. W dzisiejszym zestawie znajdziecie kompletnie odjechany wyścig na torze i ekstremalną, póki co tylko ideę zawodów mtb w południowej Afryce.

    1. Najdziwniejszy wyścig na torze

    Kto nie ustoi, ten odpada a potem pełnym ogniem na dystansie jednego okrążenia.

    2. Marianne Vos powróci na trasy MTB

    Utytułowana Holenderka, nazywana „Merckxem w spódnicy” planuje wystartować w zawodach Pucharu Świata XC w Albstadt i Novym Mescie. Na początku kariery Vos ścigała się nie tylko na szosie i w przełajach, ale również w mtb. Teraz najwyraźniej pozazdrościła Pauline Ferrand-Prevot, która z powodzeniem łączy te trzy specjalności. Więcej na ten temat znajdziecie tutaj (uwaga, tlumaczone googlem z flamandzkiego ;) ).

    3. Ile można przejechać za $750tyś?

    To mogło być prawdziwe „epickie” ultra MTB. Na starcie Bart Brentjens, Jeremiah Bishop czy Karl Platt, do pokonania 1000km non stop offroadem Afryki Południowej. Do wygrania tytułowe 750 tysięcy „zielonych”. Tyle, że wycofał się inwestor i projekt odłożono o rok. Ale i tak jest intrygujący. Poznajcie The Munga.

  • Coś, o czym zapomniałem

    Są takie odmiany kolarstwa, które na początku budowały moją rowerową zajawkę a teraz kompletnie je pomijam. Raz na jakiś czas, przy okazji fajnego virala dobijają się do mojej świadomości i okazuje się, że mają się całkiem nieźle. Tym razem okazją do przyjrzenia się scenie ekstremalnej są czterdzieste urodziny Steve?a Peate?a. Wciąż aktywnej gwiazdy downhillu.

    Dokument – ?tribute? dla brytyjskiego zawodnika jeszcze przez kilka chwil za darmo udostępnia Pinkbike. Film zawiera wiele smaczków, pojawiają się herosi z dziecięcych lat mtb. Historia samego zawodnika również jest ciekawa, ale   nie obejrzałem całości. Dwie godziny opowieści z nie mojego świata to nieco za wiele.

      Mimo to warto choćby przeglądnąć wideo o ?Peatym?. To gratka szczególnie dla fanów historii kolarstwa. Archiwalne nagrania z młodości zawodnika pokazują ewolucję, jaką przeszedł ten sport w zaledwie dwadzieścia lat. Gdy Peat zaczynał swoją przygodę, wszyscy jeździliśmy na mniej więcej podobnych rowerach. Można było na nich wybrać na wycieczkę lub wystartować w zawodach. Obecnie rower DH to wyspecjalizowany bolid, nadający się do zmierzania tylko w jednym kierunku: w dół. Do tego najchętniej w wymagającym terenie. Nie wiem, czy to ta hermetyczność sprawiła, że przestałem interesować się ?grawitacyjnymi? odmianami kolarstwa, czy po prostu bardziej pochłonęła mnie szosa i ?wytrzymałościowe? mtb. Jestem w stanie docenić najwyższy kunszt czołowych zawodników, nie zmienia to faktu, że kompletnie mnie to nie rusza. Przywiązanie do konkretnego miejsca: bikeparku z wyciągiem, sztuczny charakter większości tras, sprzęt tak bardzo oddalony od zwykłego roweru jak bolid F1 od toyoty corolli dodatkowo odsuwa od widza, choć z drugiej strony ta właśnie niedostępność pobudza wyobraźnię laików. Wracając do szanownego solenizanta. Steve Peat mimo czterdziestki na karku ma się dobrze i nadal startuje w zawodach najwyższej rangi, choć już nie odnosi tak spektakularnych rezultatów jak w przeszłości. Jak sam mówi we wstępie do filmu, rower jest dla niego przedłużeniem osobowości. Wygląda więc na to, że nie zamierza przestać się nim bawić.

  • Szukając ekstremów

    Szukając ekstremów

    To nie pierwszy raz, gdy etap Giro d?Italia mógł być odwołany. RCS, czyli właściciel wyścigu, od lat konsekwentnie prowadzi trasę ryzykując kłopoty. Tym razem powinno się udać – poruszające wyobraźnię przewyższenia przełęczy Gavia i Stelvio zostaną pokonane przez kolarzy.

    Dziś internety wygrywa oczywiście zdjęcie z 1988r, gdy oblepiony śniegiem Andrew Hampsten jedzie po zwycięstwo w Giro. Nie był to pierwszy i nie ostatni taki przypadek. Włoski tour niemal od samego początku stawia przed kolarzami najdziwniejsze i najbardziej ekstremalne wyzwania.

    W swojej wielkości Tour de France jest zachowawczy. Nawet, jeśli gdzieś w lesie ukryta jest stroma, mało uczęszczana szosa, wyścig ją omija. Ponieważ w ostatnich latach Giro i Hiszpańska Vuelta zaczęły ścigać się w poszukiwaniu ekstremalnych trudności, również i Francuzi poszli tą drogą, choć oczywiście w swoim stylu. Do harmonogramu dołączono np. Planche des Beilles Fines w Wogezach, rok temu Alpe d?Huez ?podwyższono? o Col de Sarenne i wymagający zjazd z tej przełęczy. Mimo to, podczas Wielkiej Pętli nie znajdziemy tego, co jest popularne na Giro. Stromych ścian, szutrów czy śniegu.

    Za śnieg odpowiada nie tylko wysokość, ale i terminaż. Tour de France również czasem zagląda powyżej granicy 2500m.n.p.m (przełęcze Galibier, Bonette czy Iseran), tyle, że w lipcu. W maju, gdy kolarskie święto mają Włosi na takiej wysokości nie tylko zalega sporej grubości pokrywa zmrożonego śniegu, ale też częste są opady a temperatura w okolicach zera nie jest rzadkością. Rok temu, gdy zima nieco dłużej gościła w Europie, organizatorzy Giro zmuszeni byli skracać lub odwoływać etapy w najwyższych górach – przełęcze stały się nieprzejezdne a na zjazdach zawodnicy ryzykowaliby zdrowie i życie

    Z powodu warunków i protestów kolarzy omijano również nie tylko najwyższe, klasyczne przełęcze. Debiut podjazdu na Plan de Corones (lub Kronplatz) został odroczony o dwa lata. Szutrowa droga o nastromieniu sięgającym 24% w deszczu stała się nieprzejezdna dla kolumny wyścigu. Powrócono tam, a i owszem, tyle, że zawodnicy z górą zmagali się indywidualnie podczas jazdy na czas. Dodatkowo mieli szczęście, ponieważ nie padało.

    Człowiekiem, który na trasę Giro wprowadzał wiele tego typu innowacji był Angelo Zomegnan. Być może robił to, ponieważ nigdy nie był kolarzem – większość zawodowej kariery parał się dziennikarstwem. Szukał więc widowiska, czasami z sukcesem, czasami na siłę. Z pewnością bez niego toskańskie białe drogi nie przeżywałyby teraz swojego renesansu, również Monte Zoncolan regularnie nie gościłby na trasie. W 2011 roku dyrektor wyścigu jednak przesadził, za co zapłacił stanowiskiem. Nie tylko przygotował dla kolarzy trasę-kata (przewyższenia na poszczególnych etapach były większe niż w cały, prowadzącym bądź co bądź po górzystej Szwajcarii Tour de Romandie), ale też chciał poprowadzić szosowców zjazdem z Monte Crostis. O ile szutry na wzgórzach i podjazdach zostały przez peleton zaakceptowane, o tyle droga niczym z maratonów mtb na zjeździe nie przeszła.

    Nie bez znaczenia był fakt tragicznej śmierci Woutera Weylandta we wczesnej fazie tego samego wyścigu. Paradoksalnie, belgijski kolarz zginął na pozornie łatwym odcinku, za to przy dużej prędkości. Szersza szosa, prowadząca przy kamiennym murze okazała się być zabójcza. Zjazd z przełęczy Porte d?Aspet, gdzie podczas Tour de France 1995 zginął Fabio Casartelli później kolarze pokonywali jeszcze wiele razy, bez większych problemów. Col de la Bonett, która de facto zakończyła karierę Johna-Lee Augustyna to także typowy zjazd spotykany na wyścigach kolarskich. Bez względu na to, którędy poprowadzona jest trasa, zawody na rowerach, nawet, jeśli w konserwatywnym, szosowym wydaniu są sportem outdoorowym i trzeba się liczyć ze wszystkimi tego konsekwencjami.

    Obojętne, czy odziany tylko w lycrę i styropianowy orzeszek atleta pędzi na oponkach o szerokości 25mm z prędkością 100km/h szosą nad przepaścią, czy też jego serce pracuje z tętnem 190 uderzeń na minutę a mięśnie rozrywa ściana o nastromieniu 20%, to jest ekstrema. A my ją chcemy nie tylko oglądać: sami aspirujemy, by w niej uczestniczyć.

    Zdjęcie okładkowe: Przełęcz Stelvio, Damian Morys, flickr CC BY 2.0

  • Poszukiwanie show

    Poszukiwanie show

    Zbudować w zaledwie osiem lat prestiż imprezy sportowej to nie takie proste. Szczególnie w tak konserwatywnej dyscyplinie, jaką jest kolarstwo. Włochom się to udało – ?wystarczyło?, że wpuścili peleton na toskańskiej białe drogi.

    Temat budowania atrakcyjności i charakteru wyścigów mocno mnie intryguje. W różnych krajach różni organizatorzy próbują przekonać kibiców do swojego produktu. Od kilku lat oglądamy swoisty wyścig zbrojeń: kto poprowadzi peleton przez bardziej wymagający teren. Często dochodzi do skrajności: jedenaście górskich finiszy zeszłorocznej Vuelty, podjazdy podczas Tirreno Adriatico, gdzie zawodnicy schodzą z rowerów czy zjazdy, niczym z maratonów mtb (Monte Crostis ostatecznie usunięto z trasy Giro d?Italia 2011). Wyżej, bardziej stromo, z dala od utartych szlaków to motto ostatnich sezonów. Nawet powściągliwi Francuzi dają się czasami ponieść, ostatni Tour de France poprowadzono przez niebezpieczny zjazd z Col de Sarenne po to, by peleton – rekordowo – dwukrotnie pokonał podjazd l?Alpe d?Huez.

    Choć Włosi czasami zagalopują się w swoich poszukiwaniach (jak przy wspomnianym Monte Crostis), ich eksperymenty zazwyczaj się sprawdzają. Mistrzowie stylu także w dziedzinie kolarstwa potrafili zbudować znakomity mariaż ?vintage? z nowoczesnością. Nawet, jeśli włoskie wyścigi nie mają nominalnie najwyższej kategorii, to właśnie o nich się mówi i na nie czeka. Strade Bianche po raz pierwszy rozegrano w 2007r. Wyścig wzoruje się na najbardziej klasycznych kolarskich monumentach. W trasę wplecione są sekcje specjalne: szutrowe drogi prowadzące przez toskańskie wzgórza. Meta umiejscowiona jest w szczególnym punkcie: zabytkowy rynek w Sienie, słynny z cudownej architektury i rozgrywanej dwa razy do roku końskiej gonitwy. Włochy, powiew tradycji (po takich drogach ścigali się mistrzowie w przeszłości), charakterystyczna trasa, dogodny termin, dobra promocja i mimo krótkiej historii sukces gotowy. Idąc za ciosem RCS (właściciel) reanimował upadły wyścig w rejonie Lazio. Roma Maxima, jak teraz się nazywa, wykorzystuje nie tylko ukształtowanie terenu: podjazdy wokół wiecznego miasta, ale też i prowadzi kolarzy antycznym brukiem Via Appia. Do tego kolarze finiszują u stóp koloseum. Nawet, jeśli oba wyścigi mają zaledwie kategorię 1.1, chce się je oglądać, chce się o nich pisać a gwiazdy chcą w nich startować!
      Dla równowagi, próba urozmaicenia klasyku Mediolan-Sanremo spotkała się nie tylko z kontrowersyjnym odbiorem potencjalnych uczestników, ale też została cofnięta ze względu na roboty drogowe. ?Wiosenne mistrzostwa świata? będą więc znów okazją dla sprinterów. Choć trzystukilometrowa trasa sama w sobie jest wyzwaniem, chciano ją dodatkowo utrudnić. O ile jednak testowanie takich wynalazków jak podjazdy Montelupone czy Punta Veleno sprawdzają się (choć nie bez słów krytyki) w wyścigach etapowych, majstrowanie przy legendach spotyka opór. Tak czy inaczej, wprawiona w ruch machina zmian będzie trudna do zatrzymania. Jesteśmy rządni wrażeń, chcemy krwi, łez i potu. ?Zwykły? sport, jest już dla nas nudny. Dopiero wyjątkowo silne bodźce powodują, że jesteśmy w stanie zaszczycić dane wydarzenie swoją, jakże cenną atencją. Strade Bianche i Roma Maxima już w ten weekend: 8,9 marca :)

  • 12 Wydarzeń 2011r. Śmierć

    12 Wydarzeń 2011r. Śmierć

    Wypadek Woutera Weylandta na trzecim etapie Giro d’Italia przypomniał, że wiele dyscyplin sportu które od lat znajduje się w rodzinie olimpijskiej jest o wiele bardziej niebezpiecznych niż te, które przyciągają fanów mocnych wrażeń na Extreme Games.

    Belgijski kolarz zginął kilka chwil po tym, gdy upadł na zjeździe prowadzącym do mety. Dobry sprinter, jeden z czołowych rozprowadzających w zawodowym peletonie. Mógł pochwalić się niezłą techniką jazdy i latami doświadczenia a mimo to nie uchronił się przed zapisanym gdzieś przeznaczeniem.

    Kilka dni później ze światem pożegnał się inny ze świetnych profesjonalistów, hiszpański „góral”, Xavier Tondo. Prócz wyników sportowych wsławił się tym, że podał lokalnej policji trop w jednej z afer dopingowych, przyczyniając się do oczyszczania kolarstwa z niedozwolonego wspomagania.

    Warto też pamiętać, że o śmierć otarł się w tym roku Mauricio Soler, najlepszy góral Tour de France 2007. Po upadku na jednym z etapów Tour de Suisse, z poważnymi urazami czaszki dłuższy czas spędził w śpiączce.

    Sezon obfitujący w tragiczne wydarzenia skłonił do stawiania pytań o granice sportowego spektaklu. Emocje po śmierci Weylandta przełożyły się na dyskusję o poziomie trudności trasy Giro d’Italia. Na skutek tego usunięto szutrowy zjazd z Monte Crostis a po zakończeniu wyścigu posadę dyrektora imprezy stracił Angelo Zoemegnan. Z kolei w lipcu burzliwe polemiki wzbudziła rozgrywka na deszczowym zjeździe kończącym etap do Gap. Tym samym, na którym koszmarnego wypadku doznał w 2003r Joseba Beloki. Alberto Contador, Cadel Evans i Samuel Sanchez wykorzystali swoje umiejętności i wypracowali tam przewagę nad asekuracyjnie jadącym Andym Schleckiem.

    Nikomu nic się nie stało, ale oburzonych było tyle samo co zachwyconych bezkompromisową rywalizacją w ekstremalnych warunkach. Realnie rzecz ujmując, jazda z prędkością 80km/h wąską, górską szosą w lycrowym stroju i dwustugramowej wydmuszce na głowie jako jedynym elemencie ochronnym można uznać za szaleństwo. Tymczasem jest nieodzownym elementem wyścigów kolarskich. Ci, którzy potrafią dobrze zjeżdżać cieszą się porównywalną sławą co najlepsi wspinacze.

    Mimo wszystko pęd do ekstremów daje do myślenia. Weylandt nie zginął przez to, że trasa była poprowadzona w szczególnie uciążliwym terenie. Zawodowcy każdego sezonu takich zjazdów pokonują setki. Najwidoczniej taki pisany był mu los. Można się jednak pytać, czy potrzebne są podjazdy takie jak Angliru czy Zoncolan, albo etapy, które mają więcej przewyższenia niż tygodniowy, górzysty wyścig najwyższej kategorii rozgrywany w niepłaskim wszak kraju, jakim jest Szwajcaria. Czy koniecznie w imię podnoszenia emocji związanych z widowiskiem trzeba prowadzić kolarzy szosowych drogami przeznaczonymi raczej dla rowerów mtb?

    Można powiedzieć, że postęp technologiczny spowodował wyraźną poprawę warunków pracy sportowców oraz zwiększenie ich bezpieczeństwa. To prawda. Równocześnie, przynajmniej w sezonie 2011, osiągnięto pewną przewagę w walce z niedozwolonym wspomaganiem farmakologicznym. W związku z tym, może należałoby nieco odpuścić zawodowcom a nie tylko liczyć na ich profesjonalizm, umiejętności i, mimo wszystko, zdrowy rozsądek. Właściciele Giro d’Italia w pewnym sensie dali odpowiedź na te wątpliwości. Zwolnili Zomegnana a na sezon 2012 przygotowali trasę, która korzysta z bardziej z klasycznych (a i tak wystarczająco trudnych) lokalizacji w miejsce wymyślnych ekstremów.

    Zatem spektakl – tak. Igrzyska – nie. Nikt przecież nie chce powrotu sytuacji, w której kolarze są cyborgami dalece wykraczającymi poza fizjologiczne możliwości człowieka. Nikt o zdrowych zmysłach nie chce również, by, poza przypadkami stricte losowymi, dochodziło do tragicznych w skutkach wypadków. W sporcie, który nierozerwalnie związany jest ze zmieniającym się otoczeniem: podłożem, drogą, aurą,  interakcją z kibicami, nie można zapanować nad wszystkim. Trzeba jednak pamiętać, że widowisko tworzą ludzie. Jeśli nie będą chcieli, nawet najcięższa trasa nie zmusi ich do stworzenia ekscytującego spektaklu.

    Peleton Giro d’Italia i ekipa Leopard ku pamięci Woutera Weylandta

    Dwanaście dni przed końcem roku wystartowałem z podsumowaniem sezonu. Codziennie jedno z dwunastu, moim zdaniem najważniejszych wydarzeń kolarskiego roku 2011. Oto one:

    12. Czeski Offroad
    11. Klenbuterolowa żenada
    10. Zmiany w polskim MTB 
    9. Ewakuacja sponsorów
    8. Srebro Włoszczowskiej
    7. Herosi to jednak ludzie 
    6. Fuzje i supergrupy
    5. Genialny sezon Gilberta
    4. Podwójna próba Contadora
    3. Porażka Leopard Trek
    2. Śmierć