Tag: Blast from the past

  • Błoga nieświadomość

    Kiedyś oglądanie kolarstwa było proste. Zawodnicy atakowali, uciekali, dokonywali tych samych czynów co teraz, ale my nie mieliśmy nawet części wiedzy, dlaczego tak się dzieje. Doping zmienił sport w równym stopniu, co internet jego postrzeganie.

    Rok 1998. Marco Pantani ucieka rywalom na etapie do Val Gardeny. Zdobywając koszulkę lidera oddaje zwycięstwo dnia Giuseppe Guerniemiu. W tle słynna ?Marmolada?, o której pięknie opowiadają komentatorzy. Mam wtedy szesnaście lat. Oglądam i słucham z zapartym tchem. Pantani jest dla mnie herosem, nie mam wątpliwości, że jest wybitną postacią, geniuszem sportu.

    Maj 1999, dwanaście miesięcy po tych wydarzeniach. Sanktuarium Oropa. Tenże Pantani w rewelacyjnym stylu wyprzedza kolejnych konkurentów w szaleńczym pościgu będącym następstwem defektu. Tegoroczny wyczyn Alberto Contadora na przełęczy Mortirolo, choć również emocjonujący, blednie przy stylu Włocha.

    Lipiec 2001, Alpe d?Huez. Lance Armstrong patrzy głęboko w oczy Janowi Ullrichowi, włącza swój słynny młynek i miażdży konkurencję. Kolarski świat jest w szoku. Ja jestem pod wrażeniem, ale pojawia się drobna niepewność o granice ludzkich możliwości.

    Latem 2003 na francuskich szosach rozgrywa się prawdziwa bitwa. W żyłach kolarzy płynie świeżo przetoczona krew. Muskularne sylwetki podjeżdżają w zadziwiająco szybkim tempie. Choć spektakl jest rewelacyjny, nikt już chyba nie ma wątpliwości, co jest grane, jednak otwarcie się o tym nie mówi. Wyścig wciąż jest fascynujący, lecz ogląda się go bardziej jak film akcji niż sportowe igrzyska.

    Wiosna 2015. Po aferach Festiny, Puerto, Oil for Drugs, spowiedziach Vaughtersa, Hamiltona, Armstronga, śmierci Pantaniego, Jimeneza i Vandenbrucka, dyskwalifikacjach Landisa, Contadora, Herasa czy Basso każdy obrót korbą jest dogłębnie analizowany.

    Nie przez komentatorów telewizyjnych, nie przez dziennikarzy prasowych. Ci w większości nadal cytują widzom i czytelnikom dostarczone przez organizatorów roadbooki i wymieniają statystyki z przeszłości.

    Społeczność kibiców kolarstwa sama mierzy czasy, szuka nieprawidłowości, znajduje zakopane na stronach UCI dokumenty. Każdy podjazd jest dokładnie zmierzony, moc oszacowana. Znamy zestawy przełożeń i choć nie wiemy, jakimi substancjami posiłkują się zawodnicy, kolarstwo pozbawione jest dawnej magii. Zwłaszcza, że o zabytkach i pomnikach przyrody równolegle z transmisją czytamy na wikipedii.

    Doświadczenie z czystko emocjonalnej fascynacji zmieniło się w paranaukową analizę. Trudno oglądać archiwalne nagrania bez poczucia obrzydzenia a przynajmniej sporej ambiwalencji. Relacje na żywo są z kolei zawsze podszyte pytaniem ?a co jeśli oni znowu to robią?. To nic odkrywczego, ale błogi stan nieświadomości był całkiem przyjemny. Co nie zmienia faktu, że za nim nie tęsknię.

    Wideo okładkowe przedstawia wspomniany w tekście etap Giro d’Italia z metą w Val Gardenie

  • Blast from the past: połamany zwycięzca

    Alberto Contador ze zwichniętym barkiem będzie próbował przemóc ból i mimo kontuzji wygrać Giro d?Italia. W innej epoce, nieco ponad dekadę temu inny kolarz porywał serca tłumów jadąc Tour de France ze złamanym obojczykiem. Fakt, że później przyznał się do dopingu krwi nieco zmienia obraz sprawy, ale nie odbiera heroizmu jakim wykazał się wówczas Tyler Hamilton.

    Tour de France 2003. Lance Armstrong pod największą presją w karierze. Rywale fizycznie, psychicznie i farmakologicznie w końcu mu dorównali. To nie była już tylko kwestia pojedynku ?Bossa? z Janem Ullrichem, do walki dołączyli Baskowie (Beloki, Mayo, Zubeldia), Aleksander Winokurow, były kolega z drużyny Tyler Hamilton a momentami nawet młody Ivan Basso i doświadczony Christope Morreau.

    Pod ostrzałem Armstrong zaczął popełniać błędy a cały wyścig stał się bardzo nerwowy. Mnogość podtekstów: osobistych, drużynowych a jak wynika z kolejnych spowiedzi byłych dopingowiczów także mafijnych sprawiły, że tamta „Wielka Pętla” zasługuje na miano najciekawszego Touru Ery EPO.

    Na pierwszym etapie (jak często podczas wielkich wyścigów) doszło do koszmarnej kraksy podczas finiszu dużej grupy. Ucierpiało w niej wielu znakomitych kolarzy, w tym wspomniany Tyler Hamilton. Obojczyk Amerykanina pękł, ale mimo bólu kolarz grupy CSC (prowadzonej przez Bjarne Riisa) nie wycofał się z wyścigu.

    Fizjoterapeuci dokonywali cudów, by Hamilton odczuwał mniejsze cierpienie. Poza oczywistą farmakologią, zastosowali stabilizujący opatrunek, który był skuteczny na tyle, że zanim peleton wjechał w góry, zawodnik przyzwyczaił się do dyskomfortu i jak równy z równymi przystąpił do rywalizacji.

    Na Alpe d?Huez przyjechał wraz z najsilniejszymi konkurentami a podczas dramatycznego etapu do Gap, gdzie po fatalnym upadku de facto zakończyła się kariera Joseby Belokiego to właśnie Hamilton wstrzymał grupę faworytów, by poczekali na goniącego ich na przełaj Armstronga. Również pamiętną czasówkę do Cap? Decouverte, gdzie Jan Ullrich pokonał Lance?a Armstronga pojechał bardzo dobrze (piąte miejsce), mimo konieczności spędzenia godziny w niewygodnej pozycji.

    Zmęczony bólem Hamilton zaczął mieć problemy w Pirenejach. Próbujący wykorzstać słabość Armstronga Jan Ullrich przystąpił do ataku, wtórował mu Aleksander Winokurow, kolejne ataki sprawiły, że różnice w czołówce zaczęły się powiększać.

    Gdy wydawało się, że dla Hamiltona Tour de France się skończył i do Paryża dojedzie na siódmym miejscu, zebrał siły (abstrahując od dopingowych praktyk) i zaryzykował samotny rajd na ostatnim, górskim etapie kończącym się zjazdami do Bayonne. Zdjęcia kolarza, który ze złamanym obojczykiem i grymasem bólu na twarzy pokonuje pirenejskie podjazdy obiegły świat, Hamilton stał się bohaterem. Przy okazji awansował na szóste miejsce w klasyfikacji generalnej a podczas finałowej, deszczowej czasówki (zajął rewelacyjne drugie miejsce jadąc szybciej niż Armstrong i Ullrich) odrobił czas do Basków z ekipy Euskaltel i cały wyścig ukończył na czwartym miejscu.

    W swojej książce ?Wyścig Tajemnic? Tyler Hamilton szczegółowo pisze co i w jaki sposób brał podczas Tour de France 2003. W czasach gdy doping krwi był standardem, wbrew pozorom nie wszyscy byli równi. Większa ilość krwinek różnie wpływa na różne organizmy i taka sama ilość EPO nie działa podobnie na każdego sportowca. Choć Hamilton znajduje wiele usprawiedliwień i wymówek dla swoich dopingowych wyborów, z pewnością jest postacią, która była beneficjentem dopingowej kultury. Mimo wszystko hart ducha, charakter, ale i szczególny rodzaj wrażliwości powodują, że wspomina się go z przyjemnością a nie odrazą.

  • Wszystko zaczęło się w Sienie

    Michał Kwiatkowski wygrywając rok temu Strade Bianche na dobre wszedł do grona gwiazd zawodowego peletonu. W tym zwycięstwie było wiele symboliki i choć wyścig miał nienajwyższą kategorię 1.1, stał się ważnym krokiem w karierze polskiego kolarza.

    Do sezonu 2014 ?Kwiato? był jednym z wielu młodych, dobrze zapowiadających się zawodników z kilkoma imponującymi wynikami w swoim portfiolio. Już rok wcześniej zanotował świetny tydzień w czasie ardeńskich klasyków, znakomicie też jechał w Tour de France, długo broniąc białej koszulki najlepszego młodzieżowca. Co więcej, w czerwcu 2013 zdobył tytuł mistrza kraju, dzięki czemu już w Wielkiej Pętli jechał w bardzo gustownej koszulce z biało-czerwonym pasem i ładnie wyeksponowanym orłem.

    W takim właśnie stroju zasygnalizował bardzo wysoką dyspozycję w lutym 2014. Testowe starty na Majorce i w Portugalii przyniosły mu cenne zwycięstwa. Dość powiedzieć, że w Volta a Algarve na pagórkowatym etapie pokonał Rui Costę i Contadora a na czas był lepszy nawet od Tonego Martina.

    Toskańskie ?białe drogi? rozgrywane na początku marca stały się areną pięknego pojedynku dwóch gwiazd młodego pokolenia. Peter Sagan, choć jest z tego samego rocznika co Kwiatkowski, już wtedy był jedną z największych gwiazd wśród zawodowców. Z dwiema wygranymi klasyfikacjami punktowymi Tour de France, świetnymi wynikami w klasykach i liczną kolekcją etapów w niemal wyłącznie ważnych wyścigach był jednym z głównych pretendentów do wygranej.

    https://twitter.com/Ciclismo_2014/status/548900629767536640

    Wyścig prowadzący niemal w jednej czwartej po szutrowych duktach przebiegał po myśli słowackiego kolarza. Choć jego drużyna nie była w stanie zapewnić mu wystarczającego wsparcia, jechał aktywnie i zdecydował się na atak ponad 20km przed metą. Wraz z nim pojechał Kwiatkowski i dwóch dwudziestoczterolatków zdobyło wyraźną przewagę nad grupą asów z Alejandro Valverde na czele.

    ?Kwiato? był znany ze swojego finiszu i wytrzymałości na podjazdach, ale w kontekście konfrontacji z Saganem mało kto spodziewał się jego zwycięstwa. Tymczasem w samej końcówce przyspieszył tak mocno, że Słowak nie był w stanie nic zrobić. Michał Kwiatkowski z bezpieczną przewagą minął linię mety, w koszulce mistrza Polski wygrywając jeden z najważniejszych, wczesnowiosennych wyścigów. Później były udane starty w ardeńskich klasykach (zwieńczone trzecim miejscem w Liege-Bastogne-Liege), nerwowy Tour de France i świetny koniec sezonu, gdy w hiszpańskiej Ponferradzie ?Kwiato? zdobył mistrzostwo świata.

    https://twitter.com/R_SoloCiclismo/status/442440046814453761

    Tak naprawdę obserwujemy dopiero początek kariery Michała Kwiatkowskiego. Bez względu na to, jak potoczą się jego dalsze losy i ile wyścigów jeszcze wygra, triumf w Strade Bianche pozostanie jednym z ładniejszych i ważniejszych. To właśnie w okolicach Sieny tak naprawdę pierwszy raz pokazał, że jest w stanie ograć każdego na trasie ciężkiego i prestiżowego wyścigu. Fakt, że zrobił to w białej koszulce z orłem sprawia, że dodatkowe punkty ?Kwiato? zebrał za wrażenie artystyczne. W tym roku Polak nie startuje w Strade Bianche. Do sezonu klasyków przygotowuje się na trasie Paryż-Nicea. Czy będzie tam w stanie zrobić coś spektakularnego, jadąc w tęczowym stroju mistrza świata? A może spokojnie buduje formę na najważniejsze klasyki?

    Transmisja ze Strade Bianche 2015 w sobotę od 13.45 np. w Eurosporcie 2.

  • Blast from the past – niezwykła Vuelta Franka Vandenbroucke?a

    Są takie wyścigi, z których pamiętamy nie zwycięzcę, a kolarza jadącego na nieco dalszej pozycji w klasyfikacji generalnej. Podczas Vuelta a Espana 1999 Frank Vandenbroucke zajął 12 miejsce ze stratą ponad 23 minut do Jana Ullricha, ale po drodze wygrał dwa etapy i uratował wygraną Niemca.

    To kolejna historia geniusza ery EPO. Vandenbroucke perfekcyjnie wykorzystał możliwości, jakie w tamym czasie dawało niemal nieskrępowane korzystanie ze środków dopingujących. Sezon 1999 był najlepszym w jego burzliwej karierze. Błyszczał wiosną, wygrywając Omloop Het Volk (obecnie Het Nieuwsbald) a w Liege-Bastogne-Liege triumfował w wielkim stylu. Na własnej skórze przekonał się jednak, że po aferze Festiny nic nie jest już takie samo jak wcześniej. Grupa Cofidis, którą reprezentował odsunęła go od startów za podejrzenia związane z rozprowadzaniem nielegalnych substancji wspomagających. VDB w domowym zaciszu trenował i późnym latem wrócił na trasę Vuelty z wielkim zapasem energii.

    W tym samym czasie Jan Ullrich borykał się z dwoma problemami. Przegrana w Tour de France 1998r z Marco Pantanim bolała go równie bardzo co kontuzjowane kolano. Wielką Pętlę 1999 oddał walkowerem ?cudownie zmartwychwstałemu? Armstrongowi. Kto wie, jak potoczyłaby się historia obu kolarzy, gdyby Niemiec był w tamtym roku w pełni sił i ścigał się z Amerykaninem we Francji? Vuelta stała się więc dla niego ?tourem pocieszenia? i elementem przygotowań do mistrzostw świata.

    Jak na wyścig treningowy, trasa była niebywale wymagająca. To wtedy Hiszpanie pokazali światu podjazd Angliru, kolarze ścigali się w też w Pirenejach i na słynnym Alto de Abantos. Do tego zafundowano im ponad 100km jazdy indywidualnej na czas (prolog i dwa etapy). Ullrich przewagę zdobywał właśnie podczas czasówek, w górach musiał bronić się przed atakującymi go Hiszpanami. Furorę robił Jose Maria Jimenez, zwyciężając na Angliru i w Val d?Aran. Bardzo równo jechał Igor Gonzalez de Galdeano, początkowo dobrze spisywał się Abraham Olano, obrońca tytułu. Bohater tego tekstu, Frank Vandenbroucke kilkukrotnie zrobił show i dał popis swoich możliwości. Od początku był widoczny (zajął 3 miejsce na jednym z etapów za Olano i Ullrichem, jednak stracił sporo czasu w Katalonii i spadł w klasyfikacji), ale najwyższa dyspozycja przyszła u niego w końcowej fazie wyścigu. Był w stanie wygrać dwa górskie etapy a na kluczowym dla losów wyścigu, kończącym się na Alto de Abantos uratował Ullricha przed atakującymi naprzemiennie Hiszpanami (wideo na górze strony). Co więcej, gdy Niemiec był już bezpieczny, VDB sam pognał za uciekającymi Laiseką (grupa Euskaltel jechała jeszcze wtedy w białych strojach a nie w charakterystycznych, pomarańczowych!) i Jose Marią Jimenezem i mało brakowało, by zwyciężył na trzecim odcinku jednego wyścigu.

    Zaledwie kilka dni później bohaterowie Vuelty błyszczeli na trasie mistrzostw świata w Weronie. Ullrich zwyciężył w jeździe na czas a podczas wyścigu ze startu wspólnego zarówno on jak i Vandenbroucke znaleźli się w wyselekcjonowanej grupie zmierzającej po tęczową koszulkę. Naturalnym wydawało się, że Niemiec pomoże VDB w walce o tytuł, spłacając dług z Hiszpanii, tym bardziej, że obaj kolarze prezentowali wyborną dyspozycję. Piękno sportu polega jednak na tym, że nie ma w nim pewników. Nawet w erze niemal nieograniczonego dopingu, faworytów z zaskoczenia pokonał mało znany wówczas Oscar Freire. Kolarz, który nie miał kontraktu na kolejny rok w ten sposób zapoczątkował serię znakomitych rezultatów (w kolejnych latach zdobył jeszcze dwie tęczowe koszulki trzykrotnie wygrał Mediolan-Sanremo!).

    Tymczasem po 1999r największym sukcesem Ullricha był złoty medal Igrzysk Olimpijskich w Sydney. Od tamtej pory Niemiec stał się synonimem wiecznie drugiego w Tour de France rywala Lance?a Armstronga. Z kolei Vandenbroucke nawet nie zdołał nawiązać do sukecsów z tamtego sezonu. Problemy z dopingiem nałożyły się na kwestie osobiste. Belg zmieniał drużyny jak rękawiczki, zmagał się z kolejnymi sprawami dyscyplinarnymi i karnymi, zapowiadal kolejne powroty na najwyższy poziom, ale bezskutecznie. W październiku 2009r, dziesięć lat po zakończeniu swojego najlepszego sezonu zmarł z powodu zatoru płucnego.

  • Blast from the past – góra kontrowersji

    W sobotę Tour de Suisse zawita do Verbier. Zaledwie pięć lat temu ta niewielka miejscowość była świadkiem rekordowego wyczynu Alberto Contadora. Hiszpan nie tylko pokonał rywali i został liderem Tour de France, ale wiele wskazuje na to, że podjeżdżał najszybciej w historii wyścigów rowerowych w ogóle.

     

    Wielka Pętla 2009 była pod wieloma względami dziwna, głównie za sprawą powrotu Lance?a Armstronga. Siedmiokrotny zwycięzca wyścigu zamiast cieszyć się sportową emeryturą i życiem celebryty postanowił jeszcze raz stawić czoła wyzwaniu, jakim jest jazda w peletonie Tour de France. Kolarstwo, do jakiego wrócił było już jednak inne, drużyna, którą reprezentował miała nowego lidera. Kryzys przywództwa i liczne kontrowersje zdominowały atmosferę w ekipie Astany. Nieco więcej na ten temat znajdziecie w filmie ?The Armstrong Lie?.

     

    Specyficznie ułożona trasa sprawiła, że przez niemal połowę Touru kolarze walczący o żółtą koszulkę nie mieli zbyt wiele okazji do ataków. Contador odrobił straty z pierwszej fazy wyścigu na pirenejskim podjeździe do Arclais, ale nie była to góra wystarczająco trudna, by powstały na niej większe różnice. Pretendenci do tytułu byli więc spragnieni konfrontacji, a dodatkowo Alberto w Astanie był de facto skazany sam na siebie. Przy pierwszej nadarzającej się szansie wziął więc sprawy w swoje ręce i znokautował rywali przy okazji bijąc wszelkie możliwe rekordy i na długie lata wprowadzając poważną kontrowersję co do osiągniętego w Verbier rezultatu.

     

    Szwajcarski podjazd jest długi, ale w pierwszej części niemal płaski. Dopiero ostatnie dziewięć kilometrów to solidne wyzwanie, strome na ponad 8%. To tam zmierzono czas Hiszpana i to tam jego średnia prędkość wznoszenia (VAM) sięgnęła niemal 1900m/h. Do analizowania wysiłku Contadora rzucili się najwięksi krytycy i poszukiwacze dopingowych spisków. Antoine Vayer, były trener niesławnej Festiny, a od pewnego czasu entuzjasta statystyk i pomiarów klasyfikujących kolarzy wedle stopnia hipotetycznego ?dopalenia?, oszacował, że zwycięzca etapu musiał podczas 20 minut wysiłku wygenerować moc 490W. Temat szybko podchwycił Greg LeMond twierdząc, że taki wynik oznacza, iż Contador wykazał się maksymalnym pochłanianiem tlenu (VO2max) na poziomie 99,5ml/min/kg i uznał, że to po stronie zawodnika leży obowiązek dostarczenia dowodów na niestosowanie dopingu. W teorii bowiem taki rezultat miał być niemożliwy do uzyskania w naturalnych warunkach przez człowieka.

     

    Niemal każdy specjalista i komentator zaczął analizować rezultaty z Verbier. Michele Ferrari, ?doktor zło?, na swoim blogu wskazał, że hiszpański kolarz uzyskał VAM 1852m/h, co przy jego wadze 62kg dało średnią moc 6,73W/kg. Andrew Coggan, jeden z najbardziej znanych fizjologów w kolarstwie wrócił uwagę, że sam podjazd był stosunkowo krótki (20 minut) co wpłynęło korzystnie na wysoki rezultat. Pojawiły się również informacje, że kolarzom sprzyjał wiatr. Jednak nawet biorąc poprawkę na liczne okoliczności łagodzące (wcześniejszy przebieg wyścigu, fakt, że było to de facto pierwsze poważne starcie na podjeździe, wiatr, oraz licząc najbardziej korzystne dla zawodników długość i przewyższenie), w Verbier padł rekord. Contador w 2009r był szybszy niż Riis w Hautacam w 1999, Pantani na Alpe d?Huez w 1997 czy Armstrong tamże w 2004r. Drugi na mecie Andy Schleck, jadąc finałowy podjazd o 43 sekundy dłużej, również uzyskał znakomity rezultat (VAM nieco poniżej 1800), ale nie tak szokujący. Co więcej, warto w tym miejscu wspomnieć, że tego typu szacunki dają jeszcze wyższe rezultaty na bardziej stromych podjazdach. Verbier ze swoimi około 8% daje wynik właściwie neutralny. Na bardziej brutalnym wzniesieniu osiągnięcie Contadora byłoby więc jeszcze bardziej wyśrubowane.

     

    Pięć lat później kolarstwo wygląda inaczej, choćby ze względu na fakt, że w peletonie na dobre nie ma już Lance?a Armstronga. Bywają momenty, że kolarze jeżdżą wyraźnie wolniej, jak podczas Touru 2011, ale też i takie, gdy podejrzanie blisko zbliżają się do historycznych rekordów, jak na zeszłorocznej ?Wielkiej Pętli?. Każdy kolejny sezon daje wzrost popularności tego typu pomiarów. Śledząc wyścigi w HD i mając niemal każdy podjazd dokładnie zmierzony przez tysiące amatorów umieszczających swoje rezultaty na Stravie dużo łatwiej prowadzić paranaukowe statystyki. Trzeba jednak pamiętać, że zawsze są to tylko szacunki. Ostateczne wyniki: moc w watach na kilogram czy VO2max znają tylko sami zainteresowani. Należy również brać pod uwagę zmienne, które nie zawsze są znane (wiatr), układ trasy całego wyścigu oraz jego przebieg. Zatem jest to bardziej ciekawe wyzwanie dla fizjologów-amatorów oraz gorący temat dla publicystów niż podstawa do realnej oceny dokonań kolarzy.

     

    Sobotnia jazda czołówki Tour de Suisse na podjeździe w Verbier będzie więc ciekawym porównaniem z dokonaniem Contadora z 2009r, ale co najwyżej poszlaką a nie realną oceną obecnego stanu kolarstwa.

  • Blast from the past – szczyt za wcześnie

    Blast from the past – szczyt za wcześnie

    Był taki sezon, gdy Lance Armstrong zadrżał w obawie przed porażką w Tour de France. Grupa głodnych sukcesu kolarzy solidnie postraszyła go podczas Criterium du Dauphine 2004r, jednak radość Ibana Mayo czy Tylera Hamiltona okazała się przedwczesna.

    Armstrong miał już wówczas na koncie serię pięciu zwycięstw w Tour de France, ale by zostać samodzielnym liderem klasyfikacji na najbardziej utytułowanego kolarza Wielkiej Pętli, potrzebował jeszcze jednej wygranej. Rok wcześniej, w 2003r był blisko porażki. Rywale odrobili lekcję, do gry obok Michele Ferrariego wkroczył Eufemiano Fuentes. Kolejny fizjolog-szarlatan, który budował przygotowania i wyścigową taktykę wokół odpowiedniego stosowania środków dopingujących.

    Szanse, przynajmniej w teorii, się wyrównały. Co więcej, po kilku przetasowaniach w peletonie, konkurenci Armstronga byli wyjątkowo zmotywowani, by w końcu dobrać mu się do skóry. Na trasie Tour de France miała się znaleźć jazda indywidualna pod górę z metą na Alpe d?Huez. Podczas Criterium du Dauphine Libere, jak wówczas brzmiała nazwa głównego testu przed Wielką Pętlą, przygotowano próbę jeszcze cięższą: podjazd na czas zboczami Mont Ventoux.

    Tyler Hamilton i Oscar Sevilla w nowych barwach szwajcarskiej grupy Phonak oraz Baskowie z Euskaltel Euskadi poczuli, że są na dobrej drodze do osiągnięcia sukcesu. Na etapach Dauphine nadawali niesamowite tempo. Typowy ?góral?, Iban Mayo był w stanie wygrać pięcioipółkilometrowy prolog. Choć na trasie znalazł się niewielki podjazd, jazda baskijskiego kolarza i tak wyglądała wyjątkowo. Również Hamilton pokonał w tej próbie Armstronga. Na kolejnych etapach Baskowie kontrolowali peleton, nie tylko ich lider był świetnie przygotowany, ale też jego pomocnicy.

    Czwarty odcinek wyścigu był pokazem siły, jaką w owych czasach dawało odpowiednie przygotowanie farmakologiczne. Podczas czasówki na Mt. Ventoux kolarze pędzili z niesamowitą prędkością. Mayo i Hamilton ustanowili dwa najlepsze czasy w historii rowerowych wspinaczek na tę słynną górę. Do zwycięskiego Baska Armstrong stracił niemal dwie minuty, a poza wymienioną dwóją wyprzedzili go również Oscar Sevilla i Juan Miguel Mercado (kto go jeszcze pamięta?).

    W ucieczkach i na przełęczach znakomicie w tamtym wyścigu radzili sobie również specjaliści od bruków: George Hincapie i Stuart O?Grady walczyli o zwycięstwa etapowe w końcowej fazie Criterium du Dauphine. O ile Hincapie w postępowaniu USADA przyznał się, że w tamtych latach był częścią dopingowego programu drużyny Armstronga, o tyle O?Grady zadeklarował jedynie stosowanie EPO w 1998r. Pomimo tego, w 2004r na alpejskich szosach podjeżdżał z lekkością.

    Tyler Hamilton wspomina Dauphine 2004 w "Wyścigu Tajemnic"
    Tyler Hamilton wspomina Dauphine 2004 w „Wyścigu Tajemnic”

    Iban Mayo do końca kontrolował przebieg wyścigu. Mocne tempo nadawane przez jego pomarańczowy pociąg wybiło z rytmu Hamiltona, który upadł na jednym ze zjazdów. Okazało się jednak, że baskijski kolarz popełnił błąd. Nawet w tamtych czasach nie było możliwe utrzymywanie organizmu na najwyższym poziomie przez niemal dwa miesiące. W czasie Tour de France zdołał jedynie przyjechać w czołówce na pierwszym pirenejskim etapie. Na kolejny nie starczyło już sił a następnie wycofał się po piętnastym odcinku. Za usprawiedliwienie można przyjąć, że przynajmniej oficjalnie, w tamtym czasie zmagał się z mononukleozą oraz był nieco poobijany. Z kolei Hamilton musiał się wycofać po kontuzji, jakiej doznał w kraksie na jednym z pierwszych etapów. Z perspektywy czasu wiadomo, że tego typu problemy omijają zawodników, którzy są w 100% dyspozycji. Pech dopada tych, którzy są nieco słabsi a przez to bardziej nerwowi i muszą więcej ryzykować.

    Mimo dotkliwej porażki na trasie Criterium du Dauphine, Armstrong i jego ekipa zachowali zimną krew. Opiekujący się Amerykaninem Michele Ferrari był zbyt dużym perfekcjonistą, by popełnić błąd. W czasie Touru to Lance był górą, najwyższa forma przyszła wtedy, gdy był na to czas: podczas decydujących odcinków w Alpach w drugiej części Wielkiej Pętli. Tam właśnie Armstrong zdominował rywali na Alpe d?Huez i wykazał się szybkością oraz typową dla siebie arogancją na etapach do Grand Bonnard, gdzie ośmieszył rywali z Telekomu oraz Lons le Saunier, gdzie zmusił Filippo Simeoniego do zaprzestania jazdy w ucieczce.

    O Bohaterach z Dauphine mało kto już wtedy pamiętał. Na Tourze, prócz oczywiście Armstronga i Ullricha liczył się Ivan Basso, który ?Delfinat? przejechał treningowo. Kolejnych kilka tygodni później, ?magiczne? metody Eufemiano Fuentesa zawiodły Hamiltona, który został pierwszym sportowcem przyłapanym na stosowaniu niedozwolonej transfuzji. Iban Mayo również nie podniósł się po upadku ze szczytu, który osiągnął w czerwcu 2004, trzy lata później wpadł na EPO.

    Zdjęcie okładkowe: Droga przed szczytem Mont Ventoux, fot. Mat / flickr CC BY 2.0

  • Blast from the past – Cadel Evans w MTB

    Czasy, gdy Puchar Świata MTB transmitował Eurosport a głównym źródłem informacji były zagraniczne miesięczniki odeszły w przeszłość. Koniec lat dziewięćdziesiątych należał do młodego Australijczyka, Cadela Evansa, który teraz, jako weteran, walczy o wygraną w Giro d?Italia.

    Kilkanaście lat temu wyścigom XC bliżej było do obecnych maratonów niż bieżącej ewolucji zawodów w formacie olimpijskim. Kolarze często rywalizowali przez dwie i pół godziny a na starcie stawał prawdziwy tłum. Dyscyplina traktowana ciągle jako swoista nowinka przyciągała zainteresowanie kibiców, mediów, hojnych sponsorów i wreszcie samych zawodników, a Puchar Świata (firmowany przez Grundiga) składał się z ośmiu eliminacji rozrzuconych po całym świecie.

    Cadel Evans został obdarzony przez naturę wyjątkowymi parametrami fizjologicznymi. Dzięki temu trafił do centralnego systemu szkolenia. Gdy Puchar Świata w 1994r zawitał do Australii, przyszły zwycięzca Tour de France, jako siedemnastolatek zaliczył swój debiut w międzynarodowych zawodach. Trzy sezony później, mając zaledwie dwadzieścia lat, przejeździł pełny pucharowy sezon, zdobył trzecie miejsce w klasyfikacji generalnej, po drodze wygrywając dwa wyścigi!

    Sezon 1998 rozpoczął już w nowych barwach. Team Diamond Backa zmienił na jedną z najlepszych wówczas drużyn na świecie: Volvo-Cannondale. Już wtedy Evans skazany był na rolę outsidera, z którą później wiele razy odgrywał na szosie: samotnie zmagał się z silną grupą Francuzów skupionych wokół teamu Sunn. Jego najważniejszym rywalem był Miguel Martinez, starszy zaledwie o rok, ale bardziej utytułowany (jako raptem dwudziestolatek zdobył brąz na Igrzyskach w Atlancie). Choć Evans dwukrotnie był lepszy w klasyfikacji łącznej pucharu świata, na najważniejszych imprezach przegrywał z Martinezem. Niewysoki Francuz był w stanie zdobyć tęczową koszulkę i olimpijskie złoto w Sydney. W 1999r mistrzostwo świata zdobył z kolei inny wielki rywal Australijczyka, Michael Rasmussen.

    O tym, na jak wysokim poziomie stało ówczesne mtb, niech świadczy fakt, że spora część czołówki została skuszona do przejścia na szosę. Evans, Martinez, Dario Cioni, Philip Meirheaghe czy Rasmussen trafili do klasowych zespołów z zamiarem podbicia zawodowego peletonu. Evans jeżdżący dla Cannondale?a łatwo wpasował się w drużynę wspieraną przez tego producenta rowerów, czyli Saeco. Trzeba przyznać, że nie miał łatwo. Choć u progu kariery został przebadany przez ?doktora zło? Michele Ferrariego, uchodzi za kolarza, który wystrzegał się dopingu. Lata 2001-2006 były więc dla niego wyjątkowo trudne. Mimo fenomenalnego organizmu nie nadążał za rywalami o sztucznie poprawionych parametrach krwi a w grupie Telekom zmagał się z dopingowym ostracyzmem. Dopiero częściowe oczyszczenie kolarstwa pozwoliło mu sięgnąć po najwyższe laury. W 2009r, dziesięć lat po zakończeniu regularnej kariery w mtb wygrał upragnioną koszulkę mistrza świata, dwa lata później wygrał Tour de France. Teraz, mając na karku 37 wiosen celuje w ?Maglia Rosa? i póki co jedzie tak, jak lider i faworyt jechać powinien. Dzisiejsza jazda indywidualna na czas częściowo odpowie, czy faktycznie jest w stanie zwyciężyć w Giro.

     

    Na filmie u góry relacja z zawodów Pucharu Świata w 1998r rozgrywanych w Portugalii.

  • Ile pamiętam z Wyścigu Pokoju

    ?Course de la Paix? to wyścig – legenda. Przynajmniej u nas i dla części z nas. Najważniejsza, kolarska impreza amatorska w Europie, gdzie wyczynowi sportowcy rywalizowali ku chwale demokracji ludowej. Z założenia polityczny manifest, pokaz siły i jedności przyjaciół z Układu Warszawskiego a zarazem arena rywalizacji ciemiężonych z okupantami. Narzędzie propagandy i opium dla ludu pracującego miast i wsi. Nie będę tu jednak snuł nieprawdziwych opowieści. Po pierwsze są naoczni świadkowie, zatem to ich zapytajcie. Po drugie w latach osiemdziesiątych, które są moimi pierwszymi wspomnieniami, niemal wszystko za żelazną kurtyną ulegało entropii.

    marzi

    Tak się szczęśliwie złożyło, że nieco pamiętam. Nie wiem czemu, moi rówieśnicy często nie są w stanie przywołać obrazków sprzedawczyni, która wielkimi nożycami odcina fragmenty kuponu na mięso, dziwnych kolesi wymieniających pod ?Pewexem? papierki przypominające pieniądze z ?Eurobiznesu? czy problemów z zatankowaniem ?Malucha?. Fajnie, bo z perspektywy wspomnień dziecka, ten czas opisany jest w komiksach ?Marzi?, o ile się nie mylę, w kilka kadrów załapał się i Wyścig Pokoju.

    Uwe Ampler w 1987r, fot. wikimedia commons, Bundesarchiv, Bild 183-1987-0725-018 / CC-BY-SA
    Uwe Ampler w 1987r, fot. wikimedia commons, Bundesarchiv, Bild 183-1987-0725-018 / CC-BY-SA

    Gdy przychodził maj, telewizor był mój. Widać ?cykloza? w tym przypadku rozwinęła się bardzo wcześnie. Mając cztery lata śledziłem trzęsący się obraz z wiezionej na motocyklu kamery i obserwowałem, głównie, liczne przerwy w transmisji. Słynna czasówka kończąca się na skoczni w Harrachovie, gdzie kolarze zsiadali z rowerów, szalone finisze zawodnika, którego później na Zachodzie przezwano ?The Tashkent Terror? i? porażki ?naszych?.

    Druga połowa lat osiemdziesiątych była zdominowana przez kolarzy z NRD. Uwe Ampler i Olaf Ludwig rządzili na trasach Wyścigu Pokoju, jedynego dużego wyścigu kolarskiego, o którego istnieniu wówczas widziałem. O Lechu Piaseckim i jego wygranej w 1985 słyszałem tylko z opowieści, wydawał się równie odległą postacią, co Szurkowski, Szozda i Królak. Pokolenie naszych zawodników z tamtych czasów było jednak więcej niż dobre. Igrzyska Olimpijskie w Seulu oglądałem przyssany do ekranu, widowiskowa jazda drużynowa na 100 kilometrów zakończyła się zdobyciem srebrnego medalu i minimalną porażką ze wschodnimi Niemcami.

    Nagły Atak Spawacza uczcił piosenką jedną z legend Wyścigu Pokoju, Niemca Uwe Amplera

    Jaskuła czy Halupczok, tak jak ich rywale: Ampler, Ludwig, Svorada czy Abdużaparow zaledwie kilka lat później znakomicie odnaleźli się wśród zawodowców. Quasi amatorscy kolarze zza żelaznej kurtyny nieodwracalnie zmienili ten sport, gdy tylko dostali szansę wyjazdu na zachód i reprezentowania firm, przedsiębiorstw i marek w miejsce narodów i ideologii. Przez dobrych kilka lat po upadku żelaznej kurtyny, dzieci ludowej myśli szkoleniowej odnosiły wielkie sukcesy. Jaskuła był trzeci w Tour de France, Ludwig, Abudżaparow i Svorada walczyli o zieloną koszulkę najlepszego sprintera ?Wielkiej Pętli?, znakomicie radząc sobie również w wyścigach klasycznych. Nieodżałowany Halupczok dawał nadzieję na wyniki przynajmniej porównywalne z tymi, jakie odnosił Jaskuła. Spora grupa kolarzy z byłego ZSRR (choćby Jekimow, Konyszew, Bierzin) a także Jan Ullrich, wychowany w jednej ze szkół-obozów w NRD to była ścisła czołówka lat dziewięćdziesiątych. Co ciekawe, wspomniany Uwe Ampler nie tylko doczekał się ?tribute?u? w postaci utworu zespołu Nagły Atak Spawacza, ale w 1998r powrócił na trasę Wyścigu Pokoju w barwach polskiej grupy Mróz i wygrał tę imprezę po raz czwarty w karierze. Miał wtedy 34 lata i było to dziewięć sezonów po ostatnim triumfie, jeszcze z czasów zimnej wojny.

    Charakterystyczna fanfara zwiastująca początek relacji z Wyścigu Pokoju

    O ile kolarze na wolnym rynku poradzili sobie znakomicie, o tyle sam wyścig zaczął mieć problemy. Choć, podobnie jak Tour de Pologne, awansował w klasyfikacji UCI, Czesi, którzy przejęli organizację nie podołali finansowo. Najwyraźniej zabrakło komercyjnego podejścia, tak często wytykanego Czesławowi Langowi. W tym roku pojawiła się niepierwsza pogłoska o reaktywacji wyścigu, okazało się niestety, że po raz kolejny był to tylko wstępny projekt. Szkoda, ponieważ dobry wyścig na zapleczu World Tour przydałby się w tej części Europy, tak nam, jak i Czechom a co najbardziej intrygujące, Niemcom. Po licznych aferach dopingowych kolarstwo zawodowe jest tam w sporym kryzysie a ich narodowy Tour również zbankrutował.

  • Blast from the past: wiosna Cipolliniego

    Blast from the past: wiosna Cipolliniego

    To było czternaście lat temu. Mario Cipollini, supersprinter i jedna z największych gwiazd w historii kolarstwa przeżywał apogeum swojej kariery.

    Nigdy nie ukrywałem, że ?Super Mario? był jednym z moich ulubionych zawodników. Ekscentryk, celebryta, showman a przy tym piekielnie skuteczny sportowiec. Wiosna 2002 należała do niego pod wieloma względami. Nie tylko odniósł kilka spektakularnych sukcesów, to jeszcze zrobił to w wielkim stylu. Co więcej, drużyna, której barwy reprezentował – Acqua e Sapone – stworzyła niepowtarzalną identyfikację wizualną podkreślającą unikatowy styl Cipolliniego. Formujący się w końcówkach etapów pociąg pilotujący Włocha do kolejnych zwycięstw odziany był w stroje w paski zebry, co było pomysłem samego Mario. Nikt jak on nie potrafił poruszać wyobraźni i kreować gustów fanów. Muszę też wspomnieć, że tamtej wiosny Super Mario miał już 35 lat. Choć Chris Horner ustanowił w 2013r nowe standardy, druga młodość Cipolliniego była wydarzeniem wyjątkowym.

    Na przełomie XX i XXI wieku Mediolan Sanremo, był wyścigiem scricte dla sprinterów. Cipressa i Poggio nie były w stanie dokonać wystarczającej selekcji. Erik Zabel dominował w ?wiosennych mistrzostwach świata?, pozostawiając Włochów z poczuciem co najmniej niedosytu. Rok wcześniej Cipollini przegrał właśnie z Zabelem, jednak w 2002 roku perfekcyjnie zorganizowany, pasiasty pociąg przeprowadził go przez finałowe podjazdy a na Via Roma Giovanii Lombardi i Giudo Trenti nadali tak mocne tempo, że Mario poradził sobie z rywalami.

    Finisz Mediolan Sanremo 2002

    W tamtych czasach Gandawa – Wevelgem, brukowany ?semi klasyk? był rozgrywany w tygodniu między Dookoła Flandrii a Paryż – Roubaix. Cipollini wygrywał tam dwukrotnie, kolejną dekadę wstecz, na początku lat dziewięćdziesiątych. W 2002r dokonał niezwykłego wyczynu. Już sam fakt utrzymania formy od Mediolan Sanremo jest godny uznania. Dla kolarza nielubiącego podjazdów i ogólnie trudnych warunków, flandryjskie bruki nie są najlepszą scenerią do zwycięstw. Gandawa – Wevelgem uchodzi jednak za wyścig, w którym specjaliści sprintów są w stanie sobie poradzić. Najtrudniejszym wzniesieniem jest Kemmelberg, który ustępuje innym flamandzkim legendom.

    Pogoń i finisz Cipolliniego na Gandawa Wevelgem 2002

    Cipollini nie tylko poradził sobie z Kemmelbergiem, ale też pojechał va banque. W decydującym momencie, gdy na końcowych kilometrach czołówka podzieliła się na dwie części, samotnie przeskoczył z pogoni do ucieczki. W tamtym momencie był sportowcem z innej planety, nawet, jeżeli stosował podobne środki co jego rywale w ?erze EPO?.

    Praca zespołowa Włochów w Zolder

    Ponieważ Mario był postacią wybitnie kontrowersyjną, organizatorzy Tour de France często rewanżowali się odmawiając prawa startu w ?Wielkiej Pętli. W 2002r Cipollini błyszczał podczas Giro d?Italia, jednak do Francji nie pojechał. Rozważał nawet zakończenie kariery, ale Franco Ballerini, nieżyjący już selekcjoner reprezentacji Włoch namówił go do startu w mistrzostwach świata. Jesienią, w holenderskim Zolder ?Squadra Azzurra? podporządkowana była Cipolliniemu, który zdobył tęczową koszulkę. Jak to często bywa po tak genialnym sezonie nastąpił regres. Wielkie sukcesy kosztują, Mario stał się więc kolejną ofiarą ?klątwy tęczowej koszulki?. W Sanremo 2003 finiszował jako pierwszy z peletonu, ale przed nim dojechała ucieczka z Paolo Bettinim na czele.

    Sfrustrowany Super Mario rzuca bidonem

    W Gandawa – Wevelgem pogubił się, ale nie byłby sobą, gdyby pozwolił o sobie zapomnieć. Zrezygnowany i sfrustrowany, nie mogąc powtórzyć niezwykłej akcji sprzed roku wyładował agresję na motocykliście, rzucając w niego bidonem. Ponieważ Super Mario nawet, gdy przegrywał, był super, bidon idealnie trafił w cel.

    Tamte lata to była inna epoka kolarstwa. Mimo to, fenomenalna wiosna Cipolliniego, nawet jak na ?erę EPO? była wyjątkowa. Trzecie zwycięstwo w Gandawa – Wevelgem wywindowało go do grona rekordzistów tego wyścigu. Z obecnie aktywnych kolarzy jedynie Tom Boonen ma szansę poprawić to osiągnięcie.