Obserwując pierwszą część Giro d’Italia 2019 mogliśmy się poczuć niczym dekadę temu. Dwie czasówki, szereg płaskich etapów i oczekiwanie na góry.

A może nawet więcej niż dekadę? Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych, gdy po szkole pierwszą rzeczą, jaką robiłem po przyjściu do domu było włączenie telewizora z kablówką, spora część etapów wielkich tourów była długa i płaska. Co zrozumiałe, dość szybko kończyło się to drzemką, przerywaną dopiero wtedy, gdy komentatorzy nieco podnosili głos opisując ustawianie się “pociągu” Mario Cipolliniego.

Takie trochę jest i 102. Giro d’Italia. Dwie jazdy indywidualne na czas ustawiły klasyfikację generalną, wyprowadzając zwycięzcę obu prób, Primoza Roglica na pewne prowadzenie przed wjazdem w góry. Na etapach płaskich najmocniejszy w peletonie był Pascal Ackerman, choć nie zdominował rywalizacji jak to czasem robią “supersprinterzy”. Był najszybszy dwukrotnie, podobnie jak Caleb Ewan a dodatkowo finisze z peletonu wygrywali Arnaud Demare i Elia Viviani.

Tyle tylko, że mistrzowi Włoch odebrano zwycięstwo za niebezpieczną jazdę i trzeci etap przypisano Fernando Gavirii. To ewidentnie rozstroiło Vivianiego, który nie był w stanie jeszcze raz minąć linii mety jako pierwszy, co niewątpliwie jest dla niego sporym rozczarowaniem. Tak czy inaczej niewielu sprinterów ukończy ten wyścig. Do końca Giro pozostał dla nich zaledwie jeden etap, trudno się więc dziwić, że już w czwartek rozpoczął się charakterystyczny dla włoskiego touru eksodus.

Ciekawostką pierwszego tygodnia było odpuszczenie mocnej ucieczki na etapie do San Giovanni Rotondo, po którym nie tylko liderem został Valerio Conti, ale przede wszystkim sporo czasu nadrobili mocni Andrey Amador i Sam Oomen. Co więcej, dzień później, w l’Aquili peleton pozwolił, by zyskali Formolo i Bilbao. Całkiem możliwe, że w ostatecznym rozrachunku te minuty osiągnięte podczas ucieczek w pierwszej części wyścigu będą dla któregoś z nich ważne w kontekście wyniku uzyskanego w całym Giro.

Taka sytuacja we w miarę dobrej pozycji ustawia również drużynę CCC. Amaro Antunes w San Giovanni Rotondo przyjechał przed peletonem a następnie przyzwoicie zaprezentował się w czasówce w San Marino. Dzięki temu przed wjazdem w wysokie góry jest siódmy w klasyfikacji generalnej i póki co ratuje ten wyścig dla polskiej ekipy. Ambicje dotyczące zajęcia dobrego miejsca w klasyfikacji generalnej wyraża też Victor de la Parte.

Wspomniany wcześniej Roglic zrobił to, czego od niego oczekiwaliśmy. Zdominował jazdę indywidualną na czas, oba etapy o łącznej długości 43km. Choć jego możliwości poznaliśmy zarówno podczas Giro 2016, Touru 2018 i kolejnych, tygodniowych etapówek, Słoweniec nie przestaje mnie zadziwiać. Przeszłość skoczka narciarskiego jest z jednej strony anegdotyczna, z drugiej trudno sobie wyobrazić, by możliwa była tranzycja między dyscyplinami sportu wymagającymi tak różnych cech motorycznych.

A jednak, Roglic stał się uniwersalnym kolarzem etapowym, łączącym znakomity stosunek mocy do masy wymagany w czasówkach i górach z wciąż sporą dynamiką. Pozostaje pytanie, czy będący w gazie od lutego zawodnik (wygrywał w tym roku kolejno UAE Tour, Tirreno-Adriatico i Tour de Romandie) wytrzyma trudny drugiego aktu Giro.

We włoskim tourze często bowiem liczy się nie tylko moc, ale też wytrzymałość i wytrwałość. W tym roku niemal wszystkie trudności wyścigu znajdują się w jego ostatnich dziesięciu dniach. Ponieważ dodatkowo karty rozgrywała będzie pogoda – organizatorzy planujący odwiedzić wysoko położone przełęcze do ostatnich dni walczą o ich przejezdność – zapowiada się emocjonujące ściganie.

Fakt, że przed kluczowymi etapami straty mają Simon Yates, Mikel Landa i Miguel Angel Lopez oznacza tyle, że myśląc o podium muszą atakować. Brak Toma Dumoulina, który odpadł po kraksie zmniejsza grono kolarzy, którzy mogliby jechać defensywnie.

To z kolei otwiera szansę dla zawodników, którzy w przeszłości popisywali się wytrzymałością i wraz z kolejnymi kilometrami wykazywali najmniej zmęczenia. W tym miejscu myślę przede wszystkim o Vincenzo Nibalim, ale również o Rafale Majce, który pierwszy raz od wielu miesięcy przejechał początek wyścigu etapowego nie tylko w dobrej formie (skuteczny w czaówkach), bez upadku, ale i bez większych problemów w ogóle.

Pierwszy finisz na dużym podjeździe czeka na kolarzy w piątek, ciekawie zapowiada się też sobotni etap z ciężką wspinaczką na przełęcz San Carlo a królewski odcinek z Gavią i Mortirolo zaplanowano na wtorek. Poza przyszłym czwartkiem (etap głównie zjazdowy, z płaską końcówką) oraz dniem odpoczynku w poniedziałek, peleton będzie się zmagał z wyrafinowanymi trudnościami już do końca tegorocznego Giro d’Italia.

Skomentuj

Komentarze

Powered by Facebook Comments