Wyrównana rywalizacja, wzruszające zwycięstwa i niespodziewany triumfator. Mimo spokojnego startu i wielu płaskich etapów, Giro d’Italia 2019 było ciekawym wielkim tourem. Jak to Giro.

Embed from Getty Images

Pierwszy i ostatni raz Carapaza?

Po Australijczykach (Cadel Ewans, TdF 2011), Kanadyjczykach (Ryder Hesjedal, Giro 2012), Brytyjczykach (Wiggins, Froome, Yates), mamy kolejną narodowość, która w drugiej dekadzie XXIw dołączyła do grona zwycięzców wielkich tourów.

Ekwadorczyk Richard Carapaz był najskuteczniejszy na trasie Giro d’Italia 2019. Nie tylko wygrał dwa etapy, ale był też najmocniejszy i najbardziej regularny przez całe trzy tygodnie wyścigu. Owszem, nie zaprezentował się dobrze podczas prób jazdy indywidualnej na czas, ale przewaga, jaką zdobył w górach: dzięki własnym, odważnym atakom, słabości rywali i wsparciu kolegów z drużyny Movistar złożyły się na jego sukces.

Zawodnik z Ameryki Południowej już rok temu zaprezentował swój talent finiszując w ciężkim wyścigu na czwartym miejscu. Tym razem teoretycznie liderem Movistaru miał być Mikel Landa, ale gorzej pojechał czasówkę w San Marino, co ustawiło go w hierarchii za klubowym kolegą.

Etapy z metą przy jeziorze Serru i dzień później z metą w Courmayeur były pokazem zarówno siły Carapaza jak i taktycznej przewagi jego drużyny. Dwa ataki dały Ekwadorczykowi nie tylko koszulkę lidera, ale w obliczu słabnącego Roglica szansę na przejście do defensywy.

Kolejni rywale, w tym Vincenzo Nibali, na zmianę tracili czas do późniejszego zwycięzcy wyścigu, który do finałowej czasówki w Weronie przystąpił z bezpieczną przewagą de facto gwarantującą mu różową koszulkę i spektakularne trofeum.

Trudno sobie wyobrazić bardziej korzystny przebieg rywalizacji dla obchodzącego w czasie wyścigu dwudziestosześcioletniego zawodnika.

Bez względu na to, czy Carapaz zmieni barwy klubowe i za 1,5 miliona Euro rocznie stanie się kolejnym elementem machiny Team Ineos, czy też podąży inną drogą może się okazać, że była to jego jedyna szansa na wygranie wielkiego touru.

I nie dlatego, że Ekwadorczyk zwyciężył przypadkiem, raczej dlatego, że wygrana w trzytygodniowej imprezie kolarskiej to rzadkość, szczyt marzeń i najjaśniejszy punkt kariery.

Niewątpliwie w każdym kolejnym starcie Carapaz będzie teraz wymieniany w gronie faworytów, wywierana będzie na niego presja i prawdopodobnie nikt mu nie pozwoli na odjazdy takie, jak na tegorocznym Giro. Co nie zmienia faktu, że by zakończyć tegoroczną “Corsa Rosa” na pierwszym miejscu, musiał być “po prostu” najlepszym kolarzem w peletonie.

Na koniec tego wątku wspomnę jeszcze, że poza historycznym zwycięstwem kolarza z Ekwadoru ważny jest jeszcze jeden fakt. Trenerem Carapaza jest była zawodniczka, Iosune Murillo Elkano, z którą zwycięzca Giro współpracuje jeszcze od czasów, gdy był amatorem. W patriarchalnym świecie zawodowego kolarstwa kobieta na takiej pozycji to rzadkość, ale jak widać to nie płeć decyduje o sukcesie.
Embed from Getty Images

Giro wzruszeń

Gdy zawodnicy tacy jak Cesare Benedetti czy Dario Cataldo jako pierwsi mijają linię mety, łza kręci się w oku. Na co dzień pozostający w cieniu, prawdziwi rzemieślnicy z krwi i kości, bez których nie byłoby ani zawodowego peletonu ani imponujących triumfów i sławy największych gwiazd.

Raz, czasami dwa razy w karierze przychodzi dzień, gdy wierny gregario ma swój dzień, swoje pięć minut, spełnienie marzeń. By się wydarzył, musi zagrać wiele elementów. Dyspozycja, sytuacja lidera drużyny, pogoda, skład ucieczki i wreszcie szczęście.

To wyjątkowe momenty, charakterystyczne właściwie tylko dla tego sportu. Pokazują, że choć jest to piękna praca i wspaniała pasja, równocześnie bywa bardzo niewdzięczna. W powszechnej opinii wyrazem sukcesu jest tylko zwycięstwo a na to jedno, jedyne czasem trzeba wiele, wiele lat i dziesiątki, jeśli nie setki tysięcy kilometrów.

Kolarzem, który w ucieczkach na trasie tegorocznej “Corsa Rosa” przejechał prawie 1000km był Damiano Cima. Na 18. etapie również uczestniczył w śmiałej akcji i na ostatnich metrach obronił się przed napierającym peletonem, tylko nieznacznie wyprzedzając finiszującego po objęcie prowadzenia w klasyfikacji sprinterskiej Pascala Ackermana.

Cima to reprezentant drużyny Nippo – Vini Fantini, startującej w Giro z “dziką kartą”. Dzięki niemu zespół może uznać swoje uczestnictwo za spory sukces, podobnie jak Androni Giocatolli-Sidermec za sprawą Fausto Masnady, najszybszego na odcinku numer sześć.

Embed from Getty Images

Swoje pięć minut mieli także kolarze UAE Team Emirates za sprawą Valerio Contiego i Jana Polanca, którzy od szóstego do trzynastego etapu byli kolejno liderami klasyfikacji generalnej a jeśli doliczymy do tego przesuniętego na pierwsze miejsce odcinka nr. 3 Fernando Gavirię można mówić o jeździe ponad stan.

Na szczególną uwagę zasługuje również Pello Bilbao z Astany, dwukrotny triumfator a także kolarze Treka-Segafredo: Giulio Ciccone, najlepszy “góral” i zwycięzca etapowy oraz niespodziewany triumfator finałowej “czasówki”, Chad Haga.

Miło było też oglądać odbudowującego formę Estebana Chaveza, zawodnika z równie wielkim potencjałem co pechem do problemów zdrowotnych.

Nie pastwmy się nad CCC

Na drugim biegunie są zespoły takie jak CCC oraz Dimension Data, które przejechały 102. Giro d’Italia bez zauważalnego sukcesu. Zamiast na siłę doszukiwać się pozytywów, których de facto nie było, lepiej sprawę wytłumaczyć w dość prosty sposób.

Nawet w World Tourze nie wszystkie ekipy są w stanie zbudować skład na tyle mocny, by równo obstawić wszystkie trzy wielkie toury oraz najważniejsze klasyki. Niewątpliwie Dariusz Miłek nie ma udanego debiutu na najwyższym poziomie zawodowego kolarstwa, ale ostateczną ocenę będziemy wystawiali po sezonie. Wiosenne klasyki przejechane na “+3” i kiepskie Giro nie przekreślają szans w nadchodzących miesiącach. Dobra forma van Avermaeta na Tour de France, kilka wygranych etapów na tygodniowych etapówkach i ostatnia szansa, czyli Vuelta mogą sprawić, że zapomnimy o bezbarwnym występie we Włoszech.

Co więcej, z Giro w minorowych nastrojach wyjechali nie tylko nasi “pomarańczowi”. Utytułowana ekipa Deceuninck – Quick Step po odebraniu zwycięstwa na trzecim odcinku wyścigu Elii Vivianiemu nie była w stanie odegrać większej roli do końca wyścigu.

Z kolei Arnaud Demare, choć raz był najszybszy, po błędzie taktycznym swojej drużyny przegrał koszulkę najlepszego sprintera z Pascalem Ackermannem.

Przy okazji sprinterów wspomnę jeszcze Caleba Ewana. Tak jak większość specjalistów finiszy z peletonu wycofał się z rywalizacji przed wjazdem w góry, ale zrobił to z dwoma wygranymi etapami. Australijczyk ewidentnie dojrzewa jako sprinter i można o nim myśleć jako o następcy Robbiego McEwena.

Embed from Getty Images

Rafał Majka a sprawa polska

Współlider Bora-Hansgrohe, Rafał Majka dojechał do mety w Weronie na 6. pozycji. Podczas finałowej czasówki wyprzedził w klasyfikacji generalnej Miguela Angela Lopeza. Po drodze zaliczył dwa trudne dni, gdy do Primoza Roglica (3. miejsce) i Bauke Mollemy (5. miejsce) stracił łącznie 2’47” (czyli wbrew powszechnej opinii to nie był jakiś dramat, raczej chwilowa niedyspozycja). W ostatecznym rozrachunku Majka był wolniejszy od Carapaza o 6’57”, a Roglica i Mollemy odpowiednio o 4’26” i 1’13”.

To trzeci, najlepszy wynik Majki w wielkim tourze, po trzeciej lokacie na Vuelcie (2015) i piątej na Giro (2016) oraz wyrównanie wyniku z Włoch z 2014r. Równocześnie to pierwszy od 2016r trzytygodniowy wyścig, który zakończył w czołówce i pierwszy, gdy momentami stanowił realne zagrożenie dla zawodników walczących o podium.

Rafał Majka pojechał bowiem w Giro d’Italia 2019 inaczej niż wcześniejsze toury. Kilkukrotnie atakował (m.in. na etapie do jeziora Serru), sprawdzając formę zarówno swoją jak i rywali. Choć nie jest wybitnym specjalistą jazdy indywidualnej na czas, przypomniał o swoich dobrych czasówkach z przeszłości (z Giro czy z Tour de Pologne) oraz, co ważne, podczas dni kryzysu zminimalizował straty najbardziej jak się dało.

Szkoda, że wzorem Ilnura Zakarina nie udało mu się wygrać etapu, ale i tak cały występ Polaka trzeba zapisać na plus. Z grona faworytów wypadł jedynie Tom Dumoulin, zatem stawka, z którą mierzył się Majka była wyjątkowo mocna.

Kto przed wyścigiem spodziewał się, że na mecie w Weronie będzie przed Simonem Yatesem i Miguelem Angelem Lopezem czy uciekał Vincenzo Nibalemu? Brytyjczyk był typowany do zwycięstwa a tymczasem nie był w stanie nawiązać rywalizacji z czołówką. Lopez zaś w górach należał do najmocniejszych kolarzy tegorocznego Giro, lecz jechał zarówno nerwowo jak i pechowo, co chwilę plącząc się w jakieś kłopoty. Sam Nibali, choć po raz dwunasty w karierze stanął na podium wielkiego touru i raczej jest zadowolony ze swojej postawy nie był w stanie pokonać Carapaza i stracił, prawdopodobnie ostatnią, szansę na wygranie swojego trzeciego Giro.

W tym miejscu muszę też dodać, że choć wygrana Carapaza wygląda na przekonującą a dominacja jego drużyny na wyraźną, cały wyścig był rozgrywany w ofensywnym stylu z poszukiwaniem ryzykownych i ambitnych rozwiązań przez jego głównych bohaterów.

 

 

Smutek i żal

Rosnąca popularność kolarstwa powoduje, że więcej i więcej osób ma potrzebę wypowiedzi, skomentowania i oceny najważniejszych wydarzeń. To świetnie.

Natomiast nieco mniej świetnie prezentuje się styl tych wypowiedzi. Nie mówię, że złośliwość, pochopność a przede wszystkim brak szacunku dla wysiłku sportowców dominują, ale są zauważalne nie tylko na profilach “anonimowych internautów”, ale też zawodowych czy pół zawodowych komentatorów.

Jasne, nie chodzi o to by ekscytować się każdym obrotem korbą, co można usłyszeć np. w brytyjskim Eurosporcie, ale odrobina empatii a także zrozumienia rozmaitych funkcji, jakie w zawodowym peletonie pełnią poszczególne postaci byłaby mile widziana. A i na żarty w czasie wielogodzinnych relacji znajdzie się miejsce, niekoniecznie w chwilach, gdy kolejni zawodnicy na trasie przeżywają trudne chwile.

Nie sądzę, by w czasie nadchodzącego Tour de France miało się coś zmienić. Wręcz przeciwnie, przewidywana dominacja Team Ineos w połączeniu z obecnością Michała Kwiatkowskiego tylko wzmocni emocje, ale cóż, takie czasy. Co nie zmienia faktu, że w kwestii (social-i-nie-tylko)medialnych komentarzy Giro skończyłem obserwować z pewnym niesmakiem.

Skomentuj

Komentarze

Powered by Facebook Comments