Czy można być wielką gwiazdą i ulubieńcem kibiców mimo dopingowej przeszłości? Co ma większe znaczenie: osobowość czy wyniki osiągane na szosie? Alejandro Valverde brał, nic nie powiedział a mimo nadchodzącej “czterdziestki” wciąż jest na topie.

“Ardeńskie klasyki” to terytorium Valverde, specjalisty Walońskiej Strzały oraz Liege-Bastogne-Liege. Szczwany lis, stary wyjadacz, weteran zawodowego peletonu. Kolarz uniwersalny, charakteryzujący się skuteczną jazdą w górach, dobrym finiszem a także ponadprzeciętną wytrzymałością. Ulubieniec wielu kibiców, nie tylko hiszpańskich, imponujący również tym, że wysoką dyspozycję utrzymuje przez wiele miesięcy i jest zdolny do zwycięstw w de facto w każdym wyścigu, w którym startuje.

Ten sam Valverde jest pogrobowcem “Ery EPO”. Latimerią, która jakimś cudem przetrwała wyginięcie dinozaurów, epokę lodowcową i nadal sobie świetnie radzi mimo globalnego ocieplenia.

Oficjalnie “nigdy nie miał pozytywnego testu kontroli antydopingowej”, natomiast, co udowodnili Włosi, był klientem Eufemiano Fuentesa. Worki z jego krwią przechowywał niesławny konsultant specjalizujący się w nielegalnym wspomaganiu sportowców.

“Operacion Puerto”, akcja hiszpańskiej Guardia Civil, która złamała lub na jakiś czas przerwała kariery Jana Ullricha, Ivana Basso i wielu, wielu innych kolarzy to rok 2006. Valverde miał wtedy zaledwie 26 lat. Długa batalia na polu dyscyplinarnym zakończyła się w maju 2010r (do tego czasu hiszpański kolarz startował w najważniejszych wyścigach), skutkując niespełna dwuletnią dyskwalifikacją.

Embed from Getty Images

Będąc “złotym dzieckiem” hiszpańskiego kolarstwa oraz perłą w koronie grupy Movistar, Valverde w czasie banicji spokojnie trenował oraz ścigał się nieoficjalnie w tamtejszych imprezach dla amatorów, by wrócić do zawodowego peletonu w sezonie 2012.

Po chwili potrzebnej na złapanie rytmu, “Bala” (pseudonim, jaki nadali mu kibice) znany również jako “Piti” (kryptonim na liście klientów Fuentesa) przeżywa drugą młodość. Dokończył kompletowanie zwycięstw etapowych oraz miejsc na podium klasyfikacji generalnej wszystkich wielkich tourów, zdominował rywalizację w Walońskiej Strzale i Liege-Bastogne-Liege a niemal każdy jego sukces można prezentować jako modelowy przykład kolarskiej dojrzałości i taktyki.

Krótko mówiąc Valverde to kolarski profesor.

Embed from Getty Images

Profesor, którego de facto nikt, nigdy o nic nie pytał, który był wyraźnie chroniony zarówno przez swój klub, związek kolarski, media i sądy.

Patrząc na jego historię zatrudnienia można śmiało powiedzieć, że jest nie tylko pupilem hiszpańskiego kolarstwa, ale też dzieckiem ery dopingu, które pozostało w grze, pomimo zmiany reguł, wprowadzenia paszportów biologicznych i pogoni za “marginal gains”.

Ogólnie rzecz ujmując, nie tylko kolarze, ale szerzej, wyczynowi sportowcy, nie mają do opowiedzenia zbyt wielu fascynujących historii. Ich opowieść pisana jest na szosie a później wymyślana na nowo i redagowana przez dziennikarzy. To w jaki sposób i co wygrają liczy się o wiele bardziej niż to, co powiedzą.

Charyzmatycznych, intrygujących czy niebanalnych postaci z ciekawym wizerunkiem jest niewiele. Jeśli pięknie pedałujesz, wykonasz gest fair play, wygrasz “monument” lub ważny tour, wchodzisz do panteonu mistrzów kolarstwa. Tak jak strzelając bramkę w finale piłkarskiego mundialu zostajesz ikoną futbolu. Nie musisz do tego za wiele mówić.

Sportowców rozliczamy ze sportu i może to dobrze, choć ci, którzy reprezentują coś więcej przebrawszy się w strój cywila zyskują dodatkowe punkty. Cadel Evans był zwolennikiem wolnego Tybetu, Mario Cipollini kolarskim celebrytą, Christophe Bassons “tym czystym”, Michael Rasmussen tym obsesyjnie chudym, “Purito” Rodriguez miał ze swoim pseudonimem związaną zabawną historyjkę a Peter Sagan jest, cóż, Peterem Saganem.

Tymczasem hiszpańscy mistrzowie, poczynając od Induraina idąc przez Contadora a na Valverde kończąc prywatnie nie istnieją. By nie szukać daleko, Contador niemal bez słowa wybrnął nawet z tak trudnej sytuacji jak podział ról w jednej ekipie z Lancem Armstrongiem.

Valverde natomiast nie tylko nie puścił pary z ust o współpracy z Fuentesem, zamkniętą kartą jest także jego młodość pod skrzydłami Vicente Beldy w ekipie Kelme, która, to wiemy, bez ceregieli dopingowała swoich kolarzy.

Stosunek “Pitiego” aka “Bali” do dopingu, zarówno tego z przeszłości jak i rzeczywistości panującej w peletonie drugiej dekady XXIw jest w zasadzie nieznany.

Embed from Getty Images

A trzeba tu zaznaczyć, że temat długoterminowych skutków stosowania dopingu jest stosunkowo mało zbadany i nie pojawia się w szerszym dyskursie. I nie chodzi tu o drakońskie kary czy dożywocie po pierwszej wpadce, ale wątpliwość, jaka pojawia się w przypadku postaci takich jak Valverde.

Czy zawodnik, którego organizm w młodości przez przynajmniej kilka lat poddawany był obciążeniom niedostępnym sportowcom “czystym” w przyszłości będzie z tego czerpał profitów? Czy jego aparat ruchu, układ krwionośny czy oddechowy nie zaadaptuje się do wykonywania pracy przekraczającej ludzkie możliwości, dzięki czemu nawet po odstawieniu nielegalnego wspomagania i odbyciu prawomocnej dyskwalifikacji nie będzie nadal korzystał z kilku sezonów “na koksie”?

A co z edukacją kolejnych generacji? Wskazaniem konsekwencji takich a nie innych wyborów, ich motywacji, zagrożeń, szans, bilansem zysków i strat? Postaci w rodzaju Jonathana Vaughtersa czy Davida Millara mogą być solą w oku części środowiska, ale mówiąc otwarcie o dopingowej przeszłości dają szansę na zmianę funkcjonujących schematów.

Embed from Getty Images

Trzydziestoośmioletni Valverde jest niewątpliwym beneficjentem maksymy głoszącej, że milczenie jest złotem. Zgrzeszył i to dość poważnie a gdy sprawiedliwość w końcu go dopadła odsiedział co jego i powrócił do world touru ze statusem gwiazdy. To ciekawe o tyle, że Davide Rebellin, starszy o dziewięć lat, miał mniej szczęścia, choć obrał podobną taktykę. Po zakończeniu dyskwalifikacji został poddany swoistemu ostracyzmowi, zatrudnienie znajdując co najwyżej w drugoligowych ekipach.

Tymczasem Valverde pozostaje idolem kibiców, ba część z nich nawet nie pamięta, że gdzieś, kiedyś miał coś wspólnego z dopingiem. Choć nie opowiada ani o swoich wyczynach z przeszłości ani nie odkrywa zbyt wielu poglądów na sprawy obecne, kibice i dziennikarze cenią go za to, co robi na szosie.

Koniec końców, to wyścigi na rowerach i liczy się to, jak ktoś na tymże rowerze jeździ.

Co nie zmienia faktu, że szerszy kontekst ma znaczenie.

 

Zdjęcie okładkowe: Laurie Beylier, flickr, CC BY ND 2.0

Skomentuj

Komentarze

Powered by Facebook Comments