Tag: Zima

  • Czyś ty zgłupiał?

    Czyś ty zgłupiał?

    Mamy smartfony, tablety, autostrady, wzrost gospodarczy i inne dobra, które lokują nas w bogatszej części świata. Wyrazem tego jest również popularność aktywności ruchowej, co za tym idzie komercyjny sukces fitness klubów. Nie wiem natomiast, gdzie jesteśmy mentalnie, ponieważ rowerowy commuting w niesłoneczne dni nadal budzi zdziwienie.

    Z domu do pracy mam ok. 4,5km. Dotarcie na miejsce komunikacją miejską, wraz z pokonywanymi pieszo odcinkami do przystanków to około pół godziny. Samochodem 15-20 minut. Podobnie na rowerze. Koszt dojazdów autobusem to około 50PLN miesięcznie, samochodem około 200PLN. Zakładając dziesięciominutową oszczędność w jedną stronę i dwadzieścia dwa dni robocze w miesiącu, zachowuję dla siebie około 88 godzin rocznie.

    To trzy i pół dnia a biorąc pod uwagę czas, który poświęcam na trening, 1,5 miesiąca ćwiczeń. Do tego przynajmniej 600PLN: wpisowe na przynajmniej 12 wyścigów albo, jak kto woli, 100 piw. Jeśli miałbym do tego policzyć czas i energię poświęconą np. na odśnieżanie i skrobanie szyb w samochodzie, okazuje się, że czas naprawdę jest pojęciem względnym.

    Fakt, klimat mamy, jaki mamy i bywa, że miejska jazda staje się uciążliwa. Tyle, że podobnie uciążliwe jest poruszanie się innymi środkami lokomocji. Jeśli pada, i tak będę mokry czekając na autobus, jeśli jest mróz, i tak zmarznę (choćby przy wspomnianym odśnieżaniu).

    Mimo rosnącej popularności cyklocommutingu, gdy tylko pojawia się pierwszy śnieg, przed biurowcem, gdzie latem trudno zaparkować rower, miejsca robi się dostatek.

    Jeśli przez nieuwagę wymsknie mi się, że wcześniej byłem na treningu, dokładnie tak samo jak dekadę temu w oczach interlokutora jestem kosmitą. Ba, nawet, jeśli okaże się, że tym razem nie jeździłem na rowerze a biegałem. Bo przecież jest zima i jest zimno.

    Po drodze do firmy mijam kilka bilboardów reklamujących fitness kluby. Karnet open za 99PLN miesięcznie. Pocenie się we wnętrzach: spinning, wymachiwanie kettlebellem czy inny TRX w rytm pokrzykiwań instruktora jest nie tylko modne i popularne. Jest przede wszystkim akceptowalne. Rowerowy commuting nadal jest dziwactwem. Bo przecież jest zima i jest zimno.

  • Top 3 seriali na trenażer

    W końcu przyjdzie -5 i pół metra śniegu, będziesz już po marszobiegu, siłowni i zabawie na mtb. Chęć i potrzeba treningu rowerowego skieruje cię na trenażer i trzeba będzie czymś zająć głowę.

    Każdy ma swoje sposoby. Osobiście oglądaniu wyścigów kolarskich na trenażerze mówię ?nie?. To tylko pogłębia poczucie lizania lizaka przez szybę. W czasie ćwiczeń na rolce najlepiej skierować myśli w inną stronę i nie skupiać się za bardzo na fakcie, że jest duszno, gorąco i nudno. Do tego świetnie nadają się seriale, zwłaszcza te niezbyt ambitne. Mimo wszystko trzeba kręcić, czasami przyspieszyć, czasami wypiąć jedną nogę, rzucić okiem na tętno, kadencę czy moc. Kino moralnego niepokoju albo ?Grę o Tron? lepiej zostawić więc na później – szkoda marnować dobrych produkcji w towarzystwie kapiącego potu i buczenia opony na rolce. Dobrze, jeżeli produkcja jest nieco dłuższa, choć i kilka odcinków sitcomu może dać radę. Poniżej moje ulubione seriale, które zajmują czas, gdy pogoda uniemożliwia wyjście na rower i muszę kręcić w miejscu.

    3. 2 Broke Girls

    Format klasycznego sitcomu, o który obecnie coraz trudniej. Dwie kelnerki: pierwsza to pochodząca z marginesu a druga to zdegradowana milionerka próbują odbić się od dna sprzedając domowe ciasteczka. Do tego niewyrafinowany dowcip: żarty z gejów, Polaków, Azjatów, hipsterów, bogatych i biednych. Jedyną wadą jest spora ilość idiomów wymagająca większego skupienia lub czytania napisów. Tak czy inaczej dwie spłukane dziewczyny dają radę, tyle, że na najkrótszy trening potrzeba użyć trzech odcinków (każdy ma dwadzieścia kilka minut. W sezonie odcinków jest po 24, zatem dwie serie wystarczą na kilka treningów ;)

    2. Californication

    Klasyk. Dużo słońca, dużo seksu, alkoholu i narkotyków. Czyli wszystkiego, czego nie masz kręcąc w styczniu na trenażerze. Przy okazji sporo celebrytów i dobrej muzyki. Kolejne serie mają zróżnicowany poziom, ale ponieważ całość jest de facto niekończącym się wideoklipem z Kalifornią w tle, nie ma to większego znaczenia. Wbrew pozorom całość ma jakiś scenariusz, bohaterów można polubić, więc spędzenie z nimi przynajmniej dwóch tygodni (póki co 72, niespełna półgodzinne odcinki) to niezła propozycja.

    3. True Blood

    Mój trenażerowy święty grall. Po pierwsze odcinki są długie (około 50 minut). Po drugie jest ich sporo (sześć serii po 12 odcinków). Konwencja jest na tyle absurdalna, by nie brać całości na poważnie a z drugiej strony na tyle wciągająca, że czas mija szybko. Jako bonus dostajemy wampiry seks, dużo przemocy a do tego to wszystko jest przyzwoicie zagrane. True Blood uratowało moją poprzednią zimę. No i piosenka z czołówki jest świetna.

  • Zima na rowerze – top 3 niezbędnych rzeczy

    Zima na rowerze – top 3 niezbędnych rzeczy

    Nie wiem, czy czeka nas ?zima stulecia? czy też włoska odmiana najmniej przyjemnej pory roku. Tak czy inaczej, trenażer nie jest obowiązkiem a raczej ostatnią deską ratunku. Wybrałem trzy rzeczy, które ułatwiają przetrenowanie zimy na wolnym powietrzu. W końcu szum wiatru zawsze jest lepszy niż brzęczenie rolki.

    Zabłotnikuj się

    Pełne błotniki to absolutny ?must have? zimowego sezonu. Obojętne, czy masz treningowego górala, alias ?taczkę?, czy przypinasz błotniki do szosówki, pełnowartościowa ochrona przed wodą i błotem jest podstawą. Najlepsze buty, ochraniacze i odzież z membraną nie oprą się ciągłemu naporowi chlapiącej spod kół mazi. Doczepiane patenty, jakkolwiek nie byłyby przemyślane i nie poprawiały komfortu latem, zimą powinny zostać w szafie. Tylko pełny błotnik, dodatkowo przedłużony (fabrycznie lub chałupniczo) pozwoli przejechać zimę z suchymi stopami i bez przemrożonych nerek. Jeśli masz górala, przełajówkę lub starą szosówkę, załatwisz sprawę do 50PLN za standardowy zestaw, który można przykręcić do stosownych mocowań lub od biedy przypiąć zipami. Jeśli masz szosówkę, jesteś skazany na SKS Raceblade Long lub jemu podobne rozwiązania za dwie stówki. Nie są idealne, ale dają radę. Wszystkie inne półprodukty, które nie zamykają pod sobą przynajmniej ? obwodu koła nadają się na zgrupowanie w Calpe albo majowy deszczyk w Polsce.

    Zainwestuj w zimowe buty

    Spory wydatek, ale wart każdych pieniędzy. Ochraniacze to jedno, ale letni but, który został zaprojektowany, by jak najlepiej wentylował stopę, nawet przykryty dwoma windstopperami polegnie w starciu z mrozem. Zimowe obuwie jest cieplejsze, słabo wentylowane, dodatkowo ociepla staw skokowy. Często posiada membranę Gore-Tex, więc do pewnego stopnia chroni przed przemoczeniem. Mając taki sprzęt, ochraniacze będziesz ubierać głównie w czasie deszczu lub gdy temperatura spadnie mocno poniżej zera. Dodatkowo nie zniszczysz butów letnich, zatem wydatek zwróci się szybko. Tym bardziej, że nie trzeba rzucać się na najnowsze modele. Jeśli masz w miarę standardowy rozmiar stopy, można dość łatwo trafić na wyprzedaż i sporo zaoszczędzić.

    Ciepłe rękawiczki

    Nic tak zimą nie marznie podczas jazdy jak dłonie. Zbyt przewiewne rękawiczki poddadzą się po pół godziny, po godzinie stracisz czucie w palcach i nawet nie będziesz w stanie zmienić przełożenia czy zahamować. Sam windstopper to za mało. Potrzebna jest jakaś warstwa, która zapobiegnie wychłodzeniu. Świetnie sprawdzają się rękawiczki trójpalczaste, gdzie oprócz izolacji, palce (poza kciukiem) grzeją się nawzajem a nadal możliwe jest sprawne operowanie manetkami czy wyjęcie czegoś z kieszeni.

    Cała reszta to kosmetyka. Ciuchy można jakoś dobrać, ostatecznie ubierać na siebie kolejne i kolejne warstwy. Jeśli stopy i tyłek będą suche (błotniki) a najbardziej wrażliwe na przemrożenie części (palce dłoni i stóp – rękawiczki i buty) ciepłe, z resztą można sobie poradzić. Czapka pod kask vs buff, taka czy inna membrana w kurtce (albo w ogóle jej brak a w zamian więcej warstw, też się da), większe czy mniejsze okulary to już sprawa wtórna.