Tag: PZKol

  • Pumptrack przy każdym orliku?

    Pumptrack przy każdym orliku?

    Bez względu na to, jak poradzą sobie polscy torowcy na Igrzyskach w Tokio, można śmiało powiedzieć już teraz. Kolarsko drugą Wielką Brytanią nie jesteśmy. I nie będziemy. Czy zatem to pora na zmianę koncepcji i zwrot w stronę kolarstwa bardziej dostępnego, tańszego, atrakcyjnego i przynoszącego więcej korzyści?

    Sport = polityka

    Igrzyska Olimpijskie to polityka. Element budowania wizerunku kraju, pozycji na arenie międzynarodowej. Dla niektórych tak ważny, że w osiągnięcie sukcesu angażują tajne służby wspierające narodowy program dopingowy. Inni budują systemy szkoleniowe łamiące prawa człowieka. Jeszcze inni organizują największe imprezy bez liczenia się z kosztami, społecznymi czy ekonomicznymi.

    Tak jak postzimnowojenne zmiany sprawiły, że nie rywalizuje już tylko “wschód z zachodem” tak i w sporcie mamy konkurecję na wielu frontach. Co więcej, istotną rolę odgrywają w niej nie tylko państwa, ale i korporacje, często bogatsze od wielu krajów, de facto decydujące o zwycięstwie lub porażce atletów przez dostęp do finansowania, technologii, ośrodków treningowych. 

    Implikacje takiej sytuacji są poważne i sięgają od medalistów Igrzysk Olimpijskich do pozalekcyjnych zajęć sportowych w małych gminach, gdzieś na “końcu Polski”. 

    Fakt, że w danej dyscyplinie ktoś zdobył medal lub słynne “miejsce punktowane” powoduje finansowanie (lub jego brak) sportu na każdym z poziomów. Ba, nawet potencjalna liczba medali, zależna od decyzji komitetu olimpijskiego powoduje, kto zasługuje na więcej a kto na mniej. 

    Choć miejsce w klasyfikacji medalowej to element polityki międzynarodowej a sukcesy sportowców potrafią przekładać się na wzrost PKB (zadowoleni z sukcesów obywatele pracują efektywniej i kupują więcej), to warto zastanowić się nad korzyściami, jakie płyną z faktu zwycięstw w danej dyscyplinie sportu. 

    By nie szukać daleko skoki narciarskie przynoszą dochód kilku gminom przy okazji organizowania zawodów międzynarodowych i wprowadzają na kilka chwil do świata sportu w porywach kilkuset młodych ludzi. Czy zatem powinny być promowane, dotowane (budowa i utrzymanie obiektów kosztuje miliony) bardziej niż biegi narciarskie? Właściwie, to… nie. 

    Stoch, Kubacki i Żyła to nasi idole, natomiast w skali kraju korzyść z ich sukcesów odnoszą głównie producenci chipsów, piwa a ostatnio też firma oferująca chwilówki. Stwierdzenie, że skoki są nikomu niepotrzebne jest oczywiście pewnym nadużyciem, bo każda dyscyplina ma w sobie piękno, wymaga wysiłku, pracy i talentu, ale…

    Sport to również polityka wewnętrzna i ekonomia. Uprawiając sport jesteśmy zdrowsi. Nie obciążamy służby zdrowia, pracujemy więcej, żyjemy dłużej (doprowadzając system emerytalny do ruiny, ale to inny temat ;) ). Nawiązujemy relacje, więzi, przyjaźnie. Nabywamy nowych umiejętności. Kupujemy sprzęt i usługi. Przemieszczamy się. Stajemy się lepsi i dajemy sobie szansę, by być bogatsi. 

    Aktywne społeczeństwo to szczęśliwe społeczeństwo. A to oznacza, że być może należy odejść od zimnowojennego paradygmatu liczenia medali i sprawdzania, czy w klasyfikacji pokonaliśmy Rosjan i Niemców, tylko skupić się na tym, co faktycznie ważne. 

    Porażka systemu

    Po trzynastu latach funkcjonowania pruszkowskiego toru można już śmiało powiedzieć. Nie powtórzyliśmy sukcesu Brytyjczyków. 

    Bez względu na punktowane czy medalowe szanse na Igrzyskach w Tokio, na niewątpliwe zaangażowanie i wysiłek nielicznej grupy zawodników, którzy robią co mogą w niełatwych warunkach, cel nie został osiągnięty. 

    British Cycling, na którym chcieliśmy się wzorować, zgromadziło ponad 150 tysięcy członków, skutecznie wykorzystując sukcesy najpierw torowców, potem szosowców. W Tokio, zanim jeszcze przystąpią do swojej koronnej dyscypliny, czyli właśnie toru, mają już medale zarówno w kolarstwie górskim jak i w BMX. 

    Aby oddać sprawiedliwość, choć na Igrzyskach póki co nam nie idzie, polscy torowcy regularnie osiągają sukcesy na mistrzostwach świata, pucharach świata czy w imprezach komercyjnych. 

    Niestety sukcesy ani torowców, ani szosowców ani Mai Włoszczowskiej nie przełożyły się na zauważalne zwiększenie liczby licencjonowanych zawodników, członków pzkol, przyciągnięcie sponsorów czy kibiców na wyścigi.

    Fakt, że w Tokio na torze brakuje naszych drużyn na 4km, w BMXach nie mieliśmy nikogo, w mtb po jednej osobie a na szosie po trzy pokazuje, że bazujemy na jednostkach a nie na systemie. Czyli: jednostkach-trenerach, jednostkach-klubach, jednostkach-sponsorach i jednostkach-zawodnikach. 

    Zatem, nie chcąc więc niczego nikomu zabierać, może warto rozważyć zmianę perspektywy. 

    Skoro nie udało się osiągnąć celu przez konstrukcję i utrzymanie kosztownego obiektu oraz trenowanie elitarnej grupy atletów, może czas zwrócić się w stronę budowy siły naszego kolarstwa w inny sposób. 

    Prostszy, tańszy, dostępny, atrakcyjny i co ważne podobnie skuteczny z punktu widzenia “szkoleniowego”. 

    Pumptrack przy każdym orliku

    Krótko mówiąc chodzi o to, by przy każdym “orliku” wybudować pumptrack i skatepark. Dać młodym (i nie tylko ;) ) ludziom dostęp do atrakcyjnej i niedrogiej rozrywki, która może stać się początkiem sportowej pasji, zdrowego trybu życia a także zawodowej kariery w każdej z odmian kolarstwa wyczynowego, której zwieńczeniem może być upragniony medal olimpijski.

    Zalet BMX z punktu widzenia szkoleniowego jest wiele. Dziecko czy wczesny nastolatek zaczynający przygodę z rowerem w taki sposób nie tylko nabywa techniki czy szybkości, ale też bawi się sportem. Jest więc szansa, że zostanie w nim na dłużej a wiele przykładów pokazuje, że może później pójść w dowolnym, kolarskim kierunku. A co najważniejsze, obiekty będące w najbliższej okolicy, przy szkole, sprawiają, że możemy “selekcjonować” z wyraźnie większej grupy niż dotychczas. 

    Ponieważ obecnie większość tego typu obiektów powstaje całkowicie oddolnie, często korzystając z funduszy budżetów obywatelskich, skala jest niewielka a dostępność średnia.

    A pamiętajmy, że zarówno deskorolka jak i BMX to konkurencje olimpijskie. Same BMXy dostarczają tyle samo kompletów medali co “królowa szosa”. Nie tylko więc mogłyby, ale wręcz powinny być finansowane z budżetu ministerstwa sportu (chwilowo połączonego z kulturą, ale to detal). 

    Trudno oczekiwać, aby będący w ciągłym stanie – w porywach –  trwania polski związek kolarski mógł zaprojektować i zrealizować projekt “pumptracku przy każdym orliku”, jednak trzeba przyznać, że w przedstawionej w styczniu 2020r przed ministerstwem kultury fizycznej i sportu “strategii rozwoju” zbliżony pomysł się pojawił. 

    Nie sądzę jednak, by znaleźli się odważni na radykalną zmianę kierunku. W optymistycznej wersji oznaczałoby to konieczność zmierzenia się z tysiącami dzieciaków, dziesiątkami a może i setkami nowych klubów, rodziców, kto wie, może nawet sponsorów. Zaburzenie status quo na poziomie zarówno regionów a co gorsza centralnym. 

    Być może jednak w ciągu dekady, czyli krócej niż działa tor w Pruszkowie, efektem byłby brak problemu z kwalifikacjami pełnej kadry na Igrzyska, finansowaniem kolarstwa z jego najdroższą i najbardziej elitarną odmianą, czyli torem, na czele, sponsorami dla kadry i klubów. 

    A do tego mielibyśmy po prostu zdrowsze, chętniej ruszające się, mniej obciążone chorobami cywilizacyjnymi i zwyczajnie szczęśliwsze społeczeństwo. 

    Zdjęcie na okładce: Jules D. on Unsplash

  • Wiosenny rant

    Wiosenny rant

    Wiosna. Wiatr. Idealna pora, by ustawić wachlarz i zerwać rywali z koła. Rant to jednak nie tylko formacja w kolarskim peletonie, ale i klasyczna tyrada na określony temat. A tematów się uzbierało, oj uzbierało.

    Patriotyczna biegunka (słowna)

    Obecność w zawodowym peletonie zespołu World Tour z polską licencją to ważne wydarzenie. Inwestycja Dariusza Miłka w drużynę Jima Ochowicza jest spełnieniem marzeń wielu kibiców. Trudno się dziwić ekscytacji, ponieważ na trasie najważniejszych wyścigów oglądamy ?polską flagę?, czego zwieńczeniem będzie start ekipy CCC w Tour de France.

    Dwa zwycięstwa Patricka Bevina w styczniu w Australii oraz lutowy sukces Grega van Avermaeta w Walencji zapewniły chwilę spokoju i ustawiły drużynę w komfortowej sytuacji.

    Trzeba pamiętać, że po ogłoszeniu zakończenia współpracy przez BMC z drużyny Ochowicza zaczął się eksodus kluczowych kolarzy, skompletowany naprędce skład 2019 zbudowany jest wokół, lojalnego do końca, Grega van Avermaeta. Jak pokazały wyniki w Tirreno-Adriatico, Paryż-Nicea oraz kilku rozegranych jednodniówkach, to na jego barkach spoczywa odpowiedzialność za sukces zespołu.

    Polacy: Wiśniowski, Sajnok, Bernas, Owsian i Gradek pełnią funkcje pomocnicze, choć kto wie, zwłaszcza z występami Wiśniowskiego i Sajnoka w wiosennych klasykach można było wiązać pewne nadzieje.

    Jeżeli dodamy do tego dziewięciu naszych kolarzy w kontynentalnym ?CCC Development Team? projekt Dariusza Miłka może długoterminowo przełożyć się na korzyści dla naszego kolarstwa.

    Cenię fakt, że jeden z najbogatszych Polaków rozwija swoją firmę, planuje ekspansję na rynki Europy Zachodniej a elementem jego strategii marketingowej jest inwestycja w kolarstwo zawodowe. Szanuję dokonania Grega van Avermaeta, jest to jeden z najwybitniejszych zawodników drugiej dekady XXIw.

    Nie odbierając nikomu prawa do przeżywania sportowych emocji na swój sposób zwrócę jednak uwagę na fakt, że w sumie CCC jest drużyną jak każda inna. Obecność polskiego sponsora to miła rzecz, o ile oczywiście ktoś ma w sobie pokłady pozytywnie rozumianego patriotyzmu bazującego na ekonomii. Nasi kolarze są w niej pomocnikami, liderem jest Belg a bywają wyścigi, w których w składzie CCC nie znalazł się żaden Polak.

    Wierzę, a raczej chciałbym, by tak się stało, że CCC Team będzie długoterminowym projektem, który przez swój Development Team będzie wprowadzał najbardziej utalentowanych kolarzy z naszego kraju do World Touru, tam dawał im odpowiednie wsparcie a następnie doprowadzał do mistrzostwa.

    Jeszcze zimą, w podcaście Tomka Czernicha wspomniałem, że każda passa ma swój koniec a Van Avermaet miał kilka rewelacyjnych sezonów z rzędu. W nowych barwach, choć robi co może, póki co w najważniejszych wyścigach zawodzi. Być może dzieje się tak ze względu na relatywnie słabe wsparcie pomocników, być może po prostu tym razem brakuje mu jednego, ostatniego elementu decydującego o zwycięstwie lub porażce. To może być inna dyspozycja fizyczna, inny sprzęt, ?zmęczenie materiału? lub cokolwiek innego. Zdarza się najlepszym.

    Tak czy inaczej, zwrot z inwestycji Miłka jest póki co nieco mniejszy. Van Avermaet nie wygrywa, ekspozycja w mediach jest słabsza. Tym bardziej nie ma powodów, by przeżywać ekstazę związaną z każdym mignięciem pomarańczowej koszulki na ekranie monitora. Zwłaszcza, że można ją pomylić ze strojem Fundacion Euskadi.

    Michał Kwiatkowski w wielkich tourach

    To nic, że Michał Kwiatkowski stracił 1?20? do Egana Bernala i Nairo Quintany podczas podjazdu na przełęcz Turini podczas Paryż-Nicea. Cały wyścig zakończył na trzecim miejscu, nie pierwszy raz w karierze popisując się skutecznością i rozwagą przez cały tydzień. To również nic, że nie wygrał czasówki otwierającej wyścig Dookoła Kraju Basków.

    Choć gdyby wygrał ?Wyścig ku słońcu? dywagacji na temat jego przyszłości w wielkich tourach byłoby o wiele więcej (abstrahując od faktu, że sam zawodnik co jakiś czas przypomina, że to jest jego i marzenie i cel zarazem), myślę, że jesteśmy w momencie, gdy owe dywagacje można zakończyć. Dwukrotne podium w Paryż-Nicea, wygrane Tirreno-Adriatico, Tour de Pologne i Volta a Algarve. Do tego skuteczna jazda w górach w roli kluczowego pomocnika w zwycięskiej drużynie podczas Tour de France. Mimo równoległych ambicji związanych z dobrymi występami w wiosennych klasykach (kolejny świetny wynik w Mediolan-San Remo, deklaracja walki o zwycięstwo w Liege-Bastogne-Liege) to właściwa chwila by nie bać się stwierdzenia, że wkrótce powinniśmy zobaczyć go podejmującego próbę walki o czołowe miejsce w jednym z wielkich tourów.

    Czy będzie to możliwe w zespole Sky (który wkrótce zmieni sponsora tytularnego na koncern chemiczny Ineos) czy też, by nie obudzić się o kilka lat za późno jak np. Richie Porte, potrzebna będzie do tego zmiana otoczenia trudno stwierdzić. Traktując Kwiatkowskiego z pewnym dystansem jak zawodowego sportowca a nie naszego, sympatycznego idola pora przestać bić pianę, dmuchać kolejne balony za to uzbroić się jeszcze w odrobinę cierpliwości i spodziewać się ataku na generalkę jednego z trzytygodniowych wyścigów. Bo taka jest kolej rzeczy.

    Dopingowe deja vu

    Nie pierwszy raz daliśmy się oszukać. Klasyczne metody poprawiania wydolności w sportach wytrzymałościowych, związane głównie z pracą nad parametrami krwi żyją i mają się dobrze. Zawodowcy: narciarze, kolarze, lekkoatleci (choć nie tylko oni), wciąż korzystają z pomocy dopingowych magików, którzy przetaczają im płyny ustrojowe czy podają epo. W mniejszych dawkach, w formie, która jak najbardziej ma odwzorowywać zachowanie organizmu poddawanego bodźcom treningowym, oszukując ekspertów badających dane z paszportów biologicznych.

    Po raz kolejny aferę dopingową odkryli nie naukowcy z laboratorium a klasyczne organy ścigania. Podczas mistrzostw świata w narciarstwie klasycznym w austriackim Seefeld policja zatrzymała kilku sportowców, w tym jednego na gorącym uczynku. Do nielegalnego procederu przyznało się dwóch austriackich kolarzy: Stefan Denifl i Georg Preidler, którzy w ostatnich sezonach imponowało skuteczną i efektowną jazdą w górach. Ciekawostką jest że Denifl wygrał 17. etap Vuelta a Espana 2017. Ten sam, na którym Chris Froome przeżywał trudne chwile trapiony problemami z oddychaniem, co zaowocowało przyjęciem zwiększonej dawki salbutamolu i jedną z najdziwniejszych spraw dyscyplinarnych w historii kolarstwa.

    Bez względu na to, czy mamy do współczesnego sportu wyczynowego podejście cyniczne czy też romantyczne, trzeba pogodzić się z faktami. Mniej więcej osiem lat temu w wyścigu władz antydopingowych z oszustami sportowymi udało się ograniczyć stosowanie niedozwolonego wspomagania. Obecnie szukający skróconej drogi do sławy atleci, choć nie na masową skalę, ale zaczynają znów wysuwać się na prowadzenie. Lawina jeszcze nie ruszyła, ale trzeba reagować szybko i przede wszystkim nie lekceważyć kolejnych alarmów, nie zwracając uwagi na sentymenty.

    Okręt już dawno temu zatonął

    Nie dajcie się nabrać na medal Mateusza Rudyka w sprincie podczas pruszkowskich mistrzostw w kolarstwie torowym. To nie tak, że Titanic tonie a orkiestra gra dalej. Okręt, jakim jest Polski Związek Kolarski zatonął już dawno temu. Co więcej, nie dajemy denatowi spokoju, tylko co miesiąc, gdy listonosz przynosi rentę wystawiamy trupa do okna, by potwierdzić, że renta wciąż się nam należy.

    De facto od roku polskie kolarstwo jest finansowane bezpośrednio z Ministerstwa Sportu i Turystyki. A to za pośrednictwem komitetu olimpijskiego a to za pośrednictwem związków regionalnych. Ktoś kogoś szkoli, ktoś dostaje dotację na zgrupowanie lub start w zawodach. Ba, udało się przeprowadzić piękną imprezę mistrzowską, zapełnić trybuny zadłużonego i deficytowego obiektu a nawet zdobyć medal.

    Prawda jest jednak bolesna: polskie kolarstwo w rozumieniu instytucjonalnym nie istnieje. Słów opisujących czy to indolencję, czy to złą wolę obecnego zarządu już dawno zabrakło. Kolejne niezwołane walne zgromadzenia delegatów, niedopatrzenia proceduralne, nieposprzątany bałagan, niespłacone długi i bierność to nasza codzienność.

    Również działania Witolda Bańki są niejednoznaczne. Kolejne pomysły wpisujące się w szerszą politykę ?narodowych projektów? rządu PiS być może mają potencjał, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że Minister Sportu i Turystyki myślami jest już bardziej przy karierze w Międzynarodowej Agencji Antydopingowej niż przy rozwiązywaniu problemów polskiego kolarstwa.

    Sam mam wiele szacunku i życzliwości do wielu ludzi z ?środowiska kolarskiego?, którzy poświęcili swoje życie na szkolenie młodzieży, organizację imprez, zdobywanie finansowania, układanie kalendarzy i całą masę innych, niedocenianych aktywności. Rozumiem nawet tych komentatorów i dziennikarzy, zwłaszcza bardziej doświadczonych i związanych osobiście z tym czy owym działaczem, którzy postanowili przymknąć oko na degrengoladę w PZKol na czas pruszkowskiego święta. Ostatecznie jestem też w stanie zaakceptować ciągłe wycieranie gąb dobrem tej nielicznej grupy torowców, którzy wbrew wszystkiemu (a zwłaszcza wbrew zdrowemu rozsądkowi) wyrośli nie tylko na całkiem obiecującą, ale przede wszystkim skuteczną kadrę.

    Ale już dość i koniec. Mało kto w polskim sporcie dostał taki kredyt i zaufania i finansów jak kolejne zarządy PZKol. Tu nie ma żadnych ?ale? i nie ma czego relatywizować i czego bronić.

    Bogatemu wszystko wolno? A może jednak nie?

    Zespoły Kross Racing Teamu znakomicie zaprezentowały się na trasie Cape Epic. Najważniejsza etapowa impreza w kolarstwie górskim przyciągnęła w związku z tym większą uwagę w rodzimych, rowerowych internetach.

    Team Kross, w którym obok Mai Włoszczowskiej jeżdżą Ondrej Cink, Ariane Luethi i Sergio Matencon to istotny element marketingu marki. Włoszczowska i Cink to gwiazdy światowego cross country, których wyniki powinny realnie przekładać się na wzrost rozpoznawalności marki na europejskim i światowym rynku.

    Oprócz sukcesów sportowych Kross odnosi też sukcesy w biznesie. Przy współudziale funduszy unijnych w Przasnyszu powstaje linia produkcyjna, na której będą produkowane karbonowe ramy rowerowe. Biorąc pod uwagę, że gros marek ma swoje linie w zakładach na dalekim wschodzie a samo wytwarzanie kompozytowych komponentów jest tematem dość innowacyjnym, mamy więc niewątpliwy powód do dumy.

    Mimo to pojawiało się wiele głosów, że firma nie dość angażuje się w rozwój polskiego kolarstwa górskiego. Obecność Mai Włoszczowskiej poniekąd zamyka temat, ale trzeba pamiętać, że jej przygotowania, jako medalistki olimpijskiej są finansowane z budżetu państwa. Po odejściu Bartka Wawaka, zespół wprost nie sponsoruje ?naszych nadziei? w cross country czy nie przyczynia się do walki o olimpijskie nominacje. Równocześnie trzeba pamiętać, że ze wsparcia Krossa korzysta np. ?Huzar Bike Academy? a także część zawodników indywidualnych.

    Oczekiwania względem marki o takich ambicjach są uzasadnione. Nie widzę nic złego w wywieraniu presji na firmę by ta np. zainwestowała nie tylko w gwiazdy ze Szwajcarii, ale też, analogicznie do Miłka z CCC, w ?development team? czy choćby dołączenie do składu dwójki stażystów. Tak, od korporacji, od wielkiego biznesu należy wymagać i oczekiwać. Kross to ciekawa firma z dużymi planami i choćby ze względu na inwestycje w innowacyjną produkcję należy jej kibicować.

    Osobiście stoję jednak na stanowisku, że z markami raczej nie ma co sympatyzować (chyba, że jest się ich udziałowcem ;) ), do momentu, gdy szersza polityka i wykonywane gesty takiej sympatii nie zbudują. Kross odrobił już lekcję z marketingu i chylę czoła przed ich umiejętnościami komunikacji i storytellingu. Ale, tak, chcę więcej także w dziedzinie CSR i większego zaangażowania w krajowy sport. Bo zajmuję się kolarstwem, zatem argument, że Kross jest fajny, bo ma w Polsce fabrykę, płaci podatki i zatrudnia ludzi zostawiam przedstawicielom Business Center Club goszczącym w ekonomicznej audycji radia TOK FM.

    Przegrzanie

    Z pewną satysfakcję i przyjemnością śledzę kolejne projekty prezentujące autorskie treści o tematyce około kolarskiej. Równocześnie mam wrażenie, że w tym roku byliśmy szczególnie głodni nie tylko rywalizacji w zawodowym peletonie, ale też ich komentowania. Torowe mistrzostwa świata, CCC w World Tourze, Kross na Cape Epic, dobre wyniki Michała Kwiatkowskiego, solidna postawa szeroko pojętej kadry mtb, do tego bardzo intensywny sezon przełajowy i gwiazdy cyclocrossu (Van der Poel, van Aert) bez kompleksów wchodzące do szosowej czołówki. W lutym można było poczuć się niemal jak w pełni sezonu.

    Nie będę ściemniał, sam w pewnym momencie dałem się ponieść polowaniu na newsy i łapaniu się gorących tematów by ściągać ruch i aplauz publiczności. Mam nadzieję, że refleksja, by nie bawić się w prymitywny ?newsjacking? przyszła w odpowiednim momencie.

    Wciąż wzór czy też wzory kolarskiej publicystyki istnieją głównie w językach obcych. Analiza i komentarz bieżących wydarzeń skupiają się tam na mniej oczywistych aspektach spraw, nawet tych najgorętszych. Więcej jest odwagi i dystansu, mniej obaw o podważenie pozycji ?świętych krów?. Kolarze traktowani są równiej: zarówno ci, którzy popełniają błędy, ci, którzy są na topie jak i ci, którzy przeżywają trudne chwile.

    W tym tonie wynikami, które sprawiły mi najwięcej satysfakcji były wygrane Zdenka Stybara w Omloop Het Nieuwsblad i przede wszystkim BinckBank Classic oraz Alexandra Kristoffa w Gandawa – Wevelgem. Stybar, który stawiany był przez lata jako jeden z najbardziej ?niespełnionych? w zawodowym peletonie dołożył tej wiosny do swojego CV dwa znakomite rezultaty. Z kolei na Kristoffie wielu komentatorów już dawno ?położyło krzyżyk? a tymczasem Norweg wyraźnie zaczyna nawiązywać do swoich największych osiągnięć sprzed kilku sezonów.

    Jaki z tego wniosek? Jeden i prosty :). Wracam do Was z nowymi dostawami jakościowych treści. Najlepszych, na jakie mnie stać.

    Zdjęcie okładkowe: Larisa Birta on Unsplash

  • O czym nie pisałem w styczniu?

    O czym nie pisałem w styczniu?

    Początek roku to od kilku lat początek sezonu. Tak naprawdę angażuje nas tylko częściowo. Postanowiłem więc, razem z kolarzami kumulować siły i zebrać najważniejsze wydarzenia w jedną całość. Zatem przed Wami kolarskie wydarzenia stycznia, o których wcześniej nie napisałem.

    O ministerstwie i prezesie

    Po grudniowym, nadzwyczajnym zjeździe delegatów Dariusz Banaszek obronił swoje stanowisko prezesa PZKol, za to cały zarząd został zmieniony. To było jednak za mało dla ministra sportu, Witolda Bańki, który postanowił finansować najlepszych, polskich kolarzy przez komitet olimpijski, zostawiając Związek de facto bez żadnych środków.

    Krótko mówiąc, w próbie sił minister wygrał z prezesem, który podał się do dymisji.

    Równocześnie warszawska prokuratura zaczęła badać sprawę nieprawidłowości w PZKol w latach 2010-2017. Jak długo to potrwa – nie wiadomo.

    Na koniec zwrócę tylko uwagę na pewną ciekawostkę: kolarstwo finansowane ma być teraz przez transfery z PKOl. Tymczasem w ?komisji sportu? tegoż PKOl od września zasiada były dyrektor sportowy, zwolniony dyscyplinarnie z PZKol w lipcu, wokół postaci którego jest najwięcej kontrowersji. Cóż, życie…

    O przyszłości Chrisa Froome?a

    Wspominałem o tej kwestii w zapowiedzi sezonu 2018. Czas jednak płynie, kolejni kolarze, dyrektorzy sportowi i działacze wypowiadają się na temat konieczności jak najszybszego rozwiązania sprawy przekroczenia przez Froome?a dopuszczalnego poziomu przyjętego salbutamolu.

    Wszyscy: prezydent UCI, dyrektor Giro d?Italia, rywale (m.in Romain Bardet) a nawet koledzy z grupy (Wout Poels) zwracają uwagę, że nie może dojść do takiej sytuacji jak w przypadku Alberto Contadora w 2011r.

    Obecnie Froome rozważa zmianę strategii i zamiast ?iść w zaparte? może dać sobie odebrać zwycięstwo we Vuelcie i przyjąć kilkumiesięczną dyskwalifikację liczoną od września zeszłego roku. Dzięki temu mógłby wystartować jeśli nie już w Giro, to przynajmniej w Tourze.

    A póki co trenuje jak szalony w RPA.

    O Alberto Contadorze w roli eksperta Eurosportu

    Z kolarstwem zawodowym ewidentnie niechętnie żegna się Alberto Contador. W tym sezonie będzie on pełnił funkcję eksperta hiszpańskiego Eurosportu.

    ?Pistolero? cieszy się wyjątkową sympatią fanów na całym świecie. Nie zmienia to faktu, że ma na swoim koncie i dyskwalifikację za doping, jak również w ciągu całej kariery wokół jego postaci można wyśledzić wiele kontrowersyjnych faktów.

    Niewykluczone, że nad tą sprawą pochylę się nieco bardziej. Nie chodzi bowiem o zasadę ?zera tolerancji?, za to bardziej o przejrzystość. Owszem, możemy niechętnie patrzeć na brylującego przed kamerami Richarda Virenque?a, ale przynajmniej mniej więcej wiemy, co robił i jak sięgał po swoje największe triumfy. Jest więc, choćby częściowo, wiarygodny jako komentator.

    Owszem, Contador ma bardzo wiele do stracenia, gdyby opisał kulisy swojej współpracy z postacią taką jak Pepe Marti, albo wyjaśnił temat jednej z najszybszych wspinaczek w historii kolarstwa, czyli Verbier w 2009r. A być może nawet przyznał się do tego, że clenbuterol oraz plastyfikatory w próbkach z Touru 2010 nie pochodziły z ?zatrutego mięsa?.

    Tak czy inaczej, komentatorzy czy eksperci, którzy dwuznacznie milkną, gdy w czasie relacji pojawia się nawiązanie do dopingu z przeszłości to temat wart głębszego omówienia.

    O spotkaniu Petera Sagana z papieżem Franciszkiem

    Jesteś potrójnym mistrzem świata. Nie masz nawet trzydziestki a już wygrałeś tyle, ile spora część peletonu razem wzięta. Fani niemal cię czczą. Pierworodnemu synowi dałeś na imię Marlon a przed wizytą u papieża zastanawiasz się, że może mógłby on osobiście ochrzcić twoje dziecko.

    Sportowcy czy gwiazdy kultury popularnej często spotykają się z przywódcami duchownymi i Sagan nie jest tu wyjątkiem. Słowak sprezentował Franciszkowi specjalnie przygotowany rower a przypomnijmy, że Bono ofiarował kiedyś Janowi Pawłowi II swoje okulary.

    Przy okazji wydarzeniami stycznia były również: nowa fryzura Sagana oraz jego autotematyczny tatuaż.

    O przełajach

    Cóż, na uważne śledzenie cyclocrossu tej zimy zwyczajnie brakło mi czasu. A do tego odczuwam pewien przesyt, związany z tym, że przełaje stały się wypełniaczem dla mediów, które walczą o ruch i reklamodawców. Mnogość imprez o podobnym znaczeniu połączona z regularną rywalizacją tych samych, kilku postaci na dłuższą metę jest nużąca.

    Dominacja Mathieu van der Poela zachęca do zastanowienia się, czy utrzyma on koncentrację do mistrzostw świata w Valkenburgu, które zostaną rozegrane już w weekend 3-4 lutego.

    Wyjazd Polaków na wspomniane mistrzostwa długo stał pod znakiem zapytania, ostatecznie rzutem na taśmę do Holandii pojedzie niewielka grupa naszych reprezentantów.

    Na rodzimym podwórku przełaje niby mają się dobrze, natomiast trzeba zauważyć porażkę projektu sponsorowania Pucharu Polski przez Orlen oraz ewidentną dyskryminację kobiet. Pula nagród dla pań jest często wyraźnie niższa niż dla mężczyzn a podczas mistrzostw kraju z rywalizacji o tytuł mistrzowski wyłączono juniorki, mętnie tłumacząc się przepisami UCI (w sytuacji, gdy w wielu krajach medale dla nastoletnich dziewczyn przyznano).

    Muszę też wspomnieć o nieszczęśliwym zderzeniu Jolandy Neff z Pauline Ferrand-Prevot. Szwajcarka z Francuzką miały kolizję podczas finałowych zawodów Pucharu Świata. Prevot wyszła z tej sytuacji bez szwanku, za to Neff ma złamany obojczyk i i łokieć.

    O wyścigach w Australii i Argentynie

    W inauguracji World Touru, czyli Tour Down Under formę oraz wysoką klasę sportową potwierdził Richie Porte, który w swoim stylu zapewnił sobie zwycięstwo na ?Willunga Hill?, klasycznym punkcie trasy australijskiej etapówki.

    Tasmańczyk był jednak wyraźnie wolniejszy od swoich najlepszych osiągnięć w tym miejscu. Może to dobrze w kontekście jego planów na zbudowanie najwyższej dyspozycji dopiero w lipcu.

    Na trasie TdU warta zauważenia jest też dobra postawa jednej z nadziei kolumbijskiego kolarstwa, Egana Bernala, który w barwach drużyny Sky zajął bardzo dobre, szóste miejsce w klasyfikacji generalnej.

    Z kolei na płaskich etapach świetnie zaprezentowały się gwiazdy sprintu. Swoje zwycięstwa zaliczyli: Andre Greipel, Caleb Ewan, Peter Sagan i Elia Viviani. Tym samym w Tour Down Under nie wygrywał nikt z drugiego szeregu.

    Kilka dni później, w Argentynie bardzo solidny trening wykonał Rafał Majka, gdzie pojechał dobrze zarówno na czas jak i w górach, co dało mu piąte miejsce w klasyfikacji generalnej, drugie wśród zawodników World Touru. O zwycięstwo walczyli zawodnicy z lokalnych zespołów, w tym weteran Oscar Sevilla. Triumfatorem całego wyścigu został reprezentant gospodarzy, Gonzalo Najar.

    Prawda jest taka, że prawdziwe, szosowe emocje rozpoczną się dopiero za cztery tygodnie, podczas Omloop Het Nieuwsblad, 24.02.

    I to by było na tyle :) Przed nami kolejny, przejściowy miesiąc. Co przyniesie? Zobaczymy!

  • Reset w PZKol

    Reset w PZKol

    ?Seksafera?, konflikt z ministerstwem, zwolnienie prominentnego działacza a w tle długi i odchodzący sponsorzy. Nowe wybory prezesa lub zarząd komisaryczny. Cokolwiek się wydarzy, Polski Związek Kolarski czekają poważne zmiany.

    Kwestię tożsamości ?byłego dyrektora sportowego, zwolnionego w lipcu 2017? rozwiał Newsweek, podając imię oraz inicjał. O winie lub jej braku a także o zakresie ewentualnych nadużyć rozstrzygną stosowne instytucje a o tym, co dalej będzie się działo ze Związkiem dowiemy się najwcześniej po Walnym Zgromadzeniu, które zaplanowano na 22.12.

    Bez względu na wynik wyborów w PZKol trzeba będzie posprzątać. Czy zrobi to komisarz czy nowy prezes czy też prezes, który przyjdzie po komisarzu zakres tematów do poruszenia będzie ten sam.

    Zakładając, że nie chcemy bawić się w inkwizycję i rozliczać za błędy przeszłości, tylko spojrzeć w przyszłość by po resecie zapewnić młodym kolarzom warunki do trenowania i reprezentowania kraju na najważniejszych imprezach, trzeba wyciągnąć wnioski i uniknąć sytuacji, które sprzyjają powstawaniu problemów, z jakimi zmaga się Związek.

    Co ciekawe, to nie są kwestie, które wymagają dostępu do wiedzy tajemnej, kuluarowych rozmów i zwierzeń decydentów czy też osób ze środowiska kolarskiego. Wystarczy odrobina obserwacji i mamy gotową listę grzechów, za które należy wyrazić nie tylko żal, ale przede wszystkim niezmiernie mocne postanowienie poprawy.

    Jeśli rzucicie okiem na poniższą listę zauważycie, że choć obecnie skupiamy uwagę na jednej osobie i jednym prezesie oraz wybranych aspektach ich działalności, nie tyle do poprawy co do absolutnego wykluczenia są następujące kwestie, które nakładały się na siebie przynajmniej od 2001r.

    Łączenie funkcji

    Jeżeli trenerem-selekcjonerem kadry jest równocześnie ta sama osoba, która sprawuje kierowniczą funkcję w grupie zawodowej to wiedzmy, że coś jest nie tak. To największe pole do nadużyć: personalnych, finansowych i etycznych. Bez względu na to, czy mówimy o mtb, szosie czy jakiejkolwiek odmianie kolarstwa. Menadżer grupy zawodowej zawsze będzie preferował współpracę ze ?swoimi ludźmi? a do tego pojawią się możliwości np. zaoszczędzenia klubowych pieniędzy poprzez finansowanie, dajmy na to zgrupowań, z pieniędzy związku. Co więcej, mając wgląd w dokumentację zawodników (np. wyniki badań) pełniący więcej niż jedną funkcję trener może tę wiedzę wykorzystać w rywalizacji klubowej.

    Sprzeczne interesy sponsorów

    Podobnie ma się sytuacja w przypadku sponsorów. Gdy jedna firma równocześnie finansuje i swój klub i związek, trudno sobie wyobrazić, że nie będą pojawiały się naciski: związane z powołaniami, szkoleniem, ba, może nawet kalendarzem imprez. Gdy mówimy o PZKol to sprawa o tyle delikatna, że Dariusz Miłek z marką CCC był przez lata mecenasem polskiego kolarstwa na różnych płaszczyznach i niewątpliwie środowisko powinno być mu wdzięczne. Co nie zmienia faktu, że sytuacja, w której np. w Tour de Pologne jadą ?dwie drużyny CCC? (jedna pomarańczowa, druga w barwach narodowych) nie jest ani jasna, ani przejrzysta ani zrozumiała (np. dla zagranicznych mediów).

    Gra do dwóch bramek

    A co, gdy jedna osoba związana jest i ze sponsorem i ze związkiem? Czy umowa, którą negocjuje Związek z marką, której ambasadorem jest pracownik związku da rozwiązanie win-win, czy może jednak realnie będzie korzystna tylko dla jednej ze stron. Nowelizacja ustawy o sporcie obecnie reguluje tę kwestię, ale pamięć o tym, że również taka sytuacja miała miejsce w przeszłości będzie cenne. Podobną uwagę należy skierować np. do organizatorów imprez: wyczynowych i masowych.

    Brak transparentności

    Tutaj obecnie jest lepiej, ale wciąż nie dość dobrze. Patrząc w przeszłość można łatwo zauważyć, że wiele decyzji w Związku było podejmowanych bez informowania ani opinii publicznej ani członków tej organizacji. Zasady powołań do kadry, świadczenia dla poszczególnych zawodników, kadr, konkurencji. Konkursy na organizatorów imprez mistrzowskich czy pucharowych. Decyzje kadrowe. Informacje o wynikach testów antydopingowych. I wiele, wiele innych sprawa wymaga regularnej i terminowej publikacji. Zwłaszcza w momencie, gdy okazuje się, że w przeszłości o tym, kto i co może, dostanie, gdzie wystartuje decydowano jednoosobowo, bez procedur i wedle uznania.

    Niedocenianie się

    Owszem, sport wyczynowy w Polsce jest głównie finansowany z budżetu państwa. Owszem, zasługi Dariusza Miłka dla naszego kolarstwa są bezdyskusyjne. Należy jednak zapytać, jaki powinien być udział sponsora tytularnego w budżecie Związku. 10, 20, 30%? Milion, dwa a może pięć? Ilu Związek powinien mieć sponsorów? A także, ile powinny kosztować prawa do nazwy pruszkowskiego toru, na którym mają zostać rozegrane mistrzostwa świata. Warto zapytać, czy aby w przeszłości, ze względu na problemy finansowe, zarząd PZKol nie podpisywał aby umów opiewających na zbyt niskie kwoty. Nawet biorąc pod uwagę, że wizerunek Związku jest obecnie na poziomie ?-2? w skali ?od 1 do 10?, tytuły mistrzowskie i medale olimpijskie a także rosnąca popularność (niewykorzystana!) kolarstwa jako sportu masowego to wymierna wartość.

    Ten nieszczęsny tor

    Sprawa długu za prace dodatkowe, które Mostostal Puławy wykonał przed torowymi mistrzostwami świata ciągnie się od? 2009r. Nie mówię, że kolejni prezesi nie próbowali jej rozwiązać, ale trzeba przyznać, że jest to kuriozum na skalę krajową. Patrząc na nią z boku można by dojść do wniosku, że istnienie długu jest nierozerwalnym elementem towarzyszącym PZKol. Czy to zatem oznacza, że jest komuś na rękę?

    Luki w systemie szkolenia

    Fajnie, że mamy ?narodowy program rozwoju kolarstwa?, szkoda tylko, że został powołany tak późno. W wielu kolarskich konkurencjach będziemy musieli czekać latami, aż pojawią się następcy obecnych mistrzów i mistrzyń. Co więcej, same szkółki oraz (istniejące lub nie, zależnie od odmiany kolarstwa) kadry juniorskie, młodzieżowe czy regionalne sprawy nie rozwiążą. Ci młodzi ludzie muszą mieć się gdzie ścigać, o czym w Związku wielu decydentów w ostatnich kilkunastu latach wydawało się zapominać, licząc na to, że „środowisko”, samo i oddolnie zajmie się tą kwestią.

    Luki w systemie antydopingowym

    To temat trudny, łączący się z kilkoma poprzednimi. Jeśli trenerzy łączą funkcje klubowe ze związkowymi, jeśli sponsorzy są wspólni dla federacji i grupy zawodowej, jeśli związek ceduje organizację imprez mistrzowskich na zewnętrzne, nieneutralne podmioty może się okazać, że w imię jakiegoś, innego niż ?dobro kolarstwa? dobra pojawią się naciski, jeśli nie na same wyniki testów antydopingowych, to przynajmniej na ich publikację. Ba, przy wszystkich wymienionych powyżej patologiach może dojść do sytuacji, w której posiadający określoną wiedzę menadżer, działacz lub zawodnik będzie mógł łatwiej poruszać się w świecie wzmożonych kontroli i wychodzić obronną ręką z kryzysowych, nieczystych sytuacji. Krótko mówiąc, każde naruszenie przepisów antydopingowych przez zawodnika z licencją i na imprezie z oficjalnego kalendarza musi być zakomunikowane.

    Wizerunek, pasywność i inercja

    Szanse, które przepadły, wizerunek skostniałej instytucji nieprzystosowanej do współczesnych realiów, nadużycia finansowe, nepotyzm a ?teraz? okazuje się, że także mobbing i molestowanie. To boli, zwłaszcza tych, którzy swoje serce, czas i pieniądze oddają kolarstwu. Obszarów do poprawy jest wiele, niemal na każdym kroku. Liczba zaniedbań, złych praktyk lub po prostu niedopatrzeń jest przytłaczająca.

    Pytania na koniec są dwa: czy ?seksafera?, będąc niewątpliwie trudnym doświadczeniem dla poszkodowanych w niej osób wystarczy, by ?zresetować? PZKol. A także, czy ów ?reset? faktycznie dojdzie do skutku.

    Zanim dostaniemy na nie odpowiedź jeszcze małe post scriptum.

    Polski Związek Kolarski to nie jest ?samo zło?, ?beton? i nadużycia. Trenując w klubach, jeżdżąc na zawody, ba, załatwiając sprawy z pracownikami i członkami centrali PZKol, związków regionalnych czy kolegium sędziów najczęściej można spotkać osoby kompetentne a przede wszystkim oddane sprawie.

    Nawet mając tak trudną przeszłość, w nowym rozdaniu: wyborach, nominacjach czy konkursach trzeba postawić granicę w rozsądnym miejscu.  Jeśli zapędzimy się za daleko, może się okazać, że w polskim kolarstwie nie będzie komu pracować, organizować imprez i finansować całego tego przedsięwzięcia.

    Zatem szukając najważniejszego elementu funkcjonowania związku, nad którym trzeba pracować, wskazuję na transparentność. Bo to właśnie jej brak spowodował, że jesteśmy tu, gdzie jesteśmy.

  • Nie zadawanie pytań

    Nie zadawanie pytań

    Seks sprzedaje. Afera w PZKol trafiła nawet do wieczornych wydań telewizyjnych wiadomości. Miraż, jakim był ?złoty wiek polskiego kolarstwa? opada, bo dopiero teraz ktoś zajrzał pod kurtynę uszytą z medali i tytułów. Bo wcześniej albo ?wszyscy wiedzieli? albo ?każdy miał to gdzieś”.

    Sportowe #metoo

    Ogólnopolskie media podchwyciły temat głównie ze względu na seksualny aspekt skandalu w PZKol. Seksafera z udziałem młodych zawodniczek to sprawa z jednej strony paskudna i zasługująca na odkrycie, z drugiej gwarantująca publikę. Cóż, takie życie.

    Nikogo nie usprawiedliwiam, nikogo nie tłumaczę. Molestowanie jest złe. A równocześnie, niestety, zdarzało i zdarza się nadal. Biografie, wywiady, filmy, książki zawodniczek z właściwie każdej dyscypliny sportu często wspominają o tym samym. Nie trzeba szukać daleko, można choćby wrócić do ?Małej Królowej? opisującej losy Kanadyjki Genevieve Jeanson. Zobaczymy tam ?klasyczną? relację nadużywającego pozycji, władzy i zaufania starszego trenera z młodszą, wchodzącą zarówno w świat sportu jak i dorosłości sportsmenką. Jest przemoc, jest zastraszanie, są kłamstwa, fałszywe obietnice, przymykanie oczu przez bliskich i potrzask, w jakim znalazła się bohaterka.

    Lekkoatletki, pływaczki, gimnastyczki czy przedstawicielki jakiejkolwiek innej dyscypliny sportu mogłyby masowo dołączyć do akcji #metoo. A jeśli myślicie, że sprawa dotyczy tylko relacji damsko-męskich, jesteście w błędzie. Bo choć samo molestowanie, mobbing i przemoc są tabu, to w sporcie jeszcze większym tabu jest homoseksualizm.

    Relacje między zawodnikami a trenerami będą zdarzały się nadal. Znów, takie życie. Jeśli ludzie spędzają ze sobą kilkaset dni w roku, często nie mając kontaktu ze światem zewnętrznym, w ten czy w inny sposób do siebie się zbliżą. I nie wolno im tego odbierać, pamiętając, że w sytuacji nie tylko różnicy wieku, doświadczenia życiowego i autorytetu, ale też hierarchiczności i zależności jest to bardzo niebezpieczne i nie tylko umożliwiające wszelkiej maści nadużycia, co wręcz im sprzyjające. Zwłaszcza w odciętym od świata, górskim hotelu, bez świadków.

    Fasada z medali

    Jeśli uważacie, że ?Seksafera w PZKol? to cios dla polskiego kolarstwa, to tak, macie rację, ale też jesteście w poważnym błędzie. Działacz molestujący zawodniczki jest fatalny dla wizerunku i wyraża rozkład, jakiemu nieustająco poddaje się nasz sport.

    Piękne wyniki, jakie w ostatnich kilku latach zaczęli odnosić nasi kolarze to anomalia. Kumulacja tytułów mistrzowskich, medali olimpijskich i zwycięstw w World Tourze nie ma za wiele wspólnego z systemowym szkoleniem, regularnym finansowaniem czy jakąkolwiek strategią. Mówienie, że Rafał Majka i Michał Kwiatkowski to cud, jest deprecjonowaniem pracy w ośrodkach: podkrakowskim i podtrouńskim. Bo lokalni fachowcy-pasjonaci poświęcili swoje życie kolarstwu, pracy z młodzieżą, zapewnieniu finansowania i warunków do wejścia w świat sportu. Znajdziecie takich wielu. Na zawodach o ?puchar wójta?, na olimpiadzie młodzieży i tym podobnych imprezach.

    Podpinanie ich sukcesów pod obecny od czasu do czasu w mediach ?Narodowy Program Rozwoju Kolarstwa? jest jednak poważnym nadużyciem, podobnie jak wielu innych osiągnięć naszych zawodników i zawodniczek. Nadużyciem przykładowym, na które mało kto zwracał uwagę i praktycznie nikt nie pytał. A jeśli to robił, był nazywany hejterem i oskarżany o sranie do własnego gniazda.

    Wszyscy wiedzą, nie ma kto pytać?

    Jestem skromnym blogerem. De facto osobą prywatną. Jasne, w branży rowerowej funkcjonuję od wielu lat. Współprowadziłem największy portal, współpracowałem z wydawnictwami i organizatorami imprez. Zawodniczo nigdy nie wyszedłem poza poziom regionalny. A mimo to informacje, pogłoski i poszlaki o nadużyciach, również tych obecnie najgłośniejszych, do mnie dochodziły.

    Nadużycia finansowe, nadużycia władzy, nadużycia obyczajowe. Nepotyzm, korupcja, doping, mściwość, faworyzowanie i marginalizowanie czy wreszcie zwykłe skurwysyństwo?

    Dlaczego środowisko kolarskie, ze szczególnym naciskiem na media, przymyka oczy na wszelkiego rodzaju nieprawidłowości?

    Moja odpowiedź jest dość prosta i zarazem przykra. Jesteśmy słabi, dramatycznie słabi. Prasa i portale rowerowe są, no właśnie, rowerowe. Jedynym sposobem, by utrzymać się na rynku, jest produkcja treści związanych ze sprzętem. To, jak są one obiektywne, jest tematem na zupełnie inną opowieść. W opisywanym kontekście kluczowy jest fakt, że media rowerowe nie interesują się kolarstwem.

    A te, które na kolarstwie jako sporcie się skupiają, nie są traktowane poważnie. Albo są uwiązane siecią patronatów, bannerów i stopek sponsorskich, które dają szansę na jakąkolwiek wymianę informacji, albo, jeśli silą się na obiektywizm i niezależność, są marginalizowane lub nawet ostarcyzowane.

    Równocześnie mają na tyle niewielki zasięg, że gra w otwarte karty z nimi jest zwyczajnie nieopłacalna. W związku z tym, jeśli ktoś coś mówi, otwiera się przed rowerowym dziennikarzem, robi to ?off the record? lub kwituje prostym ?przecież wiesz, jak jest?.

    Krótko mówiąc pozostajemy w sferze przetwarzania dostępnych informacji, relacjonowania wyścigów i bezpiecznych pytań o przebieg rywalizacji czy zgrupowania. ?Jak było, co jadłeś, czy było ciężko?.

    Jeśli ktoś coś wie, słyszał, domyśla się lub zwyczajnie łączy fakty i wyciąga wnioski, zostawia to dla siebie. W związku z tym w polskim kolarstwie nie ma dopingu, zarówno zawodowców jak i amatorów. Przeszłość gwiazd peletonu ścigających się w ?epoce epo? istnieje tylko w sferze znajomości tras i zmian w sprzęcie. Kontakty, powiązania czy przyjaźnie z antybohaterami dopingowych afer są tematem tabu.

    Z kolei kłopoty młodych zawodników są pomijane milczeniem, by nie niszczyć ich karier a ewentualnie współodpowiedzialnym działaczom, jakby na to nie patrzeć często pasjonatom i społecznikom, nie utrudniać pracy.

    Symboliczne kary, zawieszenia na zimę, ukrywanie informacji o poztywynych wynikach testów. A winni i skazani bywają hołubieni. Utracone na skutek dopingowej wpadki tytuły legitymizowane, przynajmniej w mowie.

    Idąc dalej, obecność jakiegokolwiek sponsora, nawet, jeśli ten jest szemrany, nie wywiązuje się ze zobowiązań czy zalega z wypłatami pomijamy, by nie odstraszać kolejnych. Wszak dla wielu klubów nawet kilkadziesiąt czy kilkanaście tysięcy to być albo nie być, po co więc szukać problemów?

    A może wyciekający z sekcji sprzęt? Grant, z którego część funduszy idzie na szkolenie a część do kieszeni? Zgrupowanie pod szyldem kadry, na które zawodnicy jadą za swoje pieniądze? I odwrotnie, wyjazdy ?państwowe?, z których korzystają będący na kontraktach zawodowcy?

    Naprawdę nie słyszeliście? Nikt wam nie mówił? Sami się nie domyśliliście? A może boicie się podnieść głos, bo nazwą was, jak nielicznych odważnych, hejterami, oskarżą o niszczenie kolarstwa, obrażona gwiazdka zagrozi, że już więcej z wami nie porozmawia a w wersji najbardziej dotkliwej nie zaprosi na prezentację z darmowymi kanapkami?

    A co z największymi? Ogólnopolskie tytuły, portale, telewizje? Znane nazwiska, bywające tu i ówdzie. W teorii mające jakąkolwiek moc sprawczą. Z wielotysięczną widownią odbiorców i czytelników. Z obecnością na najważniejszych imprezach w charakterze vipa. Rozumiem, że jeśli ktoś na przemian zajmuje się skokami, hippiką i raz w roku kolarstwem, może nie ogarniać. Ale wy? Też nie wiecie? Nie widzieliście? Czemu nikt nie pyta?

    Czemu musieliśmy czekać tyle lat by dopiero w sytuacji, w której temat zaczął się od hałasu o grube miliony, do sportu rowerowego zajrzał ktoś z popularnej redakcji w celu innym niż poklepanie po plecach ?naszego mistrza? lub ?autora sukcesów??

    Nie ma komu pracować?

    Jedną z największych obaw związanych z sytuacją w Polskim Związku Kolarskim jest ta, że nawet, jeśli minister sportu wejdzie z kuratorem i zaora wszystko, nie będzie komu pracować. To nie do końca prawda. Nawet w obecnych strukturach jest wielu ludzi, którym na kolarstwie zależy i choć, owszem, przymykają oczy na to i owo, chcą i potrafią solidnie pracować. I wcale nie muszą to być ?młodzi?, jak często słyszymy. Bo bez doświadczonych trenerów czy aktywistów, którzy jak wspomniałem na początku, swoje życie oddali temu, często niewdzięcznemu sportowi, daleko nie zajdziemy.

    Trzeba ich jednak, i starych i nowych, i młodych i rutynowanych sprawdzać. Pytać. Obserwować. Domagać się transparentności: zasad, regulaminów, wydatków, wyjazdów, powołań, zgrupowań. Jest prawo prasowe. Są media społecznościowe. Bez takiej kontroli nie będzie niczego.

  • Torowy PŚ w Pruszkowie. Owacja na siedząco

    Torowy PŚ w Pruszkowie. Owacja na siedząco

    Polskie kolarstwo torem stoi. Mamy liczną, młodą i utalentowaną kadrę. Mamy światowej klasy obiekt. I mamy zawody najwyższej rangi.

    Pewnie sobie myślicie: nie odzywał się przez parę tygodni a teraz wylazł ze swojej nory, żeby przypierdolić zdeprecjonować PZKol. Cóż, trochę tak, ale nie do końca.

    W ostatnich tygodniach zarówno Związek, jego Prezes jak i zawodnicy torowi zaskakująco często gościli w poza kolarskich mediach. Po pierwsze z powodu Pucharu Świata w Pruszkowie oraz przyznaniu Polsce organizacji mistrzostw świata w 2019r. Po drugie, Prezesowi, Dariuszowi Banaszkowi kilka razy puściły nerwy i chlapnął parę głupstw a to na facebooku a to w jakimś wywiadzie. Po trzecie, ustami Adriana Teklińskiego torowcy zwrócili uwagę na brak sponsorów i zainteresowania mediów. A na koniec powrócił temat długu PZKol względem Mostostalu Puławy powstałego przy budowie obiektu w Pruszkowie. Krótko mówiąc Związek, nie pierwszy raz, zdeprecjonował się sam.

    Teoretycznie mamy święto, imprezę i festiwal polskiego kolarstwa. W praktyce jednak nie ma fiesty: krem w podanym torcie jest nieświeży, daleki wujek spił się wcześniej niż przewidywaliśmy i zaczyna obmacywać kuzynki a w całym zamieszaniu ktoś narzygał do umywalki.

    Mimo to jest szansa, że do Pruszkowa na Puchar Świata przyjadą jacyś kibice. PZKol trochę biletów sprzedał, trochę rozdał, zaprosił działaczy i kluby. Do tego kolarstwo jako takie jest na fali, zatem można się spodziewać, że w ?czynie patriotycznym? okoliczni entuzjaści sportu rowerowego wpadną na chwilę rzucić okiem na to, jak w rzeczywistości wygląda mocno promowana przez Związek odmiana ich ulubionej dyscypliny.

    W 2009r, tuż po otwarciu ?BGŻ Areny? na nowym torze zorganizowano mistrzostwa świata. Do Polski przyjechało kilka gwiazd: już znanych albo dopiero wschodzących: Victoria Pendleton, Lizzie Deignan (wówczas Armitstead), Gregory Bauge, Jason Kenny, Taylor Phinney czy Rohan Dennis.

    Byłem tam, widziałem. To była stypa, którą mogli znieść tylko najwytrwalsi fani. Nawet, jeśli w kobiecym sprincie oraz na 500m ze startu zatrzymanego padły rekordy świata.

    Prawda jest taka, że jeśli nie przyjedziesz na tor z grupą przyjaciół, nie sprzedają tam sensownego piwa i nie masz nic lepszego do roboty, ta odmiana kolarstwa jest męcząca i trudna w obserwowaniu.

    Sesje są długie, z licznymi przerwami a przepisy w kolejnych konkurencjach skomplikowane i niejasne nawet dla specjalistów (czego dowód mieliśmy w finale olimpijskiego keirinu w Rio). Do tego gros ścigających się o wyniki, kwalifikacje, punkty i medale atletów to postaci całkowicie anonimowe. Co więcej, trudno się z nimi utożsamiać, ponieważ kolarstwo torowe ma bardzo wysoko postawioną barierę wejścia, jest sportem kosztownym i elitarnym. A równocześnie jakoś szczególnie nie pobudza wyobraźni.

    Jasne, jeśli interesujesz się kolarstwem, docenienie muskularnych, szybkich i wytrzymałych kobiet i mężczyzn oraz ich dokonań przyjdzie ci łatwiej. Jeśli jeździsz, trenujesz i masz jakieś pojęcie o jeździe na rowerze, wiesz, co to znaczy rozpędzić się do 60km/h, wiesz też, że utrzymanie takiej prędkości przez kilka okrążeń wymaga nie lada dyspozycji. Wiesz też, że sprint bark w bark przy jeszcze większej prędkości to gigantyczne wyzwanie, że walka ?na kreskę? jest ciężka nawet na amatorskiej ?ustawce? a co dopiero na drewnianym torze na rowerze z ostrym kołem.

    Kolarstwo torowe to sport w czystej postaci. Wymierny, z możliwością bicia kolejnych rekordów, zależnie od konkurencji kontaktowy i wymagający sprytu, stalowych nerwów i doświadczenie taktycznego lub żelaznych płuc, ekstremalnej odporności na ból i zakwaszenie.

    Dodatkowo to ?kuźnia talentów?, z której wychodzą multimedaliści toru i szosy czy nawet zwycięzcy zarówno klasyków, etapówek jak i wielkich tourów.

    Co więcej, w naszym przypadku to ?złote dziecko? Polskiego Związku Kolarskiego, nieustająca nadzieja na worek medali olimpijskich w Tokio a już teraz regularne sukcesy na imprezach mistrzowskich na kontynencie i poza nim.

    To wszystko wiemy.

    Tyle tylko, że tor to totalna nisza. Gdy przez niemal tysiąc dni codziennie zamieszczałem co rano fajne wideo, galerie zdjęć, relacje, wywiady i ciekawostki z kolarskiego światka, newsy z toru wciskałem do ?loverove? niemal na siłę.

    Trochę z szacunku dla naszych zawodników, trochę by zachować proporcje między poszczególnymi odmianami kolarstwa, trochę z nadzieją, że choćby w niewielkim zakresie przyczynię się do zainteresowania torem. Prawda jest jednak taka, że najciekawsze, co dotyczyło jazdy na ostrym kole, to nie był tor i olimpijska walka o medale a Red Hook Crit, uliczne wyścigi dla hipsterów.

    Tor to skoki narciarskie kolarstwa. Wymaga budowy drogich obiektów, dostępnych tylko dla nielicznych oraz użycia specyficznego, trudno dostępnego, drogiego sprzętu. Swoje pięć minut dostaje de facto tylko na Igrzyskach Olimpijskich, które kreują jedyne gwiazdy znane szerszej publiczności. Poza Igrzyskami to sport dla koneserów. Coś jak curling, tylko droższy.

    To sztuka dla sztuki, iluzja podtrzymywana przez Komitet Olimpijski wraz z UCI przez nieproporcjonalnie dużą liczbę możliwych do zdobycia medali. Na 22 komplety aż 12 przypada na tor. Szosa ma 4, mtb 2 a od Tokio BMX będzie miał również 4.

    Przy systemie kwalifikacji już samo dostanie się na Igrzyska jest dla torowców sukcesem. Później do słynnego ?miejsca punktowanego? (czyli w top 8), dającego szansę na dofinansowanie dla związku czy stypendium dla zawodnika jest już tylko krok. Równocześnie, wyśrubowany poziom czołówki powoduje, że medal to prawdziwy sukces.

    Budowa toru w Pruszkowie pochłonęła ok. 90mln zł. Jego roczne utrzymanie to ok. 1,5mln. Ośmiomilionowy dług PZKol względem jednego z wykonawców, Mostostalu Puławy, przez wiele lat powstrzymywał Związek przed aktywnościami na innych polach. Specyfika kolarstwa torowego powoduje, że w przeciwieństwie do pozostałych odmian tego sportu, bazuje ono na szkoleniu centralnym a nie de facto wolnorynkowym funkcjonowaniu grup zawodowych na szosie czy w mtb.

    Żeby nie było wątpliwości, nikomu nie żałuję. Choć po 1989r olimpijskie medale w kolarstwie zdobywali tylko Maja Włoszczowska (dwa srebra) i Rafał Majka (brąz), biorąc pod uwagę realia, trudno racjonalnie podważyć zaangażowanie Związku w kolarstwo torowe.

    Szanse na zwrot z inwestycji są tam największe a wychowywana właśnie młoda kadra daje nadzieję na sukces.

    Tyle tylko, że dysproporcja w zaangażowaniu Związku jest ogromna. Imprezy w innych odmianach kolarstwa są organizowane oddolnie i prywatnie. Dla odmiany tor to właściwie jedyna rowerowa dyscyplina, w której PZKol funkcjonuje jako organizator, animator i fundator.

    Roczne koszty utrzymania pruszkowskiego toru wystarczyłyby na wybudowanie, renowację lub dostosowanie do międzynarodowych standardów wszystkich tras cross country będących w kalendarzu Pucharu Polski, które zazwyczaj powstają z pieniędzy sponsorów, ?w czynie społecznym? a w najlepszym przypadku z crowdfundingu.

    PZKol jest organizatorem na swoim obiekcie zawodów rangi mistrzowskiej oraz międzynarodowej (w tym Pucharu Świata), a równocześnie imprezy szosowe, mtb i przełajowe są robione przez kluby, regionalne związki kolarskie, samorządy lub firmy komercyjne. W efekcie na szosie mamy Tour de Pologne Lang Teamu, który na dobre zadomowił się w World Tourze a za nim przepaść imprez półamatorskich (większość rankingów i statystyków jak np. procyclingstats nie zalicza zawodnikom zwycięstw w imprezach kategorii .2, czy to jednodniowych jako sukcesów zawodowych), z których raz na jakiś czas, efemerycznie, któraś pojawi się w kategorii .1. O ?.HC? nie mamy co marzyć, bo nie ma komu za to zapłacić.

    W mtb imprezy rangi międzynarodowej są organizowane dla Mai Włoszczowskiej przez Grabek Promotion a ?Górale na Start? to dzieło klubu KKW Superior Wałbrzych. Szosowe mistrzostwa Polski zorganizował Lang Team, mistrzostwa Polski XCO komercyjny organizator Poland Bike w kooperacji z Warszawskim Klubem Kolarskim. Tymczasem w 2017r w Pruszkowie PZKol, jako ?centrala?, zorganizował zarówno MP, Puchar Świata, Grand Prix Polski z kategorią UCI, w sumie dziesięć imprez, zazwyczaj kilkudniowych.

    To ciekawe o tyle, że mtb i szosa przez to, że nie mają bariery wejścia takiej jak tor, przy choćby części zaangażowania, jakie Związek przeznacza na tor, mogłyby przynosić nie dziesiątki czy setki, ale tysiące nowych dusz, przyszłych mistrzów, rocznie.

    No ale jest jak jest. Związek widzi przyszłość polskiego kolarstwa na torze, wierząc, że wystarczy do tego jeden, spełniający jakiekolwiek standardy (kryty, drewniany) obiekt (Pruszków) oraz betonowe w Szczecinie i Łodzi, kilku trenerów i parę klubów.

    Zatem skoro tak, to nie pozostaje nic innego, jak wybrać się do Pruszkowa, albo chociaż kupić nie za mocnego stouta i usiąść przed ekranem (TVP Sport lub Eurosport) i zobaczyć, jak wygląda torowy Puchar Świata w Pruszkowie. Może Was wciągnie.

  • Orlen Sponsorem PZKol. Zatem jeszcze raz: nie spieprzcie tego, panowie.

    Orlen Sponsorem PZKol. Zatem jeszcze raz: nie spieprzcie tego, panowie.

    Ministerstwo Sportu i Turystyki, Orlen oraz CCC składają się w tym i w kolejnych latach na bardzo zacny budżet Polskiego Związku Kolarskiego. Wygląda na to, że po latach zaciskania pasa nasz Związek może nareszcie działać z rozmachem. Jak wykorzysta tę szansę?

    Ogłoszenie partnerstwa strategicznego z Orlenem to nie jest dzień triumfu polskiego kolarstwa. Przypomnijmy, że marki koncernu paliwowego: najpierw ?Orlen Paliwa? a następnie ?Verva? były współsponsorami grupy Piotra Kosmali, w sezonie 2016 znanej pod nazwą Verva Active Jet.

    Zespół ścigał się z licencją Pro Continental, zaliczył m.in. udany start w Tour de Suisse. Przerzucenie budżetu z komercyjnej grupy zawodowej na związek oznaczał koniec funkcjonowania tej pierwszej.

    Drugim, wieloletnim partnerem PZKol jest Dariusz Miłek ze swoją marką obuwniczą CCC. Należy podkreślić, że Miłek, jeden z najbogatszych Polaków jest od wielu sezonów z naszym kolarstwem ?na dobre i na złe?, nie tylko finansując funkcjonowanie własnego zespołu, ale też wspierając związek.

    Pod przewodnictwem nowego prezesa, Dariusza Banaszka, PZKol mocniej związał się również z marką odzieżową 4F.

    Korzysta również (a może przede wszystkim) z transferów przekazywanych przez Ministerstwo Sportu i Turystyki. Sport rowerowy znajduje się w gronie dyscyplin ?strategicznych?. Dzięki mnogości konkurencji kolarstwo jest jedną z najbardziej ?medalodajnych? dyscyplin na Igrzyskach Olimpijskich. Po dodaniu BMXowego freestyle?u oraz torowego ?madisonu? w Tokio na rowerzystów będą czekały aż 22 komplety medali.

    To właśnie na medalach imprez mistrzowskich swoją politykę opiera PZKol. Ciągłość szkolenia ma zapewniać Narodowy Program Rozwoju Kolarstwa a, ze względu nie tylko na konieczność wykorzystania pruszkowskiego toru, ale i potencjał medalowy, główny nacisk kładziony jest właśnie na kolarstwo torowe.

    I tu pojawia się pierwszy zgrzyt i problem. Po pierwsze, polscy torowcy to wciąż inwestycja na kredyt. Choć zarówno w kategoriach młodzieżowych jak i w elicie zaczynają odnosić sukcesy na mistrzostwach Europy czy Świata, medale z Rio przywieźli szosowiec i zawodniczka mtb.

    To oni, w dużej mierze, wzmocnili pozycję kolarstwa wśród polskich olimpijczyków a nie torowcy.

    Z kolei obecność w mediach, tę ?organiczną? a nie wypracowaną relacjami z grupą dziennikarzy, zapewnia kilka gwiazd szosy: Michał Kwiatkowski, Rafał Majka i Katarzyna Niewiadoma. Choć grono dobrych, bardzo dobrych i znakomitych zawodników z Polski jest szersze, ?robotę w mediach? robią właściwie tylko oni i Maja Włoszczowska. Oraz Czesław Lang i jego wyścig Tour de Pologne.

    Kolejny problem z torem to jego elitarność. O ile na szosie, w mtb i w przełaju można startować i trenować właściwie wszędzie, kolarstwo torowe związane jest z określoną infrastrukturą, której mamy niewiele a do tego dostęp do niej mają nieliczni.

    Absolutnie – i to podkreślam bardzo mocno – absolutnie nie neguję zasadności finansowania kolarstwa torowego. Nie podważam również niezwykłego postępu, jaki w tej materii dokonali nasi (głównie) młodzi zawodnicy i życzę im jak najlepiej. Ba, chciałbym, aby planowane imprezy rangi międzynarodowej (najpierw puchar a następnie, w 2019r mistrzostwa świata) na Pruszkowskim torze okazały się sukcesem: sportowym, medialnym i komercyjnym.

    Jedyne, czego, jako zarówno licencjonowany zawodnik (od młodzika przez orlika i elitą po mastersa, będzie już ponad, z przerwami, 20 lat), dziennikarz (przez wiele lat współtwórca i redaktor naczelny największego, polskiego portalu rowerowego) i niezależny komentator, sobie życzę, to, w związku z perspektywą płynących do Związku milionów, przywrócenie równowagi rozwoju.

    Skoro liczą się medale, a BMX daje cztery szanse (racing + freestyle kobiet i mężczyzn), projekt ?pump track i rampa przy każdym ?orliku? ? nie jest pomysłem idiotycznym. Ba, ze względów ?szkoleniowych? i patrząc na historię wielu znakomitych kolarzy, rozpoczęcie kariery właśnie na BMXie często otwiera drogę do sukcesu na torze, szosie lub w mtb.

    Idąc dalej, skoro dwa medale zdobyliśmy w MTB (Pekin i Rio) i to sukcesy w tej, konkretnej konkurencji (a konkretnie jej jednej przedstawicielki, Mai Włoszczowskiej) są ważnym elementem pozycji kolarstwa wśród innych dyscyplin olimpijskich, kolarstwo górskie zasługuje na zdecydowanie więcej niż dostaje teraz.

    Zawody rangi pucharu polski i mistrzostw polski oraz te z kalendarza międzynarodowego wymagają inwestycji w infrastrukturę (budowa tras na odpowiednim poziomie) dofinansowanie przynajmniej kilku takich ośrodków jest więcej niż wskazane. Podobnie jak pomoc w ekspozycji medialnej najważniejszych imprez czy motywacja do regularnego wpisywania ich do kalendarza UCI z możliwie wysoką kategorią, by ułatwić tańsze zdobywanie punktów do rankingu czy kwalifikacji olimpijskich.

    W kwestii szosy, to choć mamy kilka gwiazd oraz grupę młodych zawodników ze sporym potencjałem, to, niestety, ściganie na polskiej scenie to ?ludzie których nie znam na wyścigach, które mnie nie interesują?. Kibice przy trasach, wyścigi dla dzieci i młodszych kategorii wiekowych, wyższa kategoria UCI i, tak jak w przypadku MTB, większa (lub, powiedzmy sobie szczerze: jakakolwiek) ekspozycja w mediach to ważne elementy rozwoju polskiej ?szosy?.

    Być może właśnie partnerstwo z Orlenem pomoże na te bolączki, ponieważ prezes Banaszek zapowiada, że ?Poprawa całego wizerunku nastąpi już w tym roku, Orlen będzie sponsorem głównym Orlen ProLigi i wyścigów cyklu UCI w kolarstwie górskim, więc już teraz w tych dwóch konkurencjach będziemy szli bardzo mocno do przodu.?.

    Trzymam za słowo, bo to bardzo, bardzo ważne.

    Dołóżmy do tego przełaje, „ekstremę”, enduro i masę energii, którą znajdziemy u przedstawicieli dyscyplin „nieolimpijskich” i naprawdę jest dla kogo i z kim pracować.

    I wreszcie, na koniec, choć nie najmniej ważne. Kolarstwo dla wszystkich. Związek, grając wedle obowiązujących zasad, stawia na kolarstwo wyczynowe, medale mistrzostw świata i igrzysk olimpijskich. Co do zasady, nie jest to złe. Ale? Wzorem sukcesu jest kolarstwo brytyjskie. Podobno my też podpatrujemy poddanych Królowej. A oni znakomicie ?dyskontują? sukcesy zawodowców i olimpijczyków, przekuwając medale w masowe członkostwo i popularyzację roweru: w sporcie, na ulicach, w szkołach.

    Związek zrzeszający sto tysięcy lojalnych fanów ma zupełnie inną pozycję w negocjacjach nie tylko z ministrem czy spółką skarbu państwa, ale też w negocjacjach z mediami oraz sponsorami komercyjnymi.

    Związek, który dba o swoich członków, nie tylko tych (realnie kilkuset), trenujących z myślą o ?koszulce z orłem?, ale wszystkich, staje się wartościowym graczem na rynku reklamowym.

    A to przekłada się nie na efemeryczny, bazujący częściowo na szczęściu i pracy niewielkich grup społeczników, ale długotrwały, budowany systemowo sukces. Którego nam wszystkim życzę. Bo trzeba spojrzeć szerzej i nie bać się nie tylko samemu działać, ale i współpracować i dzielić: zarówno obowiązkami, ale i owocami sukcesu.

    Zatem, szanowny Prezesie, Dyrektorze, Zarządzie. Myślę, że dokładnie wiecie, co macie robić. A jeżeli nie wiecie, to zapytajcie. Jeśli zmarnujecie, lub, co gorsza, wynaturzycie tę szansę pójdziecie do piekła. A jeśli w piekło nie wierzycie, to w następnym wcieleniu będziecie paczką gumy do żucia. Takiej z dyskontu.

    Więcej szczegółów o budżecie PZKol, partnerstwie z Orlenem i planach Związku znajdziecie w materiałach np. naszosie.pl, Eurosportu czy Przeglądu Sportowego.

  • Loverove 29.03.2017

    Loverove 29.03.2017

    Loverove na środę, specjalnie dla Was:

    1. 4F sponsorem PZKol

    Polski Związek Kolarski nawiązał partnerstwo z marką 4F. Kadrowicze będą teraz startowali w strojach dostarczanych przez podkrakowską firmę, jak również w oficjalnych sytuacjach zaprezentują się w „Casualowych” ubraniach przygotowanych przez 4F.

    W tym miejscu warto wspomnieć, że w latach 2012-2015 marka ta była sponsorem tytularnym zawodowej grupy mtb prowadzonej przez obecnego dyrektora sportowego PZKol, Andrzeja Piątka a sam dyrektor był następnie „ambasadorem” 4F.

    Miejmy nadzieję, że współpraca marki z kadrą polskich kolarzy pozytywnie wpłynie na ofertę strojów rowerowych dostępnych w jej salonach a zawodnikom będzie wygodnie w nowych wdziankach.

    2. Poznaj najsławniejsze „bergi”

    Czyli podjazdy we Flandrii. Koppenberg, Oude Kwaremont, Paterberg, słynny Muur Van Geraardsbergen i inne, zasłużone dla wiosennych klasyków miejsca. Zdjęcia i historię każdego z tych wzniesień znajdziecie tutaj.

    3. Jak jeździć po bruku?

    Prosty wideoporadnik od Cycling Weekly prezentujący tajniki jazdy po kocich łbach. Tak na wypadek, gdyby przyszła wam ochota poczuć się jak we Flandrii:

    4. Reklama dnia

    Podłogi Quick Step są twarde i wytrzymałe, niczym Niki Terpstra, który robi „planka”. Proste, minimalistyczne, skuteczne. Bora – uczcie się ;)

  • Kategorie wyścigów mtb XCO i XCM

    Kategorie wyścigów mtb XCO i XCM

    Kolarstwo górskie to mnogość odmian, kategorii i konkurencji. Jak połapać się w skrótach i oznaczeniach? Które imprezy są bardziej a której mniej ważne? Od czego zależy nadana klasa zawodów?

    Cała rodzina mtb charakteryzuje się dużą różnorodnością a, co ważne, spora jej część to wydarzenia nieformalne. Cała hierarchia i klasyfikacha dotyczy części świata kolarstwa górskiego zarządzanego przez UCI – Międzynarodową Unię Kolarską oraz krajowe związki kolarskie, w naszym przypadku PZKol.

    Rodzaje wyścigów

    Ogólnie rzecz ujmując, zinstytucjonalizowane mtb dzielimy na 4 dyscypliny: ?cross country?, czyli wyścigi, nazwijmy je, wytrzymałościowe, do których zaliczamy wszystkie odmiany ?xc?: od formatu olimpijskiego (XCO) przez maratony (XCM) i etapówki (XCS) a kończąc na eliminatorze (XCE) rozgrywanym na ulicach miast a także, rzadko spotykane czasówki (XCT), rozgrywane właściwie tylko przy okazji mistrzostw sztafety (XCR) oraz spotykane jako część większej całości wyścigi z punktu do punktu, czyli de facto odrębne etapy „etapówek” (XCP)

    Do tego należy doliczyć zjazd w formacie klasycznym (DHI) oraz ?maratonowym? (DHM, czyli imprezy typu ?Mega Avalanche?), osobną sprawą są również zawody w ?fourcrossie? (4X) oraz ?enduro? (END, poza kalendarzem UCI nigdzie takiego skrótu nie widziałem).

    Wyścigi w każdej z dyscyplin są podzielone na klasy, od najważniejszych do najmniej istotnych. Zdobywa się na nich punkty do rankingu UCI. Ten daje prestiż oraz decyduje np. o ustawieniu na starcie imprez mistrzowskich.

    Wszystkie oficjalne zawody, w których rywalizują licencjonowani kolarze górscy muszą być wpisane albo do kalendarza międzynarodowego albo do kalendarza krajowego.

    Ponieważ co do zasady zajmuję się ?kolarstwem wytrzymałościowym?, na nim właśnie się skupię. Czyli dalej będzie mowa o ?xc? w różnych jego odmianach.

    Zawody międzynarodowe

    Podział na kategorie wyścigów xc znajdziecie w poniżej zaprezentowanej tabeli:

    Mamy więc do czynienia z następującymi kategoriami zawodów, licząc od najważniejszych, czyli najwyżej punktowanych:

    • Igrzyska Olimpijskie
    • Mistrzostwa Świata (Elita, U23, junior, eliminator, sztafeta)
    • Puchar Świata (Elita, U23)
    • Mistrzostwa Kontynentalne (Elita, U23, junior, eliminator, sztafeta)
    • Mistrzostwa Krajowe (Elita, U23, junior)
    • XCO Junior Series
    • HC (jednodniowe i etapowe)
    • 1 (jednodniowe C i etapowe S)
    • 2 (jednodniowe C i etapowe S)
    • C3
    • XCO Juniorskie

    Zawodów Pucharu Świata jest zaledwie kilka w sezonie (zazwyczaj 6-8), imprez HC również jest niewiele, wyścigów pozostałej kategorii zazwyczaj jest więcej, przynajmniej kilka w danym kraju.

    Przykładowo najwyższą kategorię HC ma wyścig Mai Włoszczowskiej w Jeleniej Górze a w Europie imprez tej klasy jest zaledwie 12. Z kolei cross country kategorii C1 w samych Czechach jest 4 a w Szwajcarii 6. C2 tylko w Europie jest kilkadziesiąt, w tym ?Górale na Start? w Wałbrzychu. C3 ma ?Puchar Burmistrza Białej?, ale też np. kilka eliminacji Pucharu Francji.

    Jeśli spojrzycie w tabelę, jasno z niej wynika, że wygrana w wyścigu kategorii C2 jest warta tyle co? 38. miejsce w Pucharze Świata. Zwycięstwo w C1 to równowartość 23. miejsca w Pucharze a triumf w HC to już poważniejsza sprawa i odpowiednik 11 lokaty tamże.

    Z kolei za wygranie eliminacji Pucharu Świata dostaje się tyle samo punktów co za srebro mistrzostw świata czy Igrzysk Olimpijskich.

    W liczonym rok do roku rankingu UCI, lider wśród mężczyzn ma zazwyczaj ok. 2200-2400 zgromadzonych punktów, kolarz numer 10 ok. 1000-1200.

    Kategoria UCI oznacza nie tylko punkty do rankingu, ale też określone regulaminem, minimalne kwoty nagród finansowych. Zwycięstwo w eliminacji Pucharu Świata to ?3750, HC ?1000, C1 ?600, C2 ?250 i C3 ?200. Za wygranie wyścigu C3 dostaje się tyle samo pieniędzy co za 10. lokatę w Pucharze Świata.

    Oprócz konieczności zapewnienia puli nagród, kolejne kategorie są droższe dla organizatorów w związku z opłatami do UCI, zapewnieniu odpowiedniego standardu obecności w mediach, trasy, powierzchni reklamowych itd.

    Na tej podstawie można wywnioskować, które imprezy są bardziej prestiżowe a które mniej. Daje to również pogląd na taktykę związaną np. z walką o kwalifikacje w Igrzyskach Olimpijskich.

    Zawody krajowe

    W przypadku imprez Polskich również prowadzona jest klasyfikacja, jest nią ?Challenge PZKol?. Co do zasady, stosuje się do niego zbliżone zasady, jak w rankingu UCI. Detale prezentuje poniższa tabela:

    Jak widać, dla zmniejszenia wagi startów zagranicznych (które i tak najczęściej decydują o wygranej w challenge?u) są one punktowane niżej i nie odpowiadają 1:1 punktacji UCI.

    Za wyścigi w Pucharze Polski, bez względu na to, czy są wpisane do kalendarza międzynarodowego czy nie, do krajowego rankingu dostaje się tyle samo punktów co za zagraniczne imprezy C2.

    Dodatkowo znajdziemy jeszcze dwie kategorie imprez krajowych ?A? i ?B?. Choć nie ma listy wyszczególnionych wyścigów dla poszczególnych klas, doświadczenie lat ubiegłych wskazuje, że ?A? to zawody z kalendarza krajowego a ?B? z kalendarza imprez regionalnych. Maratony powinny być podzielone na te, wpisane do Pucharu Polski XCM (o ile taki będzie) i te, tylko zgłoszone do kalendarza PZKol/okręgowych związków kolarskich.

    Podobnie jak w przypadku rankingu UCI, tak i w przypadku Challenge?u PZKol za wygranie lokalnego ?ogórka? dostaje się mniej punktów niż za 10. miejsce w zawodach Pucharu Polski. Z kolei koszulka mistrza kraju daje taką samą korzyść w Challenge?u co zwycięstwo w zawodach Mai Włoszczowskiej w Jeleniej Górze.

    Zgodnie z informacją, którą otrzymałem od Przewodniczącego Kolegium Sędziów, prace nad opisaniem zasad związanych z przyznawaniem kategorii wyścigów krajowych trwają.

    Szczegółowe przepisy regulujące zasady rywalizacji w kolarstwie górskim, w tym w odmianach ?grawitacyjnych? znajdziecie na stronie Kolegium Sędziów PZKol. Klucz punktacji Challenge?u PZKol znajdziecie na stronie PZKol.