Wiosna. Wiatr. Idealna pora, by ustawić wachlarz i zerwać rywali z koła. Rant to jednak nie tylko formacja w kolarskim peletonie, ale i klasyczna tyrada na określony temat. A tematów się uzbierało, oj uzbierało.

Patriotyczna biegunka (słowna)

Obecność w zawodowym peletonie zespołu World Tour z polską licencją to ważne wydarzenie. Inwestycja Dariusza Miłka w drużynę Jima Ochowicza jest spełnieniem marzeń wielu kibiców. Trudno się dziwić ekscytacji, ponieważ na trasie najważniejszych wyścigów oglądamy “polską flagę”, czego zwieńczeniem będzie start ekipy CCC w Tour de France.

Dwa zwycięstwa Patricka Bevina w styczniu w Australii oraz lutowy sukces Grega van Avermaeta w Walencji zapewniły chwilę spokoju i ustawiły drużynę w komfortowej sytuacji.

Trzeba pamiętać, że po ogłoszeniu zakończenia współpracy przez BMC z drużyny Ochowicza zaczął się eksodus kluczowych kolarzy, skompletowany naprędce skład 2019 zbudowany jest wokół, lojalnego do końca, Grega van Avermaeta. Jak pokazały wyniki w Tirreno-Adriatico, Paryż-Nicea oraz kilku rozegranych jednodniówkach, to na jego barkach spoczywa odpowiedzialność za sukces zespołu.

Polacy: Wiśniowski, Sajnok, Bernas, Owsian i Gradek pełnią funkcje pomocnicze, choć kto wie, zwłaszcza z występami Wiśniowskiego i Sajnoka w wiosennych klasykach można było wiązać pewne nadzieje.

Jeżeli dodamy do tego dziewięciu naszych kolarzy w kontynentalnym “CCC Development Team” projekt Dariusza Miłka może długoterminowo przełożyć się na korzyści dla naszego kolarstwa.

Cenię fakt, że jeden z najbogatszych Polaków rozwija swoją firmę, planuje ekspansję na rynki Europy Zachodniej a elementem jego strategii marketingowej jest inwestycja w kolarstwo zawodowe. Szanuję dokonania Grega van Avermaeta, jest to jeden z najwybitniejszych zawodników drugiej dekady XXIw.

Nie odbierając nikomu prawa do przeżywania sportowych emocji na swój sposób zwrócę jednak uwagę na fakt, że w sumie CCC jest drużyną jak każda inna. Obecność polskiego sponsora to miła rzecz, o ile oczywiście ktoś ma w sobie pokłady pozytywnie rozumianego patriotyzmu bazującego na ekonomii. Nasi kolarze są w niej pomocnikami, liderem jest Belg a bywają wyścigi, w których w składzie CCC nie znalazł się żaden Polak.

Wierzę, a raczej chciałbym, by tak się stało, że CCC Team będzie długoterminowym projektem, który przez swój Development Team będzie wprowadzał najbardziej utalentowanych kolarzy z naszego kraju do World Touru, tam dawał im odpowiednie wsparcie a następnie doprowadzał do mistrzostwa.

Jeszcze zimą, w podcaście Tomka Czernicha wspomniałem, że każda passa ma swój koniec a Van Avermaet miał kilka rewelacyjnych sezonów z rzędu. W nowych barwach, choć robi co może, póki co w najważniejszych wyścigach zawodzi. Być może dzieje się tak ze względu na relatywnie słabe wsparcie pomocników, być może po prostu tym razem brakuje mu jednego, ostatniego elementu decydującego o zwycięstwie lub porażce. To może być inna dyspozycja fizyczna, inny sprzęt, “zmęczenie materiału” lub cokolwiek innego. Zdarza się najlepszym.

Tak czy inaczej, zwrot z inwestycji Miłka jest póki co nieco mniejszy. Van Avermaet nie wygrywa, ekspozycja w mediach jest słabsza. Tym bardziej nie ma powodów, by przeżywać ekstazę związaną z każdym mignięciem pomarańczowej koszulki na ekranie monitora. Zwłaszcza, że można ją pomylić ze strojem Fundacion Euskadi.

Michał Kwiatkowski w wielkich tourach

To nic, że Michał Kwiatkowski stracił 1’20” do Egana Bernala i Nairo Quintany podczas podjazdu na przełęcz Turini podczas Paryż-Nicea. Cały wyścig zakończył na trzecim miejscu, nie pierwszy raz w karierze popisując się skutecznością i rozwagą przez cały tydzień. To również nic, że nie wygrał czasówki otwierającej wyścig Dookoła Kraju Basków.

Choć gdyby wygrał “Wyścig ku słońcu” dywagacji na temat jego przyszłości w wielkich tourach byłoby o wiele więcej (abstrahując od faktu, że sam zawodnik co jakiś czas przypomina, że to jest jego i marzenie i cel zarazem), myślę, że jesteśmy w momencie, gdy owe dywagacje można zakończyć. Dwukrotne podium w Paryż-Nicea, wygrane Tirreno-Adriatico, Tour de Pologne i Volta a Algarve. Do tego skuteczna jazda w górach w roli kluczowego pomocnika w zwycięskiej drużynie podczas Tour de France. Mimo równoległych ambicji związanych z dobrymi występami w wiosennych klasykach (kolejny świetny wynik w Mediolan-San Remo, deklaracja walki o zwycięstwo w Liege-Bastogne-Liege) to właściwa chwila by nie bać się stwierdzenia, że wkrótce powinniśmy zobaczyć go podejmującego próbę walki o czołowe miejsce w jednym z wielkich tourów.

Czy będzie to możliwe w zespole Sky (który wkrótce zmieni sponsora tytularnego na koncern chemiczny Ineos) czy też, by nie obudzić się o kilka lat za późno jak np. Richie Porte, potrzebna będzie do tego zmiana otoczenia trudno stwierdzić. Traktując Kwiatkowskiego z pewnym dystansem jak zawodowego sportowca a nie naszego, sympatycznego idola pora przestać bić pianę, dmuchać kolejne balony za to uzbroić się jeszcze w odrobinę cierpliwości i spodziewać się ataku na generalkę jednego z trzytygodniowych wyścigów. Bo taka jest kolej rzeczy.

Dopingowe deja vu

Nie pierwszy raz daliśmy się oszukać. Klasyczne metody poprawiania wydolności w sportach wytrzymałościowych, związane głównie z pracą nad parametrami krwi żyją i mają się dobrze. Zawodowcy: narciarze, kolarze, lekkoatleci (choć nie tylko oni), wciąż korzystają z pomocy dopingowych magików, którzy przetaczają im płyny ustrojowe czy podają epo. W mniejszych dawkach, w formie, która jak najbardziej ma odwzorowywać zachowanie organizmu poddawanego bodźcom treningowym, oszukując ekspertów badających dane z paszportów biologicznych.

Po raz kolejny aferę dopingową odkryli nie naukowcy z laboratorium a klasyczne organy ścigania. Podczas mistrzostw świata w narciarstwie klasycznym w austriackim Seefeld policja zatrzymała kilku sportowców, w tym jednego na gorącym uczynku. Do nielegalnego procederu przyznało się dwóch austriackich kolarzy: Stefan Denifl i Georg Preidler, którzy w ostatnich sezonach imponowało skuteczną i efektowną jazdą w górach. Ciekawostką jest że Denifl wygrał 17. etap Vuelta a Espana 2017. Ten sam, na którym Chris Froome przeżywał trudne chwile trapiony problemami z oddychaniem, co zaowocowało przyjęciem zwiększonej dawki salbutamolu i jedną z najdziwniejszych spraw dyscyplinarnych w historii kolarstwa.

Bez względu na to, czy mamy do współczesnego sportu wyczynowego podejście cyniczne czy też romantyczne, trzeba pogodzić się z faktami. Mniej więcej osiem lat temu w wyścigu władz antydopingowych z oszustami sportowymi udało się ograniczyć stosowanie niedozwolonego wspomagania. Obecnie szukający skróconej drogi do sławy atleci, choć nie na masową skalę, ale zaczynają znów wysuwać się na prowadzenie. Lawina jeszcze nie ruszyła, ale trzeba reagować szybko i przede wszystkim nie lekceważyć kolejnych alarmów, nie zwracając uwagi na sentymenty.

Okręt już dawno temu zatonął

Nie dajcie się nabrać na medal Mateusza Rudyka w sprincie podczas pruszkowskich mistrzostw w kolarstwie torowym. To nie tak, że Titanic tonie a orkiestra gra dalej. Okręt, jakim jest Polski Związek Kolarski zatonął już dawno temu. Co więcej, nie dajemy denatowi spokoju, tylko co miesiąc, gdy listonosz przynosi rentę wystawiamy trupa do okna, by potwierdzić, że renta wciąż się nam należy.

De facto od roku polskie kolarstwo jest finansowane bezpośrednio z Ministerstwa Sportu i Turystyki. A to za pośrednictwem komitetu olimpijskiego a to za pośrednictwem związków regionalnych. Ktoś kogoś szkoli, ktoś dostaje dotację na zgrupowanie lub start w zawodach. Ba, udało się przeprowadzić piękną imprezę mistrzowską, zapełnić trybuny zadłużonego i deficytowego obiektu a nawet zdobyć medal.

Prawda jest jednak bolesna: polskie kolarstwo w rozumieniu instytucjonalnym nie istnieje. Słów opisujących czy to indolencję, czy to złą wolę obecnego zarządu już dawno zabrakło. Kolejne niezwołane walne zgromadzenia delegatów, niedopatrzenia proceduralne, nieposprzątany bałagan, niespłacone długi i bierność to nasza codzienność.

Również działania Witolda Bańki są niejednoznaczne. Kolejne pomysły wpisujące się w szerszą politykę “narodowych projektów” rządu PiS być może mają potencjał, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że Minister Sportu i Turystyki myślami jest już bardziej przy karierze w Międzynarodowej Agencji Antydopingowej niż przy rozwiązywaniu problemów polskiego kolarstwa.

Sam mam wiele szacunku i życzliwości do wielu ludzi z “środowiska kolarskiego”, którzy poświęcili swoje życie na szkolenie młodzieży, organizację imprez, zdobywanie finansowania, układanie kalendarzy i całą masę innych, niedocenianych aktywności. Rozumiem nawet tych komentatorów i dziennikarzy, zwłaszcza bardziej doświadczonych i związanych osobiście z tym czy owym działaczem, którzy postanowili przymknąć oko na degrengoladę w PZKol na czas pruszkowskiego święta. Ostatecznie jestem też w stanie zaakceptować ciągłe wycieranie gąb dobrem tej nielicznej grupy torowców, którzy wbrew wszystkiemu (a zwłaszcza wbrew zdrowemu rozsądkowi) wyrośli nie tylko na całkiem obiecującą, ale przede wszystkim skuteczną kadrę.

Ale już dość i koniec. Mało kto w polskim sporcie dostał taki kredyt i zaufania i finansów jak kolejne zarządy PZKol. Tu nie ma żadnych “ale” i nie ma czego relatywizować i czego bronić.

Bogatemu wszystko wolno? A może jednak nie?

Zespoły Kross Racing Teamu znakomicie zaprezentowały się na trasie Cape Epic. Najważniejsza etapowa impreza w kolarstwie górskim przyciągnęła w związku z tym większą uwagę w rodzimych, rowerowych internetach.

Team Kross, w którym obok Mai Włoszczowskiej jeżdżą Ondrej Cink, Ariane Luethi i Sergio Matencon to istotny element marketingu marki. Włoszczowska i Cink to gwiazdy światowego cross country, których wyniki powinny realnie przekładać się na wzrost rozpoznawalności marki na europejskim i światowym rynku.

Oprócz sukcesów sportowych Kross odnosi też sukcesy w biznesie. Przy współudziale funduszy unijnych w Przasnyszu powstaje linia produkcyjna, na której będą produkowane karbonowe ramy rowerowe. Biorąc pod uwagę, że gros marek ma swoje linie w zakładach na dalekim wschodzie a samo wytwarzanie kompozytowych komponentów jest tematem dość innowacyjnym, mamy więc niewątpliwy powód do dumy.

Mimo to pojawiało się wiele głosów, że firma nie dość angażuje się w rozwój polskiego kolarstwa górskiego. Obecność Mai Włoszczowskiej poniekąd zamyka temat, ale trzeba pamiętać, że jej przygotowania, jako medalistki olimpijskiej są finansowane z budżetu państwa. Po odejściu Bartka Wawaka, zespół wprost nie sponsoruje “naszych nadziei” w cross country czy nie przyczynia się do walki o olimpijskie nominacje. Równocześnie trzeba pamiętać, że ze wsparcia Krossa korzysta np. “Huzar Bike Academy” a także część zawodników indywidualnych.

Oczekiwania względem marki o takich ambicjach są uzasadnione. Nie widzę nic złego w wywieraniu presji na firmę by ta np. zainwestowała nie tylko w gwiazdy ze Szwajcarii, ale też, analogicznie do Miłka z CCC, w “development team” czy choćby dołączenie do składu dwójki stażystów. Tak, od korporacji, od wielkiego biznesu należy wymagać i oczekiwać. Kross to ciekawa firma z dużymi planami i choćby ze względu na inwestycje w innowacyjną produkcję należy jej kibicować.

Osobiście stoję jednak na stanowisku, że z markami raczej nie ma co sympatyzować (chyba, że jest się ich udziałowcem ;) ), do momentu, gdy szersza polityka i wykonywane gesty takiej sympatii nie zbudują. Kross odrobił już lekcję z marketingu i chylę czoła przed ich umiejętnościami komunikacji i storytellingu. Ale, tak, chcę więcej także w dziedzinie CSR i większego zaangażowania w krajowy sport. Bo zajmuję się kolarstwem, zatem argument, że Kross jest fajny, bo ma w Polsce fabrykę, płaci podatki i zatrudnia ludzi zostawiam przedstawicielom Business Center Club goszczącym w ekonomicznej audycji radia TOK FM.

Przegrzanie

Z pewną satysfakcję i przyjemnością śledzę kolejne projekty prezentujące autorskie treści o tematyce około kolarskiej. Równocześnie mam wrażenie, że w tym roku byliśmy szczególnie głodni nie tylko rywalizacji w zawodowym peletonie, ale też ich komentowania. Torowe mistrzostwa świata, CCC w World Tourze, Kross na Cape Epic, dobre wyniki Michała Kwiatkowskiego, solidna postawa szeroko pojętej kadry mtb, do tego bardzo intensywny sezon przełajowy i gwiazdy cyclocrossu (Van der Poel, van Aert) bez kompleksów wchodzące do szosowej czołówki. W lutym można było poczuć się niemal jak w pełni sezonu.

Nie będę ściemniał, sam w pewnym momencie dałem się ponieść polowaniu na newsy i łapaniu się gorących tematów by ściągać ruch i aplauz publiczności. Mam nadzieję, że refleksja, by nie bawić się w prymitywny “newsjacking” przyszła w odpowiednim momencie.

Wciąż wzór czy też wzory kolarskiej publicystyki istnieją głównie w językach obcych. Analiza i komentarz bieżących wydarzeń skupiają się tam na mniej oczywistych aspektach spraw, nawet tych najgorętszych. Więcej jest odwagi i dystansu, mniej obaw o podważenie pozycji “świętych krów”. Kolarze traktowani są równiej: zarówno ci, którzy popełniają błędy, ci, którzy są na topie jak i ci, którzy przeżywają trudne chwile.

W tym tonie wynikami, które sprawiły mi najwięcej satysfakcji były wygrane Zdenka Stybara w Omloop Het Nieuwsblad i przede wszystkim BinckBank Classic oraz Alexandra Kristoffa w Gandawa – Wevelgem. Stybar, który stawiany był przez lata jako jeden z najbardziej “niespełnionych” w zawodowym peletonie dołożył tej wiosny do swojego CV dwa znakomite rezultaty. Z kolei na Kristoffie wielu komentatorów już dawno “położyło krzyżyk” a tymczasem Norweg wyraźnie zaczyna nawiązywać do swoich największych osiągnięć sprzed kilku sezonów.

Jaki z tego wniosek? Jeden i prosty :). Wracam do Was z nowymi dostawami jakościowych treści. Najlepszych, na jakie mnie stać.

Zdjęcie okładkowe: Larisa Birta on Unsplash

Skomentuj

Komentarze

Powered by Facebook Comments