Niemieckie czasopismo o rowerach górskich wydawane od 1989 roku doczekało się polskiej edycji. Tak jak wielu z Was, wkrótce po premierze kupiłem premierowy numer. Czy mnie czymś zaskoczył?
Będąc młodą lekarką, pardon, mając naście lat i żyjąc w Polsce końca lat dziewięćdziesiątych, ?niemiecki bajk? był dla mnie i wielu kolegów pismem referencyjnym. Testy w laboratorium, dostęp do nowinek technicznych i trendów oraz zdjęcia z niedostępnych krain takich jak włoska Garda budziły błysk w oku. Po kilkunastu latach newsy mam codziennie na komórce, na zgrupowanie w ciepłe kraje pojechali ?wszyscy? a specjalistami od testów i opinii po drodze staliśmy się sami zdobywając kolejne doświadczenia na szlakach i szosach.
Zatem? Fajne pismo, chociaż nie dla mnie. Z drugiej strony http://magazynbike.pl/ jest naprawdę dobra. Odwiedzam ją przynajmniej kilka razy w tygodniu. Być może nie jest najbardziej aktualną stroną rowerową, jaką znam, ale prezentowane tam adwertoriale czyta i ogląda się nad wyraz przyjemnie. Odrobiona lekcja z user experience, wszystko czytelne plus eleganckie zdjęcia bardzo wysokiej jakości. A za kilka wywiadów (m.in. z Bartoszem Huzarskim) chętnie dokonałbym mikropłatności, gdyby zaszła taka potrzeba.
Historia, którą wszyscy znamy na wylot. Lance Armstrong, znakomity kolarz, skutecznie wyleczony z choroby nowotworowej powrócił do sportu i zdominował go na siedem długich lat. Po kolejnych ośmiu zostało dowiedzione, że oszukiwał. Wybitny dokumentalista Alex Gibney też dał się zwieść pięknej historii i postanowił zrobić o tym film.
Parafrazując podtytuł pierwszej, bestselerowej książki Armstronga, ten obraz jest ?nie tylko o kłamstwie?. To dopełnienie spowiedzi Tylera Hamiltona, setek stron raportu WADA czy wywiadu z Johantanem Vaughtersem. To także portret wyczynowego sportu przełomu XX i XXI wieku. Anglojęzyczni recenzenci dodają jeszcze, że Alex Gibney po raz kolejny sięga po swój ulubiony temat, czyli nadużycie władzy. Z pewnością tak jest, spora część filmu skupia się na sposobie, w jaki Armstrong rozwiązywał problemy z małżeństwem Andreau, Filippo Simeonim, Emmą O?Reilly czy Davidem Walshem. Cała ta historia jest jednak dobrze znana, opisana i zrelacjonowana setkami tysięcy słów.
W dwugodzinnym dokumencie dostajemy coś więcej. Huśtawkę emocji związaną z przebiegiem kariery wybitnej gwiazdy sportu. Gibney przypomina najbardziej dramatyczne momenty: atak na Alpe d?Huez, upadek na Luz Ardiden, koszmarną kraksę Joseby Belokiego i słynną jazdę Armstronga na przełaj przez pola. Kolejne części opowiadania przeplatane są kadrami z trasy Tour de France: słoneczniki, opalający się kibice, kolumna reklamowa. Atmosfera radosnego święta i triumfu w porównaniu z wiedzą, którą dysponujemy daje dramatyczny efekt.
Kontekstem dla całej historii jest postać technokraty Michele Ferrariego (w jednym z nielicznych wywiadów przed kamerą!), który z fascynacją opowiada o przesuwaniu granic ludzkich możliwości. O tym, że sukces w wielkim tourze można wyliczyć, przygotować a później niemal tylko siedzieć i patrzeć. Armstrong do końca swojej kariery potajemnie kontaktował się z ?doktorem zło?, także podczas swojego come backu w 2009r, jednak nie zastosował się do głównej zasady włoskiego fizjologa: nie dać się złapać.
Michele Ferrari, choć ordynował stosowanie EPO, testosteronu i hormonu wzrostu wielu sportowcom, równocześnie dbał o to, by jego podopieczni trzymali się granic i nie byli zbyt zachłanni. Z dużym prawdopodobieństwem można stwierdzić, że właśnie zachłanność ostatecznie zgubiła Armstronga. Swoim powrotem z emerytury rozsierdził byłych współpracowników i współczesnych rywali. Co więcej, musiał się zmagać z nową rzeczywistością, której do końca nie znał i w której to nie on ustalał reguły, co doprowadziło do błędów. Trzy lata później został odarty z godności i tytułów. Przewijające się przez cały film „dlaczego wrócił” pozostaje bez odpowiedzi.
Ole Einar Bjoerndalen, Michael Phelps, Sebastian Loeb. „Kosmici” współczesnego sportu. Bili rekordy, czego dotknęli, zamieniało się w złoto. Czy za pół wieku nadal będą punktem odniesienia dla kolejnych pokoleń? W kolarstwie legenda jest jedna. To Eddy Merckx.
Książka Daniela Friebe „Kanibal” nie jest autoryzowaną biografią najwybitniejszego kolarza. To zbiór relacji naocznych świadków, współpracowników i rywali, którzy uczestniczyli w przemianie, jakiej uległy wyścigi na rowerach pod wpływem jedynego czynnika. Merckx, genialny belgijski zawodnik popchnął tę dyscyplinę o kilka dekad do przodu, samemu pisząc historię za kilkanaście osób. Nazwać jego portfolio imponującym to mało a dokonania późniejszych generacji kolarzy nawet jeśli wybitne, są tylko wycinkiem tego, co sam Merckx wywalczył w czasie swojej kariery.
Daniel Friebe „Eddy Merckx Kanibal” wyd. Veni Vidi Vici 2013
Historia, którą brytyjski dziennikarz snuje w swojej publikacji jest co do zasady znana. Gimondi, Van Looy, Ocana i wielu innych, których wielki talent roztrzaskał się o geniusz Merckxa dają kontekst by przybliżyć postać wielkiego Belga. Dla mnie najważniejsze nie jest jednak podążanie za losami samego kolarza a za losami kolarstwa jako takiego. Proces modernizacji konserwatywnej dyscypliny, który rozpoczął się od prób przełamania miażdżącej dominacji „Kanibala” trwa do dziś.
Podróż w przeszłość prowadzi do czasów, gdy wielu zawodowców przygotowania do sezonu zaczynało raptem na kilka tygodni przed rozpoczęciem wiosny a dziennikarze kreowali gwiazdy lub łamali ich kariery. Drukowane gazety sprzedawały milionowe nakłady z sylewtkami walczących rowerzystów na swoich „jedynkach”. Wycieńczeni atleci jedyne po co sięgali to po bidony z wodą lub prymitywne stymulanty a siedem minut straty w klasyfikacji generalnej wielkiego touru było różnicą możliwą do odrobienia.
Gdy na scenę wchodzi Eddy Merckx, ze swoim katorżniczym, jak na tamte czasy, treningiem i niespotykaną wolą walki wszystko się zmienia. Jego absolutna dominacja trwa około sześciu lat, w czasie których wygrywa praktycznie wszystko, co było do wygrania. Złamać hegemonię jest w stanie dopiero kolejne pokolenie: młodsze, wypoczęte i wyposażone w nowszy typ farmakologii.
Nie wiem, czy Merckx będący granicą między starym a nowym sportem odnalazłby się dziś. W czasach, gdy głównym źródłem informacji i komunikacji na linii kolarze – fani jest Twitter a kolarze i ich sponsorzy angażują gigantyczne środki, by przygotować się do jednego startu w sezonie. Wśród fanów sportu od tamtych czasów niezmienne jest jedno. Wciąż buczą przy trasach, gdy ktoś zbytnio zdominował rywalizację.
Książkę przeczytałem dzięki uprzejmości wydawnictwa Veni Vidi Vici.
Tyler Hamilton podobno jest miłym gościem. Drugi kolarz Giro d?Italia, czwarty Tour de France, złoty medalista olimpijski. Giermek, przyjaciel a później rywal Lance?a Armstronga. Lubiany przez kolegów. Wrażliwy i sympatyczny. Równolegle, pierwszy w historii zawodnik odarty z zaszczytów po pozytywnym teście na transfuzję krwi. Wraz z Danielem Coylem, wybitnym dziennikarzem, spisał i wydał swoje wspomnienia w formie książki ?Wyścig Tajemnic?. Czy mimo odrażającego procederu, który uprawiał jestem nadal w stanie patrzeć na Tylera Hamiltona z sympatią?
Okładka książki „Wyścig Tajemnic”. ? fot. własne
Gdyby nie całokształt postaci, na usta cisnęłoby się jedno stwierdzenie. Hamilton napisał książkę i publicznie się ?wyspowiadał? z dwóch powodów: z zemsty i dla pieniędzy. Bez tej książki oraz bez współpracy z Amerykańską Agencją Antydipingową (WADA) Lance Armstrong prawdopodobnie nadal byłby siedmiokrotnym zwycięzcą Tour de France. Spora część wspomnień zawartych w ?Wyścigu Tajemnic? dotyczy właśnie Armstronga. Hamilton nie pisze o nim jednak wyłącznie jak o sportowym oszuście. Przedstawiona historia relacji między przyjaciółmi, wspólnikami, wreszcie rywalami i wrogami rzuca szersze światło na jedną z najbardziej kontrowersyjnych postaci w dziejach nowożytnego sportu. Mam wrażenie, że nawet we własnych wspomnieniach Hamilton pozostaje w cieniu ?Bossa?. To chyba najbardziej przykry element całej tej historii.
Abstrahując od powodów, dlaczego Armstrong zdecydydował się zbudować swoją quasi-przestępczą organizację, można przyjrzeć się metodom, jak to osiągnął i w jaki sposób był tak bardzo skuteczny przez siedem lat pod rząd. Czy Lance to psychopata (a chcąc być zgodnym z terminologią, osoba o osobowości dysscocjalnej)? Być może. Jeśli wyjątkowa charyzma, umiejętność wpływu na innych granicząca z rodzajem uwodzenia w połączeniu z nieliczeniem się z kosztami, utylitarnym traktowaniem współpracowników, partnerów i przyjaciół oraz stosowaniem przemocy wystarczają, by to udowodnić, to tak. Tyler Hamilton z Danielem Coylem nie stawiają takiej tezy, ale czytając o relacji Armstronga – mistrza z Hamiltonem – uczniem do takich wniosków można dojść. Co więcej, gdy któryś z podwładnych, tak jak autor ?Wyścigu Tajemnic? zaczynał, mimo nierównych szans (Armstrong pewne substancje czy metody pozostawiał wyłącznie dla siebie) zbliżać się poziomem do Lance?a, stawał się persona non grata, odchodził (często będąc do tego zmuszonym) a następnie w nie do końca jasnych okolicznościach wpadał na dopingu.
Cały schemat, jeśli prześledzić kariery Armstronga oraz jego pomocników, z perspektywy czasu jest widoczny i bez książki Hamiltona. Wiele przesłanek o takim właśnie przebiegu wydarzeń pojawiało się w trakcie czynnej kariery byłego, siedmiokrotnego triumfatora Tour de France. Do znanych lub możliwych do wydedukowania faktów z dziejów ekipy US Postal, Tyler Hamilton dodaje jednak coś więcej. Opowida o współpracy i relacjach z dwojgiem specjalistów, którzy wprowadzili na szczyt wielu profesjonalnych sportowców: Eufemiano Fuentesem i Luigi Cecchinim. Obaj bezkompromisowi, obaj niezwykle skuteczni. Ten pierwszy to ?wcielone zło?, cyniczny i bezczelny gwiazdor świata dopingu. Ten drugi to tylko i aż trener, który prowadził wybitnych atletów, jednak zachował czyste ręce. To nie on podawał, ordynował i dostarczał zabronione środki. Owszem, znał ich działanie na wylot, jednak skupiał się na układaniu morderczych planów ćwiczeń dla swoich podopiecznych.
Tyler Hamilton ze złamanym obojczykiem walczy na trasie Tour de France
Duet Fuentes-Cecchini doprowadził Hamiltona do punktu, w którym ten stał się idolem wielu kibiców. Poturbowany, ze złamanym obojczykiem, amerykański kolarz rywalizował z najlepszymi. Dodatkowo, choć z Armstrongiem nie było mu już po drodze, grał wobec niego fair. Przynajmniej w części dotyczącej zachowania na szosie. Nie umniejaszając jego heroizmowi, przed kluczowymi etapami oraz by lepiej znosić jazdę z kontuzją, Hamilton robił bowiem to, co wszyscy. Przetaczał krew. Sytuacja powtórzyła się rok później, gdzie oprócz złamanych kości kolarz zmagał się z chorobą ukochanego psa. Dysonans jest spory, ponieważ ten, twardy jak skała z jednej i niezmiernie wrażliwy z drugiej strony człowiek podjął wiele lat wcześniej wybór. Chciał dojść na szczyt, wygrać Tour de France i by to zrobić musiał się dopingować. Czy gdyby nie Armstrong i jego otoczenie, zrezygnowałby z tego?
Niewątpliwie Tyler Hamilton był talentem sporego formatu i bez niedozwolonego wspomagania. Świadczą o tym rezulataty osiągane ?na czysto?, przed i po okresie gdy współpracował z Michele Ferrarim a następnie z Eufemiano Fuentesem. Nie był również człowiekiem pazernym na zaszczyty i pieniądze. Mimo licznych problemów osobistych (doping i związane z nim nielegalne procedury przysłużyły się jego tendencjom do depresji), nie popadł nigdy w tarapaty finansowe, również jego życie prywatne i sposób, w jaki o nim opowiada sugerują, że jest raczej przyzwoitym człowiekiem.
Pytanie więc, gdzie popełnił błąd? Dlaczego w pewnym momencie nie powiedział ?stop?, jak Christophe Bassons czy Jonathan Vaughters? Przerost ambicji? A może jego autodestrukcyjne zapędy? Z pewnością można powiedzieć tylko jedno. Tyler Hamilton to zarówno dziecko jak i ofiara panujących na przełomie wieków zwyczajów panujących w sporcie wyczynowym. Warunków, w których doping, przez niewydolne procedury był niemal niewykrywalny a przez panującą wśród zawodników kulturę akceptowany, tolerowany a nawet propagowany. Specyficznego wyścigu biochemicznych zbrojeń, w którym przewodzili Lance Armstrong i Johann Bruyneel. ?Wyścigu Tajemnic?, w którym wszyscy przegrali.
Książkę autorstwa Daniela Coyle?a i Tylera Hamiltona przeczytałem dzięki uprzejmości wydawnictwa Sine Qua Non
Danny Boyle robi dobre filmy o ćpaniu. „127 godzin” nie jest – jak Trainspotting – o nielegalnym przyswajaniu heroiny. Mówi o aktywnym spędzaniu czasu na świeżym powietrzu: bieganiu, jeździe na rowerze, wspinaczce. Ćpanie jest w podtekście.
W tekście będą spoilery. Film jest sprzed roku a do tego to niemal dokument. Historia jest znana, a nawet jeśli nie, to dość szybko można zorientować się, jak zostanie rozwiązany główny problem bohatera. Aron Ralston to inżynier, który po pracy zrzuca korporacyjną dyscyplinę i korzysta z życia. Monotonię codzienności rekompensują mu wrażenia, jakich dostarcza sobie pokonując górskie szlaki na różne, uznawane za ekstremalne sposoby. W trakcie jednej z przygód grzęźnie w jaskini. Ramię przygniata mu blisko półtonowa skała. Ostatecznie po pięciu dniach w desperacji przy pomocy wyciągu łamie rękę i tępą podróbką Laethermana ucina pozostałości kończyny. Na końcu mamy happy end: bohatera zabiera helikopter i transportuje do szpitala. Po okresie rehabilitacji Ralston dostaje protezę, nadal biega i się wspina, poznaje życiową partnerkę. Jest szczęśliwy. Ach, i zawsze informuje o tym, gdzie wybiera się na wycieczkę, czego przed feralną wyprawą do kanionu Niebieskiego Johna w Utah nie zrobił.
Boyle dobrał świetną muzykę, zbudował dramaturgię i akcję rewelacyjnymi zdjęciami i dynamicznym montażem. Jest drastycznie, ale cool. Do tego sam Ralston twierdzi, że reżyser niemal w 100% oddał realizm sytuacji, którą przeżył. Jeśli tak jest, to… mam pewne wątpliwości.
Główny, a w zasadzie jedyny bohater tej historii w ciągu pięciu dni uwięzienia dojrzewa. Na ostateczny krok – amputację decyduje się nie tyle wtedy, gdy jest już u kresu sił a gdy, pod wpływem wycieńczenia, halucynacji i czasu spędzonego na przemyśleniach oraz analizach własnego życia doznaje katharsis. Kości łamią się, gdy sam przed sobą przyznaje, że był złym człowiekiem. Że ćpał. Tyle, że nie „adrenalinę”, skałę, powietrze, prędkość. Ćpał samego siebie napawając się własną zajebistością górskiego wyjadacza mając w głębokim poważaniu ludzi, którzy go otaczają. Gdy już to wszystko sobie uświadamia, w imię woli przeżycia okalecza się, podejmuje heroiczny wysiłek i – tracąc po drodze 1/4 krwi – dociera do cywilizacji.
Czy w tym miejscu zaczyna się oszustwo? Nie wiadomo, bo nie wiadomo, co tak naprawdę dzieje się w głowie Ralstona. Wiadomo za to, czym zajmuje się obecnie. Właściwie tym samym, tyle, że z protezą ręki. Wspina się nawet bardziej intensywnie, bijąc różnorakie rekordy w górach Colorado. Planuje wejść na Everest. Został człowiekiem roku magazynów GQ i Vanity Fair. Pisze książki (o sobie), daje motywujące wykłady (płatne ok. 25tyś dolarów, tematyka „jak nie straciłem ręki a odzyskałem życie”). Jest celebrytą w licznych programach tv. Czasami do swojej działalności podpina ideologię ekologiczną. Krótko mówiąc, nadal ćpa siebie.
Wygląda więc na to, że żyje jeszcze bardziej intensywnie niż przed wypadkiem. Ciekawe, jak na to zapatruje się jego szanowna małżonka, prawdopodobnie będąca jakieś 200 dni sama w domu. Nawet, jeśli – wow – dostaje informację, gdzie jej wybranek obecnie się znajduje.
Temat „życie osobiste wyczynowych sportowców” zostawiam póki co na jesienne wieczory. Ale do niego wrócę.
Trailer filmu 127 godzin
P.S. W kinie byłem wieczorem po kolejnej wycieczce w Tatry. Solidnie pobiegałem. Miałem ze sobą: plecak z dwulitrowym workiem na wodę oraz bidon 500ml, zapas termoaktywnych ciuchów, szwajcarski scyzoryk, batony energetyczne. Dobre buty. Monitor pracy serca. Wszystkoodporną komórkę z gps. Po sześciu godzinach bateria padła „bo tak”. Było miło, zaplanowaną trasę zrobiłem, urywając 65% sugerowanego czasu. Biegłem sam. Na ile to w Tatrach możliwe, wybierałem mało uczęszczane szlaki. Ach ta satysfakcja z bycia wyjątkowym.