Kategoria: Recenzje

  • Fair Play – o dopingu i bezpiece

    Fair Play – o dopingu i bezpiece

    Historia zawodniczki, która staje przed wyborem: brać doping, jechać na Igrzyska Olimpijskie i odmienić swoją przyszłość, czy żyć zgodnie z zasadami by w konsekwencji skończyć marnie. Kolejna odsłona opowieści o niedozwolonym wspomaganiu, tym razem w czeskim filmie ?Fair Play?.

    Czeska kinematografia znana jest z tego, że nawet, gdy nie wypuszcza na rynek kolejnego arcydzieła, średni poziom tamtejszych filmów jest wysoki. Podobno ma to związek z niskim współczynnikiem Giniego, dzięki czemu ludziom żyje się w miarę dostatnio co pozytywnie wpływa na rozwój kultury, w tym popularnej.

    ?Fair Play? to kolejna wersja tej samej historii. Ponieważ od lat śledzę temat dopingu w sporcie, czytałem i oglądałem dziesiątki filmów, książek, wywiadów i dokumentów, pokazany w tym konkretnym obrazie mechanizm nie jest w żaden sposób zaskakujący. Zawsze chodzi o to samo: wybór ciemnej lub jasnej strony mocy. Tym razem, poza samym wyborem ważny jest również jego kontekst.

    Poznajemy młodą, utalentowaną lekkoatletkę specjalizującą się w biegu na 200m, Annę, w kluczowym momencie jej kariery, niedługo przed Igrzyskami Olimpijskimi w Los Angeles (1984r). Aby móc konkurować z reprezentacjami innych krajów ?bloku wschodniego?, zwłaszcza ?sowietami? i ?enerdowcami?, przedstawiciele czechosłowackiego aparatu partyjnego postanawiają rozpocząć program wspomagania kadrowiczek stanozololem. To ten sam środek, na którym ?wpadł? niesławny Ben Johnson, a który występuje pod nazwą ?Winstrol? oraz, z czym mamy do czynienia w tym wypadku, ?Stromba?.

    Choć wszystko odbywa się pod nadzorem lekarzy a nasza bohaterka notuje kolejne przyrosty formy, ciężko trenując doznaje zapaści i trafia do szpitala. W obawie o własne zdrowie, ale też mają wątpliwości co do etycznych aspektów całego procederu zaczyna się wahać.

    To co do zasady ta sama historia, którą oglądaliśmy w ?Małej Królowej?, czyli fabularyzowanej opowieści o Genevieve Jeanson, znamy z książki Tylera Hamiltona oraz z wywiadów i zeznań wielu sportowców odnoszących sukcesy w latach 1990-2005.

    Tyle tylko, że w przypadku ?Fair Play? dodatkowym czynnikiem są realia ?demokracji ludowej?, gdzie poza aspektem materialnym i emocjonalnym sportowego sukcesu mamy do czynienia z polityką.

    Za systemem dopingowym w Czechosłowacji, tak jak w każdym, innym kraju zza ?żelaznej kurtyny? nie stoją prywatne firmy, lecz państwo. Państwo, dysponujące własnym aparatem represji, nie stroniące od szantażu, podsłuchu, lubujące się w aresztowaniach, zastraszaniu i oparte o siatkę donosicieli.

    Przez to presja, pod którą postawiona jest główna bohaterka jest większa a wybór, przed którym staje jeszcze trudniejszy.

    Poza historią dopingu, w ?Fair Play? dostajemy wiele smaczków związanych z życiem wyczynowego sportowca w latach ?80. Specyficzna ?stylówka?, której nie powstydziliby się współcześni hipsterzy, nowatorskie wówczas metody treningowe oraz diagnostyczne w połączeniu z realiami krajów ?socjalistycznych? tworzą razem niepowtarzalny klimat.

    Film jest ładnie sfotografowany, kolorystyką nawiązuje do ?wypłowiałych? materiałów światłoczułych ORWO (których nota bene reklama pojawia się w scenie decydujących o kwalifikacji na IO zawodów). Mimo rozgrywających się na ekranie kolejnych dramatów, historia toczy się z zachowaniem pewnej dozy stoicyzmu. Dzięki temu jest to póki co najlepszy obraz o dopingu w sporcie z tych, które do tej pory widziałem, ponieważ broni się jako niezłe kino samo w sobie.

    ?Fair Play?
    Czechy 2014
    Reżyseria: Andrea Sedláčková
    Czas: 100 minut

    Film miał swoją premierę w 2014r, do polskich kin wszedł pod koniec października 2016

  • Czesław Lang – Zawodowiec

    Czesław Lang – Zawodowiec

    Historia utalentowanego, skutecznego sportowca i człowieka sukcesu. Medal igrzysk olimpijskich przekuty w pierwszy kontrakt zawodowego kolarza z bloku wschodniego, z którego z kolei wyrósł wyścig zaliczany do World Touru.

    Mam duży szacunek do Czesława Langa. Jasne, czasem pod adresem jego wyścigu napiszę kilka cierpkich słów, ale co do zasady nie tylko przyznaję mu rację, ale też cieszę się jego sukcesem. Lang bowiem zbudował najważniejsze, cykliczne wydarzenie sportowe w Polsce, ale też wiele razy pociągnął nasze kolarstwo ku lepszemu światu.

    Czy to jako pierwszy wyjeżdżając na „zachód” i przecierając szlaki dla swoich następców czy też wprowadzając kolarstwo zawodowe na nasze szosy, czy wreszcie, przez wiele lat budując i finansując kolarstwo górskie. Przy tym wszystkim, po raptem kilku okazjach do spotkania twarzą w twarzą, kojarzę go jako postać serdeczną i otwartą, co wcale nie jest takie oczywiste, gdy mówimy o ludziach sukcesu.

    Ale po kolei. „Zawodowiec” to autobiografia Czesława Langa, napisana przy pomocy Grzegorza Kalinowskiego. I chyba nie tylko jego, ale o tym za chwilę.

    Właściciela Lang Teamu, twórcę Tour de Pologne w zawodowym wydaniu i srebrnego medalistę Igrzysk Olimpijskich w Moskwie poznajemy chronologicznie, krok po kroku, zaczynając od korzeni na Kresach idąc, klasycznie, przez pierwszy rower, pierwszy wyścig, pierwszy klub, pierwszą grupę zawodową, pierwszy biznes a kończąc na dostatnim, choć aktywnym życiu człowieka w pełni wieku, zmieniającego nawyki żywieniowe swoje i swoich bliskich.

    https://www.instagram.com/p/BMJz4Bxh2yz/

    Kolarstwem pasjonuję się od wczesnego dzieciństwa. Byłem za mały, by kojarzyć nazwisko Lang, ale o Piaseckim słyszałem już dość sporo. Z zapartym tchem śledziłem schyłkową erę Wyścigu Pokoju, imprezy, bez której nie byłoby ani Piaseckiego, ani Langa ani „złotego wieku polskiego kolarstwa”.

    Spora, i najbardziej ciekawa, część autobiografii Czesława Langa to rodzaj przewodnika po polskim kolarstwie lat ’60, ”70 i ’80 XXw. Tekst co chwilę przerywany jest krótkimi notkami biograficznymi największych gwiazd peletonu tamtych czasów, które co kilka stron dodają kilka słów od siebie, uzupełniając wspomnienia naszego bohatera i dodając im nieco swojej perspektywy.

    Dostajemy więc w ten sposób ciekawe kompendium, cenne zwłaszcza dla zaczynających się interesować kolarstwem, lub po prostu młodszych fanów. Choć wiele, jeśli nie większość anegdot i historii można było gdzieś wcześniej przeczytać i usłyszeć, ponieważ pochodzą z „ery przedinternetowej” i nie są zaindeksowane przez Google, uwiecznienie ich w takiej formie to dobry pomysł.

    Przybliżenie realiów sportu w PRLu, zarówno amatorskiego, na poziomie szkolnym i klubowym jak i później, kadry narodowej, będzie dla wielu szokiem i niezwykłą lekcją. Tym bardziej, że Lang prezentuje wspomnienia ze stoickim spokojem, nie żaląc się ani też nie gloryfikując przeszłości. Podobnie prezentuje swoją przygodę z wyjazdem na „Zachód”, zmianą realiów, stylu życia i warunków uprawiania sportu.

    Być może niektórych czytelników może nieco zmęczyć wymienianie kolejnych wyników osiąganych przez naszego bohatera, mnie przy tej okazji nasunęła się pewna, dość istotna refleksja. Lang był znakomitym kolarzem, ale jednym z wielu. O zawodnikach, którzy od czasu do czasu wygrają etap w wyścigu World Touru czy imprezie klasy .HC często zapominamy, skupiając się na bohaterach wielkich tourów czy „monumentów”. Tymczasem tacy jak Lang to, realnie rzecz ujmując, światowy top, creme de la creme tego sportu i każde zwycięstwo na tym poziomie jest niezmiernie cenne. Jeśli ktoś jest ich w stanie zgromadzić kilka, jest postacią wybitną.

    Później jest niestety gorzej, ponieważ przechodzimy do ery, w której Czesław Lang staje się właścicielem Tour de Pologne. O ile wspomnienia z dzieciństwa czy kariery sportowej mają pewien rys osobisty, o tyle etap życia związany z prowadzeniem firmy – wyścigu ma bardziej charakter kroniki. Niewiele jest kulisów organizacji, mechanizmów decydujących o tym, że nasz narodowy wyścig wygląda tak, jak wygląda. To ciągle ta sama, nieco już zgrana historia „kolarskiej ligi mistrzów”, którą co roku serwuje nam biuro prasowe Lang Teamu i przetwarza większość zaangażowanych we współpracę z Tour de Pologne mediów.

    Ta część wygląda raczej, jakby bardziej niż sam Lang, przy jej tworzeniu pracował rzecznik prasowy czy też dział marketingu. A szkoda, bo mimo wszystko właśnie ta sfera najbardziej mnie intryguje, biorąc pod uwagę niewątpliwy sukces i konsekwencję, z jaką budowany jest TdP i jego marka. Cóż, może uda mi się kiedyś o tym z Czesławem Langiem po prostu porozmawiać.

    Na koniec dostajemy krótki obraz Langa jako osoby prywatnej. Życie człowieka sukcesu, spełnionego lecz wciąż aktywnego, nawet, jeśli nie pozbawione problemów osobistych czy zdrowotnych prezentuje się imponująco. I choć pewnie zasługuje na książkę ciekawszą, bardziej porywającą, wierzę, że tak jak ze swoich dokonań: sportowych, biznesowych i osobistych Lang jest z niej zadowolony.

    Bo jeśli czegoś nas uczy, to po pierwsze, by ciężko pracować na swój sukces a po drugie, co jest często trudniejsze, gdy już przyjdzie, samemu przed sobą go docenić.

    Czesław Lang, Zawodowiec
    Wydawnictwo Akurat 2016
    320 stron
    Ebooka oraz wydanie papierowe można kupić od 25zł

  • The Program – Strategia Mistrza

    The Program – Strategia Mistrza

    Historia, którą wszyscy znamy, wiemy jak się kończy i przerabialiśmy setki razy. Teraz na ekranach kin w obrazie, który niewiele wnosi. ?Strategia Mistrza? to stracona szansa, ale czy także strata czasu?

    Lata 1999-2010 to w kolarstwie ?Era Armstronga?. Amerykański kolarz, były mistrz świata, którego kariera została nagle przerwana wykryciem nowotworu i chemioterapią powrócił na szosę by dominować w tym sporcie przez kolejną dekadę. Nawet wtedy, gdy na chwilę zawiesił rower na haku, jego cień ciążył nad zawodowym peletonem, a porzucenie emerytury i ponowny start w Tour de France stały się jedną z przyczyn upadku zawodnika zwanego ?Bossem?.

    Lance Armstrong to ikona popkultury. Heros, inspirujący miliony ludzi na świecie, który nawet po przyznaniu się do winy: przyjmowania niedozwolonych środków i zorganizowania niezmiernie skutecznego systemu unikania odpowiedzialności nie stracił licznych fanów.

    To postać tak głośna, że choć kolarstwo nie należy do najchętniej śledzonych dyscyplin sportu, najważniejsze elementy historii Armstronga obiły się o uszy niemal wszystkim.

    W tym miejscu pojawia się największa słabość filmu ?Strategia Mistrza?. Stuminutowy obraz skupia się niemal wyłącznie na wymienianiu kolejnych faktów i powielaniu najbardziej popularnych obrazów. Grający główną rolę Ben Foster do perfekcji opanował mimikę i sposób wypowiedzi Armstronga, wiele kadrów wiernie kopiuje sceny przetwarzane przez media dziesiątki razy. Z kolei Dustin Hoffman pojawiający się na drugim planie jako Bob Hamman z SCA Promotions (firmy, która wypłacała kolarzowi premie za kolejne zwycięstwa w Tour de France) wnosi pewien powiew świeżości. W tle brzmi niezła muzyka (Radiohead, Primal Scream, Leonard Cohen), ale także to nie ratuje całości.

    Dla fanów kolarstwa ?The Program? czy też po polsku ?Strategia Mistrza? nie będzie żadną rewelacją. Film to głównie ?gadające głowy? w stylu średniej klasy seriali. Przygotowanych przez markę Condor replik rowerów z epoki niemal nie widać a ?kultowe? sweterki Michele Ferrariego i jego zabawny akcent odwracają uwagę od istoty problemu, jakim było powszechne, niedozwolone wspomaganie w sporcie lat dziewięćdziesiątych.

    Z kolei nierowerowi widzowie (zaprosiliśmy na seans ?grupę kontrolną? ;) ) będą zmęczeni tempem, chaosem, brakiem pointy i widocznymi brakami w budżecie (poziom realizacji przypomina bardziej filmy telewizyjnego Hallmarku niż hollywoodzkiej superprodukcji).

    Jeśli szukacie obrazu, który pogłębia historię Lance?a Armstronga, sięgnijcie po dokument ?The Armstrong Lie?. Zawiera w sobie nie tylko sporą porcję refleksji a dla wielu widzów dostarczy nowych informacji, jest także po prostu lepszym filmem jako takim. Z kolei ?Mała Królowa?, fabularyzowana opowieść o Genevieve Jeanson, choć ma bardziej kameralny charakter niż ?Strategia Mistrza? o wiele lepiej prezentuje skomplikowane aspekty dopingu: fizjologiczne, prawne i przede wszystkim osobiste.

    Dla odmiany ?The Program? to nic innego jak próba tak zwanego odcinania kuponów od głośnego skandalu i właściwie nic ponad to. Szkoda.

  • Szosa do czytania

    Szosa do czytania

    Gdy wydawało się, że na naszym rynku nie tylko nie ma już miejsca na kolejne wydawnictwo rowerowe, ale też na inny format niż znane dotychczas, pojawiła się ?Szosa?. Pierwszy numer to zdecydowany powiew świeżości i równoczesne pytanie, dlaczego na rowerowy magazyn, który można po prostu poczytać, trzeba było czekać tak długo.

    Od lat jedynym kolarskim czasopismem, które przyciąga moją uwagę w innych okolicznościach niż chwile skupienia w miejscu odosobnienia jest Pro Cycling. Anglojęzyczny periodyk stoi w opozycji do znanego, ?niemieckiego? trendu, który w zasadzie sprowadza się do przedstawiania kolejnych testów i prezentacji sprzęty w ilościach przemysłowych. Z kolei Pro Cycling stawia na opowieści, wywiady i publicystkę. Prezentowane treści są na tyle pogłębione, że nawet stary wyjadacz kończy lekturę z porcją nowych wiadomości. ?Szosa? idzie wyraźnie w tym kierunku. To czasopismo, które można poczytać a nie tylko zawiesić wzrok na zdjęciach kolejnych rowerów i tabelkach z danymi. Wywiady (z Eugenią Bujak i Michałem Kwiatkowskim), choć mają póki co charakter raczej ?informacyjno-techniczny?, niż ?ludzko-poznawczy? są ciekawe i wciągające. Prezentacje kolejnych wyścigów (numer skupia się na sezonie klasyków) to raczej zbiór anegdot niż dystansów, przewyższeń i nazw. Gratulacje należą się więc nie tylko samym autorom, ale i redakcji jako takiej za wdrożenie formatu, który ma charakter odrobinę bardziej ponadczasowy. https://twitter.com/MagazynSzosa/status/575962669569683456 Porcja nowości, zarówno wyścigowych jak i sprzętowych, która starzeje się po dwóch dniach w internecie a w wypadku drukowanego magazynu przestaje mieć znaczenie jeszcze przed ukazaniem się bieżącego numeru (?Szosa? jest dwumiesięcznikiem) jest ograniczona do minimum. Z kolei obowiązkowy (wszak czymś trzeba zapłacić za ?jakościowe treści?) dział testów i przeglądów rynku nie dominuje objętością, dzięki czemu całość zachowuje stosowny balans. Skłamałbym mówiąc, że lektura pierwszego numeru ?Szosy? przyniosła mi jakieś odkrycia. Cóż, raczej nie jestem targetem prasy rowerowej. Mimo to, miło jest poczytać dobre teksty, zatem ze spokojnym sumieniem magazyn poleciłem mojej szanownej małżonce. Dla niej większość tematów będzie nowa, a że całość jest podana w estetycznej i przyjemnie zaprojektowanej formie, z chęcią kupimy kolejny numer. PS: Okładkę wydrukowano na matowym, miękkim papierze. To ciekawe, ryzykowne rozwiązanie, które dodatkowo odróżnia ?Szosę? od pozostałych, ?lakierowanych? czasopism. ?Szosa?, wydawnictwo Cyclemotion sp. z o.o. Dwumiesięcznik, 132 strony Cena: 15PLN

  • Przesuwanie granic

    Przesuwanie granic

    Relaksujący, wyluzowany i miły dla oka. Taki jest nowy ?Path Finder?, film przedstawiający podróżujących po mniej popularnych ścieżkach Europy Środkowej Mariusza Bryji i Tomasza Dębca. Z drugiej strony pokazuje pewną tendencję, typową dla większości z nas: poszukiwania coraz większych wyzwań.

    Nadal nie mam pojęcia, czym jest enduro. Gdy w kilku zdaniach podzieliłem się wrażeniami z ?Path Findera? z moim Tatą, ten stwierdził, że w takim razie, gdy 20 lat temu targaliśmy rowery na plecach dnem potoku na zboczach Przehyby, to uprawialiśmy enduro. Cóż, bez większych rozterek, kiedyś po prostu jeździło się na rowerze, obojętne czy ?dla przyjemności? czy na zawodach. Teraz niemal każda działalność jest opakowana stosowną terminologią ukutą przez marketingowców.

    Tak czy inaczej i nie bacząc na nazewnictwo, bohaterowie ?Path Findera? jeżdżą po górach. A że są przy tym magikami techniki, są w stanie poradzić sobie niemal w każdym terenie. To otwiera przed nimi wiele nowych możliwości i sprawia, że coraz więcej miejsc może być użytych jako rowerowy szlak.

     

    Całoroczna przygoda zaczyna się wiosną w Cisnej by przez kolejne pory roku poprowadzić ich przez nie tak odległe, choć dla wielu z nas egzotyczne kraje: Rumunię, Bośnię oraz popularną Chorwację. Wrażeniom z jazdy i popisom kunsztu towarzyszą widoki, zwierzęta i ludzie. Dzięki temu film, w przeciwieństwie do większości rowerowych produkcji mnie nie znudził. Cóż, ze ?sport action movies? jest trochę jak z porno. Nie ma znaczenia, o czym opowiada, liczą się zbliżenia. W ?Path Finderze?, a i owszem, kamienie lecą spod kół, tu i ówdzie jeden z zawodników zarzuci frywolnie w locie tylnym kołem, ale pod warstwą tych efektów specjalnych zostaje więcej treści.

    Podróż, eksploracja i przekraczanie kolejnych granic to esencja ?Path Findera?. Współczesny sprzęt umożliwia dotarcie tam, gdzie wcześniej było to bardzo trudne lub niemal niemożliwe. Kolejne lata doskonalenia samego siebie sprawiają, że potrzebne są coraz większe cele i coraz nowsze wyzwania, by utrzymywać się na pożądanym poziomie pobudzenia. Bez względu na to, czy jest się entuzjastą enduro, zawodowym szosowcem czy maratończykiem-amatorem. Ma być wyżej, dalej, bardziej dziko i ekstremalnie.

    ?Path Finder? pobudził moją wyobraźnię do tego stopnia, że choć chwilowo nie tęsknię za podróżami, z przyjemnością wróciłem we wspomnieniach do miejsc, w których już byłem. Tych bliżej i tych dalej, gdzie przeżyłem swoje własne, małe przygody.

    PS Chętnie zobaczyłbym mapki i tracki gps. Może niekoniecznie w stylu ?enduro? ale okolice, gdzie jeździli bohaterowie są na tyle malownicze, że takie materiały mogą być dobrą inspiracją dla innych.

    PS2 Film na dużym ekranie Kina Kijów oglądało się bardzo przyjemnie, ale gdy pojawi się w internetach, koniecznie zobaczcie choćby na monitorze.

  • Live, Death and the Art of Cycling. Dawno nie było wojny.

    Live, Death and the Art of Cycling. Dawno nie było wojny.

    Żyjemy w najwspanialszym ze światów w najbardziej przyjaznej z możliwych rzeczywistości. Przynajmniej co do zasady. Powszechny spokój i dobrobyt sprawia, że pierwotne popędy kanalizujemy w mniej szkodliwych aktywnościach niż polowanie czy wojna. Na przykład w kolarstwie.

    https://www.youtube.com/watch?v=da9IZqXJuGk

    Zaczynamy zimą. Tak, właśnie teraz. W garażach, piwnicach, salonach, sypialniach i gdzie tam jeszcze trzymamy swoje rowery, trwa wyścig zbrojeń. Lżejsze koła, tytanowe śrubki a może i cały, nowy sprzęt. Szukamy przewagi nad rywalami tam, gdzie to możliwe. Nie liczy się tylko waga, ale i efekt psychiczny, jaki możemy wywrzeć na konkurentach gdy tylko sprzęt startowy ujrzy światło dzienne w pierwszych promieniach wiosennego słońca.

    Do tego dochodzi praca nad własnym ciałem. Trening. Pot na rolce, mróz na szosie, tętno, waty, mleczan, badania, fiting i wszystko, co można zrobić, by ze zwykłego śmiertelnika stać się herosem. Bohaterem, wybijającym się z szarego tłumu otyłych korposzczurów. Doskonałym w formie i bogatym w treść wysiłku włożonego w proces samooptymalizacji.

    podia

    A potem przychodzi najważniejsze. Konfrontacja. Nieważne, czy to weekendowa przejażdżka z grupą lokalnych mastersów, ?ogórek? dla amatorów bez licencji czy wyścig z oficjalnego kalendarza. Nawet, jeśli post factum pójdziesz z kolegami na piwo, na trasie będziesz czerwonym baronem, który chce wyjść ze starcia niezwyciężony, samemu pozostając bez szwanku. Każdy wiadukt, każdy zakręt na singletracku, każda zmiana wiatru to okazja, by uwolnić instynkty tłumione przez najlepszą w dziejach cywilizację .

    Długo oczekiwany film Life, Death and the Art of Cycling od podia.cc ujrzał światło dziennie. Widziałem go już kilka dni wcześniej, miałem też przyjemność spotkać się z jego pomysłodawcą i autorem bloga. Wideo możecie zobaczyć na okładce tego wpisu. Mam nadzieję, że się Wam spodobało. Ma świetny styl, opowiada fajną historię i zostało przygotowane przez profesjonalną ekipę (sprawdźcie napisy końcowe!). Liczę, że ?wygra internety?, choćby dlatego, że pokazuje ładne kadry z okolic Krakowa i polsko-słowackiego pogranicza. Niech świat zobaczy, jak tu jest pięknie.

  • Mała Królowa, czyli wszystko, co czytaliście o dopingu

    Mała Królowa, czyli wszystko, co czytaliście o dopingu

    Raport USADA, „Wyścig Tajemnic” Tylera Hamiltona, „Przerwany Łańcuch” Willego Voeta, „Racing Through the Dark” Davida Millara, setki stron wypowiedzi Jonathana Vaughtersa, Jorga Jaksche, Jesusa Manzano, Patricka Sinkewitza czy wreszcie spowiedź Armstronga przed Oprah Winfrey. To wszystko, co powiedzieli mniej lub bardziej skruszeni „koksiarze” dostajemy w filmowym skrócie opartym na historii kolarki Genevieve Jeanson opatrzonym tytułem „Mała Królowa”.

    Podobno podczas pierwszej sceny niespodziewający się takich wrażeń widzowie mdleli na premierze. Faktycznie jest nieco drastyczna, co więcej, może wydawać się trudno zrozumiała bez bliższej znajomości tematu. Tak czy inaczej, wraz z rozwojem wydarzeń mamy na ekranie mniej krwi, za to coraz więcej dramatycznych wydarzeń.

    Młoda kolarka ma zadatki na wielką mistrzynię. To wokół niej sponsor buduje drużynę, to w nią wierzy rodzina i, osobiście zaangażowany, trener. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie jeden szczegół. Historia dzieje się na początku XXIw, zatem w latach, gdy stosowanie dopingu krwi było na porządku dziennym.

    Obserwujemy kolejne perypetie Julie Arseneau, inspirowanej postacią Genevieve Jeanson. Nazwanie jej „kobiecym Ricardo Ricco” to być może przesada, ale śmiało można pokusić się o stwierdzenie, że to jedna z tych gwiazd sportu, które bez niedozwolonego wspomagania nie wyobrażały sobie uczestnictwa w zawodach. Cóż, takie to były czasy, trzeba było podjąć wybór: albo pozostaje się w gronie zawodowców, albo zachowuje czyste sumienie i kończy z wyczynem.

    To właśnie ów wybór, o którym tak często mówią ci, którzy zdecydowali po latach wyjawić prawdę, jest esencją „Małej Królowej”. Oprócz tego dostajemy wszystko, co już wiemy z książek, gazet i portali, tyle, że w bardziej dosadnej, audiowizualnej formie.

    Jest więc szantaż, ukrywanie nielegalnie zdobywanych leków, współpraca z lekarzem – magikiem wspomagania, pomiary hematokrytu, strzykawki w lodówce obok mleka i warzyw, ćwiczenia w środku nocy by serce mogło przepompować sztucznie zagęszczoną krew, toksyczne relacje międzyludzkie, presję pozornie ślepych na problem bliskich i sponsorów.

    Jedyne, co nie zostało wyraźne zaakcentowane, to mafijny wątek całego procederu a trzeba przecież pamiętać, że dostęp do dopingu to nie tylko korupcja i lewe recepty, ale też często kontakty ze światem przestępczym, przemyt i poważne oszustwa.

    Nawet, jeśli pojawiają się pewne nieścisłości natury merytorycznej, obraz jest świetnym kompendium praktyk, które były powszechne w wyczynowym sporcie raptem kilka lat temu. Czy są nadal, to temat na inny tekst, zapewne niejeden. „Mała Królowa” jest za to dobrym argumentem w dyskusji, dlaczego z dopingiem należy walczyć. Pokazaną wprost patologię trudno zbagatelizować, co już samo w sobie jest dużym plusem tego filmu.


    „Mała Królowa”, Kanada 2014
    108′
    reżyseria: Alexis Durand-Brault
    scenariusz: Sophie Lorain, Catherine Léger
    główna rola: Laurence Leboeuf

  • Niedziela w Piekle

    Niedziela w Piekle

    Jeśli chcesz zobaczyć, jak wyglądało kolarstwo w ?erze herosów?, koniecznie musisz obejrzeć ten film. ?Niedziela w Piekle? to znakomity dokument z 1976r. W rolach głównych: Eddy Merckx, Freddy Maertens i Roger de Vlaeminck.

    Jakiś czas temu miałem przyjemność oglądać ?Niedzielę w Piekle? w kinie. Ponieważ spora część obrazu to tak naprawdę relacja z wyścigu, mamy do czynienia z niespotykaną lekcją historii kolarstwa. Inne jest niemal wszystko: sprzęt, stroje, taktyka, choć ta w przypadku monumentu z Paryża do Roubaix różni się najmniej. Niezmienny element: bruki północnej Francji do dziś wymusza na kolarzach jazdę w stylu retro: bez kompromisów, licząc na łut szczęścia, opierając się nie tylko na podpowiedziach płynących ze słuchawki, ale też na własnym instynkcie.

    Rok 1976 to schyłkowy etap kariery ?Kanibala?, Eddyego Merckxa. Kolarz wszechczasów wygrywał ?Piekło północy? trzykrotnie, jednak w tamtym sezonie był raczej czarnym koniem zawodów niż murowanym faworytem. Nowe pokolenie coraz mocniej dochodziło do głosu, wyeksploatowany organizm Belga powoli odmawiał posłuszeństwa. Tak czy inaczej Merckx stanął na starcie i próbował po raz kolejny ?pożreć? swoich rywali.

    Nie jest to jednak opowieść o nim a o kolarstwie jako takim. W nietypowy sposób (jesteśmy nie tylko przyzwyczajeni do współczesnej narracji, ale przede wszystkim do przekazu telewizyjnego, a nie języka filmu) dostajemy na tacy atmosferę wyścigu. Mechanicy przygotowujący sprzęt, protest związkowców blokujących przejazd kolarzy, ostatnie chwile przed startem. Do tego zimny, neutralny komentarz opisujący zmagania zawodników oraz budująca klimat ścieżka dźwiękowa. Paryż Roubaix jest wielkim wydarzeniem, pomnikiem sportu a ten film to tylko część jego legendy. J?rgen Leth, twórca obrazu spisał się świetnie. ?Niedziela w Piekle? jest lekturą obowiązkową dla fanów kolarstwa a przy okazji dziełem dobrym samym w sobie.

    Edit: Film w całości w wersji angielskiej możecie znaleźć na youtube:

  • Top 7 filmów z rowerem w tle

    Top 7 filmów z rowerem w tle

    Od amerykańskiej popkultury po azjatyckie kino niezależne. Rowery w roli głównej, rowery jako symbol, jako narzędzie pracy i tylko jako tło. 

    Mam nadzieję, że to nie jest najbardziej oczywisty z możliwych wyborów. W moim małym rankingu zawarłem tylko fabuły, dokumenty to temat na inną okazję.

    American Flyers

    Od tego trzeba zacząć. To typowy film sportowy końca XXw. Tak ?creepy?, że aż zęby bolą. Z drugiej strony pełen smaczków. Kręcony na trasie prawdziwego wyścigu (Coors Classic), z udziałem prawdziwych zawodników (z grupy 7 Eleven) i z ?cameo? Eddyego Merckxa. Bonusem jest obecność typowego, zimnowojennego antybohatera: wielkiego, kudłatego Ruska, którego w finale trzeba pokonać. Plus młody Kevin Costner w jednej z głównych ról.

    Breaking Away

    ?Uroki? amerykańskiej prowincji i nastrój entropii niczym z ?Ostatniego seansu filmowego?. Opowieść o dorastaniu z nietypowym wyścigiem kolarskim w tle. ?Little 500?, dziwne połączenie kolarstwa szosowego, torowego i speedroweru organizowany jest do dziś a film przyczynił się do jego popularności. Z wątków bardziej aktualnych może zaintrygować niezdrowa fascynacja stylówą włoskich zawodowców, jaką przejawia główny bohater filmu.

    127 godzin

    Sport ekstremalny jako wyraz współczesnego egoizmu ludzi zachodniego świata. Przypięty do drzewa przez Aarona Ralstona górski rower musi czekać tytułowy czas, aż właściciel uwolni się spod głazu w jednym z wąwozów w Colorado. Za każdym razem film robi duże wrażenie, James Franco świetnie odgrywa nad wyraz drastyczną, kluczową scenę.

    Trio z Bellville

    Genialna animacja, pełna nawiązań i ironii a do tego znakomita satyra na mechanizmy rządzące sportem zawodowym. Dla wielbicieli filmów animowanych – ?must see?.

    Chłopiec na rowerze

    Im dalej w dół listy tym poważniej. ?Chłopiec na rowerze? to belgijskie kino zaangażowane społecznie. Fryzjerka postanawia zaopiekować się porzuconym przez rodzinę chłopcem. Rower jest raczej symbolem, niż przedmiotem wokół którego zbudowano fabułę, choć ostatnia scena ze wspólnej przejażdżki jest bardzo wymowna.

    Dziewczynka w trampkach

    O tym filmie pisałem przy okazji Tour of Qatar. Tak jak w ?Chłopcu na rowerze?, bicykl jest symbolem. Tym razem jednak nie beztroskiego dzieciństwa a wolności. W patriarchalnym społeczeństwie Arabii Saudyjskiej mała dziewczynka musi posunąć się do podstępu by zdobyć wymarzony rower.

    Xich Lo

    Film trudny do zdobycia, raz udało mi się na niego trafić w ?Kocham Kino?. ?Cyclo? to opowieść o ciężkim życiu rikszarza na ulicach Sajgonu. Bieda, brud, hałas, porachunki lokalnych gangów. To nie jest najłatwiejsze kino, ale cały obraz wart jest włożonego w oglądanie wysiłku.

    Podobało Ci się?
    Zobacz recenzje filmów dokumentalnych i fabularnych o kolarstwie i dopingu w sporcie.