Czy sezon 2015 był dla branży rowerowej rokiem rewolucji? Być może, choć tak naprawdę dowiemy się tego za dwa, trzy lata, gdy aktualne nowinki albo na stałe zagoszczą na rynku albo znikną jak wiele innych przed nimi.

Co zatem ma szansę przetrwać a co jest chwilową modą?

Tarcze w szosówkach

Pełzająca rewolucja staje się faktem dzięki jednemu “dekretowi” UCI. Jeszcze niedawno zawodowcy w reklamie Shimano patrzyli z zazdrością na sprzęt leżący na wystawie, dostępny wyłącznie dla amatorów. Po pierwszych testach latem 2015, od nowego roku hamulce tarczowe dopuszczono do profesjonalnych wyścigów szosowych. Producenci sprzętu, mechanicy i sami kolarze muszą się oczywiście zaadaptować. Trudno oczekiwać, że uzbrojone w tarczówki rowery zobaczymy już podczas Tour Down Under, ale wiosenne klasyki będą z pewnością stały pod znakiem “dysków”. Sram i Shimano swoje rozwiązania już mają, w tyle pozostało Campagnolo, ale (prawdopodobnie) w porozumieniu z Formulą przygotowuje swoją wersję hydraulicznych tarczówek. Do tej pory amatorzy niechętnie sięgali po takie rozwiązanie, gdy jednak ich idole zaczną je stosować na co dzień, sprzedaż z pewnością wzrośnie. Rowery szosowe już nigdy nie będą takie same.

Elektryka? Tak, ale…

Dopóki elektryczne przerzutki nie pojawią się w grupie Shimano 105, rozwiązanie to będzie czekać na swoje rynkowe pięć minut. Shimano, Campagnolo a od niedawna Sram mają “prąd” w swojej ofercie, ale najtańsze modele na elektrycznym osprzęcie (Ultegra) kosztują ok. 2,5 tysiąca Euro. To wciąż zbyt dużo, by zelektryfikować kolarskie wsie i miasta. Dopiero “105”, której oficjalnie wciąż nie ma w planach, ale wcześniej czy później musi się pojawić zmieni sytuację. Czy możliwy jest rower szosowy na hydraulicznych tarczówkach i z elektronicznymi przerzutkami za tysiąc Euro? Kto odważy się udostępnić elitarną technologię masom?

Wszystko na plusie

“Górale” na plusie: fatbike’i, 27,5”+, 29”+, szosowe “gravel bike’i”, szosówki na plusie… kolejne modele proponowane są w wersjach z nową geometrią i miejscem na szersze opony. Po co? Dla zabawy, większego komfortu, zwiększonych możliwości eksploracji w coraz trudniejszym i mniej standardowym terenie. Problemem jest brak standaryzacji: rozmiarów kół, szerokości piast a co za tym idzie podwyższonych kosztów i zmniejszonej dostępności do części. Trend jest jednak na tyle mocny, że coś bardziej typowego w końcu się z niego wykluje. Różnego rodzaju “faty” i “gravele” to nowa forma roweru rekreacyjnego, zmniejszająca barierę wejścia: mając większy komfort i poczucie bezpieczeństwa łatwiej zacząć swoją przygodę z rowerem.

Nieograniczony zakres przełożeń

Nawet zawodowcy na szosie używają kaset z największym trybem 28z. W rowerach górskich kasety rosną do 40-42 zębów a równoczesne ograniczanie ilości biegów z przodu nie zmniejsza zakresu dostępnych przełożeń. Producenci tłumaczą to ergonomią i łatwością zrozumienia systemu (znów obniżając barierę wejścia do kolarstwa). W połączeniu z większymi kołami czy szerszymi oponami rowery faktycznie stają się pojazdami, które przy niewielkim wysiłku wjadą niemal wszędzie. Z pewnością potrzebna będzie chwila reflekcji i zatrzymanie się w pędzie do zwiększania liczby przełożeń i ich zakresu (rowerowy napęd to mimo wszystko nie procesor komputera i nie musi co chwilę podwajać swoich parametrów). Tak czy inaczej “duże” kasety dostępne są już w coraz większej ilości grup osprzętu oraz w fabrycznych rowerach wyczynowych ze średniej półki. Ten trend jest stały i z dużą dozą prawdopodobieństwa można stwierdzić, że przynajmniej przez jakiś czas się utrzyma.

Wszystko musi być “aero”

Od poszukiwania marginalnych zysków po marketingowe użycie doświadczenia grup zawodowych. Kaski, ramy, koła, stroje, bez przydomku “aero” wkrótce trudno będzie sprzedać sprzęt z wyższej półki. Cóż, skoro można męczyć się mniej, czemu z takiej możliwości nie skorzystać?

Skomentuj

Komentarze

Powered by Facebook Comments