Tag: Maratony mtb

  • Gwiazda Południa – to ma sens

    Gwiazda Południa – to ma sens

    Górska etapówka, która będzie wyzwaniem, ale was nie „zabije”? Ciekawe szlaki w nie do końca wyeksploatowanym rowerowo terenie? Mocno zaakcentowany charakter regionu i dogodny, wakacyjny termin. Przygoda z Gwiazdą Południa to bardzo pozytywne doświadczenie i chętnie jeszcze ją powtórzę.

    Start czasówki w Stryszawie. Dla wielu uczestników indywidualny uphill to całkiem nowe doświadczenie.

    Improwizacja

    Dla wielu osób start w etapówce to cel sezonu, ukierunkowane przygotowania i pełna mobilizacja. Tymczasem my zdecydowaliśmy się na start w Gwieździe Południa na trzy tygodnie przed jej rozpoczęciem.

    Trenując na co dzień do różnorakich wyścigów mtb dystanse i przewyższenia, jakie oferuje beskidzka impreza Cezarego Zamany są w zasięgu zarówno maratończyka jak i zawodnika xc.

    Kompaktowy charakter trasy, który stał się w ostatnich latach standardem na tego typu zawodach, ułatwia logistykę, baza noclegowa w okolicznych miejscowościach jest różnorodna i pojemna, można więc zaoszczędzić sporo czasu i ograniczyć koszty uczestnictwa.

    W Beskidach miejscami jest stromo. Na szczęście odcinków „z buta” w ciągu czterech dni było niewiele.

    Szlaki

    To, co przekonuje do startów w etapówkach mtb to często atrakcyjna trasa. W przypadku Gwiazdy Południa ?zwiedzaliśmy? Beskid Makowski i Beskid Żywiecki (czy też Pasmo Jałowieckie), kolejne dni zaczynając i kończąc w Stryszawie, Makowie Podhalańskim i Zawoi.

    Na dłuższym dystansie ?Pro? do pokonania było 145km i 5700m przewyższenia. ?? Pro? to 95km i 3500m w pionie. Na papierze niewiele, ale trzeba wziąć pod uwagę, że etapy nie były sztucznie wydłużane o zbędne odcinki ?przelotowe?.

    Tereny w tym rejonie mają oczywiście potencjał na zaprojektowanie etapówki w wersji ?hardcore?, ale koncepcja Gwiazdy Południa jest nieco inna. To uczciwa porcja jazdy w górach, która jest do przyjęcia dla średniodoświadczonego maratończyka. A stromizny i wymagająca nawierzchnia sprawiają, że stopień trudności rośnie wraz z tempem jazdy.

    Symboliczne są też kilkukrotne wspinaczki na szczyty powyżej 1000m n.p.m., co w polskich warunkach wyróżnia imprezy o wyraźnie zaznaczonym, górskim charakterze.

    Choć codziennie wieczorem i w nocy solidnie padał deszcz a szlaki były błotniste, nie doświadczyliśmy ?masakry? lecz po prostu uczciwą jazdę w terenie.

    Zwycięzca ?Pro? spędził na trasie niespełna 9 godzin, 10 godzin jechał zawodnik na dwudziestej pozycji a pięćdziesiąty 12h20?. ?Połówka? Gwiazdy to niespełna pięć godzin dla najszybszego, 5h45? dla dwudziestego i 6h20? dla pięćdziesiątego uczestnika.

    Zawodniczki, które ukończyły Gwiazdę Południa zostały udekorowane charakterystycznymi, drewnianymi koralami.

    Regionalne akcenty

    Gwiazdę Południa organizuje Cezary Zamana, który przywozi swoją imprezę w Beskidy, gdzie współpracuje z lokalnymi organizatorami: samorządami, klubami, kolarzami. Choć jego imprezy są kojarzone z Mazowszem, dzięki lokalnemu zaangażowaniu wyścig ma silny, regionalny charakter.

    Upominki na podium wykonane przez lokalnych rzemieślników, regionalne potrawy w miasteczku zawodów, czy ludowe występy być może nie mają znaczenia dla zawodników, którzy po wyścigu chcą umyć rower, siebie, zjeść makaron i się wyspać, ale całej imprezie dodają uroku i wyróżniają ?Gwiazdę? spośród tłumu innych maratonów mtb.

    Biały obrus, domowe ciasta, kompot… bufet na mecie w Beskidzkim Raju

    Jeśli dodamy do tego codzienne zawody dla dzieci, dostajemy sensowną propozycję nie tylko dla ścigantów, ale też dla całych rodzin na spędzenie sportowego, wydłużonego weekendu w górach.

    Rywalizacja

    Jak wspomniałem na wstępie, w beskidzkiej etapówce wzięliśmy udział de facto z marszu. Większość zawodników z naszego klubu, UKS Zawojak, jako stałych bywalców zawodów cross country, wybrała dystans ???, sam pojechałem ?całość?.

    Do prologu-podjazdowej czasówki w Stryszawie podszedłem z entuzjazmem, co przełożyło się na dobry wynik w pierwszej dziesiątce open. Ów entuzjazm skończył się gdzieś w połowie pierwszego etapu ze startu wspólnego, gdzie odzwyczajony od jeżdżenia maratonów solidnie się uszarpałem i jeszcze przed Jałowcem musiałem wyraźnie zwolnić by dojechać do mety.

    Etap numer dwa, rozpoczynający się z malowniczego rynku w Makowie prowadził od początku zachęcającym do ataku podjazdem po serpentynach. Licząc na to, że nawet, jeśli mi ?zabraknie?, to wypracowana przewaga umożliwi odrobienie strat przystąpiłem do akcji, jednak jak się okazało znów pojechałem za mało ekonomicznie.

    Przejście od trybu „jedź co masz” do trybu „nie wygłupiaj się tylko jedź po wynik” zajęło mi dwa dni ;)

    Dopiero ostatniego dnia, dodatkowo zmotywowany faktem, że ?Gwiazda? kończy się w Zawoi pojechałem jak należy, najwięcej energii zostawiając na najdłuższy i najbardziej wymagający podjazd całego wyścigu, czyli Mędralową (1169m) oraz na ciekawe zjazdy poprowadzone singletrackami. Podejście ?ekonomiczne? umożliwiło mi odrobienie większości strat z dwóch poprzednich dni i zakończyło się 13. miejscem open i 6. w kategorii wiekowej w klasyfikacji generalnej całego wyścigu.

    Moja szanowna małżonka, Marianna, dojechała do mety ?połówki? na czwartym miejscu wśród kobiet (i pierwszym w kategorii wiekowej) a najlepszy zawodnik Zawojaka, Mateusz Maciążka był drugi open i pierwszy w swojej kategorii.

    Dodatkowy plus do oceny całej imprezy to wpisanie jej do kalendarza PZKol, dzięki czemu na starcie bez obaw mogli stanąć posiadacze licencji elity.

    Dzięki wspomnianej, kompaktowej konfiguracji trasy (dojazd na start kolejnych etapów nie zajmował więcej niż pół godziny), nie mieliśmy problemów z regeneracją czy ogarnięciem rowerów. Logistyka jest bardzo ważna na etapówkach, start o godzinie 10 i stosunkowo wczesne dekoracje dawały szansę na spokojne ogarnięcie siebie, sprzętu i dłuższą chwilę relaksu w ogródku.

    Tradycyjne dla etapówek wspólne zdjęcie zawodników, którzy dotarli do mety czterodniowych zmagań

    Etapówka z sensem

    Gwiazda Południa to etapówka ?w sam raz?. Choć rozgrywana jest w górach, bariera wejścia dla niedoświadczonych nie jest za wysoka. Choć jest niezbyt długa, dla poszukujących mocniejszych wrażeń dostarcza ich dość.

    Całość przeprowadzona jest sprawnie i w dobrej atmosferze. Można się solidnie pościgać na zacnych, górskich trasach, nie zarżnąć się całkowicie a po podsumowaniu kosztów startu w portfelu coś jeszcze zostanie.

    Mogłem pojechać ją lepiej, ale mimo rozczarowania związanego z niezbyt rozsądną taktyką na dwóch etapach ogarnąłem się na tyle szybko, by zakończyć ściganie w Zawoi dobrym akcentem. Jeśli Cezary Zamana będzie kontynuował ten projekt (a taki ma plan), to chętnie za rok przyjadę tam znowu.

    Pełne wyniki klasyfikacji generalnej oraz poszczególnych etapów znajdziecie TUTAJ 

    Użyłem zdjęć udostępnionych przez organizatora. Pełną galerię oraz więcej informacji znajdziecie na http://www.gory.zamanagroup.pl

  • Rzuć wszystko i pościgaj się w Gorcach

    Rzuć wszystko i pościgaj się w Gorcach

    Jeśli chcecie pościgać się w górach – to jest ten weekend. Gorce Champion to skumulowane w dwudniowej imprezie maksimum wrażeń z kilkukrotnym wjazdem na Trubacz.

    Cezary Zamana po raz drugi zaprasza do Waksmunda i Łopusznej na wyjątkowe zawody. W sobotę, 01.07 czeka na Was uphill na Turbacz. To 12km czasówka po polnych i leśnych drogach prowadząca na najwyższy szczyt Gorców.

    Zależnie od dyspozycji zabiera ona 45-60 minut mocnej jazdy i około 600m w pionie. Jeśli nigdy wcześniej nie startowaliście w uphillu, to jest dobra propozycja, by sprawdzić swoje możliwości w tego typu próbie. Przy odpowiednim rozłożeniu sił można się naprawdę solidnie ?ujechać? i sięgnąć głęboko do swoich zasobów finiszując na ostatnich metrach wymagającego podjazdu.

    Sobotnia czasówka to tylko rozgrzewka przed daniem głównym – niedzielnym maratonem.

    02.07 trasa znów poprowadzi na Turbacz a na 48km poprowadzonych z Łopusznej będzie do pokonania ok. 1300m w pionie. To dystans ?1/2pro?, pełny to jeden podjazd więcej i 67km.

    Gorczańska impreza Cezarego Zamany to maraton, który wjeżdża najwyżej w Polsce. Żadne inne zawody tego typu nie docierają na 1314 m n.p.m.

    Z drugiej strony, choć to solidne, górskie ściganie, trasa jest w całości przejezdna i unika zbędnych ?hardcorów?. Na właściwej rundzie są dwa, duże podjazdy i dwa ciekawe zjazdy, ale wszystko jest w zasięgu możliwości nawet średnio doświadczonego mararończyka.

    To dobra okazja, by posmakować jazdy w górach a jeśli ktoś jest na siłach, to przycisnąć mocno, i spróbować urwać rywali na kolejnych nastromieniach prowadzących na Trubacz.

    Ja byłem rok temu, było na tyle fajnie, że wracam tam i teraz :)

    A, i jeszcze jedno: Gorce Champion to także ?Otwarte Mistrzostwa Małopolski? w maratonie MTB. Więc jeśli zbieracie blaszki, to jest o co powalczyć.

    Program zawodów:

    I dzień zawodów (sobota) 1 lipca 2017 r- jazda indywidualna na czas
    Waksmund,, Turbacz Time Trial?
    Baza zawodów; Waksmund;g. Nowy Targ na terenie Szkoły Podstawowej
    – godz. 11.00-15.00 – zapisy w biurze zawodów i odbiór pakietów startowych
    – godz. 13.50 – odprawa techniczna przed jazdą indywidualna na czas
    – godz. 14.00 – start pierwszego zawodnika do jazdy indywidualnej na czas na dystansie 12 km (Waksmund- Turbacz) według zgłoszeń w biurze zawodów
    – godz. 17.30 ? dekoracja w bazie zawodów zawodników Turbacz Time Trial

    II dzień zawodów (niedziela) 2 lipca 2017 r. ? maraton MTB
    Łopuszna,, Otwarte Mistrzostwa Małopolski w Maratonie MTB ?

    Baza zawodów; Łopuszna g. Nowy Targ na terenie Szkoły Podstawowej
    – godz. 9.00-11.00 – biuro zawodów
    – godz. 10.00 – start maratonu dystans Pro na dystansie 68 km
    – godz. 10.30- start maratonu dystans ? Pro na dystansie 47 km
    – godz. 10.45 ? strat maratonu dystanse Fit na dystansie 25 km
    – godz. 10.50- start dystansu Hobby na dystansie 8 km
    – godz. 14.00 ? dekoracje etapowa
    – godz. 14.30- dekoracja Otwartych Mistrzostw Małopolski Maratonie MTB
    – godz. 15.00- dekoracja generalna Gorce Champion MTB na dystansie Pro i ?

  • Czy sezon MTB powinien zaczynać się w maju?

    Czy sezon MTB powinien zaczynać się w maju?

    Śnieg pod koniec kwietnia zaskoczył nie tylko kierowców na letnich oponach, utrudnia też życie kolarzom i organizatorom imprez rowerowych. Tym razem ochłodzenie jest drastyczne, ale to nie pierwszy raz, gdy kilkudniowy nawrót zimy komplikuje rozpoczęcie sezonu.

    Podobna sytuacja dotknęła maratończyków mtb wiosną 2013r. Zalegający śnieg wymusił zmiany w kalendarzu, o ściganiu 14.04 musieli zapomnieć chętni do startu w Murowanej Goślinie. Bywało też tak, że lód rozmarazł zaledwie kilkadziesiąt godzin przed startem, załamania pogody torpedowały również imprezy rozgrywane późniejszą wiosną a nawet w środku lata.

    Tym razem z zimową aurą zmagać się będą organizatorzy i uczestnicy m.in Bikemaratonu w Zdzieszowicach oraz Cyklokarpat w Jaśle a także wielu, mniejszych i większych imprez.

    W regulaminach wyścigów zazwyczaj znajdziemy punkt o przeprowadzeniu rywalizacji bez względu na warunki atmosferyczne. I ma to sens, ponieważ pogoda jest taka sama dla wszystkich, kolarstwo górskie należy do rodziny sportów ?outdoorowych? i zmagania z naturą są jednym z ważnych elementów gry.

    Co więcej, kolarze sami siebie uznają za twardzieli, w myśl znanego powiedzenia pogoda na rower może być tylko bardzo dobra lub dobra a do tego wyścig rozgrywany w szczególnie trudnych okolicznościach przyrody ?przechodzi do historii? (no dobra, bez przesady, ale zapada w pamięć zdecydowanie na dłużej).

    Z drugiej strony, oficjalne przepisy (choć nie dotyczą one wielu imprez mtb nie wpisanych do kalendarza PZKol) wskazują (4.2.017) jasno, że ?Trasa wyścigu musi być w całości przejezdna na rowerze bez względu na warunki pogodowe.?, co tak naprawdę nie jest respektowane nawet na najważniejszych imprezach, gdzie gdy solidnie popada, ?dają z buta? nawet Schurter, Absalon i Włoszczowska.

    Tak czy inaczej bywa, że faktycznie spora część trasy jest nieprzejezdna, a zawody zmieniają się w farsę.

    Cierpi na tym zdrowie, portfele, a ?dobra zabawa? i ?pure mtb? to tak naprawdę potraumatyczna redukcja dysonansu poznawczego. Kto leczył zapalenia, kontuzje i serwisował sprzęt po kilkugodzinnym maratonie w ulewie, ten wie?

    Do całości trzeba też doliczyć aspekt finansowy po stronie organizatora. Jakkolwiek lojalnych nie miałby klientów, deszcz i zimno odstrasza sporą część uczestników (bo – patrz akapit wyżej), przez co impreza może przynieść stratę, niezadowoleni będą też samorządowcy i sponsorzy.

    Równocześnie głód ścigania w kwietniu jest już w narodzie tak duży, że pierwsze zawody często i tak gromadzą tłum chętnych, bez względu na pogodę. Podmęczeni sezonem amatorzy (i ich rowery) raczej rezygnują ze startów w kolejnych miesiącach niż odpuszczają na samym początku.

    Biorąc pod uwagę, że ranga większości imprez mtb w kraju jest czysto umowna, można by się pokusić o przesunięcie rozpoczęcia sezonu o dwa-trzy tygodnie. Ale i w maju potrafi przyjść drastyczne ochłodzenie, zatem tak naprawdę nie rozwiązałoby to problemu.

    O bezpieczeństwie jako takim celowo nie wspomniałem. Amatorzy zazwyczaj są na tyle rozsądni, że w hardcore tylko się bawią, pamiętając, że po weekendzie trzeba iść do pracy. Z kolei o zdrowie i życie zawodowców zadbano wprowadzając „Protokół Ekstremalnych Warunków Pogodowych”, umożliwiający skrócenie, zmianę trasy lub odwołanie wyścigu, gdy sytuacja robi się drastyczna.

    Pozostaje więc trzymać się ciepło, zabrać ze sobą sporo ciuchów na przebranie i termos z herbatą i liczyć na to, że nie będzie tak źle. Albo zostać w domu i oglądać Liege-Bastogne-Liege. W końcu poza paroma osobami związanymi kontraktem sponsorskim, wszyscy jeździmy głównie dla przyjemności.

  • Jak się robi maratony warte zapamiętania?

    Jak się robi maratony warte zapamiętania?

    Cyklokarpaty to maratony rowerowe, na których co roku chętnie się pojawiam. To fajne zawody organizowane z ambicją i zaangażowaniem. O tym, jak zrobić maraton, na który uczestnicy chcą wrócić a bloger interesuje się nim nawet, gdy nie ma podpisanej umowy o współpracę zapytałem odpowiedzialnego za serię Kellys Cyklokarpaty, Grześka Prucnala.

    Marek Tyniec: Jak to jest, że się nie wymieniamy bannerkami a mimo to teraz rozmawiamy?
    Grzegorz Prucnal: Tak mówisz, że się nie wymieniamy? Ale chyba się czytamy i o sobie wiemy. Nie jestem przekonany, czy wymienianie się bannerkami jest potrzebne, żeby o sobie mówić. Bannerek gdzieś wiszący jest, cóż, tylko bannerkiem.

    MT: Ludzie się bardzo lubią wymieniać bannerkami. To czasem jest takie clou całej umowy o współpracy.
    GP: I logo, które koniecznie musi być w określonym rozmiarze, nie mniejszym niż logo innego partnera. Może dlatego się nie wymieniamy, że będziesz chciał jeszcze większy ten bannerek i braknie nam miejsca na stronie?

    MT: Niekoniecznie, ale do meritum. Kiedy się Cyklokarpaty zaczęły?
    GP: 2008 rok. Więc wkrótce będziemy mieli dziesięciolecie.

    MT: A ty ogarniasz Cyklokarpaty od samego początku?
    GP: Cyklokarpaty na początku wyglądały tak, że na jesieni 2007r było spotkanko osób, które organizowały kilka maratonów na Podkarpaciu: w Pruchniku, Komańczy, Przemyślu. Byłem też ja, miałem zajmować się stroną internetową wyścigów ale się tak poskładało, że w trakcie sezonu przejąłem też część spraw stricte maratonowych i tak już zostało.

    MT: I teraz jesteście serią? no właśnie jak to nazwać? Regionalną? Ogólnopolską? Bo lubimy nazywać, że coś jest ?jakieś?. Np. ?największy w tej części Europy?. Jakie są zatem Cyklokarpaty?
    GP: Na pewno jesteśmy największą serią maratonów rowerowych ?w tej części świata?. Nie wybiegamy bardzo ani na zachód ani na północ. Staramy się pokazać nasze imprezy jak największemu gronu uczestników, ale nie planujemy robić imprez gdzieś pod Warszawą czy Wrocławiem.

    MT: Użytkowników macie raczej tych bardziej lokalnych?
    GP: Średnio zawodnicy mają do nas dwie godziny drogi. To jest maksymalnie, ile chcą poświęcić. Myślę, że w większości imprez rowerowych w tym momencie to tak wygląda. Jest ich tyle, są niemal w każdej miejscowości w kraju, że głupio byłoby jechać dłużej niż te dwie godziny. Ale mimo to zachęcamy wszystkich, aby nas odwiedzili, bo pod Warszawą czy pod Wrocławiem nie zobaczy się tego co u nas.

    MT: Gdy sobie przypominam, że jeszcze niedawno robiliśmy po 20tys kilometrów rocznie autem jeżdżąc na zawody, to było jakieś zupełne wariactwo. A jak dobrze pójdzie, to w tym roku będę miał większość wyścigów nie dalej niż 80km od domu.
    GP: Czyli ty też nie zapuszczasz się gdzieś dalej?

    MT: No nie?
    A powiedz mi, robicie zawsze na koniec sezonu dość obszerną ankietę? Co z niej wynika? Jaki czynnik decyduje o tym, że ludzie przyjeżdżają właśnie do Was, nie licząc odległości oczywiście.
    GP: Przede wszystkim doceniają atmosferę. Gdy czytam sobie te podsumowania, a jest co czytać, bo kilkaset osób wypełnia tę ankietę i często daje nam solidnie popalić, przede wszystkim pokazując, w którą stronę nie iść, to wskazują atmosferę. I wydaje mi się, że tworzą ją właśnie sami zawodnicy, których jest coraz więcej i którzy coraz chętniej do nas przyjeżdżają. A potem oni mówią nam, jak chcą, żeby Cyklokarpaty wyglądały i my staramy się spełnić te oczekiwania.

    MT: Mnie się nie do końca tak wydaje, że to ?tylko? ludzie. To znaczy niewątpliwie też, ale ja nie zakładam, że uczestnicy maratonów są inni na Podkarpaciu a inni na przykład na Mazowszu. Co do zasady jesteśmy podobni. Tym bardziej, że ja nie startuję w żadnej serii maratonów jako całości, więc wszędzie jestem gościem, więc mam jakieś porównanie. I u was jest jakoś fajniej i mam wrażenie, że to jest też trochę wasza zasługa.

    GP: Może to jest ta kwestia, że staramy się słuchać. Nie tylko, że robimy tę ankietę, ale na bieżąco rozmawiamy z zawodnikami, cały czas można przecież coś poprawiać. Kiedy jest wola, żeby coś zmienić, to po prostu to robimy. Nie jesteśmy zamknięci na schematy, poszczególne imprezy nie są robione od A do Z według tego samego scenariusza, może to jest to, co nas wyróżnia.

    MT: Mam też wrażenie, że wykonujecie wiele takich drobnych, ale ważnych gestów,które z mojego, zawodowego punktu widzenia są właściwie czystym marketingiem, ale bardzo przyjemnym w odbiorze..
    GP: … dostałeś od nas kartkę w tym roku?

    MT: Dostałem! Była super i o kartki chciałem właśnie zapytać. Ile ich wysłaliście?
    GP: Kilka tysięcy. Mieliśmy w okolicach 2000 zdjęć, które były otagowane i mam nadzieję, że nie były otagowane błędnie, więc zawodnicy dostali właściwe.

    MT: Ale przecież to jest koszt…
    GP: No jakiś koszt jest, ale sposób, w jaki to zadziałało, zawodnicy te kartki publikowali, przekazywali sobie o nich informację.

    MT: Zwłaszcza, że to nie były byle jakie zdjęcia.
    GP: Zgadza się, to były bardzo fajne zdjęcia. Fotografowie, którzy z nami współpracują robią bardzo dobre zdjęcia i my je chętnie wykorzystujemy. Z kartkami była taka historia, że zaplanowaliśmy ich wysyłkę, kiedy publikowaliśmy kalendarz. Troszkę zawiodła poczta, bo doszły kilka godzin później, kalendarz opublikowaliśmy w poniedziałek wieczorem, a zaczęły do was dochodzić we wtorek, ale i tak jesteśmy zadowoleni, bo zawodnicy dobrze to odebrali, mogą mieć cały czas kalendarz przed sobą i planować starty u nas.

    MT: Wysyłacie też smsy. Dużo smsów. O ile się orientuję, nikt inny tego nie robi. Nie jesteście najwięksi, ale jak na nasz rynek są to dość progresywne działania. Więksi i bogatsi tego nie robią.
    GP: Nam najbardziej zależy na tym, żeby zawodnicy, którzy decydują się do nas przyjechać, nie denerwowali się przed samym startem tym, co muszą zrobić, gdzie pójść, zapłacić itd. Teraz (rozmawialiśmy na początku marca, przyp. MT) mamy ok. 900 numerów zarezerwowanych, w tamtym roku o tej porze mieliśmy 500-600. Coraz więcej osób myśli o tym, żeby u nas wystartować. Informując zawodników wcześniej, że i nam i im będzie łatwiej, jeśli zarejestrują się z wyprzedzeniem, pokazujemy, że nam na nich zależy.Stąd też opłaty startowe są tak zrobione, że jadąc na zawody będzie można zapłacić jeszcze przez telefon, z drogi, mniej niż kilka chwil później w biurze.. Lubimy się spotykać z zawodnikami, ale wolimy na samym starcie a niekoniecznie w biurze, gdy się irytują, że muszą czekać na obsługę.

    MT: Jest jeszcze jeden wyróżnik, z którym was kojarzę. Dyplomy, pucharki i to, co jest na nich napisane jest mocno nieformalne. Skąd taki pomysł?
    GP: Dlaczego nieformalne?

    MT: Zamiast ?dyplom za miejsce? jest czasem napisane ?uszanowanko?
    GP: A ile już dyplomów dostałeś w swoim życiu?

    MT: Trochę
    GP: No właśnie. A ten pamiętasz. Nas to nic nie kosztuje, żeby zrobić fajny dyplom. Przecież jest fajnie dostać coś, co zachowasz jako przyjemną pamiątkę.

    MT: Z mojego punktu widzenia to wygląda tak, że jednak dość mocno myślicie o uczestnikach swoich maratonów.
    GP: No tak, przecież robimy je właśnie dla nich, nie robimy ich dla siebie.

    MT: Niby tak, ale znam takie powiedzenie, że zawsze na końcu jest aspekt finansowy imprez rowerowych. Nie wiem, jak to teraz wygląda, ale zwykło się mówić, że jest pewien limit uczestników, poniżej którego nie opłaca się robić maratonu. Wyprowadź mnie z błędu, ale u was czasami do, powiedzmy, 500 uczestników trochę brakuje.
    GP: Zgadza się, często nie ma 500 osób, ale ważne jest to, jak się wydaje pieniądze, które się otrzymuje od zawodników. Jeśli poruszamy kwestię dyplomów, to te dyplomy i tak trzeba zrobić, ponosząc ich koszt…

    MT: …ale można dać plastik z hurtowni medali, albo np. grawerowane drewienko, które ktoś musi wymyślić, zaprojektować, trzeba zapłacić grafikowi itd.
    GP: Gdy dostaniesz plastikowy medal, to wrzucisz go do szuflady albo przy najbliższej okazji do kosza. A gdy dostaniesz coś ciekawego, zrobionego specjalnie z myślą o tobie i o tej imprezie, to nie musi być wielki, szklany puchar, którego i tak nie masz gdzie postawić, to za tym idzie twój następny start u nas. A wtedy koszt tego przygotowania wygląda inaczej.

    MT: Przy ostatnich porządkach wielu medali faktycznie się pozbyliśmy. A drewienka z Cyklokarpat zostały i służą za podstawki pod kawę.
    GP: Dla wielu zawodników, i tych, którzy stają na podium regularnie i tych, którzy stają tylko od czasu do czasu, to jest ważne, jak zostaną wyróżnieni. Kilka lat temu jeden z zawodników pochwalił się na facebooku tym, że palił naszymi statuetkami w kominku, opinie były różne. Tak czy inaczej to, jak wygląda puchar czy statuetka wyraża nasz szacunek do uczestników, do ich wysiłku i rywalizacji.

    MT: A propos zawodników. Gdy ktoś ?z zewnątrz? do was przyjedzie, to może się zdziwić poziomem sportowym, jaki prezentują stali bywalcy Cyklokarpat. Mam wrażenie, że ludzie trochę nie mają ze sobą kontaktu, wyjazd poza swój region oznacza, że tam mogą czyhać bardzo mocni rywale. Co może przekonać zawodnika, takiego trenującego i zaangażowanego, żeby wybrał sobie Cyklokarpaty jako cel sportowy?
    GP: Jest u nas wielu bardzo dobrych zawodników. Czasy uzyskiwane na trasach są co roku poprawiane. Dobrze jest się ?przeciągnąć? z takimi zawodnikami, którzy u nas startują.

    MT: A nie korci was, żeby zaprosić do siebie czołówkę ogólnopolską? Mieliście przecież doświadczenie z organizowaniem eliminacji Pucharu Polski.
    GP: Mieliśmy, owszem, ale wolimy to doświadczenie traktować jako jednorazowy wypadek przy pracy. Jesteśmy trochę zrażeni do działań PZKolu, nie umniejszając roli, jaką odgrywały osoby bezpośrednio zaangażowane w Puchar, ale póki co nas do tego nie ciągnie.

    MT: Czyli w maratonowym Pucharze Polski nie było ?wartości dodanej??
    GP: Zawodnicy startują, przyjeżdżają sędziowie, którzy chcą wykonywać pracę, za którą my już komuś zapłaciliśmy i on to robi dobrze (mam na myśli np. pomiar czasu), do tego dochodzą różne interpretacje i rozbieżności w regulaminach. Do tego na Pucharze Polski były problemy z dekoracją, nikt nad tym nie panował, sami zawodnicy chyba nie byli do tej idei przekonani.

    MT: To skoro nie Puchar Polski, to co może przekonać zawodników wyczynowych, żeby u was startowali? (poza tym, że nie mogą, bo działa przepis o imprezach zabronionych). Pieniądze?
    GP: Wiesz co, sporo osób z elity startowało u nas w zeszłym roku poza klasyfikacją z numerem ?VIP?. Chcieli przyjechać, żeby pościgać się z naszymi zawodnikami i na naszych trasach. To czy ktoś taki jest w wynikach czy nie, nie jest dla mnie wyznacznikiem imprez, jakie robimy. Zapraszamy zawodników elity, zawsze ich miło witamy, ale czy mamy o to specjalnie zabiegać, takim czy innym kosztem, cóż, raczej się do tego nie przykładamy.

    MT: Pytam, bo mam na myśli zawody np. w Czechach czy na Słowacji i tam jest coś, czego u nas brakuje, czyli prestiż konkretnych imprez, które w danej miejscowości są organizowane przez wiele lat, są stałym punktem kalendarza, ważnym wydarzeniem, na którym pojawiają się ?wszyscy?.
    GP: Poniekąd też tak działamy, robiąc imprezy w tych samych miejscach przez kilka sezonów. Na zachodzie lokalne ośrodki promocji dbają o to, żeby impreza była u nich co roku, razem z gminą budując swoją markę. U nas tak nie ma, ciężko znaleźć lokalnych, stricte urzędowych działaczy, którzy stwierdzą, że takie zawody to dla nich coś dobrego. Zawsze wiele zależy od wyników wyborów samorządowych, po których czasami okazuje się, że pieniądze będą, owszem, na sport, ale np. na piłkę nożną. Tym bardziej, że choć dla zawodników liczy się trasa, niekoniecznie chcą wracać w te same miejsca, bo chcą odkrywać nowe szlaki.

    MT: W tym roku macie bardzo dużo imprez…
    GP: 14, tyle samo co rok temu. Zaczynamy trochę wcześniej, odstępy między kolejnymi eliminacjami są trochę większe, większa jest też rozpiętość geograficzna, od Horyńca całkiem na wschodzie po Rzyki koło Andrychowa, gdzie będzie fajna, górska, impreza. Myślę, że większej ilości zawodników będzie u nas łatwiej wystartować.

    MT: To ilu macie takich zawodników, którzy zaliczają 100% imprez?
    GP: Mamy nawet takiego, który w zeszłym roku zaliczył dwie ?generalki?. Ponieważ do klasyfikacji liczy się 7 startów, on przejechał 7 na dużym i 7 na średnim dystansie. Sporo było takich osób, które przejechały wszystkie imprezy. Wręczaliśmy im potem dyplomy w ramkach i palce nas trochę bolały od pakowania.

    MT: Mimo wszystko trzeba być mocno zdeterminowanym, żeby brać udział w tylu maratonach w sezonie…
    GP:…albo nas lubić

    MT: Czyli myślisz, że to się sprowadza głównie do lubienia albo nie lubienia? Do sentymentu?
    GP: Wiesz co? zdrowy tryb życia można prowadzić zawsze i wszędzie, ale coś musi cię ciągnąć, żeby ciągle spotykać się z tymi samymi ludźmi w mniej więcej tych samych miejscach. To, że ja byłem na wszystkich, naszych imprezach, to nie znaczy, że każdy musi na nich być.

    MT: Czyli co? Puchar Polski nie?
    GP: Póki co nie…

    MT: Cały czas lokalnie…
    GP: tak, cały czas lokalnie.

    MT: i? jesteście po prostu mili?
    GP: Tak, jesteśmy mili. Dzisiaj nawet rozmawiałem prezesem jednego z klubów, które u nas nie jeździły i dowiedziałem się, że dzięki temu, że u nas do ?generalki? liczy się właśnie 7 imprez, to może pogodzić starty w Cyklokarpatach ze startami w innych zawodach, trochę pozwiedzać. Może faktycznie jest tak, że jesteśmy mili?

    Zdjęcia użyte w tekście możecie znaleźć na facebooku cyklokarpat.

  • Nie musisz się ruszać z domu by startować w wyścigach?

    Nie musisz się ruszać z domu by startować w wyścigach?

    Nie, nie chodzi o zawody na trenażerach. Kształtujący się kalendarz masowych imprez rowerowych na sezon 2017 pokazuje, że można będzie zaliczyć i kilkanaście startów niemal nie ruszając się z domu!

    Benzyna jest droga. Autostrady są drogie. Noclegi kosztują. A przecież trzeba jeszcze zapłacić trenerowi, kupić odżywki i ?zaktualizować? rower do najnowszej wersji… Po co więc szarpać się wiele godzin za kółkiem, tracić czas i pieniądze po to tylko, by pościgać się w ?takim samym? wyścigu na drugim końcu Polski, skoro można osiągnąć to 20, 50, 100, maksymalnie 200km od domu?

    Nie wiem, czy pamiętacie, ale dekadę temu, gdy rynek maratonów mtb w naszym kraju dopiero się kształtował, najwięksi organizatorzy proponowali swoim klientom odwiedzenie Gór, Pogórz, Nizin, Pojezierzy i Wybrzeża. W programie obowiązkowo znajdowała się jedna lub dwie eliminacje na obrzeżach metropolii, jakiś ?górski hardcore? oraz kilka uniwersalnych imprez w łatwiejszym lub trudniejszym terenie, zależnie od tego, co proponowali sponsorzy, gminy czy też skąd pochodziła większa grupa uczestników.

    Obecnie najpopularniejsza seria maratonów, czyli Bike Maraton mieści się w czterech sąsiadujących ze sobą województwach: Małopolskim, Śląskim, Opolskim i Dolnośląskim, sytuując swoje imprezy wzdłuż starej części autostrady A4. Geograficznie rzecz ujmując, podobny zasięg, tyle, że na wschód od Wisły ma wciąż uznawana za ?regionalną? seria Cyklokarpaty.

    Właściwie każdy z ?makroregionów?, a bywa, że i każde z województw, daje mieszkańcom szansę na rywalizowanie w satysfakcjonującej liczbie imprez rowerowych.

    Miałem się rozpisać analizując co większe cykle maratonów, ale zestawienie planów najważniejszych serii znajdziecie w mtb-xc.pl. Dobra robota, zachęcam do przeglądnięcia.

    Serie ?regionalne? puchną, oferując po kilkanaście eliminacji. W sezonie 2016 do dalszych podróży zachęcała de facto wyłącznie ?Mazovia? (od Mazur po Podhale) oraz Lang Team.

    Cała sprawa ma dwa aspekty: towarzyski oraz sportowy. Realnie rzecz ujmując, jest całkiem prawdopodobne, że czołówka poszczególnych serii maratonów nigdy się ze sobą nie spotka. W ten sposób można żyć w błogiej nieświadomości z tytułem króla swojego podwórka nawet przez wiele sezonów, nie wchodząc w interakcje z kolarzami z sąsiedniego regionu. Mając zobowiązania wobec klubu czy też sponsora, zbierać punkty do generalki lub dwóch, bez pojęcia, co dzieje się za miedzą.

    Z pewnym rozrzewnieniem wspominam czasy, gdy przez kilka lat robiliśmy autem po kilkanaście tysięcy kilometrów, na wyścigach w różnych zakątkach kraju spotykając regularnie podobnych sobie pasjonatów z drugiego końca Polski.

    Teraz, cóż, teraz nie ma takiej potrzeby. Powiedzmy sobie szczerze, nie będę jechał z Krakowa pod Poznań, skoro taki sam wyścig mogę zaliczyć koło Tarnowa.

    Motywacją, by wyjść ze swojego własnego ?grajdołka? może być albo wysoka ranga zawodów, czyli Puchar lub Mistrzostwa Polski, pula nagród lub jakiś element, który powoduje, że dana impreza jest unikatowa w skali kraju. Zazwyczaj chodzi o trasę, bo szczerze mówiąc rzadko spotykam zawodników, którzy łączą start ze zwiedzaniem. Jeśli już, to z kilkudniowym pobytem związanym z zaliczeniem okolicznych ścieżek/singletracków pasma górskiego lub kolejnego wyścigu.

    Stawiam, że większość userów konkretnych serii maratonów jest z nich zadowolona. Takie mamy czasy, że radosna amatorka w organizacji wyścigów rowerowych w większości przypadków minęła.

    Choć kalendarz 2017 do tego nie zachęca, może układając swój plan na najbliższy sezon warto wziąć pod uwagę wycieczkę w nieznane? Wybrać się na weekend w góry, posmakować jazdy w większym peletonie albo poznać miejsca, które były ?białymi plamami? na naszej mapie rowerowych wypadów? ?Generalka? to nie wszystko a i konfrontacja z zawodnikami w nieznanych koszulkach może być czymś rozwijającym.

  • Loverove 07.12.2016

    Loverove 07.12.2016

    Loverove na środę a w nim niby zupełnie odrębne informacje a jednak każda z nich ma ze sobą coś wspólnego. Zaczynamy :)

    1. Bikemaraton 2017

    Najpopularniejsza seria imprez mtb w kraju prezentuje swój kalendarz na przyszły sezon. 12 wyścigów od kwietnia do października, do tego etapówka, Bike Adventure oraz wyścig Mai Włoszczowskiej (03.06) kategorii UCI HC (maraton rozegrany w ten sam weekend w Jeleniej Górze będzie zaliczany do UCI Marathon Series).

    8 kwietnia 2017 ? Miękinia
    22 kwietnia 2017 ? Zdzieszowice
    6 maja 2017 ? Polanica Zdrój
    20 maja 2017 ? Wisła
    4 czerwca ? Jelenia Góra (UCI Marathon Series)
    17 czerwca 2017 ? Ludwikowice Kłodzkie
    8 lipca 2017 ? Szklarska Poręba
    22 lipca 2017 ? Bielawa
    6 sierpnia 2017 ? Obiszów
    9 września 2017 ? Wałbrzych
    23 września 2017 ? Kielce Bike Expo
    7 października 2017 ? Świeradów Zdrój

    Planujecie tam startować?

    2. Koszulka dnia

    To mówicie, że Włosi są wyznacznikiem kolarskiego stylu. Cóż, chyba już nie. Po Aqua Blue z Irlandii, grupie Pro Continental, swój strój na sezon 2017 prezentuje brytyjska ekipa kontynentalna, JLT-Condor. To najdłużej funkcjonująca ekipa zawodowa na Wyspach. Ich nowe wdzianko prezentuje się następująco:

    Projekt i wykonanie są autorstwa japońskiej marki PEdAL Ed.

    A teraz dla porównania, współczesna „włoska stylówka”:

    No elo.

    3. Tatuaż dnia, czyli Mistrzostwa Świata Singlespeed CX

    https://www.instagram.com/p/BNqlYPejBQB/

    Impreza była gruba: masa błota, Sven Nys na gościnnych występach, solidna zabawa i solidne ściganie. Więcej zdjęć możecie zobaczyć tutaj. Trzymają klimat, ale nie w tym rzecz. Pomyślcie o waszych ulubionych zawodach rowerowych. Tych najlepszych, na które pojedziecie zawsze. A teraz pytanie dnia: czy są na tyle dobre, by ich logo (abstrahując od tego, jak wygląda ;) ) umieścić na zawsze na swoim ciele. A jeśli nie, to czego im brakuje do tego ogórka rozegranego w Portland.

  • MTB 2016 – gdzie było najfajniej

    MTB 2016 – gdzie było najfajniej

    Spośród dwudziestu imprez rowerowych, w których startowaliśmy w sezonie 2016 wybrałem te najciekawsze. Nasycony rynek daje wiele możliwości wyboru, o tym, co zapada w pamięć i dobrze się kojarzy często decydują detale.

    Na wstępie mam dwie uwagi. Po pierwsze, kalendarz startów ułożyliśmy nieco chaotycznie, po drodze wprowadzając zmiany ?w locie?, zmieniając plany i spontanicznie reagując na pojawiające się możliwości. To niekoniecznie sprawdza się pod względem sportowym, ale daje więcej szans na nowe przygody.

    Sezon 2016 był też pierwszym, w którym oficjalnie współpracowałem z dwoma organizatorami imprez rowerowych: z Lang Teamem oraz z Zamana Group. Myślę jednak, że wystarczająco długo działam w tej branży, by potrafić wznieść się poza zobowiązania wynikające z tego typu umów i rzetelnie ocenić wybrane wyścigi.

    Od przełomu lutego i marca do przełomu września i października razem z moją szanowną małżonką pojawiliśmy się na: przełajach, cross country, maratonach oraz uphillach. To trochę zbyt wiele srok złapanych za ogon, co szczególnie odbiło się na mojej formie. Marianna poradziła sobie nieco lepiej. Ale nie w tym rzecz, ponieważ wrażenia związane z własną jazdą sobie a imprezy sobie.

    A photo posted by Marek Tyniec (@xouted) on

    Dlatego też, za najfajniejszy wyścig, w którym startowałem w sezonie 2016 uważam?

    Cyklokarpaty w Wierchomli

    Rozgrywana pod koniec sezonu na górskiej, klasycznie maratonowej trasie, finałowa eliminacja Cyklokarpat zdobyła moje serce na tyle, że jeśli znajdzie się w programie na sezon 2017, z miłą chęcią tam wrócę.

    Były to jedyne ?Cyklokarpaty?, na których startowałem w tym roku, wiem też, że poszczególne eliminacje różnią się między sobą poziomem. Atmosfera uzdrowiska, solidne przewyższenie, poziom sportowy i bardzo sprawna organizacja powodują, że mimo przeciętnej jazdy z Wierchomli wracałem z uśmiechem na ustach. Cieszy też rozwój tej serii, który obserwuję w każdym kolejnym sezonie. Jeśli miałbym wskazać maraton, któremu najbliżej jest do słowackich standardów, które stawiam wyżej niż nasze, byłby to właśnie ten.

    Drugie miejsce przyznaję

    Maratonowi Lang Teamu w Bukowinie Tatrzańskiej

    Szczerze mówiąc zapomniałem, jak bardzo profesjonalny potrafi być Czesław Lang i jego ekipa. Fakt, te imprezy są ?przywożone w ciężarówce? a nie organizowane przez lokalnych pasjonatów, ale doświadczenie World Touru przekładane jest na wyścig dla amatorów. Do tego w Bukowinie przygotowano wymagającą rundę, która dla wielu uczestników regularnie startujących ?u Langa? była niemałym szokiem.

    Mimo paskudnej pogody zawody przeprowadzono sprawnie a eliminacja Pucharu Polski sprawiła, że na starcie pojawiły się zacne nazwiska. I znów, jeśli Lang Team w przyszłym roku wpisze Bukowinę do swojego kalendarza, to chętnie się tam pojawię.

    A photo posted by Marek Tyniec (@xouted) on

    Trzecie miejsce, nieco sentymentalnie wędruje do

    Pucharu Szlaku Solnego

    Od mojego powrotu na rower co roku staram się startować we wszystkich eliminacjach tej małopolskiej serii wyścigów XC. Po pierwsze dlatego, że mam blisko, po drugie, że jest to ?cross country w starym stylu?: ciężkie fizycznie, na naturalnych trasach, organizowane według sprawdzonego regulaminu i harmonogramu. Niestety w tym sezonie ominąłem najciekawszą eliminację, będącą równocześnie Pucharem Polski w Skomielnej Białej, rozgrywaną na jednej z najbardziej wymagających tras w kraju. Sprawdzone Spytkowice, Orawka i Rabka wystarczyły mi do tego, by trochę się pościgać z mocnymi rywalami z regionu.

    Szlak Solny to stosunkowo kameralne imprezy, na które przyjeżdżają właściwie tylko zawodnicy zainteresowani ściganiem jako takim. Na Podhale przybywają jednak kluby z innych województw, bo mimo wszystko góry to góry, i to tu można zdobyć pierwsze doświadczenia w sensownym xc, solidnie potrenować czy sprawdzić formę przed ważniejszymi imprezami.

    Jasne, można się zżymać, że całość stoi w miejscu i się nie rozwija, z drugiej strony trzeba postawić pytanie, czy wszyscy muszą ulegać paradygmatowi ciągłego wzrostu.

    A photo posted by Marek Tyniec (@xouted) on

    A teraz przechodzimy do części najciekawszej, czyli

    Wyróżnienia

    Po pierwsze Cezary Zamana, który oswaja Warszawiaków z Górami. Weekend na przedmieściach Nowego Targu, z kilkukrotnym wjazdem na Turbacz: podczas uphillu oraz maratonu to ciekawa propozycja na początek wakacji. Nie jestem przekonany, jak można ogarnąć taką mnogość imprez w ciągu roku, jak to robi Zamana Group, ale jakoś im się udaje. Tak czy inaczej, pomysł, by zaprosić ścigantów z Mazowsza w Gorce wydaje mi się ciekawy, zatem Uphill na Turbacz oraz Mazovia MTB Marathon w Łopusznej lądują na mojej liście.

    Po drugie Uphill MTB Beskidy. W poprzednich sezonach zaglądaliśmy tam gościnnie, na jedne zawody, tym razem przejechaliśmy tę mikro serię w całości. Pięć wyścigów rozegranych w trzy tygodnie na Śląsku Cieszyńskim to ekspresowe wycieczki na Ostry, Czantorię, Wielki Połom, Tyniok i Równicę. Trochę czuć, że to zawody robione ?przez lokalesów dla lokalesów?, ale jak ci lokalesi cisną po znanych sobie ścieżkach, można dowiedzieć się tylko przyjeżdżając na beskidzkie uphille. A do tego docenić, czym jest Unia Europejska i Strefa Schengen.

    Na koniec i nieco poza kategorią zostawiłem temat, który powraca co roku, czyli

    Słowacja

    Tym razem odwiedziliśmy trzy maratony: w Udicy, Dolnym Kubinie oraz miejscowości Granc Petrovce. Trzy różne regiony Słowacji, trzej różni organizatorzy, ale dbałość o uczestnika jest wszędzie taka sama. Trochę mi smutno, że tak niewiele osób jest chętnych na nowe doznania i nie wychyla nosa poza znane ścieżki i schematy organizatorów, do których jeździ przez lata, ale cóż? Wasza strata.

    Co jeszcze mogę dodać? Pozytywne jest to, że w sezonie 2016 nie trafiliśmy na żadną imprezę, która byłaby ewidentną wtopą organizatora. Wiadomo, jakieś drobne potknięcia trafiają się każdemu, ale ogólnie mam wrażenie, że w kwestii jakości imprez rowerowych jest lepiej. Inna sprawa, że konsekwentnie wybieramy te starty, które mają w sobie spory potencjał ?fajności?. Taka już zaleta jazdy wyłącznie dla siebie i bez większych zobowiązań.

    A jakie były Wasze najlepsze doświadczenia z imprez kolarskich w sezonie 2016?

  • Gdzie są te epickie* wyścigi

    Gdzie są te epickie* wyścigi

    Przełaj Trzech Szczytów, Tro Bro Leon, Leadville 100, Strade Bianche, Schaal Sels? Ściganie na rowerach przestaje być już atrakcyjne. By wyścig zyskał rozgłos i stał się wydarzeniem, na które czekamy, musi mieć w sobie ?to coś?. W naszym kalendarzu takich imprez nie ma. Lub jest bardzo niewiele.

    Poziom zblazowania współczesnych społeczeństw żyjących w tej bogatszej części świata sięga zenitu. Chcemy więcej, mocniej, dotychczasowe bodźce przestają nam wystarczać. Cóż, takie czasy.

    W poszukiwaniu nowych doznań do sportu garnie się więcej i więcej chętnych. By zgromadzić większą grupę widzów, tradycyjne imprezy zmierzają w stronę ekstremy.

    Dla amatorów organizowane są biegi, gdzie chętni, poza wysiłkiem, na drodze do mety są mrożeni, rażeni prądem i zanurzani w błocie. Zawodowcom zwiększa się dystanse, prowadzi ich w miejsca dotychczas zarezerwowane tylko dla partnerów Red Bulla.

    Same wyścigi kolarskie również idą w stronę ekstremy. Na fali tęsknoty i mody na ?vintage? w kalendarzu pojawiają się kolejne imprezy, w czasie których szosowców zrzuca się z asfaltu. To już nie tylko bruki Flandrii i Paryż-Roubaix. To toskańskie szutry ?białych dróg?, polne dukty w Bretanii lub jazda ?po czym popadnie? na trasie Schaal Sels.

    Gdy spojrzymy na mtb, trzeba przede wszystkim powiedzieć o ekstremalizacji cross country. Panie i panowie odziani w cienką lycrę zmuszani są do skakania z dropów, walki na rock gardenach, zjazdów po schodach z bali i bóg jeden wie do czego jeszcze. Poziomu trudności tras niektórych XC nie powstydziłby się downhill sprzed kilku sezonów a i obecnie kłopoty mieliby na nich uczestnicy imprez enduro.

    Choć wydaje się, że jazda na ?góralu? dostarcza dość doznań sama w sobie, mtb wciąż cierpi na niedostatki popularności. Stąd też branża szuka nowych pomysłów, wprowadzając na rynek nowe typy sprzętu, co daje użytkownikom dostęp do nowych bodźców.

    Zatem teraz rzućmy okiem na nasze podwórko. Czy w polskim kolarstwie mamy jakieś wydarzenia, które powodują żywsze bicie serca? Czy mamy jakieś zawody, które są inne niż wszystkie i powodują, że czekamy na nie cały rok a opowiadając o nich kolegom z pracy wzbudzamy szczere zainteresowanie?

    Cóż? jeśli się przyjrzeć bliżej kalendarzowi, śmiało mogę wytypować tylko jeden taki wyścig. Jest nim podjazd na Śnieżkę. Organizowany od 26 lat, prowadzący w miejsce na co dzień niedostępne dla rowerzystów, drugi, najwyższy szczyt w kraju nie licząc Tatr. Nawet, jeśli zwycięzca wspina się na Śnieżkę w mniej niż 50 minut, jest to niewątpliwie ?coś?.

    Oczywiście trudno nie wymienić Tour de Pologne. To jedyny wyścig World Touru na północ od Alp i na wschód od dawnej granicy RFN. Impreza Czesława Langa od kilku sezonów ma w miarę stały układ, który jej niewątpliwie służy. Gliczarów nazywany ?Ścianą Bukovina? nie będzie pewnie nigdy Mur de Huy lub choćby Jaizkibel, ale ma potencjał, podobnie jak czasówka ulicami krakowskiego starego miasta. Do tego, by zwróciły uwagę światowych mediów jest im niestety daleko.

    Reszta wyścigów szosowych w kraju to, jakby to powiedzieć, po prostu wyścigi. Czasem na lepszym, czasem na gorszym poziomie sportowym, ale trudno powiedzieć o nich coś więcej, niż to kto wygrał. O ile oczywiście kogoś to interesuje.

    Spójrzmy jeszcze na scenę amatorską. Niemal przez cały rok tysiące kolarzy przemierzają kraj, jeżdżąc z wyścigu na wyścig. Zbierają punkty, walczą o pucharki, reprezentują barwy sponsorów lub grup koleżeńskich. Szosa, mtb, zimą przełaje. Jest co jeździć.

    Porównajmy to jednak z „bliską zagranicą”. Słowacy mają choćby swojego ?Horala?. Maraton mtb liczący 133km i 4900m przewyższenia. Trasa prowadzi przez Kralovą Holę, jeden z dwóch ?świętych? szczytów w tym kraju. Z kolei Czesi mogą pochwalić się imprezami takimi jak Rallye Sudety, gdzie właściwy dystans ma 113km i prawie 4000m w pionie. Poza samymi wartościami bezwzględnymi warto dodać okoliczności przyrody: tłem jest ?Skalne miasto?, cel wycieczek reklamowanych w biurach podróży w całej Polsce. To solidne imprezy z wieloletnią tradycją, dla wielu tamtejszych zawodników „must do” każdego sezonu.

    Czy u nas są takie wyścigi? Czy układając swój kalendarz startów wpisujecie do niego wydarzenia będące poza zestawem klubowo-towarzyskich zobowiązań, na tyle atrakcyjne, by poświęcić dla nich część sezonu?

    Patrząc na minione pół roku, z przyjemnością stwierdzam, że uniknąłem rutyny. Było fajnie. Ciekawie. Momentami w miarę ekscytująco. Nawet, jeśli nie wszystko poszło tak jak miało pójść a wyników trochę brakuje, czego doświadczyłem, to moje.

    Tyle tylko, że mimo blisko dwudziestu startów trudno mi wskazać imprezę, która mogłaby wzbudzić błysk w oku np. kolegów i koleżanki w biurze. Cóż, jeżdżę sobie na tym rowerze. Znajomi też jeżdżą. Ba, niektórzy z nich to zawodowcy. Ale w sumie to nuda, panie. Nudaaaa.

     

     

    *Tak, wiem, ?epicki? to zły neosemantyzm i błąd. Ale pasuje ;)

    Zdjęcie okładkowe: Strade Bianche, fot. ANSA/CLAUDIO PERI, materiały prasowe RCS

  • Prawdopodobnie najfajniejszy maraton w okolicy

    Prawdopodobnie najfajniejszy maraton w okolicy

    Sobota, 20.08, Granc Petrovce na Słowacji. Całkiem niedaleko od granicy. Świetna trasa dla fanów prawdziwego MTB, wjazd na 1200m n.p.m, szutrowe podjazdy, zjazdy singletrackami i wszystko, co najlepsze w słowackich maratonach, czyli 9. Kralovski Maraton.

    To jest szczere, niekomercyjne zaproszenie, motywowane wyłącznie moją sympatią do samej imprezy, jej organizatorów i przede wszystkim do Was. Bo nie polecałbym czegoś, co jest niefajne. A Kralovski Maraton jest po prostu turbo fajny.

    A teraz konkrety:

    Do wyboru są trzy dystanse:

    80km/3000m przewyższenia
    45km/1500m przewyższenia
    23km/400m przewyższenia

    O jeździe na ?80? lub ?45? kilometrów będzie można zdecydować w trakcie zawodów. ?23? trzeba zadeklarować wcześniej.

    Najwyższym punktem trasy jest Smrekovica, kopiec wysoki na 1200m, najwyższy szczyt pasma Branisko.

    Na Kralovskim Maratonie jeździmy głównie po szutrowych drogach, ale tylko w górę. W dół prowadzą bardziej techniczne ścieżki z elementami singletracków. Jest sporo wyzwań, ale i sporo zabawy. Po kilku latach trasa została nieco zmodyfikowana, jest bardziej kompaktowa, ale nadal oferuje wszystko to, co w mtb najlepszego.

    Słowackie maratony nieco różnią się od polskich. Uczestników jest nieco mniej, ale ściganie o czołowe lokaty jest na podobnie wysokim poziomie. Mimo to wszystko rozgrywa się spokojniej i w bardzo przyjaznej atmosferze.

    Do tego i na bufetach i na mecie czeka dobre jedzenie a standardem jest szatnia czy prysznice. To taki drobiazg, o którym u nas często się zapomina.

    kralovski-maraton

    Jeśli myślicie o spędzeniu weekendu z rodziną lub przyjaciółmi a nie tylko o rowerowym napieraniu, to Kralovski Maraton jest idealnym pomysłem na tego typu wypad. Zaraz obok miejsca startu znajduje się Spiski Hrad, jeden z największych średniowiecznych kompleksów zamkowych w Europie. Niedaleko jest też do Levocy, malowniczej miejscowości z pięknym rynkiem i zachowanym systemem murów obronnych.

    Na słowackim Spiszu noclegi są niedrogie, góry piękne a maraton rewelacyjny. Jadę tam czwarty raz z rzędu, dlatego i Was do tego serdecznie namawiam.

    A jeśli macie w aucie miejsce, to możecie zabrać kolegę lub koleżankę zajawioną na Enduro. Dzień po maratonie będą zawody właśnie dla fanów enduro, z kilkoma, bardzo ciekawymi OSami. Będą to Mistrzostwa Słowacji, a skoro odwołano Mistrzostwa Polski, to pomysł na start w Granc Petrovcach nasuwa się sam :)

    Więcej szczegółów znajdziecie na stronie:
    http://www.kralovskymaraton.sk/

    Zapisy przez stronę:
    https://cyklo.sao-tatry.sk/index.php?menu=103&l=sk&arok=2016&cisl_preteku=100
    Do 19.08 wpisowe wynosi ?20, ale w przeciwieństwie do Polski, o wysokości kwoty decyduje data zgłoszenia. Zatem po wypełnieniu formularza można zapłacić gotówką w biurze a nie martwić się zagranicznym przelewem i przewalutowaniem :)