Kategoria: Doping

  • O jeden wdech za daleko

    O jeden wdech za daleko

    Wynik badania próbek moczu pobranych od Chrisa Froome?a podczas Vuelta a Espana 2017 jest pozytywny. Znajduje się w nich dwukrotnie większa niż dozwolona ilość salbutamolu. Zwycięzcy wyścigu grozi odebranie tytułu oraz przynajmniej kilkumiesięczna dyskwalifikacja.

    Zanim wydacie wyrok

    Zakładam, że interesujecie się kolarstwem. Jest też spora szansa, że sami uprawiacie sport, startujecie w zawodach, trenujecie. Zakładam też, że skoro czytacie akurat ten, konkretny blog o kolarstwie – myślicie. Zatem, zanim przyjdzie wam do głowy komentarz w rodzaju: ?wszyscy biorą?, ?zalegalizować doping?, ?astmatycy na paraolimpiadę? lub jeden z wielu podobnych rzućcie okiem na szerszy kontekst sprawy. Dziękuję :)

    Co, gdzie, kiedy

    Próbkę, w której znaleziono ok. 2000ng/ml salbutamolu pobrano do Froome?a 07.09, po 18. etapie Vuelta a Espana. Odcinek z Suances do Santo Toribio de Liébana miał 169km i kończyć się niewielkim podjazdem. Zwycięstwo etapowe po skutecznej ucieczce odniósł Sander Armee z Lotto Soudal, ale za jego plecami, w peletonie, Team Sky rozprawiał się z Vincenzo Nibalim i innymi, ważnymi dla siebie rywalami. Na mecie Froome stracił nieco czasu do Fabio Aru, ale nadrobił 21 sekund nad Vincenzo Nibalim.

    Ważna informacja to ta, że dzień wcześniej, na ciężkim podjeździe Los Machuchos Froome został zepchnięty do defensywy. Nibali pokonał go tam o 42 sekundy a sam Brytyjczyk wyraźnie zaczynał tracić dobrą dyspozycję. Mimo to, w Santo Toribio de Liébana wyraźnie odżył a podczas decydującego starcia na Angliru (trzy dni po kryzysie na Los Machuchos) mocniejszy od niego był już tylko Alberto Contador.

    Znany problem

    Chris Froome ma problemy z układem oddechowym. To wiemy przynajmniej od 2013r, gdy na trasie Criterium du Dauphine używał inhalatora. Przed kamerami TV, w trakcie rywalizacji, całkowicie publicznie. Gdy ?rosyjscy hakerzy?, czyli ?Fancy Bear? opublikowali w 2016r informacje o ?TUE?, czyli zezwoleniach na terapeutyczne użycie zabronionych substancji, w aktach znalazły się informacje o stosowaniu przez Froome?a prednizolonu.

    Brytyjczyk prezentuje się jako zwolennik ?czystego kolarstwa?, wypowiada się przeciwko używaniu leków na astmę i alergie poza absolutną koniecznością. W 2013 i 2014r korzystał jednak z pomocy medycznej podczas wiosennych etapówek, gdy zmagał się z zapaleniem oskrzeli. Dla odmiany, wiedząc, że jest na cenzurowanym, w 2015r odmówił przyjęcia środków wymagających zezwolenia podczas Tour de France.

    TUE częścią strategii

    ?Wyłączenie dla celów terapeutycznych? to jeden z problemów współczesnego sportu. Z jednej strony trudno odmówić zawodnikom z niewielkimi (drobna kontuzja, przeziębienie) prawa do trenowania czy startu w zawodach. Kto nigdy nie przyszedł do pracy nafaszerowany efedryną na katar, niech pierwszy rzuci kamieniem. Stwierdzenie, że astma czy alergia kwalifikuje sportowca do udziału w paraolimpiadzie jest równie obraźliwa dla niego jak i dla sportowców niepełnosprawnych. Biorąc pod uwagę rozmaite schorzenia i dysfunkcje, z jakimi atleci zdobywają medale i tytuły na największych imprezach, warto powstrzymać inkwizycyjne zapędy.

    Z drugiej strony, procedura ta jest często nadużywana w celu poprawy wyników sportowych.

    Shane Sutton, były trener Team Sky i Brytyjskiego Związku Kolarskiego wprost stwierdził, że ?TUE? było częścią głośnej filozofii ?marginal gains?. Wykorzystaniem istniejącego systemu do granic jego możliwości. W podobnym tonie wypowiadają się działacze norweskiej federacji biegów narciarskich, którzy z inhalacji uczynili istotny element przygotowania do startu w zawodach.

    Co więcej, są substancje o zbliżonym działaniu, na które nie potrzeba nawet zaświadczenia a jedynym ograniczeniem jest ilość przyjęta przez zawodnika. W przypadku problemów z drogami oddechowymi takim lekiem jest właśnie Salbutamol przyjmowany wziewnie w ilości nie większej niż 1600?g dziennie. Również wiele np. leków przeciwbólowych czy przeciwzapalnych można brać bez ograniczeń. Co zresztą sportowcy chętnie wykorzystują.

    Błędy nowicjuszy?

    Za to, co trafia do jego organizmu odpowiada zawodnik. Chris Froome nie ukrywa, że w związku z nasilającymi się problemami z astmą, w końcówce Vuelty przyjął większą dawkę salbutamolu. Tak zalecił mu lekarz drużyny. Czy zalecił mu więcej, niż wolno, czy Froome pomylił się w dawkowaniu czy zmęczony organizm nie zmetabolizował substancji dostatecznie szybko, pewnie się nie dowiemy. Natomiast fakt jest niepodważalny: obie próbki, zarówno A jak i B potwierdziły przekroczenie normy 1000 ng/ml.

    Krótko mówiąc: Froome złamał przepisy antydopingowe. Tak jak wielu zawodników przed nim: Diego Ulissi, Alessandro Petacchi a także wielu przedstawicieli innych dyscyplin sportu. I powinien za to odpowiedzieć: odebraniem zwycięstwa w Vuelta a Espana oraz dyskwalifikacją stosownej długości (prawdopodobnie rocznej). Co ciekawe, Vincenzo Nibali, któremu w takiej sytuacji przypadnie zwycięstwo również jest astmatykiem a przepisów nie złamał.

    Bez względu na to, co sądzicie o Froomie, teamie Sky, brytyjskim kolarstwie czy kolarza w ogóle, ta konkretna sprawa wydaje się być dość prosta. TUE jest zarówno nadużywane w niecnych celach jak i bywa powodem problemów sportowców winnych jedynie nieuwagi.

    Intrygujące jest, że tego typu błąd przytrafił się akurat w najbogatszej i programowo najbardziej zwracającej uwagę na najmniejsze detale drużynie. Bez względu na to, czy Froome brał Salbutamol by poprawić osiągi (co w przypadku salbutamolu jest naukowo wątpliwe) czy by zwalczyć chorobę, tak czy inaczej wziął go za dużo. O wdech, dwa lub dziesięć. A jeśli uważa, że to wina lekarza, niech go pozwie. Co nie zmienia faktu, że za dużo leku przyjął on sam.

  • Czysty czy nieczysty?

    Czysty czy nieczysty?

    Tour de France 2017 był drugim najszybszym w historii. Padło kilka rekordów na podjazdach a peleton praktycznie ani przez moment nie odpuszczał ścigania. Czy należy wietrzyć spisek czy może zaufać tym, którzy mówią, że Tour jest czysty?

    Najwyższą średnią prędkość kolarze na trasie Tour de France uzyskali w 2005r. Wtedy pędzili 41,654km/h. W tym sezonie osiągnęli imponujące 40,997km/h, więcej niż w 2003 (40,940km/h) i 2006 (40,781km/h).

    Co ciekawe, tegoroczne Giro d?Italia (39,846km/h) było trzecim najszybszym, po 2016 (40,02km/h) i 2009r (40,132km/h) a przed 2010 (39,707km/h).

    Peleton przyspiesza i ewidentnie jedzie szybciej niż na początku obecnej dekady, wyprzedzając swoich poprzedników z tzw. ?ery EPO?.

    Podczas tegorocznego Touru padło kilka rekordów czasu podjazdów: na La Planche des Belles Filles oraz przełęczach Vars, Croix de Fer czy Izoard.

    Z kolei na Giro czołówka podczas finiszu w Sanktuarium Oropa mocno zbliżyła się do tego, co w 1999r zaprezentował tam Marco Pantani.

    Kolarze przyspieszają i nie da się temu zaprzeczyć, choć oczywiście ważny jest kontekst, bez którego suche dane nie mają wartości.

    Tegoroczny Tour był faktycznie stosunkowo mało górzysty a rekordowe czasy wspinaczek były uzyskiwane w szczególnych okolicznościach. I tak np. Croix de Fer w wykonaniu Contadora był najszybszy, ponieważ nie mający nic do stracenia Hiszpan pojechał tam najszybciej jak mógł, gdy w przeszłości ta przełęcz była bardziej poligonem taktycznych manewrów niż ścigania na całego.

    Z kolei Izoard to ostatni podjazd wyścigu, który pierwszy raz wystąpił w takiej roli a biorąc pod uwagę, że różnice w czołówce były minimalne, zmusił kolarzy do maksymalnego wysiłku. Dla odmiany La Planche des Belles Filles pojawił się bardzo wcześnie i nie był poprzedzony żadnymi, większymi trudnościami.

    Co więcej, przed tegorocznymi wielkimi tourami pojawiło się kilka pozytywnych wyników kontroli antydopingowych. Wpadli mało znani zawodnicy ?drugiego szeregu?: przed Giro dwóch kolarzy ?drugoligowej? ekipy Bardiani-CSF (Stefano Pirazzi i Nicola Ruffoni), przed Tourem jeden z pomocników ekipy Trek-Segafredo (Andre Cardoso).

    Tak jak w przypadku tempa jazdy, tak również tu ważny jest kontekst. Od dłuższego czasu na dopingu nie są łapani gwiazdorzy. Wpadają wyłącznie ?płotki?. Może to oznaczać, że słabsi, mniej zamożni kolarze szukają swoich szans na wyrównanie przewagi najbardziej zasobnych drużyn i zawodników (w domyśle uzyskanej przez sprzęt, optymalizację treningu, aerodynamiki, ergonomii itd) starymi metodami. Lub też, że najlepsi skutecznie rozpracowali istniejący system a słabsi wciąż dopingują się w ?głupi? sposób.

    Takie przypadki to zawsze jest poważne ostrzeżenie, które nawiązuje do przykrej przeszłości i ?peletonu dwóch prędkości?, gdzie, by w ogóle nadążyć za rywalami, nie wspominając o ich prześcignięciu, należało sięgać po niedozwolone środki.

    Z drugiej strony mamy całą, niemałą sferę deklaracji i niemal pełnej przejrzystości. W tym roku, bezprecedensowo, sporą część swoich danych udostępnił drugi zawodnik klasyfikacji generalnej Tour de France, Rigoberto Uran.

    Dzięki temu wiemy z jaką mocą i z jakim współczynnikiem W/kg pokonywał kluczowe fragmenty Touru i choć są one bardzo wysokie, można śmiało stwierdzić, że znajdują się w zasięgu ludzkich możliwości. Jego szef, czyli właściciel zespołu Cannondale-Drapac, Jonathan Vaughters na pytanie, czy ręczy za czystość swojego zawodnika odpowiada wprost: ?tak? i wskazuje, że zajęcie przez Urana drugiego miejsca samo w sobie jest dowodem na to, że wygranie touru ?na czysto? jest możliwe.

    Równocześnie jeden z bohaterów wyścigu, Warren Barguil, który jest utożsamiany z nowym pokoleniem kolarzy, wyrosłych w nowych, lepszych realiach mówi wprost, że jego zwycięstwa etapowe były możliwe tylko dlatego, że peleton sam w sobie jest ?czystszy?.

    Francuz deklaruje, że na podjeździe Izoard jechał 5,9W/kg a walczący ze sobą Froome, Bardet i Uran nie byli w stanie go doścignąć. Co więcej, Barguil zwraca też uwagę, że peleton nie odpuszczał, jak w przeszłości, ucieczek zdając sobie sprawę z niemożliwości ich doścignięcia w razie zdobycia zbyt wielkiej przewagi. W przeszłości napompowana EPO grupa wrzucała twardszy bieg i bez problemów nadrabiała kilkanaście minut na ostatnich kilometrach etapu. Teraz zniwelowanie minuty bywa kłopotliwe.

    Na drugim biegunie mamy, niestety, komunikację i wizerunek drużyny zwycięzcy Touru, czyli Teamu Sky. Od grupy, która miała udowodnić, że wygrywanie bez dopingu jest możliwe przeszła ewolucję do organizacji wybierającej sobie, na jakie pytania chce odpowiadać i kto może je zadawać.

    W połączeniu z ujawnionymi wątpliwościami natury etycznej (nadużywanie procedury TUE, niejasna zawartość dostarczanych na wyścigi przesyłek itd.) daje to ponury obraz, którego coraz trudniej jest bronić.

    Tym bardziej, że zespół ten odmienia kolejnych kolarzy robiąc z nich super górali. To nie jest oczywiście dowód na zorganizowany doping, ale równocześnie zespół nie robi nic, by sytuację wyjaśnić, co kładzie się cieniem nie tylko na brytyjskiej ekipie, ale na całym, współczesnym kolarstwie.

    Jak więc widzicie, nic nie jest białe ani czarne. Choć mam sporo wątpliwości, mimo wszystko stawiam, że Tour de France był bardziej czysty niż nieczysty. A jak Wy myślicie?

  • Krew, seks i kolarstwo

    Krew, seks i kolarstwo

    Miał być gwiazdą. Właściwie wydawało mu się, że nią jest. Albo że będzie za chwilę. Żył szybko, kochał (się) mocno, na szczęście nie umarł. Thomas Dekker, upadła nadzieja holenderskiego kolarstwa.

    ?The Descent? (?Zjazd?, w oryginale ?Mijn Gevecht?, czyli ?Moja walka?) to opowieść zawodowego kolarza, który na potęgę stosował doping.

    Wydana jesienią zeszłego roku wywołała niemałe poruszenie w środowisku, zwłaszcza wśród opisywanych, byłych kolegów Dekkera z zespołu Rabobank.

    W skrócie, obecnie trzydziestoczteroletni Thomas Dekker opisuje swoją przygodę z wyczynową jazdą na rowerze. Od czasów juniorskich, przez ?orlika? po elitę i World Tour. Niewątpliwie utalentowany, jako młody zawodnik wygrywał ze starszymi, bardziej doświadczonymi rywalami. Szybko zaczął zarabiać spore pieniądze, i wygrywać coraz lepsze imprezy. Aż zderzył się ze ścianą.

    Był rok 2005 i Włosi oraz Hiszpanie, z którymi przyszło mu rywalizować w tygodniowych etapówkach jak Tirreno-Adriatico nadawali tempo, którego młody bóg, bo tak siebie widział Dekker, nie był w stanie utrzymać.

    Szybko podjął więc decyzję. Jeśli chce ścigać się na najwyższym poziomie, musi sięgnąć po doping. Z pomocą managera skontaktował się z Eufemiano Fuentesem i lawina niedozwolonego wspomagania ruszyła.

    Przez kolejne transfuzje i zastrzyki, aferę ?Puerto?, Tour de France 2007 z którego wyrzucony zostaje Michael Rasmussen po ostrzeżenie związane z nieprawidłowościami w paszporcie biologicznym, retroaktywny, pozytywny wynik testu na EPO, dyskwalifikację i powrót do czystego kolarstwa w ekipie Jonathana Vaughtersa towarzyszymy Dekkerowi w kolejnych, nie tylko dopingowych ekscesach.

    Holenderski zawodnik był bezkompromisowym sportowcem, ale też bezkompromisowym hedonistą. To właśnie nie doping a rozwiązłość obyczajowa i opisy imprez, orgii, popijaw i nadużywania narkotyków wraz z kumplami z ekipy Rabobanku wzbudziły tak wielkie kontrowersje.

    Jednego wieczoru Dekker potrafił zapić i zaćpać by następnego dnia rano stanąć na starcie wyścigu a po kilku godzinach, na linii mety wznieść ręce w geście triumfu. Na zgrupowaniach był w stanie wykonywać katorżniczą pracę w ciągu dnia, by nocami pić, tańczyć i chodzić do burdeli.

    https://www.instagram.com/p/BWNzuafgFjM/

    Ba, nie tylko na zgrupowaniach, ale i na wyścigach, w tym na lubianym przez niego Tour de Pologne.

    Im bliżej końca tej historii, tym bardziej Dekker brzmi jak człowiek po dogłębnej psychoterapii. Nazywa wprost destrukcyjne zachowania, którymi sabotował swoją karierę, życie prywatne i relacje z bliskimi. Ciągłe poszukiwanie doznań i kolejnych ekstremów: czy to w sporcie, używkach, szybkiej jeździe samochodem i przygodnych znajomościach towarzyszy mu całe życie.

    Z czasem palący go ogień zaczął wygasać, przynajmniej w tej części, która dotyczyła kolarstwa. Dekker zakończył karierę po cichu, często wycofując się z kolejnych wyścigów i walcząc z kontuzjami.

    Jego wielkim, choć nie do końca udanym dziełem była próba pobicia rekordu godzinnego zimą 2015r, kiedy to na torze w Meksyku przejechał imponujące 52,221km (zaledwie 270m mniej niż ówczesny rekord Rohana Dennisa), pokazując, że fizycznie wciąż może walczyć z najlepszymi kolarzami na świecie.

    Jednak psychicznie Dekker był wrakiem, wypalonym, zmęczonym i nie potrafiącym sobie znaleźć miejsca na świecie.

    Ta opowieść to próba rozliczenia z własną przeszłością i otwarcie nowej drogi. Z ludzkiego punktu widzenia jest historią smutną i przykrą, w której nie ma wiele nadziei.

    Dla fanów kolarstwa to ważny element układanki, spora porcja wiedzy o kolarstwie zawodowym, efektach i mechanizmach organizowania i stosowania dopingu a także odkrycie ciemnych kart funkcjonowania grup zawodowych oraz Międzynarodowej Unii Kolarskiej.

    Pozycja zdecydowanie warta przeczytania, o ile radzicie sobie z angielskim, niemieckim lub flamandzkim, bo w takich językach została póki co wydana.

    Ja kupiłem ebooka na Amazonie za $19, ale było warto.

  • To się nie wydarzyło naprawdę

    To się nie wydarzyło naprawdę

    Pora przestać rozpamiętywać spektakularne zwycięstwa ery EPO. Podziękować Pantaniemu, Arsmtrongowi, ale też jednoznacznie ocenić. Minęło już dość czasu, by móc sobie na to pozwolić.

    Colin O?Brien w swojej książce podsumowującej 100 edycji Giro d?Italia nie kryje sympatii do postaci Marco Pantaniego. Ba, charakterystyczna sylwetka włoskiego kolarz zdobi różową okładkę tego wydawnictwa.

    Tymczasem być może to jest właśnie pora, by ostatecznie pożegnać się z pamięcią o słynnym Włochu. Podziękować mu za emocje, których dostarczył, chwile sportowych uniesień, które przeżyliśmy gdy atakował jak wściekły na podjeździe do sanktuarium w Oropie, śmigał na zjazdach z Marmolady w charakterystycznej pozycji czy popisywał się bezkompromisowym rajdem w deszczowych Alpach jadąc po żółtą koszulkę lidera Tour de France.

    Ale biorąc pod uwagę, że Pantani, tak jak zresztą i Lance Armstrong byli dla wielu ludzi wspaniałą inspiracją, trudno pogodzić się z faktem, że te wszystkie, wyjątkowe wydarzenia były tak naprawdę iluzją.

    Tak jak iluzją były ?kosmiczne? biegi Bena Johnsona, magiczne przemiany sprinterów w królów gór czy rekordowe czasy podjazdu na Alpe d?Huez.

    Włosi (choć nie tylko) pielęgnują wspomnienia po Pantanim. Kolejne edycje Giro d?Italia nawiązują do jego osiągnięć. Każdorazowa wizyta w Oropie przypomina o jego genialnej jeździe. Pomnik na przełęczy Mortirolo to okazja, by za każdym razem, gdy peleton tamtędy przejeżdża, opowiadać historię zwycięstw ?Pirata?.

    Zwycięstw, które tak naprawdę nigdy nie miały miejsca, tak jak miejsca nie miało słynne ?spojrzenie? Armstronga na Alpe d?Huez i jego siedem zwycięstw w Tour de France. Tak jak nie było rywalizacji tegoż Armstronga najpierw z Pantanim a następnie z Janem Ullrichem.

    Gwiazdom sportu, nie tylko kolarstwa, lat ?80, ?90 i wczesnych ?00 nie można odmówić charyzmy, zaangażowania i siły charakteru charakteru. Jednal ich postawa odcisnęła piętno na wyborach i karierach kolejnych pokoleń, tak jak zainspirowała wielu, tak i wielu złamała.

    Paradoksalnie, w erze ?czystego?, ?czystszego? czy też, jeśli wolicie określenia maksymalnie zachowawcze, ?bardziej kontrolowanego? kolarstwa mamy niemal tyle samo spektakularnych akcji, co w wykonaniu herosów ?ery epo?.

    Tour de France 2011 był świetny z rewelacyjnym pojedynkiem Schlecka z Evansem i ich bojami na alpejskich przełęczach.

    Contador, wyraźnie słabszy niż przed dyskwalifikacją, wydzierający triumf w Vuelta a Espana na etapie do Fuenta De przeszedł do historii wielkich tourów niczym najwięksi mistrzowie z dawnych lat.

    Być może odrodzenie Nibalego, w którym wydatnie pomógł zarówno pech rywali wywracających się jeden za drugim na zjazdach z przełęczy Agnello, jak i niebagatelny udział Michele Scarponiego również stanie się inspiracją i trafi na karty kolejnych książek.

    O ile oczywiście za kilka lat wciąż będziemy mieli pewność, że, w przeciwieństwie do wyczynów Pantaniego czy Armstronga, bohaterowie drugiej dekady XXIw byli sportowcami a nie magikami.

    Bo pamiętajcie, popularne stwierdzenie, że skoro wszyscy brali, i tak wygrywał najlepszy, jest błędne. To, że spora część najlepszych zawodników stosowała podobne metody nikogo nie usprawiedliwia i nie legitymizuje osiąganych rezultatów.

    Co wszyscy przeżyliśmy, to nasze. Ale pora, by te wspomnienia przykryła nieco grubsza warstwa kurzu. Którego przez jakiś czas nie będziemy ruszać, aż trochę zapomnimy.

    Zdjęcie okładkowe: Brian Townsley, flickr cc BY 2.0

  • Dopingowy alarm!

    Dopingowy alarm!

    Na kilka godzin przed rozpoczęciem Giro d?Italia dwóch zdolnych kolarzy ze zgłoszonej z ?dziką kartą? drużyny otrzymuje pozytywne wyniki testów antydopingowych. Wpadka Pirazziego i Ruffoniego to poważny sygnał ostrzegawczy, choć po raz kolejny zostały złapane tylko ?płotki? z mniej zamożnego zespołu.

    Stefano Pirazzi (rocznik 1987), i Nicola Ruffoni (rocznik 1990) stosowali środek stymulujący organizm do produkcji hormonu wzrostu. Próbki pobrano od nich na przełomie kwietnia i maja podczas kontroli poza wyścigiem. Kilka lat temu Pirazzi był najlepszym ?góralem? Giro d?Italia, wygrał również jeden z etapów. Największymi sukcesami Ruffoniego były zwycięstwa na odcinkach prestiżowych, lecz mniejszych wyścigów w Austrii i Chorwacji.

    Grupa Bardiani – CSF to zespół z licencją ?Pro Continental?, często startuje w ważnych imprezach, zarówno z kalendarza europejskiego jak i World Touru. Zatrudnia utalentowanych, włoskich zawodników. Pirazzi i Ruffoni czekają oczywiście na wyniki próbek ?B?, biorąc pod uwagę zaistniałe okoliczności, trudno się spodziewać, by dały one wynik negatywny. Obaj zawodnicy zostali tymczasowo zawieszeni, ich klubowi, ze względu na ?masowy? przypadek stosowania dopingu również grozi dyskwalifikacja (do 45 dni).

    By postawić śmiałą tezę skorzystam z komfortu, jaki daje mi pozycja blogera, czy też, jeśli wolicie, felietonisty zajmującego nieco mniej eksponowaną pozycję.

    Uważam, że nieprzypadkowo po raz kolejny w ostatnich latach ?wpadli na koksie? kolarze aspirujący, młodsi lub spoza world touru. Owszem, było głośno o nadużyciach w zespole Sky, niektórzy reprezentanci czołowych zespołów mieli problemy z TUE (Simon Yates), jednak o ile kilka sezonów temu na EPO czy też dopingu krwi były przyłapywane gwiazdy, teraz najczęściej pozytywne wyniki testów są udziałem mniej znanych lub niemal anonimowych postaci.

    Czy to oznacza, że ekipy z ?pierwszej ligi? są etyczne i czyste jak łza a ich zaplecze to szukający łatwego zarobku i sposobu na awans oszuści? Cóż? gdyby wszystko było takie proste.

    Faktem jest, że po nagłym tąpnięciu w tempie rozgrywania wyścigów w 2011r, zawodowy peleton systematycznie odrabia starty. Przyciśnięci przez system antydopingowy zawodnicy na chwilę wyraźnie zwolnili po wprowadzeniu systemu ADAMS oraz paszportów biologicznych i musiało minąć trochę czasu, zanim sobie z tym poradzili.

    Choć ?filozofia marginal gains? została skompromitowana, trzeba uczciwie stwierdzić, że przynajmniej część (lub nawet spora część) brakującej do prędkości ?peletonu ery epo? osiągnięto niebywałym postępem technologicznym: aerodynamiką, biomechaniką czy lepszymi metodami analizy i kontroli treningu. Współczesne rowery są nieporównywalnie szybsze w stosunku do tych sprzed choćby 5 lat i jest to niepodważalne.

    Ważny postęp poczyniono również w sferze komunikacji. Gwiazdy kolarstwa nie uciekają się do retorycznych sztuczek, lecz mówią wprost: ?wygrałem wyścig jadąc bez dopingu?. A to, wbrew pozorom, wiele zmienia.

    Równocześnie w Ameryce Południowej czy krajach byłego ZSRR wygląda na to, że ?wszyscy biorą? jak dawniej, nie przejmując się kolejnymi dyskwalifikacjami za stosowanie EPO czy testosteronu.

    Co ważne, co jakiś czas, choć na mniej bezkompromisowych środkach, wpadają zawodnicy z europejskich grup drugiej dywizji lub mniej znani kolarze World Touru.

    Wygląda to tak, jakby chcąc awansować do elity, lub też próbując nawiązać z nią walkę, kolarze z mniejszym budżetem musieli uciekać się do bardziej niebezpiecznych, lecz sprawdzonych w przeszłości metod.

    Dochodzimy więc do momentu, w którym najszybsi powinni się wytłumaczyć, jakim cudem zaczynają jeździć w tym tempie co Armstrong i spółka oraz dlaczego tak trudno nawiązać z nimi walkę sportowcom spoza World Touru. Bo same „marginal gains” i aerodynamiczne kaski czy koła, choć dają wiele, nie odpowiadają na wszystkie pytania.

    Zakładając wersję optymistyczną, starające się przetrwać „od pierwszego do pierwszego” zespoły drugiej dywizji albo kolarze z niskimi kontraktami, nie są w stanie inwestować w najnowsze technologie lub działać w ?szarej strefie?, co wymaga więcej wysiłku a zatem i nakładów. Sięgają więc po doping, by wyrównać różnice wynikające z mniejszego budżetu. W wersji pesymistycznej, cóż? czołówka World Touru skutecznie rozpracowała istniejący system i nauczyła się funkcjonować obok niego.

    Jasne, można powiedzieć, że obecni dopingowicze to pazerna, żądna sławy i pieniędzy patologia. Z drugiej strony fakt, że tak niewiele jest przypadków, gdy zawodnicy spoza World Touru są w stanie wygrać wyścig z bardziej zamożnymi rywalami musi dawać do myślenia.

    Symptomatyczna jest również sytuacja, gdy do ?ruchu na rzecz wiarygodnego kolarstwa? (MPCC) należy zaledwie 8 z 18 zespołów World Touru i aż 17 z 22 ekip Pro Continental.

    Niby wszystko jest w porządku: testy wypadają negatywnie, wizerunek gwiazd nie doznaje najmniejszego uszczerbku, zwycięzcy tourów i monumentów są oficjalnie ?czyści?. Nie fair grają tylko ci, którzy próbują za nimi nadążyć.Albo idioci, którzy sięgają po nielegalne wspomaganie, by podpisać lepszy kontrakt na następny sezon.

    Pytanie, czy to jest ostatni moment, by bić na alarm, czy może znów jest za późno? A jeśli jeszcze mamy chwilę czasu, to kto zwróci uwagę na problem?

  • Niewiarygodni zwycięzcy?

    Niewiarygodni zwycięzcy?

    Spośród najczęściej wygrywających zespołów sezonu 2017 tylko dwa: FDJ oraz Direct Energie są zrzeszone w MPCC – Ruchu na Rzecz Wiarygodnego Kolarstwa.Tylko jeden zwycięzca wyścigu męskiego world touru w tym roku należy do klubu wspierającego moralną odnowę sportu rowerowego.

    Co to jest MPCC

    MPCC, czyli Ruch na Rzecz Wiarygodnego Kolarstwa powstał w 2007r z inicjatywy, głównie, francuskich grup zawodowych. Przynależność do Ruchu zakłada stosowanie dodatkowych, ostrzejszych niż regulacje UCI (Międzynarodowa Unia Kolarska) i WADA (Światowa Agencja Antydopingowa) przepisów antydopingowych.

    To m.in. zawieszenie zawodnika po pozytywnym wyniku badania antydopingowego próbki ?a?, bez czekania na wyniki próbki ?b? (według przepisów ogólnych, taki sportowiec może nadal startować), dwuletnia karencja w zatrudnianiu zawodników, którzy byli zdyskwalifikowani na dłużej niż pół roku, wycofanie kolarza na osiem dni z rywalizacji po zastrzyku z kortykosterydów, podobnie w przypadku wykrycia obniżonego poziomu kortyzolu czy wreszcie zawieszenie całej drużyny po serii wpadek dopingowych jej zawodników. Rozważane też jest zabronienie stosowania tramadolu zarówno między jak i w czasie wyścigów.

    W MPCC zrzeszonych jest zaledwie 7 z 18 zespołów World Touru (Ag2r, Bora Hansgrohe, Cannondale Drapac, Lotto Soudal, FDJ, Dimension Data i Sunweb) i 19 z 22 ekip Pro Continental (w tym nasza CCC Sprandi Polkowice).

    Zasady przyjęte przez Ruch to awangarda działań antydopingowych, de facto wykluczająca jakąkolwiek ?szarą strefę? związaną np. z nadużywaniem TUE (zezwoleniem na stosowanie zabronionych substancji ze względów terapeutycznych).

    Najlepsi nie chcą być wiarygodni

    W wyścigach World Touru (liczonych jako całość, nie uwzględniając etapów) wygrywali w tym roku kolarze zespołów: BMC, Sky, UAE Emirates, Movistar i Quick Step. Żaden z nich nie należy do MPCC. Tylko Nikias Arndt z Sunewbu, który w styczniu zwyciężył w Great Ocean Race podlega regulacjom Ruchu.

    Warto równocześnie zauważyć, że BMC, Sky, Quick Step i Movistar to równocześnie najbogatsze z ekip World Touru.

    Czy to znaczy, że w poszukiwaniu ?marginalnych zysków? ekipy te posuwają się do praktyk, być może nie nielegalnych, ale przynajmniej wątpliwych moralnie? Cóż, przypadek grupy Sky i de facto systemowego nadużywania w niej procedury TUE, leków nasennych i środków przeciwbólowych sugeruje, że tak właśnie może być.

    Czy to znaczy, że te zespoły robią coś wbrew przepisom? Równie wiele wskazuje, że nie.

    Wątpliwości natury etycznej mogą zatem mieć jedynie najbardziej zaangażowani fani, którzy mają choćby ogólne pojęcie między tym, co dobre i prawdziwe a tym co złe.

    Czczy gest

    Wygląda więc na to, że członkostwo w MPCC to bardziej gest i, na własne życzenie, robienie sobie ?pod górkę?. Być może ma również znaczenie dla niektórych sponsorów, ponieważ w teorii może chronić ich wizerunek przed ewentualnym skandalem.

    Równocześnie, dla tychże sponsorów, liczy się głównie zwrot z inwestycji, wyrażany m.in. ekspozycją w mediach. A tę dają zwycięstwa, o które, stosując rygorystyczne zasady MPCC może zwyczajnie być trudniej.

  • Dzień, w którym umarło czyste kolarstwo

    Dzień, w którym umarło czyste kolarstwo

    Walońska Strzała zdominowana przez kolarzy zespołu Gewiss-Ballan jest symbolem kolarstwa spod znaku EPO. To wyścig, który pozbawił złudzeń tych, którzy wierzyli, że mogą walczyć o zwycięstwa w najważniejszych zawodach tylko przy pomocy ?sił natury?.

    Jeśli śledzicie wypowiedzi, wywiady, książki, w których skruszeni dopingowicze opowiadają o swoich doświadczeniach z nielegalnym wspomaganiem, łatwo wskażecie dzień, w którym ?umarło czyste kolarstwo?.

    Środa, 20.04.1994 to symboliczna data, po której nic już nie było takie samo. Każdy, kto miał nadzieję, że może coś zdziałać bez epo, stracił ją wtedy na dobre. Michele Ferrari, będący wówczas lekarzem zwycięskiej drużyny otwarcie stwierdził, że przyjmowanie wpływającego na produkcję krwinek hormonu jest podobnie niebezpieczne co wypicie kilku litrów soku pomarańczowego.

    https://www.youtube.com/watch?v=7JfIGIelCug

    Ponieważ użycie EPO było wówczas niewykrywalne a nawet nie stosowano jeszcze limitów poziomu hematokrytu, pierwsza połowa lat ?90 XXw była czasem wolnej amerykanki.

    Marco Pantani bił kolejne rekordy na alpejskich podjazdach a w wiosennych klasykach sprinterzy nie zrzucali ?z blatu? na stromych, ardeńskich wzniesieniach.

    Choć to Bjarne Riis, który wygrał Tour de France 1996 w barwach grupy Telekom, a w sezonach 1994-1995 jeździł w zespole Gewiss-Ballan zyskał przydomek ?Pan 60%? pochodzący od poziomu hematokrytu, jaki miał uzyskać dzięki wspomaganiu EPO, Duńczyk nie był jedynym, który celował w takie wartości.

    Z czasem okazało się, że nie jest to wcale tak radosna i beztroska praktyka, ponieważ nadmiernie zagęszczona krew powodowała kłopoty z krążeniem, doprowadzając do problemów zdrowotnych a nawet śmierci młodych sportowców.

    Tak czy inaczej, wiosną 1994 jeszcze mało kto myślał o takich bzdurach. Michele Ferrari skutecznie opiekował się zawodnikami Gewiss-Ballan, którzy wygrali Tirreno-Adriatico, Mediolan-Sanremo a na trasie Walońskiej Strzały bez widocznego wysiłku odjechali rywalom na 50km przed metą.

    Moreno Argentin, Giorgio Furlan i Jewgienij Bierzin mocniej przycisnęli na pedały, utrzymali tempo przez kolejne kilometry i dotarli do słynnego ?Muru? w miejscowości Huy. Tam łaskawie stanęli na pedałach i z ekstremalnie niską kadencją dojechali do mety, jak gdyby nigdy nic.

    Pierwszy minął ją Argentin, tuż za nim zameldował się Furlan a Bierzin był trzeci, jednak prawdopodobnie nie czuł się pokrzywdzony, ponieważ miesiąc później triumfował w Giro d?Italia, gdzie pokonał Miguela Induraina i Marco Pantaniego.

    Jeśli wierzyć filmowi ?The Program?, było to jedno z tych wydarzeń, które skierowało Lance?a Armstronga w ramiona Michele Ferrariego. Amerykanin, nie jedyny zresztą, skoro już podjął decyzję pozostania w zawodowym peletonie, postanowił grać wedle obowiązujących zasad a w ciągu następnej dekady doprowadził, zorganizowany wspólnie z włoskim fizjologiem system do perfekcji, która dała mu siedem zwycięstw w Tour de France.

    Riis, Virenque, Pantani i wielu, wielu innych wybrało tę samą drogę. I tak to poszło dalej, przez kolejne afery i skandale: Festiny, Pantaniego, Oil for drugs, Puerto aż do wprowadzenia systemu ADAMS i paszportów biologicznych, gdy tempo peletonu na chwilę spadło.

  • Cienka, szara linia Teamu Sky

    Cienka, szara linia Teamu Sky

    Po przesłuchaniu przez komisję parlamentarną Simona Cope?a, ujawnieniu danych przez Fancy Bears oraz śledztwach dziennikarskich wiemy, że przynajmniej przez kilka sezonów Team Sky nie łamał przepisów i procedur antydopingowych, ale funkcjonował w szarej strefie, daleko od deklarowanych standardów etycznych

    Osoby dramatu:

    • Sir David John „Dave” Brailsford, Manager Team Sky od 2010r oraz Manager British Cycling w latach 1997-2014
    • Sir Bradley Wiggins, multimedalista igrzysk olimpijskich i mistrzostw świata na torze oraz szosie, zwycięzca Tour de France 2012
    • Simon Cope, były trener w British Cycling, dyrektor sportowy grupy WIGGINS, a wcześniej Madison Genesis czy Wiggle-Honda

    Najważniejsze wydarzenia:

    • Sierpień 2016: rosyjscy hakerzy z grupy ?Fancy Bear? ujawniają dane Światowej Agencji Antydopingowej (WADA) o sportowcach korzystających z procedury TUE (wykluczenie dla celów terapeutycznych). Jest wśród nich Bradley Wiggins, który przez wiele lat korzystał z kortykosterydów na astmę
    • Październik 2016: Daily Mail odkrywa, że w 2011r Simon Cope dostarcza zespołowi Sky tajemniczą paczkę. Odbiera ją z Manchesteru i leci w Alpy, gdzie Wiggins startuje w Criterium du Dauphine. W przesyłce ma znajdować się fluimucil, lek na kaszel, który za grosze można kupić w całej Europie.
    • Jesień i zima 2016/17: Kolejne komisje dyscyplinarne, parlamentarne oraz dziennikarze indagują Bailsforda, Cope?a i Wigginsa by dowiedzieć się, dlaczego w Teamie Sky stosowano TUE na kortykosterydy, co było w paczce dla Wigginsa, oraz kto, jak, ile i jakich leków przepisywał kolarzom.

    Zanim rzucicie się na Bradleya Wigginsa i Dave?a Brailsforda ważna informacja. Choć wiele kwestii jest wątpliwych moralnie, de facto wszyscy zainteresowani poruszali się w granicach dopuszczalnych przez sportowe regulaminy.

    Czy zatem wszystko jest w porządku? Oczywiście, że nie!

    Po pierwsze w wątpliwość poddawana jest zasadność stosowania przez Wigginsa tak silnych środków na astmę i górne drogi oddechowe. Dyskusyjne są dawki, rodzaj użytych leków oraz terminy ich podawania, ?dziwnie? zbieżne ze startami docelowymi Brytyjczyka.

    Sir Wiggo, miał na to TUE, czyli ?wykluczenie dla celów terapeutycznych?, czyli mógł zgodnie ze sportowym prawem stosować kortykosteroidy: salbutamol wziewnie oraz Triamcinolone acetonide acetonid triamcinolonu w zastrzykach, i choć wielu sportowców nadużywa tej procedury, równocześnie nie można odmawiać wielu z nim prawa do leczenia astmy, alergii czy też zapaleń. W tym Wigginsowi.

    Co więcej, nawet, jeśli jest to podejrzane a zespół ma do pracy swoich ludzi, Simon Cope, zatrudniony w brytyjskim związku kolarskim i w owym czasie de facto zależny od Brailsforda mógł, czy też raczej musiał ją przywieźć. I choć plącze się w zeznaniach, idea, że oskarżeni, obojętne czy sportowcy czy ktokolwiek inni są winni z automatu i to ich zadaniem jest udowodnienie swojej niewinności jest podważeniem podstawowych praw, na których bazuje nasza cywilizacja.

    Ba, choć jest to źle widziane przez MPCC (ruch na rzecz wiarygodnego kolarstwa), wypowiedzi byłego kolarza Sky, Michaela Barry?ego, które wskazują na używanie i nadużywanie tramadolu oraz innych leków przeciwbólowych oraz leków nasennych również nie wiążą się z żadnymi, poza wizerunkowymi, konsekwencjami. Zarówno tramadol jak i tabletki na sen nie są zabronione.

    Ponieważ ilości tych leków zamawianych przez Sky były niemal hurtowe, tak jak i kortykosteroidów na astmę, których było o wiele więcej niż na potrzeby Wigginsa, można stwierdzić, że zespół, powtórzmy, obracając się w granicach przepisów, systemowo dbał o jak najlepsze wyniki swoich kolarzy przy pomocy farmakologii. Prawdopodobnie w podobny sposób, co Norwescy lekarze opiekujący się swoimi biegaczami narciarskimi, gdzie inhalacje salbutamolem stosowano profilaktycznie także u całkowicie zdrowych zawodników.

    W czym więc tkwi problem?

    Otóż w tym, że Team Sky stał w awangardzie ?nowego kolarstwa?. Dave Brailsford sukces swoich kolarzy, w tym wygranej Wigginsa w Tour de France przypisywał filozofii ?marginal gains?, czyli poszukiwania zysków w najmniejszych elementach funkcjonowania zawodnika i zespołu. Do tego wprowadzono zasadę „zera tolerancji”, rezygnując z usług postaci, które w przeszłości były zamieszane w afery dopingowe. Na tej podstawie rozwiązano współpracę z Seanem Yatesem, Bobbym Julichem oraz najbardziej kontrowersyjną postacią, lekarzem Geertem Leindersem.

    Co więcej, być może tak właśnie było. Być może Wiggins wygrał Tour dzięki temu, że trenował w namiocie podczas upałów na Teneryfie, katował się dietą, miał najlepszą pozycję na rowerze a do tego Tour, w którym zwyciężył prowadził po trasie dla niego stworzonej (stosunkowo dużo czasówek, stosunkowo mało gór).

    Tyle tylko, że kolarze przez przynajmniej dwie dekady poprzedzające jego sukces, właściwie robili, co chcieli w kwestii niedozwolonego wspomagania. Odsądzony od czci i wiary Lance Armstrong, dla którego kortykosterydy były tylko drobnym elementem całego systemu dopingowego, który latami kłamał sportowemu światu prosto w oczy, tak samo jak Wiggins i Brailsford korzystał z pomocy umyślnych posłańców dostarczających mu tajemnicze przesyłki w kluczowych momentach sezonu. Tak samo jak Wiggins i Brailsford stosował ?TUE?, choć głównie po to, by zamaskować swoje wpadki. Ponieważ zmieniły się realia, Brytyjczycy po prostu wykorzystali luki w systemie by legalnie poprawiać wydolność swoich gwiazd.

    Czy to jest to samo? Cóż, raczej nie. Kaliber sprawy (póki co) jest zupełnie inny. Ale i inne są czasy oraz okoliczności. Kryteria dopingu, tego co zabronione i tego, co dozwolone są jasno określone przepisami i corocznie aktualizowaną listą WADA. Mimo to, nawet działając w ramach tych regulacji można zachowywać się nieetycznie. I, co można teraz powiedzieć z bardzo dużym prawdopodobieństwem, funkcjonowało jako codzienność w teamie Sky.

  • Stała czujność

    Stała czujność

    Każde zahaczenie pedałem o kamień w sezonie 2017 wzbudza podejrzenia. Po dopingu farmakologicznym przyszła pora na śledzenie anomalii sprzętowych.

    Po eliminacji przełajowego Pucharu Świata we włoskiej miejscowości Fiuggi na celowniku internetowych ogarów węszących podstęp znalazł się mistrz świata i zwycięzca tego wyścigu, Wout van Aert.

    Zresztą zobaczcie sami:

    A teraz cofnijmy się w nieodległą przeszłość i rzućmy okiem na upadek Rydera Hesjedala podczas Vuelta a Espana 2014:

    https://www.youtube.com/watch?v=ynLMfzLTc8M

    oraz w miarę sensowne wytłumaczenie tego incydentu:

    Po zeszłorocznym ujawnieniu zamontowanego silnika elektrycznego w rowerze Femke Van den Driessche oraz po materiale francuskiej telewizji Stade 2, UCI wprowadziła kontrole przy pomocy tabletów, pojawiają się też testy kamerami termowizyjnymi.

    Teoretycznie wszystko gra, czekamy jeszcze na rewelacje Istvana Varjasa, konstruktora i twórcy elektromagnetycznego wspomagania ukrytego w kołach roweru, który twierdzi, że sprzedał na wyłączność swoje rozwiązanie jednej z ekip zawodowych.

    Tymczasem czujni fani zauważyli niestandardowe zachowanie roweru jednego z najlepszych kolarzy przełajowych, Wouta van Aerta.

    Ponieważ ?internet pamięta wszystko?, fraza ?Wout van Aert mechanical doping? zostanie zapisana na zawsze i przysłowiowy smród będzie się za nim ciągnął przez lata, podobnie jak za Fabianem Cancellarą.

    Niestety kolarze i ich obsługa, przez lata stosowania dopingu nadwyrężyła zaufanie fanów. Teraz każdy ponadnormatywnie szybko przejechany podjazd, każda, najmniejsza anomalia wzbudza podejrzliwość.

    Jak przy każdej krucjacie istnieje niebezpieczeństwo przypadkowych, niewinnych ofiar. W sytuacji, gdy wiele zależy od wizerunku, są spore niedostatki pracy dla zawodników i ekip dla nich pracujących (likwidacja zespołu oznacza utratę kontraktu przez kilkadziesiąt osób) a dyscyplina cierpi na ciągły niedostatek sponsorów, pochopnie rzucone oskarżenie może mieć poważne konsekwencje.

    Jeśli dodatkowo coś zaczyna brzydko pachnieć blisko wielkiej gwiazdy, nawet, jeśli winowajcą nie jest ukryty silniczek a podstępnie wystający z ziemi kamień czy też korzeń lub też faktyczne problemy zdrowotne a nie naginanie ?TUE? w celu poprawienia wyników sportowych, to nie tylko sam zainteresowany, ale my wszyscy zaczynamy mieć problem.