Seks sprzedaje. Afera w PZKol trafiła nawet do wieczornych wydań telewizyjnych wiadomości. Miraż, jakim był “złoty wiek polskiego kolarstwa” opada, bo dopiero teraz ktoś zajrzał pod kurtynę uszytą z medali i tytułów. Bo wcześniej albo “wszyscy wiedzieli” albo “każdy miał to gdzieś”.

Sportowe #metoo

Ogólnopolskie media podchwyciły temat głównie ze względu na seksualny aspekt skandalu w PZKol. Seksafera z udziałem młodych zawodniczek to sprawa z jednej strony paskudna i zasługująca na odkrycie, z drugiej gwarantująca publikę. Cóż, takie życie.

Nikogo nie usprawiedliwiam, nikogo nie tłumaczę. Molestowanie jest złe. A równocześnie, niestety, zdarzało i zdarza się nadal. Biografie, wywiady, filmy, książki zawodniczek z właściwie każdej dyscypliny sportu często wspominają o tym samym. Nie trzeba szukać daleko, można choćby wrócić do “Małej Królowej” opisującej losy Kanadyjki Genevieve Jeanson. Zobaczymy tam “klasyczną” relację nadużywającego pozycji, władzy i zaufania starszego trenera z młodszą, wchodzącą zarówno w świat sportu jak i dorosłości sportsmenką. Jest przemoc, jest zastraszanie, są kłamstwa, fałszywe obietnice, przymykanie oczu przez bliskich i potrzask, w jakim znalazła się bohaterka.

Lekkoatletki, pływaczki, gimnastyczki czy przedstawicielki jakiejkolwiek innej dyscypliny sportu mogłyby masowo dołączyć do akcji #metoo. A jeśli myślicie, że sprawa dotyczy tylko relacji damsko-męskich, jesteście w błędzie. Bo choć samo molestowanie, mobbing i przemoc są tabu, to w sporcie jeszcze większym tabu jest homoseksualizm.

Relacje między zawodnikami a trenerami będą zdarzały się nadal. Znów, takie życie. Jeśli ludzie spędzają ze sobą kilkaset dni w roku, często nie mając kontaktu ze światem zewnętrznym, w ten czy w inny sposób do siebie się zbliżą. I nie wolno im tego odbierać, pamiętając, że w sytuacji nie tylko różnicy wieku, doświadczenia życiowego i autorytetu, ale też hierarchiczności i zależności jest to bardzo niebezpieczne i nie tylko umożliwiające wszelkiej maści nadużycia, co wręcz im sprzyjające. Zwłaszcza w odciętym od świata, górskim hotelu, bez świadków.

Fasada z medali

Jeśli uważacie, że “Seksafera w PZKol” to cios dla polskiego kolarstwa, to tak, macie rację, ale też jesteście w poważnym błędzie. Działacz molestujący zawodniczki jest fatalny dla wizerunku i wyraża rozkład, jakiemu nieustająco poddaje się nasz sport.

Piękne wyniki, jakie w ostatnich kilku latach zaczęli odnosić nasi kolarze to anomalia. Kumulacja tytułów mistrzowskich, medali olimpijskich i zwycięstw w World Tourze nie ma za wiele wspólnego z systemowym szkoleniem, regularnym finansowaniem czy jakąkolwiek strategią. Mówienie, że Rafał Majka i Michał Kwiatkowski to cud, jest deprecjonowaniem pracy w ośrodkach: podkrakowskim i podtrouńskim. Bo lokalni fachowcy-pasjonaci poświęcili swoje życie kolarstwu, pracy z młodzieżą, zapewnieniu finansowania i warunków do wejścia w świat sportu. Znajdziecie takich wielu. Na zawodach o “puchar wójta”, na olimpiadzie młodzieży i tym podobnych imprezach.

Podpinanie ich sukcesów pod obecny od czasu do czasu w mediach “Narodowy Program Rozwoju Kolarstwa” jest jednak poważnym nadużyciem, podobnie jak wielu innych osiągnięć naszych zawodników i zawodniczek. Nadużyciem przykładowym, na które mało kto zwracał uwagę i praktycznie nikt nie pytał. A jeśli to robił, był nazywany hejterem i oskarżany o sranie do własnego gniazda.

Wszyscy wiedzą, nie ma kto pytać?

Jestem skromnym blogerem. De facto osobą prywatną. Jasne, w branży rowerowej funkcjonuję od wielu lat. Współprowadziłem największy portal, współpracowałem z wydawnictwami i organizatorami imprez. Zawodniczo nigdy nie wyszedłem poza poziom regionalny. A mimo to informacje, pogłoski i poszlaki o nadużyciach, również tych obecnie najgłośniejszych, do mnie dochodziły.

Nadużycia finansowe, nadużycia władzy, nadużycia obyczajowe. Nepotyzm, korupcja, doping, mściwość, faworyzowanie i marginalizowanie czy wreszcie zwykłe skurwysyństwo?

Dlaczego środowisko kolarskie, ze szczególnym naciskiem na media, przymyka oczy na wszelkiego rodzaju nieprawidłowości?

Moja odpowiedź jest dość prosta i zarazem przykra. Jesteśmy słabi, dramatycznie słabi. Prasa i portale rowerowe są, no właśnie, rowerowe. Jedynym sposobem, by utrzymać się na rynku, jest produkcja treści związanych ze sprzętem. To, jak są one obiektywne, jest tematem na zupełnie inną opowieść. W opisywanym kontekście kluczowy jest fakt, że media rowerowe nie interesują się kolarstwem.

A te, które na kolarstwie jako sporcie się skupiają, nie są traktowane poważnie. Albo są uwiązane siecią patronatów, bannerów i stopek sponsorskich, które dają szansę na jakąkolwiek wymianę informacji, albo, jeśli silą się na obiektywizm i niezależność, są marginalizowane lub nawet ostarcyzowane.

Równocześnie mają na tyle niewielki zasięg, że gra w otwarte karty z nimi jest zwyczajnie nieopłacalna. W związku z tym, jeśli ktoś coś mówi, otwiera się przed rowerowym dziennikarzem, robi to “off the record” lub kwituje prostym “przecież wiesz, jak jest”.

Krótko mówiąc pozostajemy w sferze przetwarzania dostępnych informacji, relacjonowania wyścigów i bezpiecznych pytań o przebieg rywalizacji czy zgrupowania. “Jak było, co jadłeś, czy było ciężko”.

Jeśli ktoś coś wie, słyszał, domyśla się lub zwyczajnie łączy fakty i wyciąga wnioski, zostawia to dla siebie. W związku z tym w polskim kolarstwie nie ma dopingu, zarówno zawodowców jak i amatorów. Przeszłość gwiazd peletonu ścigających się w “epoce epo” istnieje tylko w sferze znajomości tras i zmian w sprzęcie. Kontakty, powiązania czy przyjaźnie z antybohaterami dopingowych afer są tematem tabu.

Z kolei kłopoty młodych zawodników są pomijane milczeniem, by nie niszczyć ich karier a ewentualnie współodpowiedzialnym działaczom, jakby na to nie patrzeć często pasjonatom i społecznikom, nie utrudniać pracy.

Symboliczne kary, zawieszenia na zimę, ukrywanie informacji o poztywynych wynikach testów. A winni i skazani bywają hołubieni. Utracone na skutek dopingowej wpadki tytuły legitymizowane, przynajmniej w mowie.

Idąc dalej, obecność jakiegokolwiek sponsora, nawet, jeśli ten jest szemrany, nie wywiązuje się ze zobowiązań czy zalega z wypłatami pomijamy, by nie odstraszać kolejnych. Wszak dla wielu klubów nawet kilkadziesiąt czy kilkanaście tysięcy to być albo nie być, po co więc szukać problemów?

A może wyciekający z sekcji sprzęt? Grant, z którego część funduszy idzie na szkolenie a część do kieszeni? Zgrupowanie pod szyldem kadry, na które zawodnicy jadą za swoje pieniądze? I odwrotnie, wyjazdy “państwowe”, z których korzystają będący na kontraktach zawodowcy?

Naprawdę nie słyszeliście? Nikt wam nie mówił? Sami się nie domyśliliście? A może boicie się podnieść głos, bo nazwą was, jak nielicznych odważnych, hejterami, oskarżą o niszczenie kolarstwa, obrażona gwiazdka zagrozi, że już więcej z wami nie porozmawia a w wersji najbardziej dotkliwej nie zaprosi na prezentację z darmowymi kanapkami?

A co z największymi? Ogólnopolskie tytuły, portale, telewizje? Znane nazwiska, bywające tu i ówdzie. W teorii mające jakąkolwiek moc sprawczą. Z wielotysięczną widownią odbiorców i czytelników. Z obecnością na najważniejszych imprezach w charakterze vipa. Rozumiem, że jeśli ktoś na przemian zajmuje się skokami, hippiką i raz w roku kolarstwem, może nie ogarniać. Ale wy? Też nie wiecie? Nie widzieliście? Czemu nikt nie pyta?

Czemu musieliśmy czekać tyle lat by dopiero w sytuacji, w której temat zaczął się od hałasu o grube miliony, do sportu rowerowego zajrzał ktoś z popularnej redakcji w celu innym niż poklepanie po plecach “naszego mistrza” lub “autora sukcesów”?

Nie ma komu pracować?

Jedną z największych obaw związanych z sytuacją w Polskim Związku Kolarskim jest ta, że nawet, jeśli minister sportu wejdzie z kuratorem i zaora wszystko, nie będzie komu pracować. To nie do końca prawda. Nawet w obecnych strukturach jest wielu ludzi, którym na kolarstwie zależy i choć, owszem, przymykają oczy na to i owo, chcą i potrafią solidnie pracować. I wcale nie muszą to być “młodzi”, jak często słyszymy. Bo bez doświadczonych trenerów czy aktywistów, którzy jak wspomniałem na początku, swoje życie oddali temu, często niewdzięcznemu sportowi, daleko nie zajdziemy.

Trzeba ich jednak, i starych i nowych, i młodych i rutynowanych sprawdzać. Pytać. Obserwować. Domagać się transparentności: zasad, regulaminów, wydatków, wyjazdów, powołań, zgrupowań. Jest prawo prasowe. Są media społecznościowe. Bez takiej kontroli nie będzie niczego.

Skomentuj

Komentarze

Powered by Facebook Comments