Na kilka godzin przed rozpoczęciem Giro d’Italia dwóch zdolnych kolarzy ze zgłoszonej z “dziką kartą” drużyny otrzymuje pozytywne wyniki testów antydopingowych. Wpadka Pirazziego i Ruffoniego to poważny sygnał ostrzegawczy, choć po raz kolejny zostały złapane tylko “płotki” z mniej zamożnego zespołu.

Stefano Pirazzi (rocznik 1987), i Nicola Ruffoni (rocznik 1990) stosowali środek stymulujący organizm do produkcji hormonu wzrostu. Próbki pobrano od nich na przełomie kwietnia i maja podczas kontroli poza wyścigiem. Kilka lat temu Pirazzi był najlepszym “góralem” Giro d’Italia, wygrał również jeden z etapów. Największymi sukcesami Ruffoniego były zwycięstwa na odcinkach prestiżowych, lecz mniejszych wyścigów w Austrii i Chorwacji.

Grupa Bardiani – CSF to zespół z licencją “Pro Continental”, często startuje w ważnych imprezach, zarówno z kalendarza europejskiego jak i World Touru. Zatrudnia utalentowanych, włoskich zawodników. Pirazzi i Ruffoni czekają oczywiście na wyniki próbek “B”, biorąc pod uwagę zaistniałe okoliczności, trudno się spodziewać, by dały one wynik negatywny. Obaj zawodnicy zostali tymczasowo zawieszeni, ich klubowi, ze względu na “masowy” przypadek stosowania dopingu również grozi dyskwalifikacja (do 45 dni).

By postawić śmiałą tezę skorzystam z komfortu, jaki daje mi pozycja blogera, czy też, jeśli wolicie, felietonisty zajmującego nieco mniej eksponowaną pozycję.

Uważam, że nieprzypadkowo po raz kolejny w ostatnich latach “wpadli na koksie” kolarze aspirujący, młodsi lub spoza world touru. Owszem, było głośno o nadużyciach w zespole Sky, niektórzy reprezentanci czołowych zespołów mieli problemy z TUE (Simon Yates), jednak o ile kilka sezonów temu na EPO czy też dopingu krwi były przyłapywane gwiazdy, teraz najczęściej pozytywne wyniki testów są udziałem mniej znanych lub niemal anonimowych postaci.

Czy to oznacza, że ekipy z “pierwszej ligi” są etyczne i czyste jak łza a ich zaplecze to szukający łatwego zarobku i sposobu na awans oszuści? Cóż… gdyby wszystko było takie proste.

Faktem jest, że po nagłym tąpnięciu w tempie rozgrywania wyścigów w 2011r, zawodowy peleton systematycznie odrabia starty. Przyciśnięci przez system antydopingowy zawodnicy na chwilę wyraźnie zwolnili po wprowadzeniu systemu ADAMS oraz paszportów biologicznych i musiało minąć trochę czasu, zanim sobie z tym poradzili.

Choć “filozofia marginal gains” została skompromitowana, trzeba uczciwie stwierdzić, że przynajmniej część (lub nawet spora część) brakującej do prędkości “peletonu ery epo” osiągnięto niebywałym postępem technologicznym: aerodynamiką, biomechaniką czy lepszymi metodami analizy i kontroli treningu. Współczesne rowery są nieporównywalnie szybsze w stosunku do tych sprzed choćby 5 lat i jest to niepodważalne.

Ważny postęp poczyniono również w sferze komunikacji. Gwiazdy kolarstwa nie uciekają się do retorycznych sztuczek, lecz mówią wprost: “wygrałem wyścig jadąc bez dopingu”. A to, wbrew pozorom, wiele zmienia.

Równocześnie w Ameryce Południowej czy krajach byłego ZSRR wygląda na to, że “wszyscy biorą” jak dawniej, nie przejmując się kolejnymi dyskwalifikacjami za stosowanie EPO czy testosteronu.

Co ważne, co jakiś czas, choć na mniej bezkompromisowych środkach, wpadają zawodnicy z europejskich grup drugiej dywizji lub mniej znani kolarze World Touru.

Wygląda to tak, jakby chcąc awansować do elity, lub też próbując nawiązać z nią walkę, kolarze z mniejszym budżetem musieli uciekać się do bardziej niebezpiecznych, lecz sprawdzonych w przeszłości metod.

Dochodzimy więc do momentu, w którym najszybsi powinni się wytłumaczyć, jakim cudem zaczynają jeździć w tym tempie co Armstrong i spółka oraz dlaczego tak trudno nawiązać z nimi walkę sportowcom spoza World Touru. Bo same „marginal gains” i aerodynamiczne kaski czy koła, choć dają wiele, nie odpowiadają na wszystkie pytania.

Zakładając wersję optymistyczną, starające się przetrwać „od pierwszego do pierwszego” zespoły drugiej dywizji albo kolarze z niskimi kontraktami, nie są w stanie inwestować w najnowsze technologie lub działać w “szarej strefie”, co wymaga więcej wysiłku a zatem i nakładów. Sięgają więc po doping, by wyrównać różnice wynikające z mniejszego budżetu. W wersji pesymistycznej, cóż… czołówka World Touru skutecznie rozpracowała istniejący system i nauczyła się funkcjonować obok niego.

Jasne, można powiedzieć, że obecni dopingowicze to pazerna, żądna sławy i pieniędzy patologia. Z drugiej strony fakt, że tak niewiele jest przypadków, gdy zawodnicy spoza World Touru są w stanie wygrać wyścig z bardziej zamożnymi rywalami musi dawać do myślenia.

Symptomatyczna jest również sytuacja, gdy do “ruchu na rzecz wiarygodnego kolarstwa” (MPCC) należy zaledwie 8 z 18 zespołów World Touru i aż 17 z 22 ekip Pro Continental.

Niby wszystko jest w porządku: testy wypadają negatywnie, wizerunek gwiazd nie doznaje najmniejszego uszczerbku, zwycięzcy tourów i monumentów są oficjalnie “czyści”. Nie fair grają tylko ci, którzy próbują za nimi nadążyć.Albo idioci, którzy sięgają po nielegalne wspomaganie, by podpisać lepszy kontrakt na następny sezon.

Pytanie, czy to jest ostatni moment, by bić na alarm, czy może znów jest za późno? A jeśli jeszcze mamy chwilę czasu, to kto zwróci uwagę na problem?

Skomentuj

Komentarze

Powered by Facebook Comments