Rekordy, heroizm, ponadczasowe wyniki. Momenty, do których odwołujemy się w następnych latach, zapowiadając i relacjonując wyścigi. Te, które są kontekstem dla dokonań kolejnych pokoleń mistrzów. Philippe Gilbert miał już na swoim koncie kilka takich chwil. A wygrywając Ronde Van Vlaanderen dodał kolejną.

Nie kryję, że belgijski kolarz od początku swojej kariery zwracał moją uwagę i wzbudza sympatię. Może dlatego, że to “mój” rocznik 1982, może dlatego, że pierwsze sukcesy odnosił we francuskim teamie FDJ kierowanym przez charyzmatycznego Marca Madiota, może też wreszcie dlatego, że niemal od razu pokazywał potencjał wielkiego mistrza.

Gilbert słynie z wszechstronności, odwagi i spektakularnej dynamiki. Jest konkurencyjny w terenie górzystym, w sprincie z niewielkiej grupy i na bruku. Do tego nieźle jeździ na czas. Choć dłuższe wyścigi wieloetapowe nie są jego domeną, to jeden z najbardziej kompletnych zawodników w peletonie.

Co ważne, największe sukcesy zaczął osiągać w erze, gdy wiele zaczęło się mówić nie o dopingu a o czystości wśród wyczynowych kolarzy. Nie mnie oceniać, ale kojarzę go raczej z jasną stroną mocy niż z erą “błędów i wypaczeń”, której ikonami byli nie tylko zawodnicy, ale też ich lekarze.

Geniusz Gilberta przejawiał się kilkukrotnie w postaci niespotykanej dominacji i konsekwencji, z jaką Belg wygrywał kolejne wyścigi. Zaliczane przez niego serie zwycięstw będą przez lata punktem odniesienia dla jego następców a w kontekście historycznym nawiązują do osiągnięć największych, kolarskich herosów.

Potrafił bowiem wygrać cztery jesienne klasyki: Coppa Sabatini, Paryż-Tours, Giro del Piemonte, i “monument” Giro di Lombardia, jeden po drugim w ciągu zaledwie dziesięciu dni (przełom września i października 2009).

Gdyby tego było mało, w sezonie 2011 wzbił się na jeszcze większe wyżyny, zwyciężając w czterech wyścigach “ardeńskich”. “Strzałach”: Brabanckiej i Walońskiej, Amstel Gold Race i następnym, swoim “monumencie”, czyli Liege-Bastogne-Liege. Choć “ardeński tryptyk” (walońska strzała, AGR, L-B-L) padł już wcześniej łupem Davide Rebellina, dołożenie do niego mniej prestiżowej, ale wciąż ważnej Brabanckiej strzały jest kolejnym podniesieniem poprzeczki dla następnych generacji kolarzy.

Nie chodzi tu nawet o wyliczanie jego wyników, warto bowiem przypomnieć styl, w jakim sięgał po największe sukcesy. Dynamiczny, niezmiernie jadowity atak był nie do odparcia przez któregokolwiek z rywali. Gilbert w szczycie formy potrafił ograć nawet dobrze dysponowanych i współpracujących przeciw niemu braci Schleck w terenie, który teoretycznie to im sprzyjał bardziej, czyli na cięższych i dłuższych wzniesieniach w okolicach Liege.

Popisowym numerem Belga stał się odjazd na Caubergu, wzgórzu kluczowym dla wyścigu Amstel Gold Race. Gilbert wygrywał tam trzykrotnie (2010, 11, 14), ale najważniejszy atak zaliczył nie podczas wiosennego klasyku a w czasie rozgrywanych w Valkenburgu mistrzostw świata (2012). Wszyscy wiedzieli, że tam spróbuje swoich sił. Wszyscy wiedzieli, jak to zrobi. Wszyscy na niego patrzyli i go pilnowali, a on i tak był w stanie zgubić rywali i sięgnąć po tęczową koszulkę

Jak każdy, doświadczony mistrz, także i Gilbert zdobył umiejętność odbudowywania formy i motywacji, oraz stawiania sobie nowych celów. Gdy przestał być skuteczny w klasykach, “ratował sezon” wygranymi etapami w wielkich tourach (np. w 2015r w dobrym stylu zwyciężył na dwóch odcinkach Giro d’Italia). Gdy jego możliwości w grupie BMC zostały wyczerpane oraz zabrakło miejsca dla talentu i ego naszego bohatera oraz jego lokalnego rywala, Grega Van Avermaeta, Phil przeszedł do zespołu Quick Step i odświeżył swoje umiejętności w jeździe po bruku.

Całą wiosnę budował formę na ten jeden dzień, na Ronde van Vlaanderen. Już wcześniej dobrze spisywał się we „Flandryjskiej Piękności„. w latach 2009-10 potrafił stanąć tam na podium, lecz później skierował swoje zainteresowanie i potencjał na mniej brutalne, za to bardziej górzyste imprezy.

Mimo to, szybko przpomniał sobie, że po “kasseien”, czyli flamandzkich kocich łbach potrafi poruszać się bardzo sprawnie. Choć w E3 przyćmił go Van Avermaet a w Dwars Door Vlaanderen lepszy był kolega z zespołu, Gilbert pokazał klasę na trasie przygotowującej do RVV mini etapówki, “3 dni de Panne”.

To tam pokazał, że wciąż ma dynamit w nogach, atakując na słynnym Muurze. Tym samym wzniesieniu, które zaledwie kilka dni później ekipa Quick Step wykorzystała do rozerwania peletonu podczas docelowego startu.

Solowy atak 55km przed metą, spektakularny rajd, konsekwentnie utrzymywane tempo w połączeniu z dramatycznymi kraksami Sagana i Vanmarcke i wreszcie samotne przekroczenie linii mety w koszulce mistrza Belgii. To wszystko dało zwycięstwo, które zapamiętamy na lata.

W tym momencie nieważne staje się, co Gilbert planuje dalej (marzy o wygranych w Paryż-Roubaix i Mediolan-Sanremo), nie jest istotne, czy jego odjazd był tylko zagrywką taktyczną czy planowym ryzykiem podjętym wielkiego mistrza i wreszcie, nie ma znaczenia, czy Sagan zahaczył o kurtkę czy o wystającą nogę barierki.

Philippe Gilbert kolejny raz w karierze pokazał swój geniusz. Pojechał po swoje. Zbudował formę, wykorzystał szansę, zaprezentował moc i pomógł szczęściu, swoją jazdą wymuszając błędy rywali.

„Flandrię” i „Lombardię” wygrywali już Włosi: Bartoli czy Tafi. Tak jak Gilbert, dwukrotne zwycięstwo w Giro di Lombardia miał na swoim koncie Paolo Bettini. Więcej “monumentów” zdobyli Boonen, Cancellara czy Musseuw.

Jasne, sport to jest ciągła licytacja i nieustające poprawianie rekordów, które czasem porównać się da, a czasem jest to trudne. Rzecz w tym, że Philippe Gilbert przynajmniej kilka razy w karierze wyszedł poza schemat, dokonał rzeczy wielkich i zrobił to w rewelacyjnym stylu. Nie jest “drugim Merckxem”, bo “drugiego Merckxa” nie będzie. Ale na swoje miejsce w kolarskim panteonie zapracował.

Zdjęcie okładkowe: Michiel Jelijs, flickr, CC BY 2.0

Skomentuj

Komentarze

Powered by Facebook Comments