Nie, nie chodzi o zawody na trenażerach. Kształtujący się kalendarz masowych imprez rowerowych na sezon 2017 pokazuje, że można będzie zaliczyć i kilkanaście startów niemal nie ruszając się z domu!

Benzyna jest droga. Autostrady są drogie. Noclegi kosztują. A przecież trzeba jeszcze zapłacić trenerowi, kupić odżywki i “zaktualizować” rower do najnowszej wersji… Po co więc szarpać się wiele godzin za kółkiem, tracić czas i pieniądze po to tylko, by pościgać się w “takim samym” wyścigu na drugim końcu Polski, skoro można osiągnąć to 20, 50, 100, maksymalnie 200km od domu?

Nie wiem, czy pamiętacie, ale dekadę temu, gdy rynek maratonów mtb w naszym kraju dopiero się kształtował, najwięksi organizatorzy proponowali swoim klientom odwiedzenie Gór, Pogórz, Nizin, Pojezierzy i Wybrzeża. W programie obowiązkowo znajdowała się jedna lub dwie eliminacje na obrzeżach metropolii, jakiś “górski hardcore” oraz kilka uniwersalnych imprez w łatwiejszym lub trudniejszym terenie, zależnie od tego, co proponowali sponsorzy, gminy czy też skąd pochodziła większa grupa uczestników.

Obecnie najpopularniejsza seria maratonów, czyli Bike Maraton mieści się w czterech sąsiadujących ze sobą województwach: Małopolskim, Śląskim, Opolskim i Dolnośląskim, sytuując swoje imprezy wzdłuż starej części autostrady A4. Geograficznie rzecz ujmując, podobny zasięg, tyle, że na wschód od Wisły ma wciąż uznawana za “regionalną” seria Cyklokarpaty.

Właściwie każdy z “makroregionów”, a bywa, że i każde z województw, daje mieszkańcom szansę na rywalizowanie w satysfakcjonującej liczbie imprez rowerowych.

Miałem się rozpisać analizując co większe cykle maratonów, ale zestawienie planów najważniejszych serii znajdziecie w mtb-xc.pl. Dobra robota, zachęcam do przeglądnięcia.

Serie “regionalne” puchną, oferując po kilkanaście eliminacji. W sezonie 2016 do dalszych podróży zachęcała de facto wyłącznie “Mazovia” (od Mazur po Podhale) oraz Lang Team.

Cała sprawa ma dwa aspekty: towarzyski oraz sportowy. Realnie rzecz ujmując, jest całkiem prawdopodobne, że czołówka poszczególnych serii maratonów nigdy się ze sobą nie spotka. W ten sposób można żyć w błogiej nieświadomości z tytułem króla swojego podwórka nawet przez wiele sezonów, nie wchodząc w interakcje z kolarzami z sąsiedniego regionu. Mając zobowiązania wobec klubu czy też sponsora, zbierać punkty do generalki lub dwóch, bez pojęcia, co dzieje się za miedzą.

Z pewnym rozrzewnieniem wspominam czasy, gdy przez kilka lat robiliśmy autem po kilkanaście tysięcy kilometrów, na wyścigach w różnych zakątkach kraju spotykając regularnie podobnych sobie pasjonatów z drugiego końca Polski.

Teraz, cóż, teraz nie ma takiej potrzeby. Powiedzmy sobie szczerze, nie będę jechał z Krakowa pod Poznań, skoro taki sam wyścig mogę zaliczyć koło Tarnowa.

Motywacją, by wyjść ze swojego własnego “grajdołka” może być albo wysoka ranga zawodów, czyli Puchar lub Mistrzostwa Polski, pula nagród lub jakiś element, który powoduje, że dana impreza jest unikatowa w skali kraju. Zazwyczaj chodzi o trasę, bo szczerze mówiąc rzadko spotykam zawodników, którzy łączą start ze zwiedzaniem. Jeśli już, to z kilkudniowym pobytem związanym z zaliczeniem okolicznych ścieżek/singletracków pasma górskiego lub kolejnego wyścigu.

Stawiam, że większość userów konkretnych serii maratonów jest z nich zadowolona. Takie mamy czasy, że radosna amatorka w organizacji wyścigów rowerowych w większości przypadków minęła.

Choć kalendarz 2017 do tego nie zachęca, może układając swój plan na najbliższy sezon warto wziąć pod uwagę wycieczkę w nieznane? Wybrać się na weekend w góry, posmakować jazdy w większym peletonie albo poznać miejsca, które były “białymi plamami” na naszej mapie rowerowych wypadów? “Generalka” to nie wszystko a i konfrontacja z zawodnikami w nieznanych koszulkach może być czymś rozwijającym.

Skomentuj

Komentarze

Powered by Facebook Comments