Dwie kobiety i żadnego mężczyzny. Tak będzie wyglądała reprezentacja polskich kolarzy górskich na Igrzyskach Olimpijskich w Rio de Janeiro. Nadrzędny cel funkcjonowania kadry narodowej w ostatnim czteroleciu został więc zrealizowany w połowie. Lub niezrealizowany.

Pierwszy raz na IO wyścig cross country pojawił się 20 lat temu. Do Atlanty w 1996 pojechali Marek Galiński (miał wówczas 22 lata) i Sławomir Barul zajęli dalekie miejsca (odpowiednio 29 i 36, ostatnie). W ramach ciekawostki warto wspomnieć, że zwycięzca, Bart Brentejns jechał 2h15’ zaś Barul… trzy godziny bez sześciu minut. Ówczesne cross country miało więcej wspólnego ze współczesnymi maratonami niż ekstremalnym XCO na którym zawodnicy muszą skakać i przedzierać się przez “rock gardeny”.

W Sydney w sezonie 2000 wystartował samotny Galiński i do mety dojechał na 21 lokacie.

Przed Atenami 2004 wiele mówiło się o medalowych szansach młodych i utalentowanych zawodniczek: Mai Włoszczowskiej, Annie Szafraniec i Magdalenie Sadłeckiej. Szóste (Włoszczowska) i jedenaste (Szafraniec) miejsca przyjęto z mieszanymi uczuciami biorąc pod uwagę że dziewczyny wpisały się w świadomość kibiców jako niemal pewniaki do podium dzięki regularnej obecności w telewizji. Na ich tle Galiński wypadł “blado” dojeżdżając na czternastym miejscu, co jednak biorąc pod uwagę poziom męskiego cross country było osiągnięciem całkiem zacnym. Drugi z reprezentantów Polski, Marcin Karczyński był 24, co przeszło w zasadzie bez echa. Dwanaście lat później, czyli dziś pewnie nie pogardzilibyśmy takim wynikiem…

Pekin 2008 to oczywiście srebro Mai Włoszczowskiej i świetne, dziesiąte miejsce Aleksandry Dawidowicz oraz trzynaste Galińskiego.

Przed Londynem 2012 dramat przeżyła Maja Włoszczowska, którą kontuzja wykluczyła z uczestnictwa w Igrzyskach. Na wysokości zadania stanęła za to Dawidowicz, która w tabelach widnieje jako siódma. Paula Gorycka zajęła 22. lokatę. Wśród mężczyzn Marek Konwa nawiązał do wyników Galińskiego przyjeżdżając na 16. miejscu (zaledwie trzy i pół minuty za “złotym” Jarosławem Kulhavym), Piotr Brzózka był 32.

Tyle historii. Dwadzieścia lat obecności polskich kolarzy górskich na Igrzyskach Olimpijskich na jednej stronie zoptymalizowanego maszynopisu.

W Rio de Janeiro po raz pierwszy w historii naszych występów na IO nie pojedzie kolarz górski, mężczyzna. Odpowiedzialność za wynik spada realnie na barki Mai Włoszczowskiej, jedynego obecnie polskiego kolarza górskiego zaliczanego do światowej czołówki.

Jeszcze w trakcie zmierzającej do końca kariery Marka Galińskiego (“Diabeł” oddał koszulkę mistrza Polski Konwie w 2012r, w wieku 38 lat) realnie nie było widać na horyzoncie jego następcy (Galiński stawał na podium zawodów Pucharu Świata, zajął piąte miejsce w mistrzostwach świata) nie licząc tegoż Konwy, który poza zmaganiem się z realiami polskiego kolarstwa i przechodzenia z kategorii młodzieżowej do elity musiał odczuwać presję bycia “jedyną nadzieją” naszego mtb.

Wynik Konwy w Londynie (16.), który choć nie był mitycznym “miejscem punktowanym” był całkiem przyzwoity. Był też, jak wiele innych wyników w polskim kolarstwie czy też sporcie w ogóle, wynikiem przypadkowym. Nie w sensie samego zawodnika, bo ten wówczas prezentował odpowiedni poziom, ale dlatego, że w razie jego niepowodzenia zostawaliśmy z niczym.

I tak się stało teraz. Gorszy okres Konwy, dopiero zbierający doświadczenie Wawak i brak jakiegokolwiek zaplecza sprawił, że wywalczenie choćby jednej nominacji było bardzo trudne, by nie powiedzieć nierealne.

Jasne, możemy odczuwać “schadenfreude” z faktu, że męskiej nominacji nie uzyskali też Brytyjczycy, ale nie o to chodzi.

Co więcej, jeśli spojrzymy na potencjalne następczynie Mai Włoszczowskiej, również nie jest dobrze. Nasza multimedalistka mistrzostw świata może jeszcze ścigać się na wysokim poziomie jeszcze przez ładnych kilka lat, ale póki co, przy niej czy też za jej plecami nie wyrosła druga czy też trzecia równorzędna reprezentantka, choć jest lepiej niż w przypadku mężczyzn. Monika Żur, Aleksandra Podgórska, Marlena Droździok, czy Rita Malinkiewicz wciąż są młode i mają pewien potencjał. Nawet jeśli nie na medale mistrzostw świata elity czy Igrzysk Olimpijskich, to na regularne przynoszenie reprezentacji wystarczającej liczby punktów by zachować ciągłość szkolenia oraz obecność na najważniejszych imprezach, podobnie jak bardziej doświadczone Katarzyna Solus-Miśkowicz czy Aleksandra Dawidowicz lub Paula Gorycka.

W przeszłości, czasach, gdy polskie mtb rosło lub utrzymywało się na wysokim poziomie międzynarodowym, sporą część punktów, które dawały nie tylko nominacje na Igrzyska, ale też np. lepszą pozycję na starcie zawodów pucharu czy mistrzostw świata zawodnicy zdobywali w Polsce. Grand Prix MTB organizowane przez Lang Team oferowało kilka wyścigów pierwszej kategorii UCI. Po przeniesieniu zainteresowania Czesława Langa i jego ekipy na imprezy masowe powstała próżnia. Czy jednak odpowiedzialność, tak jak odpowiedzialność za medal, powinna ciążyć na jednej, jakby na to nie patrzeć komercyjnie działającej firmie? Nie sądzę…

Z kolei na gruncie organizacyjnym wiele sezonów gdy de facto kadra narodowa równała się jednej grupie zawodowej przyczyniło się do powstania luki pokoleniowej w szkoleniu.

Ciekawostką jest, że obecnie dyrektor sportowy PZKol a przez wiele lat trener kadry mtb, Andrzej Piątek, autor wielu sukcesów i medali (co ważne i o czym nie wolno zapominać), obecnie publicznie umywa ręce od problemów mtb:

równocześnie regularnie wyliczając miejsca w rankingach i zdobyte medale, swoją działalnością PR oraz w social mediach budując wizerunek polskiego kolarstwa jako niemal światowej potęgi.

Tymczasem mtb, cóż, mtb powoli się odbudowuje. Drugi sezon z rzędu funkcjonuje w miarę jednolicie zorganizowany Puchar Polski w XCO. Do imprezy z kalendarza UCI sygnowanej przez Maję Włoszczowską dołączyła druga (“Górale na Start), po latach przerwy będziemy również mieli oficjalny, międzynarodowy maraton. Zorganizowano kolejne szczeble szkolenia, potencjalnych, przyszłych kadrowiczów. Nie mamy jeszcze przedstawicieli elity, ale na szerokiej bazie juniorów i orlików możemy coś zbudować. Jeśli nie za dwa lata to za cztery czy za sześć.

Rzecz w tym, by poza potencjalną jedną czy drugą gwiazdą, wchodzący w sportową dorosłość zawodnicy nie musieli startować z ostatnich rzędów na międzynarodowych imprezach, mogli zdobywać nie tylko doświadczenie, ale i cenne punkty w kraju a kolejni kolarze górscy widzieli sens pozostania w cross country zamiast przechodzenia na szosę, do enduro czy do pracy w lokalnym sklepie rowerowym.

Jasne, jeśli popatrzycie na wyniki i statystyki, to z tej perspektywy okaże się, że niewiele się zmieniło. Juniorów nie przybyło, rezultatów na arenie międzynarodowej brak. Pozytywistycznie rozumiana praca organiczna ma jednak to do siebie, że nie tylko jest niewdzięczna, ale też i na jej ewentualne efekty trzeba poczekać.

Nie wiem, czy doczekamy się męskiego reprezentanta na Igrzyskach w Tokio. Szczerze mówiąc, choć od wyników na IO w sporej części zależy finansowanie polskiego sportu jako takiego, nie przykładam do tego szczególnej wagi. Przez cztery lata między Atenami a Pekinem, kolejne cztery między Pekinem a Londynem i przez kolejne cztery między Londynem a Rio słyszałem mantrę o znaczeniu Igrzysk i tym, jedynym, celu któremu wszystko jest podporządkowane. Teraz zamiast pięciu (jak Szwajcarzy czy Francuzi) szans medalowych w Rio mamy jedną (wierzę, że po wiosennych problemach zdrowotnych Maja Włoszczowska wróci do formy i korzystając z wieloletniego doświadczenia zbuduje szczyt formy na olimpijski finał) a w Tokio prawdopodobnie nie będziemy mieli żadnej.

Czy to znaczy, że możemy zaorać polskie mtb jako takie i gdy Maja Włoszczowska zakończy za kilka lat karierę długo czekać na swoją “Justynę Kowalczyk”, która na kolejną dekadę odwróci naszą uwagę od realnych problemów? Czy też lepiej dać cross country wsparcie, bo mimo wszystko na to zasługuje. Mam na myśli wsparcie organizacyjne (tak, tak, Polski Związek Kolarski), finansowe, medialne, ale też po prostu dobre słowo, którego wyraźne obecnie brakuje.

Skomentuj

Komentarze

Powered by Facebook Comments