Moc w wielu kolarzach jest silna. Na hiszpańskiej Vuelcie Nairo Quintana znów jeździ tak jak Chris Froome a może nawet szybciej. Tyle tylko, że to Brytyjczyk jest mistrzem kontrolowania swoich możliwości, w zamian za co Kolumbijczyk domaga się zakazu stosowania mierników mocy na wyścigach. Cóż, historia pokazuje, że nie każdy może być Jedi a zmagania z własną bezsilnością budzą gniew.

Skuteczny mimo zmęczenia

Zarówno Froome jak i Quintana przejechali Tour de France. Froome wygrał, Quintana był trzeci. Jeszcze w trakcie wyścigu zgodziliśmy się co do faktu, że Quintana nie do końca trafił z formą. Sam, nieco zdezorientowany, gdy jego próby ataków okazały się nieskuteczne, przyczyn niepowodzenia szukał w ewentualnej alergii.

Nie było do końca prawdą, że Kolumbijczyk był na francuskich szosach jakoś szczególnie powolny. To raczej kilku innych kolarzy dorównało poziomem i do niego i do Froome’a. Z kolei Brytyjczyk wygrał Tour bardziej dzięki jeździe na czas i kontroli sytuacji w górach niż dzięki spektakularnym atakom, do których przyzwyczaił nas w poprzednich latach.

Jak próbowałem Was przekonać, z jadącej tak jak na tegorocznym Tourze grupy liderów, bardzo ciężko byłoby oderwać się komukolwiek.

Po “Wielkiej Pętli” Quintana wrócił do domu, przebadać się oraz potrenować. Tymczasem Froome wziął udział w kilku, tradycyjnych, komercyjnych kryteriach a następnie poleciał do Rio de Janeiro rywalizować w Igrzyskach Olimpijskich. W wyścigu ze startu wspólnego nie załapał się do decydującego odjazdu, ale próbował gonić czołówkę i stracił wiele energii, bo choć bezskutecznie i za plecami czołówki, wykonał kilka “skoków” na wysokiej kadencji. Następnie wywalczył brązowy medal w jeździe indywidualnej na czas, ciężkiej, obfitującej nie tylko w męczące wzniesienia, ale i w wymagające maksymalnej koncentracji, niebezpieczne zjazdy.

Od zakończenia Touru do wyścigu ze startu wspólnego w Rio było zaledwie 13 dni, od czasówki do startu Vuelty tylko 10.

Doliczcie do tego podróże, zmiany stref czasowych i klimatu i okaże się, że idea startu Froome’a w Hiszpanii wydaje się sportem ekstremalnym. Tym bardziej, że poprzednie próby pokazywały, że Brytyjczykowi po Tourze nie zostaje w baku zbyt wiele paliwa.

Tymczasem okazuje się, że jest w stanie skutecznie przeciwstawić się sile nie tylko samego Quintany, ale i niezwykle zmotywowanej, całej ekipy Movistaru.

Młynek zmieniony w jojo

Na pierwszym sprawdzianie formy, Mirador de Ezaro, Movistar uderzył niesamowicie mocno i gdy wydawało się, że “jest pozamiatane” a rywale już w pierwszym tygodniu wyścigu powinni zapomnieć o swoich nadziejach, tuż przed metą na kole Quintany znalazł się Froome i ukończył etap bez strat.

Podobna sytuacja wydarzyła się na Lagos da Covadonga. Quintana wraz z Contadorem przyspieszyli, Froome został z tyłu, ale okazało się, że w końcówce depcze liderom po piętach, Contador słabnie a Quintana jest niemal w zasięgu wzroku.

W porównaniu z rywalami na Camperonie również jechał nierówno, tak jak dwa lata temu, gdy ostatnio ścigał się na tym podjeździe. Jeśli sięgnąć w przeszłość, zbliżony styl prezentował także na Tour de France 2012, gdy pomagał Wigginsowi.

Vuelta pod kontrolą?

To zupełnie inny styl niż znamy ze zwycięskich Tourów w wykonaniu Froome’a. Tam, długo prowadzony przez kolegów z zespołu przystępuje do ataku w najbardziej dogodnym momencie. Jeśli rywale zostają z tyłu, ponawia przyspieszenie a następnie kontroluje sytuację do mety. Jeśli nadal siedzą mu na kole, nie szarpie się, tak jak w tym roku dojeżdżając do mety w towarzystwie.

Francuskie podjazdy są jednak zupełnie inne. Mają w miarę stałą, umiarkowaną stromiznę. Jeśli szosa wznosi się ciężej niż 10%, to tylko przez chwilę.

Tymczasem na Vuelcie często mamy do czynienia z drogami, które zmieniają swoje nachylenie co kilkaset metrów, z niemal płaskiego do często nawet 20%.

Co w takiej sytuacji robi Froome? Jedzie swoje.

Brytyjczyk wie, jak mocno trzeba pojechać, by wygrać wielki tour. Robił to już przecież trzykrotnie. Wie, że aby zameldować się w czołówce na 40 minutowym wzniesieniu prowadzącym do mety, trzeba cisnąć 5,9-6,2W/kg masy ciała. W jego przypadku to ok. 400-410W.

Ekstremalne stromizny na Vuelcie wymuszają chwilowe skoki mocy, wyraźnie wykraczające poza tę wartość. Gdy Quintana przyspiesza, wydaje się, że Froome słabnie i już po nim. Tymczasem kolarz Sky pilnuje sytuację i wie, że jego rywal wcześniej czy później będzie musiał zwolnić. Nie jest przecież nadczłowiekiem. Na mecie, choć w zupełnie innym stylu, meldują się w zbliżonym czasie.

Mistrz Jedi

Zarówno z udostępnionych wyników badań jak i z amatorskich pomiarów wiemy, że Froome nie jest kosmitą. Owszem, to wybitna jednostka, ale jego parametry mieszczą się w mistrzowskiej “normie”.

Za to wiele wskazuje, że jest jedynym z nielicznych, jeśli nie jednym zawodnikiem w peletonie, który doprowadził do perfekcji jazdę w oparciu o wskazania miernika mocy.

Sposób jazdy Froome’a jest zrozumiały dla każdego, kto jeździł z takim urządzeniem. Nie mamy dostępu do wykresów, ale nawet na najbardziej nieregularnych, stromo-płaskich wzniesieniach lider Sky stara się jechać najrówniej jak się tylko da. Trzyma te swoje 410W gdy szosa pnie się 18 jak i gdy odpuszcza do zaledwie 3% w górę.

Na tle rywali wygląda niczym jojo, ale tak naprawdę to oni jadą nierówno, co chwilę przyspieszając i zwalniając.

Jadąc podjazd z miernikiem mocy wyraźnie widać, że gdy tylko stromizna odrobinę odpuszcza, moc leci na łeb i na szyję. Przyciśnięcie w tym momencie w celu “wyrównania” średniej potrafi dać wyraźną przewagę. O ile oczywiście zostało nam coś w baku po tym, gdy na wcześniejszej stromiźnie wystrzeliliśmy z mocą ponad wszystkie możliwe progi i granice.

Trzeba być nie tylko niezmiernie wytrenowanym, by nieregularny podjazd możliwie “spłaszczyć”, ale przede wszystkim ekstremalnie mocnym psychicznie, by “puścić” rywali odjeżdżających na stromiźnie mając w pamięci, że gdy teren zacznie się wypłaszczać, różnica zostanie zniwelowana.

W tym sensie Chris Froome posiadł umiejętność godną prawdziwego mistrza Jedi. Choć moc w jego rywalach drzemie silna, on jeden potrafi ją w pełni kontrolować.

Czy to znaczy, że w imię “równych szans” należy mu tę przewagę odebrać? Nairo Quintana musi się czuć nieco rozczarowany. Jeśli popatrzyłby na swój licznik, teoretycznie wszystko będzie się zgadzać. Jest tak mocny, jak za najlepszych dni na Tour de France. A ze względu na charakterystykę samego wyścigu wartości, które generuje mogą być najwyższe w jego karierze. Teoretycznie to powinno dać mu bezpieczną przewagę przed czasówką a tymczasem Froome jest tuż za nim i choć nie prowadzi w klasyfikacji generalnej, to on jedzie po zwycięstwo.

W takiej sytuacji jedyna szansa zarówno Quintany jak i całej ekipy Movistar to liczenie na to, że po Tourze i Igrzyskach głównemu rywalowi zabraknie energii na etapach w Pirenejach, gdzie suma przewyższeń i kumulacja trudności mimo wszystko mogą go przerosnąć. By móc kontrolować moc, trzeba przede wszystkim ją mieć.

Zdjęcie okładkowe: Alonso Javier Torres, flickr, CC BY 2.0

Skomentuj

Komentarze

Powered by Facebook Comments