Wystarczyła chwila nieuwagi by (niemal) wygrany dublet Tour-Vuelta przepadł Chrisowi Froome’owi. Poza tym jednym momentem Brytyjczyk był szybszy od Nairo Quintany, ale jak wiadomo, zwycięzcy są na mecie a za błędy się płaci. Dzięki temu kolejne pojedynki tych dwóch kolarzy będą jeszcze ciekawsze.

Remis ze wskazaniem

Nairo Quintana od Chrisa Froome’a podczas Vuelta a Espana 2016 lepszy był dwa razy. Na etapie do Lagos da Covadonga Kolumbijczyk pokonał Brytyjczyka o 25 sekund. Stosunkowo wczesny atak spowodował, że Froome stracił nieco dystansu, który stopniowo odrabiał w drugiej części “kultowego” wzniesienia. Podobną przewagę uzyskał również na stromej “ściance” La Camperona.

W klasyfikacji generalnej Froome zyskał nad Quintaną podczas jazdy na czas. Co prawda Team Sky “drużynówkę” pojechał z Movistarem na remis, to już próbę indywidualną Brytyjczyk rozstrzygnął zdecydowanie na swoją korzyść. 2’16” wystarczyłoby, by wygrać wyścig, nawet ponosząc niewielkie straty w górach, gdzie obaj kolarze co do zasady prezentowali taki sam poziom.

Nairo Quintana dobrze wiedział, ile może stracić na trasie czasówki, poszukał więc mniej standardowego sposobu na zdobycie przewagi nad najważniejszym rywalem. Gdy wszyscy byli koszmarnie zmęczeni po etapie o monstrualnym przewyższeniu 5200m (odcinek nr 14 z metą na przełęczy Aubisque), na krótkim, również górskim, ale pozornie łatwiejszym etapie piętnastym, Kolumbijczyk zaraz po starcie podążył za atakującym Alberto Contadorem, szybko zgubił nie tylko Froome’a, aleteż ego pomocników i w ten sposób zyskał niezbędny do zwycięstwa czas.

Akcja sezonu

To był piękny pokaz “kolarstwa w stylu vintage”. Mimo faktu, że i Froome i Quintana korzystają z nowoczesnej technologii (mierniki mocy, aerodynamiczny sprzęt, łączność radiowa), mimo dziewięcioosobowych drużyn (choć Team Sky został wcześniej osłabiony wycofaniem się Michała Kwiatowskiego) dali pokaz bezkompromisowego ścigania, na które tak czekają kibice. Wszystkie teorie o tym, co „zabija współczesne kolarstwo” wzięły w łeb.

Owszem spora w tym zasługa Alberto Contadora, zawodnika, który jest najbardziej skory do takich akcji, ale fakt jest niezaprzeczalny, że bez względu na to, co pokrzykuje do słuchawek dyrektor sportowy i co pokazuje miernik mocy, o tym, jak przebiega rywalizacja ostatecznie decydują sami kolarze.

Drugim zawodnikiem, który pokazał podobną wolę walki był Esteban Chaves. Kolumbijczyk nie odpuścił Contadorowi i na ostatnim etapie dzięki śmiałej akcji odebrał doświadczonemu rywalowi miejsce na trzecim stopniu podium. To również był atak daleko od mety, na przedostatnim podjeździe, obarczony dużą dozą ryzyka. Praca drużyny i determinacja samego lidera Orica-BikeExchange w połączeniu ze zmęczonym i osamotnionym Contadorem dały Chavezowi sukces i dekorację w Madrycie.

Dwa toury w świetnej formie

Esteban Chaves w tym roku skutecznie walczył na trasie Giro d’Italia. We Włoszech był nawet przez jeden dzień liderem, ale został pokonany przez starego wyjadacza, Vincenzo Nibalego. Mimo to, drugie miejsce w Giro było niewątpliwym sukcesem młodego kolarza (Chaves pochodzi z rocznika ‘90).

Od wiosny odpoczywał, między Giro a Vueltą ścigał się jedynie na Igrzyskach w Rio. Kto wie, może gdyby nieco inaczej poprowadził swoje przygotowania, byłby w stanie w Hiszpanii walczyć nawet o zwycięstwo. Tak czy inaczej, jego forma zwyżkowała w ostatnich dniach, co dało mu drugie podium wielkiego touru w sezonie.

Nie licząc dokonań Froome’a i Quintany, to jeden z najbardziej spektakularnych wyników ostatnich sezonów. Niestety dla Chaveza, jego bardziej utytułowany rodak oraz brytyjski dominator Tour de France skradli mu show. Wielka Pętla to coś więcej niż Giro a wygrana plus podium to cenniejszy wynik niż dwa miejsca na podium. Sorry, Esteban, takie jest życie.

Czy taki był plan?

Być może najważniejsza informacja sezonu 2016 to ta, że Chris Froome przestał dominować w górach. Owszem, na trasie Touru wraz z kolegami skutecznie zablokował rywalizację w Pirenejach i Alpach, ale równocześnie nie popisał się ani jednym atakiem dającym mu wyraźną przewagę. Z kolei na Vuelcie z Quintaną byli równorzędnymi rywalami. Zwycięstwo i o mało co zwycięstwo Froome zawdzięcza jeździe indywidualnej na czas.

Pytanie, czy taka postawa to konsekwencja wcześniejszego planu, w którym Froome chciał, niczym Bradley Wiggins, wygrać i Tour i złoto Igrzysk Olimpijskich, czy też będzie to bardziej długotrwała tendencja związana z upływem czasu. Być może Brytyjczyk wypalił już wszystkie zapałki, jakie miał w swoim pudełku i teraz kolejne wyścigi będzie wygrywał w sposób bardziej defensywny i konserwatywny niż ten, do którego nas wcześniej przyzwyczaił.

Święty Graal kolarstwa

Dwa wygrane wielkie toury w jednym sezonie wciąż są wydarzeniem wyjątkowym. Ostatnio kilku kolarzy pokazało, że jest to możliwe, choć wciąż bardzo trudno. W 2013r Vincenzo Nibali wygrał Giro i był drugi na trasie Vuelty, Froome i Quintana skutecznie połączyli Tour z Vueltą. Po najbardziej prestiżowy zestaw: Tour + Giro próbował sięgnąć Contador (2011, 2015), który sam potrafił wygrać Giro i Vueltę (2008r).

Sezon 2016 pokazuje równocześnie, że przy ekstremalnie wysokim i wyrównanym poziomie współczesnej czołówki zawodowego kolarstwa, bardziej niż kiedykolwiek liczą się niuanse. Tempo, w jakim jeżdżą Froome, Contador, Nibali, Quintana, ale też czasami np. Bardet, Porte a za ich plecami czają się np. Pinot, Landa, Chaves, Kruiswijk, Majka, Dumoulin czy bracia Yates a w kolejce czeka kilku jeszcze młodszych i obiecujących kolarzy (choćby Ferbades czy Rosa) jest ekstremalnie wysokie.

Najmniejszy błąd może skutkować porażką, minimalna różnica, słynna “marginal gain” może faktycznie przynieść chwałę zwycięstwa.

Stwierdzenie, że właśnie obserwujemy nową “złotą erę kolarstwa” jest być może nieco na wyrost, ale kto wie, może to teraz rozgrywa się historia naszego ulubionego sportu.

Skomentuj

Komentarze

Powered by Facebook Comments