Filmy

  • Po co śledzić parametry fizjologiczne kolarzy?

    Po co śledzić parametry fizjologiczne kolarzy?

    Chris Froome przechodzi szereg badań wydolnościowych. Wkrótce mamy poznać parametry dwukrotnego zwycięzcy Tour de France. Czy ?kenijski Brytyjczyk? czymś nas zaskoczy? Dlaczego chce udostępniać swoje dane? Czego się z nich dowiemy?

    Od momentu eksplozji formy podczas Vuelta a Espana 2011r Chris Froome znalazł się na liście zawodników, którzy są regularnie podejrzewani o stosowanie dopingu. Do tego momentu (miał wówczas dwadzieścia sześć lat) de facto nie mógł pochwalić się żadnym dobrym rezultatem. A tu nagle na trasie hiszpańskiego touru, ?człowiek znikąd? (choć wyjątkowo wychudzony) zaczął hasać po górach niczym rasowa kozica.

    Mocniejszy od swojego lidera, Bradleya Wigginsa, dorównujący tempem jazdy innej niespodziance tamtego wyścigu: Juanowi Jose Cobo, Froome przebojem wszedł do ścisłej czołówki kolarzy etapowych. Rok później doholował ?Sir Wiggo? do zwycięstwa w Tour de France a w 2013r samodzielnie przywdział żółtą koszulkę na podium w Paryżu, co powtórzył dwa lata później.

    Po drodze kilkukrotnie zadziwił świat, atakując na Ax3 Domaines, Mont Ventoux i w La Pierre-Saint Martin w tempie, które było porównywalne do tego, jakie osiągali Lance Armstrong czy Jan Ullrich dekadę wcześniej: w czasach, gdy powszechne było stosowanie EPO, hormonów i transfuzji krwi.

    https://twitter.com/Info__Ciclismo/status/631187695801376768

    W latach 2010-2011 kolarstwo doświadczyło wstrząsu. System paszportów biologicznych sprawił, że doping został ograniczony, czego efektem stało się wyraźne zwolnienie tempa jazdy.

    Pięć lat w sporcie wyczynowym to sporo, zwłaszcza jeśli przeżywa on fazę dynamicznego rozwoju technologicznego. Kolarstwo AD 2015 nie jest już tym samym, czym było w 2010r. Zmieniło się tak wiele elementów, że trudno jednoznacznie określić, dlaczego kolarze jeżdżą szybciej.

    O tym, że tak jest wiemy dzięki pracy kilkunastu entuzjastów, którzy śledzą rezultaty uzyskiwane przez czołówkę niemal na każdym metrze najważniejszych wyścigów. Mierzona jest średnia prędkość etapów a także, co najważniejsze w tym miejscu, tempo jazdy na kluczowych podjazdach.

    Na tej podstawie obliczane jest średnie tempo podjeżdżania (parametr ?VAM?, wyrażany w metrach w pionie na godzinę) a także szacowana moc generowana przez kolarzy oraz jej stosunek do masy zawodnika.

    Okazuje się, że estymacje twitterowych specjalistów, choć obarczone pewnym błędem, są bardzo bliskie rzeczywistości. Wiemy to dzięki kolarzom, którzy udostępniają całość swoich danych np. na popularnej Stravie. Porównanie szacunków z realnymi wartościami pokazuje, że możemy opierać się na pozyskiwanych w ten sposób informacji.
    W ten sposób dochodzimy do momentu, w którym okazuje się, że by wygrać wielki tour trzeba móc na kluczowych podjazdach utrzymać między 5,8 a 6,3W/kg i wspinać się w tempie powyżej 1600m/h. W ?erze EPO? o podium można było myśleć zaczynając od 6,5W/kg i VAM 1700m/h. Zatem jesteśmy blisko tej granicy, ale nie poza nią a jeśli ktoś na niej staje, to zaledwie na kilka chwil.

    Istotnym tematem rozważań jest również VO2max, czyli maksymalna zdolność pochłaniania tlenu przez organizm. Zbyt wysokie tempo jazdy sugeruje, że zawodnik by je osiągnąć musi stosować niedozwolone wspomaganie, które podnosi jego VO2max powyżej własnych a często i ?ogólnoludzkich? możliwości. Ten argument często był podnoszony w rozważaniach na temat ?czystości? Alberto Contadora. Koronnym argumentem miała być jego jazda na wzniesieniu Verbier podczas Tour de France 2009, gdzie według teorii m.in. Grega Lemonda Hiszpan owe granice przyzwoitości przekroczył.

    https://twitter.com/chrisfroome/status/633314083727634432

    Chris Froome oraz Team Sky, za sprawą nagłego wejścia na szczyt i dominacji, z jaką na nim panują muszą się więc zmagać z ciągłymi oskarżeniami o doping. Porównania z ekipą US Postal, która rozgrywała wyścigi w podobnym stylu cisną się na usta i klawiatury, czego efektem są m.in. incydenty takie jak oblanie Froome?a moczem na jednym z etapów tegorocznego Touru.

    Tyle tylko, że Froome i Sky nie są jedyni. Takim samym tempem co Brytyjczycy poruszali się Vincenco Nibali, Alberto Contador czy Nairo Quintana a w pojedynczych przypadkach także inni kolarze.

    Sky od US Postal różni się jednak tym, że ich komunikacja jasno zakłada ?jazdę na czysto?. Nie mówią, jak Armstrong ?nigdy nie mieliśmy pozytywnego testu?. Froome wprost głosi ?nigdy nie stracę żółtej koszulki, ponieważ nie stosuję dopingu?.

    Pewnym paradoksem jest natomiast, że zawodnik na tym poziomie wyczynu nigdy wcześniej nie przechodził testów na VO2max. Nie wiem, czy z powodu wewnętrznych procedur (przygotowania i odwzorowanie warunków na przyszłorocznych Igrzyskach w Rio) czy faktycznie ze względu na chęć wyjaśnienia sytuacji, brytyjski kolarz takie badania właśnie odbył.

    Kiedy ich wyniki zostaną opublikowane, tego nie wiemy. Wiem natomiast, że jakie by nie były (należy spodziewać się unikatowych wartości, jakimi mogą pochwalić się jedynie najbardziej wybitne jednostki), wzbudzą wiele dyskusji, kontrowersji i dalszych pytań.

    Czego by nie mówić, trudno wskazać drugą dyscyplinę, która miałaby tak silne lobby optujące za transparentnością i ?czystością? jak kolarstwo. ?Królowa sportu? (lekkoatletyka) czy pływanie są w tych kwestiach nadal w głębokich latach ?90 XXw. Nie mówię, że kolarstwo jest pozbawione problemu dopingu, wiele przesłanek wskazuje, że niedozwolone wspomaganie, choć na mniejszą skalę a raczej z gorszymi skutkami, nadal jest stosowane. Ważne jest jednak, że panuje klimat skłaniający do refleksji, w przeciwieństwie do sytuacji, gdy np. wśród faworytów biegu na 100m większość czołówki to byli dopingowicze lub zawodnicy wobec których istnieją poważne podejrzenia, że swoich rezultatów nie osiągali na węglowodanach, bcaa i odżywkach białkowych.

  • Tour 2

    Tour 2

    W tym roku Vuelta a Espana awansuje z pozycji dodatkowego wyścigu, który interesuje głownie kolarzy niespełnionych w sezonie zasadniczym do miana kontynuacji Tour de France. To imponująca przemiana, ciekawe, czy stanie się stałą praktyką?

    Od kiedy śledzę kolarstwo zawodowe, hiszpański wyścig przeżywał wzloty i upadki. Tak naprawdę, poza kilkoma fajerwerkami, były to głównie upadki. Trzeci z wielkich tourów faktycznie przyjął pozycję ?tego trzeciego?. Trochę na doczepkę, trochę na pocieszenie, w przeciwieństwie do Giro d?Italia i Wielkiej Pętli traktowany często jako trening przed mistrzostwami świata.

    Organizatorzy eksperymentowali z wieloma elementami. Zmieniał się kolor koszulki lidera (obecnie jest czerwona, niedawno jeszcze była złota, wcześniej żółta, pomarańczowa czy biała), zmieniała się koncepcja wyścigu. To właśnie podczas Vuelty przetestowano krótsze, bardziej dynamiczne, ale za to najeżone trudnościami etapy, które na wzór wprowadza się w innych imprezach.

    To również Hiszpanie nie ustają w poszukiwaniu nowych dróg, często wynajdując ekstremalnie strome ?ścianki?, którymi męczą kolarzy dzień po dniu. Angliru, Bola del Mundo czy Pena Cabarga były sceną emocjonujących wydarzeń. Kto wie, jak wyglądaliby teraz ?starsi bracia? z Francji i Włoch, gdyby nie hiszpańskie innowacje?

    Mimo rozlicznych prób Vuelta a Espana zmagała się z problemem niewielkiego zainteresowania, zarówno gwiazd peletonu jak i kibiców. W połączeniu z kryzysem gospodarczym zaowocowało to utratą niezależnośći. Dziś Vuelta należy do A.S.O. właściciela i organizatora Tour de France.

    Korporacyjny porządek uregulował kwestie koszulek: lider wyścigu jedzie w ciemnoczerwonej ?maillot rojo?, sprinter w zielonej a góral w grochach (tyle, że niebieskich). Nowa formuła: dynamiczna, ale nie tak mordercza sprawia, że coraz chętniej do hiszpanii kolarze przyjeżdżają z większą ochotą do ścigania. Sezon transferowy i polowanie na punkty UCI sprawiają, że wielu zawodników ma dodatkową motywację. Ponieważ impreza nie zatraciła swojego nieprzewidywalnego charakteru, można liczyć na zdobycie prestiżowego zwycięstwa: czy to na etapie czy w jednej z klasyfikacji czy wreszcie na dobry rezultat w ?generalce?.

    W tym roku obsada Vuelty zaskakuje. W szranki o zwycięstwo stanie czterech pierwszych kolarzy tegorocznego Tour de France: Chris Froome, Nairo Quintana, Alejandro Valverde i Vincenzo Nibali. Wtórować im będą drugi oraz trzeci kolarz Giro d?Italia, czyli Fabio Aru i Mikel Landa. Tejay Van Garderen i Andrew Talansky chcą się zrewanżować za nieudany Tour, z dobrej strony spróbuje się pokazać się Joe Dombrowsky, aspiracje wyraża też Domenico Pozzovivo a polscy kibice wesprą jadącego na swoje konto Rafała Majkę.

    Co więcej, w Hiszpanii etapowych sukcesów poszuka Peter Sagan a do walki na dynamicznych końcówkach chętnie pewnie włączy się Joaquim Rodriguez.

    Nawet, jeśli część z wymienionych kolarzy nie będzie w pełnej dyspozycji: Froome może nie wytrzymać trzech tygodni w równej formie, Nibali może jechać treningowo a Amerykanie mogą zawieść oczekiwania, i tak obsada jest rewelacyjna. Dziewięć finiszy na mniejszych lub większych podjazdach, nienajłatwijesza, 39km czasówka oraz liczne, często zaskakujące, górskie trudności sprawiają, że zapowiada się nie lada widowisko.

    Tegoroczny Tour de France anonsowany był jako starcie gigantów. Czy tak jak w filmowych sequelach dostaniemy więcej wybuchów, pościgów i efektów specjalnych czy może ?Tour 2? z hiszpańskim dubbingiem okaże się artystyczną klapą? Premiera, czyli start trzeciego wielkiego touru tego sezonu już w najbliższą sobotę, 22.08.

  • Tour de Pologne 2015: Odkrywanie Ameryki

    Czy o zakończonym w niedzielę 72. Tour de Pologne można powiedzieć coś, czego nie wiemy? Czy wyścig Czesława Langa jakkolwiek nas zaskoczył albo choć trochę się zmienił?

    Tak jak ambiwalentne uczucia towarzyszyły mi w trakcie zawodów, tak nie opuszczają mnie po tym, gdy kurz na krakowskim rynku opadł a barierki i balony zostały zapakowane na ciężarówki by ustąpić miejsca targom sztuki ludowej.

    W tym roku dostaliśmy produkt dobrze znany, choć drobny lifting trzeciego od końca etapu sprawił, że ostanie dni Tour de Pologne były ciekawsze, niż można się było spodziewać.

    Minusy imprezy są takie same od lat i niestety w tym roku nie uległy poprawie. Jakość transmisji TVP, komentarza oraz programów towarzyszących jak była żenująca, tak jest. Jak kolarze kręcili się na rundach, niczym niesforny szczeniak za własnym ogonem, tak kręcą się nadal. Jak wszystko przykrywały balony, bannery i wszelkiej maści elementy reklamy zewnętrznej tak przykrywają. I wreszcie, jak bzdurne były oficjalne komunikaty w przeszłości, tak są nadal i nadal są bezrefleksyjnie przetwarzane przez media.

    Tyle oczywistych negatywów. Czarę goryczy przelały ?ściana bukovina?, ?katowicka świątynia sprintu? oraz ?kolarska liga mistrzów? połączone z ?aferą wychodkową?, która, wypłynęła tuż po zakończeniu wyścigu. Choć wiele elementów można uzasadnić koniecznością komercyjnego prowadzenia wyścigu, który w przeciwieństwie do innych imprez w Europie jest niezależny i nie ma problemów finansowych, to pewne kwestie, zwłaszcza pojawiające się po raz kolejny, zaczynają być zwyczajnie męczące.

    Dyskusyjną sprawą jest obsada wyścigu, podejście niektórych drużyn i zawodników do ścigania w Polsce. Cóż, musimy zadowolić się tym, że Tour de Pologne czeka jeszcze długa droga, zanim stanie się celem samym w sobie dla jakiejś wielkiej gwiazdy. Trzeba być nie lada fanem kolarstwa, by fascynować się rywalizacją Iona Izagirre z Benem Hermansem czy Bartem de Clerquiem lub? całkowitym laikiem, którego po prostu intryguje jazda kolarzy jako takich.

    Nazwiska nie grają, ale zawodnicy z drugiego szeregu stworzyli na górskich etapach niezłe widowisko. Co więcej, jeśli Fabio Aru dobrze spisze się w hiszpańskiej Vuelcie, to może być sygnał dla innych kolarzy celujących w trzeci wielki Tour sezonu, że w Polsce można solidnie ?sprawdzić nogę? i zaliczyć niezbędne kilometry wyścigowe.

    Szosy w Polsce są coraz lepsze, a spora część z tych, po których jedzie peleton Tour de Pologne być może nawet przewyższa te, na których ścigają się zawodowcy w bardziej prestiżowych wyścigach. Podobnie można powiedzieć o bazie hotelowej i innych elementach infrastruktury, choć kierowcy teamowych autobusów i ciężarówek mogą się z tym faktem nie zgodzić, musząc stać w korkach na drodze z Zakopanego do Krakowa.

    Główny zarzut do tegorocznego Tour de Pologne jest więc prosty: wydaje się, że wyścig zatrzymał się w miejscu a na horyzoncie nie widać elementów, które miałyby zmienić sytuację. Okopany na swojej pozycji, z najwyższą możliwą kategorią, stabilnym wsparciem sponsorów i obszerną obecnością w mediach może tak funkcjonować jeszcze przez jakiś czas.

    Tyle tylko, że także najbardziej konserwatywne, największe a co za tym idzie teoretycznie obarczone największą inercją imprezy kolarskie cały czas ewoluują, ostatnio coraz szybciej i coraz bardziej intensywnie. Nawet Tour de France, wyścig de facto pozbawiony konkurencji, wciąż szuka sposobów by zwiększyć swoją atrakcyjność.

    Póki nie pojawi się realne zagrożenie, jak np. kolejna wielka reforma kolarstwa, Tour de Pologne będzie pozbawiony rywali. Z miejscem w World Tourze i tak najlepsze drużyny będą musiały tu przyjechać. Polscy kolarze dostaną dziką kartę, wygrają etap lub etapy, powalczą o koszulki i klasyfikację generalną. W teorii wszystko będzie pięknie. Trzeba jednak pamiętać, że żyjemy w czasach paradygmatu ciągłego wzrostu. Zatrzymać można się tylko na chwilę i dłuższy czas na oddech powoduje, że momentalnie traci się dystans do istniejącej konkurencji albo na horyzoncie pojawia się ktoś nowy.

  • Tour de Pologne jak Kredyt we Frankach

    To nic, że 72. Tour de Pologne jeszcze się nie skończył. Trudno spodziewać, by obraz wyścigu zmienił się po ostatnich dwóch etapach. Główny wniosek pozostanie ten sam: to zawody, które trudno zrozumieć.

    Pełna ambiwalencja

    Tour de Pologne wywołuje huśtawkę nastrojów. Z jednej strony to profesjonalne wydarzenie sportowe, zorganizowane zgodnie z procedurami i trzymające a w niektórych kwestiach nawet przewyższające międzynarodowe standardy. To jedna z najwyższych rangą, cyklicznych imprez w Polsce, oficjalnie równa najbardziej prestiżowym, tygodniowym wyścigom etapowym na świecie. Jaka jest druga strona medalu, każdy widzi. Nie trzeba być ekspertem, by poczuć, że do poziomu Tour de Suisse czy Paryż-Nicea sporo brakuje?

    Gdzie te gwiazdy?

    W tym roku najbardziej boli słaba obsada. Być może i rywalizacja jest ciekawa, ale uczciwie rzecz ujmując, poza nielicznymi wyjątkami do Polski przyjechały trzecie składy Pro Teamów. Nie znaczy to, że kolarze się oszczędzają, ale jeśli spojrzymy, kto na górskim etapie zrobił ?rzeźnię? nasuwa się pytanie o poziom sportowy zawodów.

    CQ Ranking klasyfikuje kolarzy bez względu na status grupy, którą reprezentują a punkty zbierane są przez cały rok. Rzut oka na pierwszą dwunastkę klasyfikacji generalnej pokazuje, że nie licząc Fabio Aru, liderami Tour de Pologne są vice vice vice liderzy swoich zespołów albo wręcz zawodnicy, którzy pierwszy raz w karierze dostają szansę by pojechać na własne konto.

    Podobnie rzecz się miała na etapach sprinterskich, gdzie Matteo Pelucchi sięgnął po największe sukcesy w swojej karierze, ogrywając Marcela Kittela, przeżywającego najgorszy sezon w życiu.

    Symboliczne balony

    ?Tour de Balon?, pejoratywne określenie Tour de Pologne, związane z przerostem marketingu, PR oraz pneumatycznych reklam ustawianych przy trasie, zyskało w tym roku dodatkowe znaczenie. Michał Kwiatkowski nie zregenerował się po nieukończonym Tour de France i odpadł z czołówki na podhalańskich podjazdach. W teorii trasa Tour de Pologne nie jest trudniejsza niż ardeńskie klasyki, których mistrz świata jest specjalistą. Ewidentnie więc środkowa część sezonu nie jest jego najlepszym czasem. Również pozostali Polacy nie dali rady zdeterminowanym dublerom konkurencyjnych ekip. Na osłodę pozostaje zwycięstwo etapowe Macieja Bodnara, koszulka lidera Kamila Zielińskiego oraz ambitna postawa Reprezentacji oraz grupy CCC Sprandi Polkowice. Mimo wszystko balon oczekiwań pękł z hukiem. Szkoda.

    Drugi, symboliczny balon, to balon bzdur promowanych w oficjalnej komunikacji wyścigu. Kolarska Liga Mistrzów, Świątynia Sprintu i Ściana Bukovina kłują w oczy i powodują ból zębów nie od dziś. Jednak w obliczu nudnej części sprinterskiej i średniego poziomu w górach, dysonans poznawczy jest silniejszy niż zazwyczaj.

    Jak Kredyt we Frankach?

    Wydaje się więc, że Tour de Pologne idealnie odzwierciedla naszą rzeczywistość. Jak my wszyscy, tak i wyścig Czesława Langa wciąż jest na dorobku. Tak jak mieszkanie na strzeżonym osiedlu, nazwane apartamentem, okupione bolesnym kredytem, które przy bliższym poznaniu okazuje się zwyczajnym M3 na blokowisku. Z jedną z najmniejszych w Europie liczbą metrów kwadratowych na mieszkańca, horrendalną ratą i sąsiadami zaglądającymi w okna. Tyle, że jest nowe, a za 30 lat będzie również własne.

    Tour de Pologne, choć dostarcza punktów takich jak Tour de Suisse, Tour de Suisse nie jest. Nawet, jeśli szosy, którymi prowadzi są gładkie i świeże, hotele mają klimatyzację i dobrą kuchnię a Telewizja Publiczna oferuje imprezie swój czas antenowy, musi minąć jeszcze kilka lat, by zawody dorównały tym najbardziej prestiżowym.

    O ile jednak mieszkanie w bloku pozostanie mieszkaniem w bloku, czegokolwiek by z nim nie robić, o tyle imprezę sportową można udoskonalać. Podhalańska końcówka wyścigu połączona z krakowską czasówką to samograj od kilku sezonów. Działa, jest selektywna a do tego prowadzi przez miejsca, którymi realnie możemy się pochwalić na świecie. Widoki są świetne, podjazdy są sztywne, kto chce, może się tu solidnie pościgać.

    Niestety pierwsza część Tour de Pologne jest całkowicie do wymiany. Formuła etapów przeczy wszystkiemu, co dzieje się we współczesnym kolarstwie. Nawet najbardziej konserwatywne wyścigi szukają elementów mogących uatrakcyjnić rywalizację. Cztery sprinterskie etapy kończące się rundami w miastach to przeżytek i trzeba to nazwać po imieniu.

    To teoretycznie ciągle te same zarzuty, które stawiane są TdP co roku. Trzeba jednak pamiętać, że za rok nasz wyścig będzie w jeszcze trudniejszej sytuacji. Kalendarz będzie napięty: Tour de France konkurował będzie o uwagę z Mistrzostwami Europy w Piłce Nożnej a 5. sierpnia rozpoczynają się Igrzyska Olimpijskie w Rio de Janeiro. Nie wiem, kto w takiej sytuacji przyjedzie do Polski a tym bardziej nie wiem, kto w ogóle zwróci uwagę na wydarzenia na polskich szosach.

    Realnie rzecz ujmując, Tour de Pologne to nie jest poziom World Touru. Tour of Austria, Tour of Turkey, Criterium International, ENECO Tour, USA Pro Challenge czy Tour of Britain to etapówki, które przychodzą na myśl jako zawody ciekawsze, lepiej eksponowane i zachęcające do śledzenia lepszą obsadą. Nie licząc Turcji, która ewidentnie kupuje uwagę światowych mediów, pozostałe wyścigi mają w sobie po prostu więcej seksapilu.

    Przed Czesławem Langiem jeszcze długa droga, by swój wyścig, z M3 w bloku zamienić na obiekt marzeń – domek na przedmieściu. Jest szansa, że mu się to uda – wszak sam mieszka w pobudzającej wyobraźnię, imponującej rezydencji.

  • Tour de Pologne: Nie dość sexy

    Na półmetku 72. Tour de Pologne powtarza się scenariusz z poprzednich lat i nic nie wskazuje, by tegoroczna impreza przełamała dotychczasowy schemat. Nasz narodowy wyścig jest w porządku, ale brak mu argumentów, by wzbudzić żywsze bicie serca.

    Mimo szczerych intencji i pozytywnego nastawienia trzeba powiedzieć jasno: Tour de Pologne to obrzeża World Touru. Jakkolwiek by nie szukać, obsada nie jest szczególnie ekscytująca, Michał Kwiatkowski jako największa gwiazda skupia największe zainteresowanie i jako mistrz świata musi znosić to z godnością. Pierwsze etapy, choć dały szansę Kittelowi i Pelucchiemu w zasadzie można pominąć.

    Gdyby nie fakt, że wyścig rozgrywa się w Polsce, nie zwróciłbym na niego uwagi, nawet wiedząc, że jest wysoko punktowany.

    Wiem też, że ostatnie dwa etapy: podhalański i krakowski będą w porządku. Długa czasówka to wyzwanie dla kibica-konesera, ale zawsze daje ciekawe rozstrzygnięcia, co więcej, jest informacją o dyspozycji poszczególnych kolarzy. Z kolei dynamiczne rundy przez Ząb i Gliczarów tak czy inaczej zrobią selekcję w peletonie.

    Etap 3 Zawiercie - Katowicetourdepologne.pl/szymongruchalski Posted by Michał Kwiatkowski on Wednesday, 5 August 2015
      Te dwa etapy to poziom World Touru. Mogłyby być częścią Wyścigu Dookoła Kraju Basków. Tour de Romandie czy Tirreno - Adriatico i jako takie budziłyby zainteresowanie. Niestety, pierwsze dni Tour de Pologne można wymazać ze świadomości. Nie wnoszą nic a do tego szansa na jakiekolwiek emocje jest zabijana przez nieśmiertelne ni to kryteria ni to paradę reklamową, czyli ?Rundy Langa?. Trudno więc się dziwić, że wyścig może nie jest ignorowany przez międzynarodowe media, dziennikarzy czy ?liderów opinii?, ale poświęcają mu minimalną ilość swojego czasu i przestrzeni. Co więcej, także media polskie, poza tymi, które muszą lub czują się w obowiązku, Tour de Pologne traktują z dystansem. Na drugim biegunie stoi zainteresowanie, jakim wyścig cieszy się wśród bezpośrednich kibiców. Przy trasie może nie ustawiają się tłumy, ale frekwencja jest godna. Nie wątpię też, że przed telewizorami gromadzi się spora grupa widzów. Kto wie, może padnie kolejny rekord oglądalności kolarstwa w TVP. https://twitter.com/Cyclingnewsfeed/status/627962089777307648 W sytuacji, gdy mamy Mistrza Świata, gdy wyjeżdżając na szosę niemal o każdej porze dnia, w dowolnym miejscu w kraju spotyka się kolarzy - widok jeszcze niedawno mocno egzotyczny - szkoda tracić szansę. Chciałbym móc traktować Tour de Pologne z należytą powagą. Nie musząc słuchać o ?świątyniach sprintu?, ?ścianie bukoviny?, ?kolarskiej lidze mistrzów? i tym podobnych bzdurach. Spora część Tour de Pologne to dobry produkt z wielkim potencjałem. Piszę to szczerze i z całkowitym przekonaniem. Druga strona medalu jest przykra, nudna i słaba. Jest wiele punktów, które skutecznie zabijają entuzjazm i wkrótce nie tylko eksperci się w tej kwestii zorientują. Nawet okazjonalny kibic coraz więcej wie o kolarstwie i choć Tour de Pologne jest dla większości jedyną okazją, by doświadczyć ścigania zawodowców, wkrótce poczuje, że przynajmniej kilka elementów tu nie gra.

  • Byłem – widziałem: Puchar Polski XCO w Skomielnej

    Byłem – widziałem: Puchar Polski XCO w Skomielnej

    Niełatwo o dobry wyścig cross-country. Wiele elementów musi zagrać, aby całość uznać za wartościową imprezę. Puchar Polski w Skomielnej Białej z pewnością taką był.

    Ponad normę

    Puchar Szlaku Solnego to seria zawodów, w której uczestniczę trzeci rok z rzędu. Dla mnie, zawodnika kategorii ?Masters? to wymagające wyścigi, na których zawsze mogę liczyć na pewien sprawdzony standard, uczciwą trasę i kilku mocnych rywali. Kolarze z młodszych kategorii wiekowych również nie mają na co narzekać – to dobra szkoła mtb.

    Pewien problem pojawia się dla juniorów, orlików i elity. Trasy na Pucharze Szlaku Solnego choć wymagające fizycznie, odstają nieco od współczesnych standardów jeśli chodzi o poziom trudności technicznych. Dla mnie to dobry sprawdzian, dla kogoś, kto aspiruje do startów w Pucharze Świata zdecydowanie za mało.

    facebook.com/GBachPhoto Posted by Grzegorz Bachórz Photo on Tuesday, 7 July 2015
      Skomielna Biała wróciła do kalendarza po rocznej przerwie. Zmieniona lokalizacja, wyższa kategoria (eliminacja Pucharu Polski) i dogodny termin (dwa tygodnie przed mistrzostwami kraju) w połączeniu z wyraźnym zaangażowaniem organizatora: klubu KS Luboń sprawiły, że dostaliśmy jedną z ciekawszych imprez w sezonie. Zaproponowana runda obaliła mit, że ?trudna trasa? musi oznaczać przywiezione Kamazem głazy i metrowe dropy. Poza jedną skocznią wiodła leśnymi ścieżkami, których właściwym określeniem jest ?bardzo techniczne?. To było ?Pure MTB? w wydaniu zawodniczym. Trzeba było kręcić, balansować, wybierać a to wszystko na zmęczeniu powodowanym trzydziestoprocentowymi stromiznami na podjazdach.
    facebook.com/GBachPhoto Posted by Grzegorz Bachórz Photo on Tuesday, 7 July 2015
      Do tego dochodzi niezła oprawa zawodów: aktywny spiker, sprawnie działające biuro, dostęp do wody, kurtynka wodna chłodząca zawodników w ekstremalnym upale, zdrowy posiłek ?na bloczek? czy dostęp do bufetu. Korzystny termin i ranga wyścigu zaowocowała dobrą frekwencją, zarówno jeśli chodzi o ilość (ponad 200 osób, nie licząc dzieci, z dziećmi niemal 300) jak i jakość (spora część krajowej czołówki w niemal każdej kategorii). Jednym zdaniem: impreza się udała.

    Co dalej?

    Mam nadzieję, że zawody w Skomielnej nie były jednorazowym wystrzałem. W zeszłym sezonie KS Luboń odwołał swoją eliminację Pucharu Szlaku Solnego, w tym impreza powróciła do kalendarza z przytupem. Trasa, którą z chęcią widziałbym, przynajmniej częściowo, oznaczoną na stałe jest gwarancją rozwoju dla startujących kolarzy i powinna wejść do kalendarza PZKol jako obowiązkowy punkt programu. Szczególnie cenne jest także zaangażowanie lokalnych organizatorów i sponsorów. To dla nich spory wysiłek, tym bardziej należą się im brawa, połączone z życzeniami stabilności finansowej. Szkoda byłoby, gdyby tak dobra impreza okazała się efemerydą.
    facebook.com/GBachPhoto Posted by Grzegorz Bachórz Photo on Tuesday, 7 July 2015
      Dla mnie prywatnie Puchar Polski w Skomielnej był sporym wyzwaniem. Fakt, że całkiem sprawnie (mimo defektu) poradziłem sobie z tak wymagającą rundą jest powodem do satysfakcji. Zdaję sobie sprawę, że jako ?Masters? (czytaj: emerytowany amator) nie jestem grupą docelową zawodów rangi Pucharu Polski, jednak fakt, że organizator traktuje mnie poważnie również jest pewnym argumentem za tym, by oddać mu co jego w postaci dobrego słowa. Co więcej, wiem, że zawody tej rangi i na takim poziomie trudności są niezbędne, by mtb nie tylko przeżywało teoretyczny ?renesans? (przebłyski ożywienia w XC zaczynają być widoczne), ale i realnie wróciło na drogę rozwoju. Głosy o podobieństwie Pucharu w Skomielnej do ?starego grand prix?, czyli zawodów, które wychowały pokolenie najlepszych polskich kolarzy górskich sugerują, że to jest dobry kierunek. Mając w pamięci zeszłoroczny Puchar Polski w Tuchowie (odbędzie się również w tym roku), wiedzę o udanych imprezach w Boguszowie-Gorcach i wyścigu Mai Włoszczowskiej czy zaangażowanie kilku innych, lokalnych organizatorów, wierzę, że jeśli budżety lokalnych klubów wytrzymają, najbliższe sezony w polskim cross-country mogą być całkiem ekscytujące.

  • To nie koniec historii

    54,526km to znakomity rezultat. Bradley Wiggins w godzinę przejechał o ponad 1,5km więcej niż Alex Dowsett. To, przynajmniej na pewien czas, zamyka reaktywowaną przygodę z rekordem godzinnym.

    Jesienią ubiegłego roku Międzynarodowa Unia Kolarska dopuściła do rywalizacji w próbie godzinnej użycie rowerów mieszczących się w normach sprzętu na co dzień stosowanego podczas jazdy na torze. Przez wcześniejszych 17 lat kilku śmiałków musiało mierzyć się z rekordem na najbardziej klasycznym z możliwych sprzętów. Ogólna specyfikacja odpowiadała tej z lat ?70 XXw. Chris Boardman (49,441) i Ondrej Sosenka (49,700) byli jedynymi, którzy zdecydowali się zmierzyć z legendą Eddy’ego Merckxa (49,431).

    Dopuszczenie współczesnych, aerodynamicznych, choć wciąż konserwatywnych pod względem geometrii, rowerów torowych lub szosowych dostosowanych do jazdy po owalu otworzyło nowy rozdział w historii rekordu godzinnego.

    Otworzył go Jens Voigt, oficjalnie już emerytowany kolarz ekipy Trek, w czasach swojej świetności super pomocnik oraz specjalista jazdy na czas. Kolejni śmiałkowie poprawiali jego rezultat (51,110). Udało się to m.in. Matthiasowi Brandle (51,852), Rohanowi Dennisowi (52,491) i Alexowi Dowsettowi (52,937). Lepsze wyniki niż Voigt, ale nie będące aktualnymi rekordami uzyskali Jack Bobridge (51,300) i Thomas Dekker (52,221), natomiast Gustav Erik Larsson pojechał wyraźnie gorzej (50,016).

    Część pretendentów (Brandle czy Bobridge) zaskoczyła publiczność samym podejściem do próby, dla części, jak dla Dennisa i Dowsetta, chwilowe dzierżenie najlepszego wyniku na świecie stało się ciekawym wpisem w CV, potwierdzającym ich wielkie możliwości.

    Wszyscy jednak czekaliśmy, aż z ?godziną? zmierzą się największe gwiazdy jazdy na czas: Bradley Wiggins, Tony Martin i Fabian Cancellara. Z tych trzech wybitnych postaci realne zainteresowanie wykazał tylko Brytyjczyk. Zwycięzca Tour de France, wielokrotny mistrz świata i mistrz olimpijski na torze oraz mistrz świata w jeździe na czas postanowił z rekordu godzinnego uczynić swoje opus magnum.

    Znany z perfekcji i przywiązania do filozofii ?marginal gains?, która przyniosła mu największe sukcesy na szosie ostatnie miesiące swojej kariery poświęcił właśnie ?godzinie?. W najmniejszych detalach dopasował aerodynamiczną pozycję, zlecił Pinarello i Jaguarowi przygotowanie specjalnego roweru, zrezygnował z ambicji szosowca i wrócił do swojego żywiołu, czyli na tor.

    Pojechał niemal idealnie, przez większą część próby utrzymując równe, bardzo mocne tempo, kręcąc na monstrualnym przełożeniu 58×14. Rezultat 54,526km jest znakomity, ale nie zamyka historii. To poprzeczka podniesiona niezmiernie wysoko, lecz wciąż możliwa do przeskoczenia.

    Bradley Wiggins, szlachcic z nadania Królowej postanowił bowiem zmierzyć się z rekordem w stosunkowo niekorzystnych warunkach. Rekord ustanowił w Londynie, na torze używanym podczas Igrzysk Olimpijskich 2012, położonym de facto na poziomie morza. Brytyjskie media mocno analizowały wpływ ciśnienia atmosferycznego na możliwy do uzyskania rezultat, przeniesienie próby na welodrom położony w górach z pewnością dałoby rezultat lepszy o nawet pół kilometra na godzinę.

    W przypadku Wigginsa emocje i symbolika (najlepszy brytyjski kolarz bije historyczny rekord na rodzimej ziemi) wzięły górę nad ?marginal gains?. Nienaganna technika jazdy z pewnością zminimalizowała straty, ale Tony Martin lub inny śmiałek (może Dennis lub Dowsett gdy jeszcze kolarsko dojrzeją) w bardziej sprzyjających warunkach będzie w stanie poprawić wynik ?Sir Wiggo?.

    54,526km to na tyle dużo, by zamknąć drogę do pięciu minut sławy mniej znanym, choć bardzo dobrym kolarzom, specjalistom szosowych czasówek. Nie jest to jednak wynik z kosmosu, który przy odpowiednim, niemal obsesyjnym podejściu do detali i przygotowania, nie byłby możliwy do przebicia. Kiedyś. W przyszłości.

  • Karma wraca

    Znakomity pod względem dramaturgii etap prowadzący przez przełęcz Mortirolo obnażył zanikający brak poszanowania zasad we współczesnym peletonie.

    W teorii zawodnik jadący w koszulce lidera cieszy się szczególnymi względami. Jednym z nich jest powstrzymanie się od ataków w momencie, gdy z przyczyn obiektywnych ponosi stratę. Na 16. etapie Giro d?Italia 2015 ekipa Astany przyspieszyła, gdy prowadzący w klasyfikacji generalnej Alberto Contador złapał gumę.

    Swoją drogą 16. etep włoskiego touru drugi rok z rzędu przynosi kontrowersje. Rok temu Nairo Quintana zignorował czerwone flagi na zjeździe z zaśnieżonej przełęczy Stelvio i zyskał decydującą o zwycięstwie przewagę. W tym roku między przełęczami Tonale a Mortirolo pogwałcono niepisaną zasadę szacunku dla koszulki lidera.

    O ile jeszcze Quintana a raczej jego przełożeni tłumaczyli się chaosem informacyjnym, sprzecznymi komunikatami na twitterze i w radiu wyścigu, o tyle tym razem ekipa Astany ustami Mikela Landy wyraziła się wprost: przyspieszyliśmy w momencie awarii Contadora, by zmusić go do większego wysiłku na podjeździe Mortirolo.

    Zarówno Contador jak i los zagrali Astanie na nosie. Hiszpan dogonił uciekających mu kolarzy w błękitnych strojach, a następnie zyskał przewagę nad najgroźniejszym rywalem, czyli Fabio Aru. Włoch nie tylko poważnie osłabł i kolejny raz w tym wyścigu zmagał się z brakiem energii na końcowych kilometrach etapu, to jeszcze u podnóża finałowego podjazdu sam miał defekt. Karma wróciła do grających nie fair . Co prawda szybka wymiana roweru sprawiła, że różnica nie urosła ponad to, co Aru i tak stracił przez swój kryzys, ale wierzącym w nadnaturalne siły sprawcze daje to spory argument za ich istnieniem.

    Niesympatycznie zachował się również Mikel Landa, który w końcówce dynamicznie przyspieszył, gubiąc Contadora i Stevena Kruijswijka. O ile jeszcze atak na lidera w tym momencie można zrozumieć, o tyle względem Holendra z LottoNL Jumbo było to nie do końca w porządku. Kruijswijk bowiem wykonał gros pracy na ostatnich kilometrach Mortirolo, następnie w dolinie oraz na większości podjazdu do mety w miejscowości Aprica. Landa w tym czasie bez słowa wiózł się z tyłu, dając de facto tylko jedną, najmocniejszą zmianę po etapowe zwycięstwo.

    O ile we współczesnym świecie można dyskutować o istnieniu zasad etycznych, zwłaszcza, gdy w grę wchodzą sława i pieniądze, to nawet trzymając się wyłącznie merkantylnego podejścia warto być choć odrobinę sympatycznym dla rywali. Po raz kolejny w karierze doświadczył tego Alberto Contador, który w pogoni za Aru i Landą na stromiznach Mortirolo dostał odrobinę pomocy od kolarzy, których sam kiedyś w przeszłości w ten czy inny sposób uszanował.

    Wracając do tematu tytułowej karmy i wspomnianego już Nairo Quintany, Kolumbijczyka za kontrowersyjne zachowanie również spotkała kara. Niespełna pół roku po niesportowym ataku na Stelvio, gdy jechał w koszulce lidera Vuelta a Espana i był typowany do zwycięstwa w całym tourze, pechowo upadł podczas jazdy na czas, solidnie się poobijał i wycofał z wyścigu.

  • Giro d?Italia właśnie się zaczyna

    Jeśli myśleliście, że ostatnie dwa tygodnie coś znaczyły, to błąd. Mimo zwichniętego barku Alberto Contadora, kary dla Richiego Porte, kryzysu Fabio Aru i ciągłej wymiany ciosów między Astaną a Tinkoff-Saxo, włoski wielki tour dopiero się zaczyna.

    W obliczu trudności najbliższego tygodnia, dotychczasowe etapy były wyłącznie wstępem do właściwej rywalizacji. Owszem, wielu kolarzy którym wieszczono szanse na dobry wynik poniosło spore starty. Niektórzy do tego są poobijani, przeziębieni lub niedysponowani w inny sposób a jedna z kluczowych postaci, Domenico Pozzovivo po paskudnie wyglądającym upadku już nie jedzie w wyścigu.

    Wzgórza Toskanii czy podjazdy w Apeninach rzadko kiedy wprowadzają poważne różnice w klasyfikacji generalnej. Tak było i tym razem. Co najwyżej przekonaliśmy się, kto raczej nie będzie liczył się w walce o różową koszulkę.

    Nie chodzi nawet o czas. Zajmujący 16. miejsce Jurgen Van Den Broeck, póki co kompletnie niewidoczny, traci do Alberto Contadora zaledwie 3?42?. W sprzyjających okolicznościach mógłby, podobnie jak większość znajdujących się przed nim kolarzy, myśleć nawet o miejscu na podium. Tyle tylko, że różnica w formie między ścisłą czołówką a resztą stawki jest zbyt duża.

    Gdy tylko przyspiesza Alberto Contador, Fabio Aru, Mikel Landa lub jadący wraz z nimi Richie Porte, nikt nie jest w stanie utrzymać koła. Rigoberto Uran tłumaczył się chorobą, pozostali kolarze nie mają zbyt wielu wymówek. Po prostu są słabsi.

    Ważnym elementem całej układanki jest właśnie tempo jazdy najmocniejszych postaci tegorocznego Giro. Pisałem o tym już wcześniej, ale warto to podkreślać. Podjazdy w pierwszej części wyścigu były pokonywane w zawrotnym tempie.

    W sobotę na zawodników czeka jedna z najważniejszych prób w całym, trzytygodniowym tourze. 59,4km jazdy indywidualnej na czas, z której pół jest płaskie a pół górzyste powinno wprowadzić poważne różnice w klasyfikacji generalnej. To szansa dla Richiego Porte na odrobienie części strat związanych z defektem i karą nałożoną za przyjęcie pomocy od Simon?a Clarke?a. Dla Rigoberto Urana, który po zmianie fryzury i podleczeniu zapalenia oskrzeli zaczął przejawiać lepszą dyspozycję, na powrót na pozycję kolarza walczącego o podium wyścigu. Dla Fabio Aru i Mikela Landy to walka o przetrwanie i zminimalizowanie strat a dla Alberto Contadora kolejna okazja do kontroli całej sytuacji.

    Dzień później, w niedzielę zawodnicy sprawdzą formę w prawdziwych górach. Madonna di Campiglio, gdzie usytuowana jest meta to 15,5km wspinaczki o średniej stromiźnie 5,9%. Wcześniej na zawodników czeka brutalna przełęcz Daone: 8,4km i stromizna 9,4%.

    Co prawda na poniedziałek zaplanowano odpoczynek, ale już we wtorek na peleton czeka najcięższy etap całego Giro. Przełęcze Tonale oraz jeden z najcięższych podjazdów w Europie czyli Mortirolo powinny wprowadzić kluczową selekcję w grupie faworytów. Straty na tym etapie mogą być jeszcze większe niż podczas sobotniej czasówki!

    Czwartkowy etap do Verbanii to teoretycznie szansa dla ucieczki (mile widziana akcja kolarzy CCC Sprandi Polkowice), ale niewykluczone, że również tam któryś z kolarzy czołówki klasyfikacji generalnej może poszukać szansy na zdobycie przewagi nad rywalami.

    Piątek i sobota to dwa ostatnie, górskie testy. Odcinek do Cervinii jest długi (236km) a w końcówce oferuje trzy podjazdy, w tym finałowy. Z kolei etap do Sestriere to nie tyle wspinaczka do stacji narciarskiej, gdzie znajduje się meta, co przełęcz Finestre, ?dach? wyścigu z drogą w sporej części szutrową w miejsce asfaltowej.

    Obiektywnie rzecz ujmując, trudno spodziewać się innego rozstrzygnięcia niż zwycięstwo Alberto Contadora. Po kontuzji barku wydaje się już nie być śladu a i dyspozycją na podjazdach nie ustępuje kolarzom Astany a w ostatnich dwóch dniach nawet ich przewyższa. Podczas jazdy inddywidualnej na czas powinien uzyskać taktyczną przewagę nad Aru i Landą. Strata Richiego Porte spowodowana defektem i karą jest już dość duża, z kolei nawet, jeśli Rigoberto Uran nadrobi nad Contadorem na czas, trudno spodziewać się, by nie stracił czasu na jednym z alpejskich etapów.

    Czy zatem oznacza to, że ostatni tydzień będzie nudny? Zdecydowanie nie! Spodziewajmy się wielu ciekawych rozwiązań taktycznych, dobrej rywalizacji nie tylko o różową koszulkę, ale i o etapy.