Kolarze już nie śpią, ale ścigają się w dziwnych miejscach. Tematem numer jeden będą więc oczywiście Igrzyska w Soczi. Oraz odwilż sprzyjająca odejściu od telewizorka.
Ceremonie otwierające i zamykające Igrzyska Olimpijskie to zawsze wielkie wydarzenie popkulturalne. Kraj-organizator w kilkugodzinnym widowisku prezentuje światu wszystko, co ma najlepszego. W tym miejscu muszę powiedzieć: najlepsze już było. Dwa lata temu w Londynie Brytyjczycy pokazali, że są gigantami kultury masowej. Nikt poza nimi, nawet starożytni Grecy, nie wpłynął tak na zbiorową świadomość. Choć królowa nie panuje już w Imperium, nad którym nigdy nie zachodzi słońce, jej poddani poruszają, wzruszają i rozśmieszają obywateli całego globu, w tym bogatszych kuzynów zza oceanu. Mając świadomość zmierzchu swojej świetności na wielu polach, gdy cały świat jeszcze na jeden, ostatni moment skupił na nim całą swoją uwagę, Londyn szelmowsko mrugnął okiem i zrobił najlepszy show w historii Igrzysk Olimpijskich.
Spicegirls w błyszczących, londyńskich taksówkach na Union Jacku z cytatami Szekspira
Co mogą pokazać Rosjanie, uparcie budujący swój imperializm na ?strachu i odrazie?? Czekam z niecierpliwością i niechęcią zarazem. Igrzyska wracają do typowego za mojego życia modelu: komercji, konsumpcjonizmu i pokazu brutalnej siły bez obracania się na jakiekolwiek wartości.
Kanadyjski spot sprzeciwiający się dyskryminacji mniejszości seksualnych w Rosji
Tak czy inaczej, poza ceremonią otwarcia w ten weekend Soczi oferuje np. skiathlon, czyli nowoczesną wersję narciarskiego biegu łączonego. Szczególnie interesująco zapowiadają się niedzielne zawody mężczyzn, bardzo otwarte, dynamieczne i bez wyraźnego faworyta. W sobotę Justyna Kowalczyk spróbuje ugrać medal, ale pamiętajmy, że faworytkami są Marit Bjoergen i Charlotte Kalla.
Szczegółowy harmonogram zaserwuje Google po wpisaniu frazy np. ?Soczi harmonogram?. Ja polecam:
Piątek 17:00 – ceremonia otwarcia Sobota 11:00 – Skiathlon kobiet
Niedziela 11:000 – Skiathlon mężczyzn
Dobrą wiadomością jest to, że interesujące zawody nie przeszkodzą wyjściu na rower. Odwilż, planowane +7 stopni zachęcają do nabijania kilometrów w pięknych okolicznościach polskiej zimy.
Wyczyn studwuletniego Francuza, Roberta Marchanda po raz kolejny znalazł się w wiadomościach całego świata. Niespełna 27 kilometrów, które pokonał na rowerze w czasie godziny jest oficjalnym rekordem świata w kategorii Masters 100+.
Pan Marchand znów nas zadziwił. Powoli staje się symbolem siły ducha i sportu bez ograniczeń. Sam jeden bardziej promuje kolarstwo niż peleton zawodowców, który w zamian za petrodolary szlifuje formę na Półwyspie Arabskim. Kogo tak naprawdę obchodzą wyniki kolarzy, którzy z niewiadomego powodu ścigają się w zimie na pustyni? Za to dziarski staruszek, do tego o tak pociesznej aparycji jak Robert Marchand, który podąża za swoją pasją i bije kolejne rekordy, jest idealnym newsem do telewizji śniadaniowej.
W ostatni piątek, zanim Marchand pokonał 26,927km powiedział:
?Czuję satysfakcję przystępując do takiej próby. Być może za rok już nie będę miał takiej możliwości?.
Po rekordowym przejeździe stwierdził, że nie pojechał na 100% swoich możliwości. Poruszanie się rowerem torowym nie jest proste i śmiem twierdzić, że spora część siedzących za biurkiem trzydziestolatków nie byłaby w stanie powtórzyć wyczynu Marchanda. Zatem tego typu niepełnego wykorzystania własnych możliwości trzeba życzyć każdemu. Podziw jest więc uzasadniony, podobnie jak życzliwy uśmiech, który budzi cała sytuacja.
Czy wyczyn Roberta Marchanda jest rzeczywiście osiągnięciem sportowym? Trudno powiedzieć. Niewielu przedstawicieli naszego gatunku dożywa tak sędziwego wieku, o jeździe na rowerze nie wspominając. Zatem jego rekord być może nigdy nie zostanie zweryfikowany przez innego pretendenta. Sam w sobie jest wydarzeniem na tyle nietypowym, że zwraca uwagę największych: swoim wyczynem wiekowy kolarz uświetnił otwarcie Vélodrome de Saint-Quentin-en-Yvelines. To nowy obiekt, wokół którego ma zostać zbudowany renesans tamtejszego kolarstwa. Wzorując się na najlepszych (Brytyjczykach, choć i Polacy próbują wdrożyć podobny model) Francuzi wybudowali centrum treningowe wraz z welodromem, przy którym siedzibę będzie miała krajowa federacja.
Marchand oczywiście przełamuje stereotyp osoby starszej. Szacunek i uznanie, jakim się cieszy są imponujące. Na tor w Montigny-le-Bretonneux przyjechali kibice z całego kraju. Było ich wyraźnie więcej, niż na imprezach torowych rozgrywanych w naszym Pruszkowie. To świadectwo kultury sportu we Francji. Mimo to, nie jestem w stanie oprzeć się wrażeniu, że dokonania Roberta Marchanda traktujemy z pewną pobłażliwością. Czy jest to wyraz ageizmu (dyskryminacji ze względu na wiek)? Przecież na co dzień fascynujemy się wyłącznie dokonaniami pięknych, młodych i sprawnych. Prawdziwy rekord to ten Usaina Bolta na 100m lub (planowany) Fabiana Cancellary w jeździe godzinnej. Marchand to tylko sympatyczny dziwak, który ukrywając się przed statystyką zabawia nas w zimowe popołudnia. To jest również pytanie o poważne lub nie traktowanie sportu amatorskiego i aktywności innych niż te ściśle zinstytucjonalizowane i profesjonalne. Ale skoro wszyscy mamy szansę, i sami przed sobą podnosimy rangę naszych małych sportowych dokonań, dlaczego odmawiać tego dzielnemu Francuzowi? Ciesząc się dobrym samopoczuciem, które daje mu jazda rowerem, Marchand w pełni korzysta z dobrodziejstw ?najwspanialszego ze światów?. Skoro może coś robić, to dlaczego ma nie próbować? Przysłowiowe pięć minut sławy przyszło do niego dość późno, jako potwierdzenie teorii, że w realizowaniu swojej pasji należy być konsekwentnym i cierpliwym.
Na wielu zawodach mastersów, obserwując zmagania najstarszych kategorii, młodsi zawodnicy i kibice często powtarzają zdanie ?chciałbym w jego wieku być w takiej formie?. Cóż, nie pozostaje nic innego, jak żyć w sposób, który to umożliwi. I mieć oczywiście nieco szczęścia.
Nawet, jeśli (trochę tak jak ja) tej zimy ignorowałeś przełaje, tego weekendu nie możesz odpuścić. Mistrzostwa Świata w holenderskim Hoogerheide będą prawdziwym świętem. Tłumy kibiców i zacięta rywalizacja o zwycięstwo: sport w czystym wydaniu.
Obrońca tytułu Sven Nys, startujący z doskoku Zdenek Stybar czy może któraś młoda gwiazda? No i nie zapominajmy o kobietach, młodzieżowcach i juniorach. Tam też będzie się działo! Dzielni ludzie na ośmiokilowych rowerach z 33 milimetrowymi oponkami będą walczyć z materią o tęczową koszulkę. Wśród nich „nasi”: Mariusz Gil (elita), Bartosz Mikler (U-23) oraz Remigiusz Gil i Kamil Małecki (juniorzy).
Jeśli kręcąc na rolce, zamiast oglądać seriale, wolisz wczuć się w rolę zawodowego kolarza, portal cyclingnews przygotował coś specjalnie dla Ciebie. Playlista z najlepszymi momentami Tour de France dostępnymi na youtube. Większość z nich to chwile chwały herosów „ery EPO”, ale znajdziesz na niej również krótkie fragmenty dokonań Merckxa czy słynny pojedynek Lemond-Fignon. Tak czy inaczej link wart zapamiętania.
Nie pamiętam roku, w którym polscy kolarze zawodowi byliby tak widoczni wśród światowej elity. Wybrałem cztery akcje, które uznaję za najbardziej symboliczne. Przemysław Niemiec, Rafał Majka, Michał Kwiatkowski oraz Bartosz Huzarski to bohaterowie minionego sezonu.
Choć zabrakło indywidualnego zwycięstwa, świetna jazda naszych eksportowych kolarzy przyniosła efekt: możliwość wystawienia aż dziewięcioosobowej reprezentacji podczas jesiennych mistrzostw świata. Od klasyków, przez prestiżowe wyścigi tygodniowe, po wielkie toury polscy kolarze niemal zawsze byli w czołówce i często mieli znaczący wpływ na przebieg rywalizacji. Albo sami atakowali i walczyli o najwyższe lokaty, albo zabierali się w ucieczki, albo pracowali na swoich liderów. Pobili też kilka nieoficjalnych ?rekordów polski? w najważniejszych imprezach sezonu.
Bartosz Huzarski ? fot. facebook.com/xouted CC BY SA 3.0
Od wczesnej wiosny wysoką dyspozycję prezentował Michał Kwiatkowski. Ten dwudziestotrzyletni zawodnik kojarzony był raczej z dobrą jazdą na czas niż z wielkimi górami, tymczasem okazało się, że potrafi łączyć obie te specjalności. W minionym sezonie był jednym z najbardziej kompletnych kolarzy zawodowego peletonu. Do dwóch wymienionych umiejętności dokłada jeszcze bardzo dobry finisz oraz, co nietypowe, znakomicie radzi sobie na bruku. O ile drugie miejsce w portugalskim Volta a Algarve było miłym akcentem na początek sezonu, o tyle czwarte miejsce w Tirreno Adriatico, gdzie przetrwał w górach z największymi tuzami było już sporym zaskoczeniem. Kwiatkowski najbardziej zaimponował jednak we Flandrii. Choć jeden z najważnieszych klasyków sezonu zakończył w trzeciej grupie na cztedziestym miejscu, jego akcja została zauważona i doceniona przez właściwie wszystkich kolarskich ekspertów. Polak jechał we wczesnej ucieczce a gdy śmiałkowie zostali dogonieni przez atakujących faworytów: Cancellarę i Sagana, Kwiatkowski jako jedyny był w stanie dotrzymywać im tempa. Być może, gdyby taktyka jego grupy była inna, już we ?Flandryjskiej Piękności? zająłby czołową lokatę. I mimo, że już wa tygodnie później w Amstel Gold Race oraz Walońskiej Strzale był odpowiednio i czwarty i piąty, to właśnie akcja z Flandrii zasługuje na szczególne uznanie.
Michał Kwiatkowski bohaterem Dookoła Flandrii
Na eksplozję popularności Kwiatkowski musiał jednak poczekać do lipca. To wtedy, podczas Tour de France na kolarstwo zwracają uwagę osoby, które na co dzień nie interesują się tą dyscypliną. W świeżo zdobytej koszulce mistrza kraju, mając oprócz swoich celów za zadanie pomoc Markowi Cavendishowi, Polak zaskoczył świetną dyspozycją. Gdy Cavendish odpadał na podjazdach, ?Kwiato? dwukrotnie finiszował trzeci na etapach. W tym na najbardziej emocjonującym, wiodącym przez Pireneje, gdzie peleton został rozbity śmiałą akcją kolarzy grupy Movistar a Chris Froome musiał samotnie bronić się przed licznymi atakami rywali. Kwiatkowski przetrwał ten dzień by w końcówce samemu poszukać swojej szansy i zająć trzecie miejsce na mecie. Ostatecznie cały wyścig skończył na 11 miejscu i trzecim w klasyfikacji młodzieżowej. Wisienką na torcie była wygrana, wraz z kolegami z drużyny Omega Pharma Quick Step, w jeździe na czas podczas mistrzostw świata we Florencji.
O Michale Kwiatowskim było zdecydowanie najgłośniej, ale na uwagę zasługuje również Przemysław Niemiec. Losy tego zawodnika układały się nietypowo. Dopiero w wieku trzydziestu jeden lat zaczął się ścigać w gronie najlepszych kolarzy świata – wcześniej był liderem w drugoligowych ekipach włoskich i odnosił wiele sukcesów, ale na mniejszych wyścigach. W tym roku, mając już trzydzieści trzy lata, pokazał pełnię swoich możliwości w wyścigach etapowych. Zajął 9. miejsce w Tirreno Adriatico, 7. w Volta a Catalunya oraz 6 w Giro del Trentino. Już samo to wystarczyłoby do zaliczenia sezonu do udanych, tymczasem szczyt formy Niemiec zbudował na Giro d?Italia. We włoskim tourze nie był liderem swojej drużyny: nominalną jedynkę wiózł na plecach Michele Scarponi. Mimo, że polski zawodnik musiał mu pomagać, niejednokrotnie sam był silniejszy od swojego kapitana. Dwukrotnie zajmował trzecie miejsca na górskich etapach a ostatecznie zajął świetne, szóste miejsce w klasyfikacji generalnej. To najlepszy wynik w historii polskiego kolarstwa w tym wyścigu i drugi, po trzeciej lokacie Zeonana Jaskuły w Tour de France 1993 w wielkich tourach. Najbliżej upragnionego i wyczekiwanego od dwudziestu lat zwycięstwa etapowego (w 1993 właśnie Jaskuła triumfował na pirenejskim etapie Wielkiej Pętli) Niemiec był na szesnastym etapie Giro, gdy wziął sprawy w swoje ręce i z dwoma rywalami w końcówce uciekł z grupy faworytów. Niestety przegrał na finiszu i tak jak dwa dni wcześniej na Przemysław Niemiec bije polski rekord w Giro d’Italia
W tym samym Giro d?Italia świetnie radził sobie Rafał Majka. To drugi, obok Kwiatkowskiego wielki talent młodego pokolenia. Na etapie kończącym się na podjeździe Galibier, gdzie Przemysław Niemiec był trzeci, Majka przyjechał czwarty. W całym wyścigu rywalizował o pozycję najlepszego młodzieżowca z Kolumbijczykiem, Carlosem Betancurem. Gdyby nie Przemysław Niemiec, wynik Majki byłby najlepszym polskim rezultatem w historii Giro a tak, jego siódma lokata znajduje się w kronikach w drugim wierszu. Mimo świetnej jazdy we Włoszech a także walki o podium Tour de Pologne w lipcu (był liderem przez trzy dni i zajął czwarte miejsce w klasyfikacji generalnej), młody zawodnik z podkrakowskich Zegartowic zapisał się w hisotrii polskiego kolarstwa jesienią. Po dobrej jeździe w Vuelta a Espana zbudował kolejny szczyt formy i błysnął w jesiennych klasykach. Najpierw zajął drugie miejsce w wyścigu Mediolan-Turynby następnie, po mistrzostwach świata stanąć na trzecim stopniu podium Giro di Lombardia. To wielki sukces, wyścig w Lombardii zaliczany jest do grona pięciu tzw. ?Monumentów?, najstarszych i najbardziej prestiżowych wyścigów jednodniowych na świecie.
Rafał Majka zajmuje trzecie miejsce w klasku w Lombardii
Wśród imponujących wyników znalazło się też miejsce dla zawodnika, który co prawda nie przyjechał do mety wyścigu w ścisłej czołówce, ale za to przeprowadził jedną z ciekawszych akcji sezonu. Bartosz Huzarski to jeden z naszych najbardziej doświadczonych kolarzy, który choć reprezentuje barwy drużyny Pro Continental (zatem na zapleczu światowej elity), często startuje w wyścigach najwyższej rangi. W tym roku dobrą dyspozycję zaczął sygnalizować w drugiej części sezonu. Zdobył najwięcej punktów w klasyfikacji najaktywniejszych podczas Tour de Pologne, a na hiszpańskiej Vuelcie zajął trzecie miejsce na jednym z pirenejskich etapów. Na mistrzostwach świata pokazał to, z czego słynie. Jego kariera zawodowa rozpoczęła się w 2003r. od heroicznej ucieczki zakończonej zwycięstwem na etapie wyścigu pokoju. Podczas czempionatu we Florencji, dekadę później, zrobił coś podobnego: przed peletonem spędził niemal cały dzień. Najpierw z kilkoma innymi kolarzami a w końcówce samotnie, by zostać dościgniętym przez peleton na dwa okrążenia przed metą. Ponieważ na tego typu imprezach rozstrzygnięcia czasami zaskakaują wszystkich: i zawodników i kibiców, mimo niepowodzenia taka próba spotkała się z szerokim uznaniem a kibicom przyniosła wiele emocji!
Heroiczna akcja Bartosza Huzarskiego podczas mistrzostw świata
Michał Kwiatkowski we Flandrii, Przemysław Niemiec na Giro d?Italia ze szczególnym uwzględnieniem 16. etapu, Rafał Majka w Lombardii oraz Bartosz Huzarski na mistrzostwach świata to cztery polskie momenty sezonu 2013, które najbardziej zapadły mi w pamięć. Dodatkowe, piąte wyróżnienie przyznaję mistrzostwom polski w Sobótce. Być może na fali dobrych wyników w klasykach i wielkich tourach, być może w rosnącej popularności Tour de Pologne oraz imprez masowych, mistrzostwa przebiły się do mainstreamu. Wspomniały o nich ogólnopolskie media, na wysokości stanęły również portale branżowe. Zawody były szeroko relacjonowane a przy trasie pojawiło się sporo kibiców, co nie jest takie oczywiste w przypadku wydarzeń sportowych nie dotyczących gier zespołowych.
Kolarskie Mistrzostwa Polski w końcu zdobyły zainteresowanie kibiców
W rankingu World Tour Rafał Majka został sklasyfikowany na 20, Michał Kwiatkowski na 23 a Przemysław Niemiec na 42 miejscu. W klasyfikacji narodowej Polska uplasowała się na 11 lokacie. To imponujące rezultaty.
Gorzej jest, gdy popatrzymy na zaplecze. Choć o dobrym występie na mistrzostwach świata juniorów, kobiet i młodzieżowców pisałem niedawno, baza, jaką są ekipy ?Pro Continental? nie wygląda tak różowo. W pierwszej setce rankingu ?Europe Tour? znajduje się jedynie Bartłomiej Matysiak. Drużyna, którą reprezentuje, czyli CCC Polsat Polkowice została sklasyfikowana na ósmym miejscu, tyle, że gros punktów i najbardziej wartościowych wyników zawdzięcza włoskiemu weteranowi, Davide Rebellinowi. Kolejne polskie grupy oraz polscy zawodnicy zajmują odległe pozycje.
Uczucia po sezonie 2013 mam więc mocno ambiwalentne. Z jednej strony emocje, jakie przyniosła rewelacyjna jazda kilku zawodników w ścisłej światowej elicie, z drugiej poczucie, że gdy z jakiegoś powodu będą mieli mniej udany sezon, wrócimy do stanu sprzed kilku lat, gdy musieliśmy z lupą szukać polskich nazwisk w wynikach średniej rangi imprez na zachodzie Europy. Trzecim elementem, który dla równowagi napawa dozą optymizmu, są kolejni młodzi zawodnicy, którzy zaczynają kariery w zagranicznych drużynach z perspektywami awansu do najlepszych ekip World Tour lub tuż na ich bezpośrednie zaplecze. Pojawiają się też inicjatywy, które będą próbowały wykorzystać popularność, jaką zdobyli w tym roku nasi eksportowi zawodnicy. UKS Copernicus, Akademia Michała Kwiatkowskiego jest pierwsza. Czy będą następne?
Z czym mi się kojarzy downhill? Lata ’90, koledzy zafascynowani „bujanymi rowerami” przesiadają się na nie z niechęci do podjeżdżania. Wzajemne hejterzenie: ogolonych nóg krosiarzy i śmierdzących, z rzadka pranych zbroi zjazdowców. Dyscyplina, którą wypchnąłem ze świadomości wróciła do niej dzięki tegorocznym mistrzostwom świata.
Zanim tysiąc słów, obraz, który je zastępuje. Proszę Państwa: Brytyjczyk Danny Hart jedzie po tęczową koszulkę w Champery:
Szczerze mówiąc: padłem. „Mistrzostwo świata” to niewystarczające określenie. Najwyższej klasy kunszt, brawura, opanowanie i szczypta szaleństwa. Dwudziestoletni wirtuoz roweru, który prawdopodobnie nigdy nie zostanie doceniony przez szerszą publiczność. Rowerowy zjazd nie jest dyscypliną olimpijską i będąc przedstawicielem „sportów ekstremalnych” traktowany jest jak zajęcie specjalnej troski. Określenia w rodzaju „szalony”, „zabawa”, „zjazd z górki” są na porządku dziennym. Od czasu, gdy Eurosport nie transmituje Pucharu Świata mtb, downhill pojawia się czasami w wiadomościach sportowych jako zapchajdziura, na przemian z psem na nartach wodnych lub mistrzostwami świata w noszeniu węgla.
Pytanie, czym różni się występ Harta, jego zaangażowanie, maestria i spora dawka iskry bożej którą otrzymał od jazdy gwiazd dyscyplin głównego nurtu, np. Bode Millera na nartach? I dlaczego jeden z nich przedstawiany będzie jako „niegroźny szaleniec zjeżdżający z górki na rowerku” a drugi jako „wybitny członek rodziny olimpijskiej” (nawet jeśli staje na starcie pod lekkim wpływem C2H5OH)? Widać taka karma. Szkoda tylko, że poza mediami stricte „ekstremalnymi” downhill na margines wypychają także rodzime media ogólnorowerowe (od mainstreamowych mediów sportowych w ogóle nawet nie wymagam minimalnego zaangażowania w tym temacie). MTB = maraton, Maja Włoszczowska i lokalny ogórek, którego organizator przyśle sensownie zredagowaną zapowiedź wraz z kilkoma zdjęciami. Niewątpliwie zjazd wymaga czegoś więcej niż podanie wyników „wygrał-przegrał”, co nie zmienia faktu, że ignorując tę konkurencję można przeoczyć wydarzenie zdecydowanie wybijające się ponad przeciętność.
Dlatego jestem wdzięczny znajomym, którzy zawirusowali facebooka linkiem do mistrzowskiego przejazdu Harta. Czasem dobrze rozejrzeć się wokół i wyjść z niszy swoich zainteresowań. W ten sposób można dostrzec coś wyjątkowego.
Co jeszcze? Ach tak, klip z MŚ koniecznie zobaczcie z dźwiękiem. Czterominutowy, radosny i ekstatyczny komentarz dwóch dziennikarzy również otwiera oczy na inny świat. Przy nich nasze „Leeeć Adam, leeeeć!” brzmi jak rachityczne kwękanie stetryczałego starca.