Filmy

  • Kozioł ofiarny

    Kozioł ofiarny

    Dziewięć miesięcy dyskwalifikacji dla Dylana Groenewegana za spowodowanie kraksy na mecie pierwszego etapu Tour de Pologne 2020 to najcięższy wyrok w tego typu sprawie. Nie wiadomo, dlaczego Holender został potraktowany tak surowo i dlaczego UCI robi z niego kozła ofiarnego. 

    Nerwy po lockdownie

    Tour de Pologne 2020 był pierwszym wyścigiem etapowym na poziomie World Touru po wznowieniu rywalizacji przez zawodowych kolarzy po czasie lockdownu. 

    Owszem, spodziewaliśmy się zwiększonej nerwowości, kraks i niespodziewanych rozstrzygnięć. Wiele miesięcy bez ścigania w połączeniu ze zwiększoną presją spowodowaną kryzysem finansowym sugerowały, że pierwsze wyścigi po czasie izolacji będą trudne dla wszystkich. 

    Pierwszy etap pandemicznego TdP rozgrywany był na rundach w Katowicach z charakterystycznym, bardzo szybkim finiszem przy tamtejszym “Spodku”.

    W rozpędzonej grupie sprinterów o zwycięstwo rywalizowali Dylan Groenewegen z Jumbo – Visma, Pascal Ackerman z Bora – Hansgrohe, Fabio Jakobsen z Deceunink – Quickstep, Marc Sarreau z Groupama – FDJ czy Luca Mezgez z Mitchelton Scott. 

    Na ok. 150m przed metą prowadzący Groenewegen zaczął zmieniać linię sprintu, zjeżdżając z ok. ⅓ szerokości szosy pod barierkę, blokując Jakobsena i dodatkowo w ostatniej chwili, jakieś 50-70m przed “kreską” zastawiając się łokciem. 

    Przy prędkości ok. 80km/h Jakobsem uderzył w bannery rozbijając zabezpieczenia, upadając wpadł w sędziego mety a latające wszędzie płotki dodatkowo wywróciły kolejnych kolarzy.

    Wszystko działo się w ułamkach sekund. 

    Pierwsze emocje

    Sędziowie dość szybko uznali faul Groenewegena, zdyskwalifikowali go a zwycięstwo przyznali Jak

    Jakobsenowi, który w tym czasie był reanimowany. Upadek był tak silny i niefortunny, że kolarzowi Deceunink – Quicksetep zerwało z głowy kask a obrażenia spowodowały poważną utratę krwi. Realnie rzecz ujmując, miał wiele szczęścia, że w tych okolicznościach przeżył. 

    Sprawca kraksy został usunięty z wyścigu i dodatkowo ukarany grzywną w wysokości 500CHF. Sam doznał złamania obojczyka, kontuzja wykluczyła z dalszej jazdy również Marca Sarreau. 

    Jakobsen z ciężkimi obrażeniami twarzy był operowany w szpitalu w Sosnowcu, po około dwóch dobach został wybudzony ze śpiączki. 

    Menadżer jego drużyny, Patrick Lefevere w pierwszym odruchu domagał się nie tylko kary dyscyplinarnej dla Groenewegena, ale postępowania karnego. 

    Wraz z poprawiającym się stanem zdrowia Jakobsena, emocje na szczęście stygły. 

    Kolejne operacje, w tym m.in. przeszczep kości z miednicy do szczęki i skuteczna rehabilitacja sprawiają, że zawodnik dochodzi do zdrowia. To, do czego zdolna jest współczesna medycyna ociera się o cuda. 

    Z kolei dla Groenewegena, oczywiście w innym wymiarze, wypadek również okazał się traumatyczny. Drużyna odsunęła go od startów, sam kolarz musiał mierzyć się nie tylko ze świadomością konsekwencji swojej jazdy, ale też atakami mediów i kibiców, którzy zaczęli robić z niego mordercę. 

    Kozioł ofiarny

    Decyzja o dziewięciomiesięcznej dyskwalifikacji Groenewegena została wydana ponad 3 miesiące po spowodowanej przez niego kraksie. 

    Zawodnik w tym czasie nie ścigał się, ponieważ dochodził do siebie po złamaniu a także w ramach wewnętrznego zawieszenia przez samą ekipę Jumbo-Visma. 

    Hipotetycznie jednak, gdyby nie kontuzja, mógłby w tym stanie startować a nawet wygrywać, jego wyniki musiałyby być anulowane. To nie pierwszy raz, gdy UCI nie spieszy się z nakładaniem dyskwalifikacji, biorąc jednak pod uwagę praktyki przy sprawach dopingowych, trzy miesiące to jak na nich tempo iście ekspresowe. 

    Wina Groenewegena jest bezsprzeczna. Tak, zmieniał linię sprintu oraz tak, spowodował zagrożenie dla innych zawodników. W związku z tym zarówno relegacja w wynikach etapu, wyrzucenie z wyścigu, grzywna a być może jakiś rodzaj dodatkowej kary są zasadne. 

    Sam zawodnik zresztą nie dyskutuje i przyjmuje konsekwencje swojej jazdy.

    Jest jednak pewien problem. Przejrzałem większość sprintów z tegorocznego sezonu World Touru. Zarówno te kończące się relegacjami kolarzy jak Sagana na Tour de France czy Bennetta na Vuelcie i teoretycznie te “czyste”.

    Choć ewidentnie widać, że sędziowie zaczynają dyscyplinować kolarzy, powiedzmy sobie szczerze: zmiany sprintu takie jak ta Groenewegena nadal często uchodzą na sucho. Bywa też, że nawet użycie barków i łokci wciąż jest tolerowane. 

    Nie znamy szczegółów decyzji UCI, nie wiemy, jaki był powód ani motywacja kary, która choć częściowo w “offseasonie”, wyłącza Groenewegena z rywalizacji ze sporej części sezonu 2020 i 2021. 

    Można podejrzewać, że przyczyny są dwie: po pierwsze, skutki niebezpiecznej jazdy zawodnika i ciężkie obrażenia, jakich doznał najbardziej poszkodowany. Po drugie, wystąpienie dodatkowego “aktu agresji”, czyli wystawienie łokcia, które, nawet jeśli odruchowe, to jednak mogło przyczynić się do upadku. 

    Ale to wszystko domysły. UCI, jak w wielu innych przypadkach postanowiła nie być transparentna, pokazowo karząc sprintera Jumbo – Visma. 

    Jeden winny, problemów bez liku

    Wielu kolarzy czy dyrektorów sportowych, uczestników Tour de Pologne zarówno w 2020r jak i w latach wcześniejszych zwraca uwagę, że za część konsekwencji wypadku spowodowanego przez Groenewegena odpowiada usytuowanie oraz zabezpieczenie finiszu w Katowicach. 

    Choć Czesław Lang po kraksie w nieco arogancki sposób tłumaczył się, że przecież przez tyle lat zawodnicy ścigali się przy Spodku i nic się nie działo, sprawa wydaje się dość jednoznaczna. Ten finisz od lat prosił się o takie rozstrzygnięcie i nie jest to opinia widza sprzed ekranu, ale ludzi, którzy na kolarstwie, nomen omen, “zjedli zęby”. 

    Do tego dochodzą nieszczęsne barierki, które fruwały na prawo i lewo, stwarzając zagrożenie dla kolarzy, sędziów i kibiców. Tłumaczenie, że zazwyczaj elementem konstrukcyjnym zabezpieczenia trasy jest opierająca się o płotki widownia jest bez sensu. 

    Bo po pierwsze, widownia “trzyma” barierki, ale też przez nie się wychyla, sama w sobie często powodując kraksy a po drugie, cóż, można było przewidzieć, że w czasie obowiązywania “reżimu sanitarnego” tłumów nie będzie.

    I nie chodzi tu o Lang Team, czy idiotyczny finisz w Katowicach, bo barierki, ich podstawy, umieszczone na nich elementy reklamowe i wystawiający za nie swoje selfie sticki kibice to problem zarówno na TdP, Tour de France i wyścigach amatorskich. 

    Sezon 2020, który w okolicznościach pandemii można śmiało uznać za sukces organizacyjny równocześnie był pełen różnego rodzaju wpadek. Nie wszędzie dochodziło do tragedii, ale wiele razy było blisko. 

    Na “monumencie” Giro di Lombardia tuż przed metą Max Schachmann uderzył w jadący pod prąd samochód. Na Giro źle ustawione były bramy reklamowe a helikopter przewracający barierki spowodował kontuzję kilku kolarzy. Po trasach biegały psy i kucyki, zawodnicy wywracali się na mydlinach rozpylanych z kolumny reklamowej oraz na plamach oleju. Zderzali się z motocyklami i samochodami sędziów, operatorów i dyrektorów sportowych. Wypadali z trasy spadając z mostów łamiąc miednice czy rozdzierając mięśnie o elementy infrastruktury drogowej czy wreszcie protestowali przeciwko zbyt długim transferom między etapami. 

    Można powiedzieć, że to ryzyko zawodowe, bo kolarstwo to sport rozgrywany na otwartej przestrzeni, którego elementem jest rywalizacja bark w bark i mierzenie się z niespodziewanymi sytuacjami. 

    Jednak należy pamiętać, że mamy już lata dwudzieste XXIw a BHP i prawo pracy są pewnymi zdobyczami cywilizacyjnymi. 

    Pod presją zawodników, mediów i sponsorów UCI powoli zaczyna pochylać się nad tematyką bezpieczeństwa, ale sprawa idzie o wiele za wolno. 

    Najbardziej dotkliwa, najdłuższa w historii dyskwalifikacja za niebezpieczną jazdę i spowodowanie poważnej w skutkach kraksy, wydaje się więc być w obliczu licznych problemów działaniem wyłącznie na pokaz. 

    PS Jako suplement zachęcam do odsłuchania komentarza Chrisa Hornera, zwycięzcy Vuelta a Espana 2013:

  • Brittany Runs a Marathon

    Brittany Runs a Marathon

    Motywy, by zająć się sportem są różne. To banał, ale tak, każda z tysięcy osób biorących udział w imprezach masowych ma swoją historię. Dla tytułowej Brittany start w maratonie nowojorskim to, a jakże, szansa na doprowadzenie własnego życia do porządku.

    Uprzedzając fakty: to oczywiste, że Brittany w końcu pobiegnie w maratonie i “ogarnie się”. 

    Skoro zaczyna swoją drogę jako wyraźnie otyła imprezowiczka, tuż przed “trzydziestką”, meandrująca bez celu przez kolejne wieczory u boku bardziej atrakcyjnej i popularnej koleżanki, happy end jest po prostu obowiązkowy. 

    Nie w tym jednak rzecz, gdzie docieramy, ale co dzieje się po drodze. A po drodze oglądamy sprawnie napisany i dobrze zagrany (główne role grają Jillian Bell, Michaela Watkins i Utkarsh Ambudkar) komediodramat, w którym akcję do przodu popychają kolejne etapy zaangażowania w sport. 

    Plakat filmu Brittany Runs a Marathon

    Mamy więc małe zwycięstwa i porażki Brittany “z samą sobą”. Bo Brittany ma trudny charakter i zaburzone poczucie własnej wartości, które odbudowuje uczestnicząc w mitycznym wydarzeniu, jakim jest słynny bieg ulicami Nowego Jorku. 

    Samotna przez większość życia poznaje biegaczy, którzy stają się jej przyjaciółmi, stabilizuje masę ciała na normalnym, zdrowym poziomie, mniej pije i lepiej je. Spotyka się z przy tym z brakiem zrozumienia czy szyderstwami, lecz nie przeszkadza jej to w dążeniu do celu. Jak w wielu przypadkach zaczyna nawet obsesyjnie trenować, ale i z tej opresji wychodzi zwycięsko. 

    Choć udział w wymarzonym biegu jest oczywiście momentem kulminacyjnym, na plus całej historii (inspirowanej postacią znajomej reżysera) należy zapisać, że nie samo bieganie odmienia życie Brittany. Ostatecznie “ogarnia się” nie przez sport sam w sobie a dzięki otwarciu na rodzinę i przyjaciół. 

    Przez to zamiast prymitywnej, inspirującej do znudzenia, patetycznej historii oglądamy momentami zabawny “indie-filmik” o życiu nowojorskich trzydziestolatków. Tyle, że zamiast sztuki, reklamy czy kawiarni w tle mamy bieganie. 

    “Brittany Runs a Marathon” to zatem niegłupia i lekkostrawna rozrywka, która przy okazji odpowiada na pytanie, po co setki tysięcy ludzi na całym świecie każdego dnia wciskają się w lycrę i idą na trening. A raczej, dlaczego zrobiła to jedna z 50 tysięcy osób, które wystartowały w maratonie nowojorskim. 

    Brittany Runs a Marathon

    Reż. Paul Downs Colaizzo
    Amazon Studios, 2019
    103 minuty.

    Film obejrzałem na Amazonie, przy okazji subskrybcji Amazon Prime. Kolejna korzyść z drugiego sezonu The Boys ;)

  • Rising Phoenix. Jak Feniks.

    Rising Phoenix. Jak Feniks.

    Z premierą w terminie (przełożonych) Igrzysk Paraolimpijskich w Tokio nowy dokument Netflixa, “Jak Fenix” nie tylko przybliża historię ruchu paraolimpijskiego lecz przede wszystkim inspiruje i wzrusza przedstawiając losy najsprawniejszych ze sportowców. 

    Netflix znowu to zrobił. Po znakomitym “Ikarze” czy kontrowersyjnych “The Game Changers” przygotował kolejny film, który dzięki swojej formie chce zmieniać świat.

    Sport paraolimpijski walczy o miejsce w masowej świadomości. Kolejne Igrzyska, gromadzą publiczność zafascynowaną wyjątkową sprawnością niepełnosprawnych atletów. 

    Choć szczególną rolę odegrały te z Londynu, największy do tej pory sukces całego ruchu, ważniejsze prawdopodobnie były ostatnie z rozegranych, czyli Rio 2016. Trudności finansowe i groźba odwołania imprezy mogła zakończyć sport paraolimpijski, budowany od lat ‘40 XXw przez Ludwiga Guttmanna. 

    Plakat filmu "Jak Fenix" przedstawia ujęcia paraolimpijczyków z lotu ptaka.

    Historia to jedno, ale w dobrym dokumencie najważniejsi są ludzie. 

    “Jak Fenix” daje nam szansę poznania dziewięciorga sportowców: florecistki, rugbysty, łucznika, pływaczki, lekkoatletów oraz przedstawicielki podnoszenia ciężarów, którzy mimo niepełnosprawności, nabytych lub wrodzonych, są bardziej sprawni niż większość z nas.

    Mimo różnego rodzaju trudności każdy z nich jest wybitnym atletą a każda z opowieści jest fascynująca. 

    Imponuje też sfera wizualna dokumentu Iana Bonhôte’a i Petera Ettedgui. Tradycyjne dla tego typu obrazów wypowiedzi oraz materiały archiwalne zmontowane są z ujęciami nakręconymi specjalnie na potrzeby filmu. Dodano bowiem szereg kadrów, prezentujących sportowców w szczególny sposób.

    Siła, szybkość, gracja i koordynacja, odwzorowujące sceny z zawodów w wyizolowanym otoczeniu, pokazujące muskulaturę i dosłownie olimpijski poziom wytrenowania sprawiają, że trudno myśleć o bohaterach filmu jako o “niepełnosprawnych”. 

    Piękno i elegancja zdjęć stoją w służbie upodmiotowienia paraolimpijczyków jako pełnoprawnych członków sportowej społeczności. 

    Ich historie, losy naznaczone chorobami, wojną, ubóstwem czy dyskryminacją pokazują nie tylko zwycięstwo ducha nad materią, ale przede wszystkim siłę, jaką niesie za sobą sport. 

    “Rising Phoenix” (pol. “Jak Feniks”)
    reż. Ian Bonhôte, Peter Ettedgui
    106′
    Netflix 2020

  • Kto ośmieli się narzekać na Tour?

    Kto ośmieli się narzekać na Tour?

    Zaskakująca, ambitna i bezkompromisowa trasa. Na starcie creme de la creme światowego kolarstwa. Wyczekiwany, pierwszy i być może jedyny wielki tour sezonu 2020. Czy w tym roku ktoś ośmieli się narzekać na Tour de France?

    Wielka Pętla jest wielka, bo jest wielka i jest pętlą. Swoim patosem przytłacza wszystkie inne wydarzenia w kolarskim kalendarzu. Właściciel, czyli A.S.O, jako jeden z nielicznych w tym, sporcie był w stanie zbudować nie tylko historię, legendę i kult, ale także światową markę konkurencyjną na rynku sponsorów i mediów. 

    Dla postronnych, Tour de France to synonim kolarstwa, tak jak Spotify czy Netflix streamingu a Kindle czytnika książek. Miałem coś wspomnieć o walkmanie i adidasach, ale wyszedłbym na starca ;)

    Firmy decydujące się wesprzeć finansowo grupy zawodowe wiedzą, że większość zwrotu z takiej inwestycji dostaną w lipcu, ponieważ wtedy właśnie media na całym świecie piszą i mówią o sporcie rowerowym. Giro może być piękne, Vuelta mordercza a Paryż-Roubaix szalone, lecz tak naprawdę liczy się tylko Tour. W sezonie 2020 rozgrywany w większości we wrześniu, co zaburza wiele planów, nie tylko treningowych. Wspomnę w tym miejscu choćby branżę rowerową, która co roku planuje prezentacje nowych modeli właśnie przy okazji TdF.

    To wyścig inny niż wszystkie, którego nikt nie traktuje treningowo. Nie można jechać do Francji po to, by budować tam formę na inne imprezy. Jeśli nie jesteś w odpowiedniej dyspozycji, nie załapiesz się do składu, nawet jeżeli w niedalekiej przeszłości stałeś na podium w Paryżu odziany w żółtą koszulkę.

    Gdy na innych zawodach o wygraną w sprincie walczy dwóch, trzech, może sześciu kolarzy, na Tourze jest ich dwudziestu. Do ucieczki faktycznie chce zabrać się pół peletonu a druga połowa robi wszystko, by do tego nie dopuścić. Nieistotna różnica w lokatach poza podium klasyfikacji generalnej, na Tourze potrafi mieć kolosalne znaczenie. Tour to bowiem jedna z najchętniej oglądanych imprez sportowych na świecie, zatem każda minuta na ekranach milionów widzów ma wymierną wartość. 

    Niektórzy koneserzy dostrzegają jednak mankamenty tak wielkiej presji ciążącej na wszystkich związanych z francuskim wyścigiem. Trasa najczęściej ma klasyczny charakter co powoduje przewidywalność rywalizacji. Po pierwszych rozstrzygnięciach kolarze zaczynają bronić pozycji, unikając ryzyka w imię zasady, że lepiej wrócić z Touru z czymkolwiek niż z niczym. Bohaterowie Wielkiej Pętli, choć to tak samo dobrzy kolarze jak ci z Giro czy Vuelty stawiani są w hierarchii wyżej a nawet etapowy sukces we Francji potrafi zmienić w karierze więcej niż lata solidnej jazdy na innych imprezach. 

    Tym razem może być jednak inaczej. Trasa, zaplanowana jeszcze przed pandemią zmusi zawodników do ofensywnej jazdy już pierwszego dnia wokół Nicei. Pierwszy finisz na podjeździe (i to na premii pierwszej kategorii!) zobaczymy już czwartego dnia a w sumie 14 z 21 odcinków jest górska lub górzysta. Nawet jedyna czasówka kończy się na stromym podjeździe (La Planche des Belles Filles). A to powoduje, że okazji do ataku lub kryzysu zawodnicy dostaną bez liku.

    Dominujący przez ostatnich osiem lat brytyjski zespół Sky/Ineos/Grenadier ma w końcu równorzędnego rywala. Holendrzy z Jumbo – Visma przywożą do Francji dream team mogący przełamać hegemonię Dave’a Brailsforda, co potwierdzały niedawne testy na mniejszych wyścigach. Do tego ochotę na żółtą koszulkę ma grono nie tyle pretendentów, co topowych kolarzy, którzy udowadniali w niedalekiej przeszłości, że potrafią wygrywać nie tylko w innych, ważnych imprezach, ale też po prostu w bezpośredniej rywalizacji z kolarzami zespołu Ineos. 

    Wcześniejsi dominatorzy niezmiernie rzadko (a może w ogóle?) miewali tak mocnych rywali. 

    Zwycięzcy Touru i Giro z Ineos (Bernal i Carapaz) Jumbo – Visma przeciwstawia zwycięzców Vuelty i Giro (Roglica i Dumoulina) a cała lista startowa zwyczajnie powala na kolana. 

    Biorąc pod uwagę deficyt etapów sprinterskich, można spodziewać się niezwykle wyrównanej rywalizacji zarówno na finiszach z peletonu jak i o zieloną koszulkę w klasyfikacji punktowej. 

    W połączeniu z niewielką liczbą dni startowych, ogromną presją i niepewnością związanymi z sytuacją pandemii (dwa pozytywne wyniki testu na Covid powodują wycofanie drużyny z wyścigu, nie wiadomo też, czy kolejne imprezy będą rozgrywane bez przeszkód) i kryzysu finansowego (drużyny i sami kolarze muszą walczyć o kontrakty) nikt nie będzie odpuszczał czy szedł na kompromisy.

    Ten Tour zapowiadał się jako najciekawszy od lat jeszcze przed pandemią a skomplikowana sytuacja higieniczna sprawia, że głodni kolarskich emocji nastawiamy się na wyjątkowe widowisko. A to oczywiście oznacza, że tak wyśrubowane oczekiwania będzie bardzo łatwo zawieść. 

    Mam nadzieję, że na ile to możliwe, o zwycięstwie zadecyduje sportowa rywalizacja. Bark w bark, bez problemów w rodzaju poważnych kraks, kontuzji, problemów z dopingiem a także z koronawirusem. 

    Wyścig będzie relacjonowany w inny sposób niż dotychczas. Dziennikarzom zmniejszony zostanie dostęp do zawodników a konferencje prasowe odbędą się online. To z kolei spowoduje, że trudniej będzie nam oddzielić fakty od opinii, a także sprawi, że będziemy skazani na oficjalne komunikaty drużyn i zawodników oraz ich aktywność w mediach społecznościowych. Na koniec wreszcie, będzie to Tour de France bez całujących kolarzy hostess na podium. Trofea, kwiaty i maskotki będzie wręczał jeden przedstawiciel lokalnych władz, jeden reprezentant sponsora oraz “hostessa i host” w strojach, które można uznać za biznesowe czy też smart casual. 

    Tour de France 2020 łamie więc wiele stereotypów i zapowiada się jako impreza wyjątkowa, kto wie, może rozpoczynająca nową erę w kolarstwie zawodowym. Oby, mimo wyjątkowej sytuacji to święto sportu udało się rozegrać bez większych kłopotów. 

  • Zaskakujący dzień. Serial dokumentalny o drużynie Movistar.

    Zaskakujący dzień. Serial dokumentalny o drużynie Movistar.

    Jeśli śledząc wielkie toury poddajecie w wątpliwość taktykę poszczególnych zespołów lub krytykujecie dyspozycję zawodników, “Zaskakujący dzień” to pozycja obowiązkowa do obejrzenia. Po trzech godzinach z dyrektorami sportowymi i kolarzami Movistaru kolarstwo zawodowe nie będzie już dla was takie samo. 

    Sześć półgodzinnych odcinków prowadzi nas przez najważniejsze momenty sezonu 2019 w wykonaniu hiszpańskiego zespołu. Dla Movistaru, drużyny z czterdziestoletnią tradycją, zawsze najważniejsze były wielkie toury. 

    W każdym z nich podopieczni Eusebio Unzue rywalizowali nie tylko z konkurencyjnymi zespołami, ale też wewnątrz własnego teamu. 

    Obserwujemy więc nie tylko pojedynki na szosie, ale też starcia charakterów: Mikela Landy, Richarda Carapaza, Nairo Quintany, Alejandro Valverde i Marca Solera a także dyrektorów sportowych, którzy są równoprawnymi bohaterami tej opowieści. Wspomniany Unzue, Jose Vicente Garcia Acosta, Jose Luis Arieta, Pablo Lastras i Max Sciandri dają możliwość zrozumienia niektórych wydarzeń, których świadkami byliśmy śledząc wyścigi w relacjach Eurosportu. 

    Movistar jest bowiem zespołem, który często jest krytykowany za złą taktykę, niezrozumiałe decyzje personalne czy kontrowersyjne zachowania w peletonie z łamaniem niektórych ważnych, acz niepisanych zasad włącznie. 

    Wielu zarówno kibiców jak i zawodowych czy pół zawodowych komentatorów kolarstwa w swoich ocenach kieruje się trudnym do zrozumienia przeświadczeniem o nieomylności menadżerów drużyn oraz nadludzkich możliwościach samych sportowców. 

    Tymczasem “Niespodziewany dzień” pokazuje, że mimo doświadczenia i profesjonalizmu błędy zdarzają się każdemu, wahania formy przytrafiają się niezależnie od wcześniejszych planów i przygotowań a przedsięwzięcie, jakim jest wielki tour to niemal żywy, dynamiczny organizm, który potrafi zaskoczyć największych wyjadaczy. 

    Mnogość zmiennych: od trudnych do przewidzenia ludzkich emocji po niezależne siebie siły natury powodują, że wiele kwestii trzeba rozwiązywać w ciągu kilku chwil, równocześnie patrząc w ekran monitora, prowadząc samochód w zatłoczonej kolumnie wyścigu i podając bidony.

    Krótko mówiąc ten serial, choć mocno niszowy i pozornie przeznaczony dla najbardziej zaangażowanych fanów kolarstwa powinien być lekturą obowiązkową dla każdego, kto poświęca godziny przed ekranem na śledzenie sportu rowerowego. A zwłaszcza dla tych, którzy następnie na ten temat publicznie się wypowiadają. 

    “Zaskakujący dzień” 
    Reż. Jose Larraza, Marc Pons
    6 odcinków (22-39’)
    Serial w marcu 2020 jest dostępny na platformie Netflix

    PS “Zaskakujący dzień” dostępny jest po hiszpańsku z polskimi napisami. Niestety napisy są na poziomie tłumaczenia przez niezbyt zaawansowany, automatyczny translator. Poza tym drobnym mankamentem to świetna sprawa. Obraz jest znakomicie sfotografowany i zmontowany a zarówno twórcom jak i samej ekipie Movistar należą się gratulacje za bezkompromisowe podejście do tematu. To mogła być niewiele wnosząca hagiografia Eusebio Unzue czy Alejandro Valverde a dostaliśmy nieunikający kontrowersji, szczery obraz dynamiczny niczym najlepsze etapy wielkich tourów.

    A teraz jeszcze mały SPOILER
    .
    .
    .
    .
    .
    .
    .
    .
    Nigdy wcześniej nie widzieliście Nairo Quintany, który tak często by się uśmiechał. Serio!

  • Coureur (Wyścig). Kolarstwo bardzo mroczne.

    Coureur (Wyścig). Kolarstwo bardzo mroczne.

    Częściowo autobiograficzny film Kennetha Merckena “Coureur” (pol. “Wyścig”) to “the best of” patologii w wyczynowym kolarstwie początków XXIw. 

    Słyszeliście kiedyś o takim zawodniku jak Kenneth Mercken? Nie? W porządku, ja też nie. Jego największym osiągnięciem było mistrzostwo Belgii w jednej z młodszych kategorii wiekowych a szczytem kariery kontrakt z kontynentalną drużyną Flandria. 

    W pewnym momencie życia stwierdził, że zamiast zawodowcem na szosie chce być reżyserem. Skończył szkołę filmową a efektem nowej pasji jest pełnometrażowy debiut “Coureur”.

    To częściowo autobiograficzna historia przedstawiająca doświadczenia Merckena jako utalentowanego zawodnika rozpoczynającego “dorosłe” ściganie w półzawodowej grupie we Włoszech. 

    Plakat filmu "Coureur", pol. "Wyścig"
    Plakat filmu „Coureur”, pol. „Wyścig”

    Ponieważ akcja rozgrywa się na początku XXIw (przed 2005r), dostajemy syntezę opowieści, wywiadów, książek o nielegalnym wspomaganiu: od testosteronu przez stymulanty, hormon wzrostu a kończąc na epo. 

    Biorą wszyscy, wszystko, niemal bez kontroli i konsekwencji. 

    Drugi aspekt “Wyścigu” (pod takim tytułem film dostępny jest w Polsce) to konflikt pokoleń. Główny bohater jest synem kolarza, mierzy się więc z rodzinną tradycją i oczekiwaniami ojca.

    Relacje młodego Felixa, alter ego reżysera i scenarzysty, niemal z wszystkimi są trudne. Z rodzicami, z kolegami, z trenerami, ze znajomymi. Mierzy się z presją wyników, nieznajomością języka, adaptacją w nowym otoczeniu, trenerem-tyranem czy z nadpobudliwymi kolegami z drużyny. 

    Każdy z tych elementów był już wcześniejopisywany w wielu miejscach, zazwyczaj w wywiadach lub książkach “skruszonych” dopingowiczów. 

    Podane razem, w formie wizualnej, z dużą dozą dosłowności powodują, że przygoda z wyczynowym kolarstwem zamiast spełnieniem marzeń staje się wyłącznie ponurą drogą przez cierpienie, wyrzeczenia, konflikty i upokorzenia. 

    Choć całość nie jest ani szczególnie odkrywcza ani wyjątkowo dobrze zagrana, trzeba oddać twórcom, że wykonali solidną pracę odwzorowując realia sportu rowerowego. 

    Mimo, że obecnie tematyka nie szokuje tak bardzo jak jeszcze kilka lat temu, Kenneth Mercken musiał wykazać się pewną odwagą pokazując wiele kwestii, które wciąż objęte są zmową milczenia. Podobnie wygląda sprawa jego osobistych rozliczeń z ojcem, stanowiących równorzędny wątek całej opowieści. 

    Coureur” (pol. Wyścig). Belgia 2018
    Reż. Kenneth Mercken
    92 minuty

    W marcu 2020 film można obejrzeć w HBO Go.

  • The Game Changers

    The Game Changers

    Podobno ten film skłonił Chrisa Froome’a do zmiany diety na roślinną. “The Game Changers” prezentuje zalety weganizmu dla sportowców, zarówno zawodowych jak i amatorów. 

    Uwaga, The Game Changers to wegepropaganda!

    Trudno nazwać ten film dokumentem – to raczej sprawnie wykonany materiał propagandowy. Swoimi nazwiskami firmują go nawróceni roślinożercy: Arnold Schwarzenegger, Lewis Hamilton czy Novak Djokovic. 

    Równolegle z potwierdzonymi przez lata wynikami badań dotyczących chorób układu krążenia pokazuje wiele pomiarów czy nawet zabaw nie mających wiele wspólnego z nauką. Takich jak zaprezentowanie zmętnionego tłuszczem osocza czy porównywanie erekcji po spożyciu mięsnego i roślinnego posiłku. 

    Wszystko to dla wzmocnienia przekazu o korzyściach zmiany diety dla roślinną.

    Miło, lekko i przyjemnie

    The Game Changers ma miły i lekki charakter, niczym zbilansowana dieta bezmięsna. Kwestie etyczne związane ze zjadaniem zwierząt, podobnie jak ekologiczny aspekt przemysłowej hodowli są jedynie zasygnalizowane. 

    Tematem materiału jest zobrazowanie tezy, że dieta wegańska korzystnie wpływa nie tylko na zdrowie, ale pomaga poprawiać osiągnięcia w różnych odmianach sportu. 

    Mamy więc historie ultrabiegacza, kolarki torowej, strongmana, crossfitowca, futbolistów czy kontuzjowanego reprezentanta sztuk walki, który równocześnie jest narratorem.

    W każdym z przypadków efektem zmiany diety są lepsze wyniki sportowe bez uszczerbku na zdrowiu a wręcz przy poprawie jego ogólnego stanu.

    Dobra robota w słusznej sprawie?

    W 2020r wegetarianizm czy weganizm nie jest dziwactwem. Stał się stylem życia czy nawet modą. 

    Dla wielu osób “niejedzenie mięsa” jest oczywistością z wielu względów: etycznych, zdrowotnych czy towarzyskich. 

    The Game Changers w temacie zalet diety roślinnej nie odkrywa Ameryki, natomiast dzięki przyjaznej formie daje szansę na oswojenie się z tematem co bardziej konserwatywnym jednostkom. 

    Jeśli interesujecie się sportem nie tylko od strony kibica, ale też sami jesteście aktywni, może być dla was ciekawym punktem wyjścia do przeanalizowania swojej diety. A poza tym zapewnia kilkadziesiąt minut niezłej rozrywki. 

    The Game Changers, USA 2018
    Reżyseria: Louie Psihoios
    88’
    Film dostępny jest na Netflixie (stan na luty 2020)

  • Córka trenera

    Córka trenera

    Trochę kino o dorastaniu a trochę film drogi. Do tego historia ojca trenującego nastolatkę w realiach jednej z popularnych dyscyplin sportu. Choć „Córka Trenera” jest o tenisie, znajdziecie w nim wiele smaczków, które spotykacie na co dzień samemu startując w zawodach.

    Łukasz Grzegorzek stworzył kameralny, wizualnie zgrabny „indie-filmik„, który spotkał się z pozytywnym przyjęciem krytyków. Choć często kwalifikowany jest jako „dramat” a bohaterowie od czasu do czasu na siebie krzykną lub uronią łzę, oglądamy małą historię, pozornie bez większego znaczenia. Taką, która przydarzyła się każdemu z nas. Lub przynajmniej mogła się przydarzyć.

    Ktoś o czymś marzy, ktoś się rozczarowuje, jest też odrobina romansu i paru kolorowych bohaterów drugoplanowych. Ot, życie. 

    „Córka Trenera” ma kilka zalet: sensowny scenariusz, bezpretensjonalność, ładne zdjęcia i budzących pewne zainteresowanie bohaterów nieźle zagranych przez dobrze dobraną obsadę (m.in Jacek Braciak, Agata Buzek oraz Karolina Bruchnicka i Bartłomiej Kowalski). 

    Zalicza się więc do, wciąż nielicznych, polskich produkcji, które można obejrzeć bez poczucia, że twórca nami gardzi a swój film zrobił wyłącznie dla pieniędzy. 

    Jeśli lubicie takie kino, to polecam, jeśli nie, to nie stracicie za wiele. Tak czy inaczej nie pisałbym o nim gdyby nie fakt, że historia, którą opowiada dzieje się w świecie sportu. 

    Nie wiem, jak „Córka Trenera” odwzorowuje realia polskiego, juniorskiego tenisa natomiast mogę śmiało powiedzieć, że niesie ze sobą wiele obserwacji, których każdy z nas doświadcza lub doświadczał na co dzień rywalizując w swojej ulubionej dyscyplinie sportu.

    Plastikowe pucharki i listy wyników rozwiewane przez wiatr? Zaliczone. Dekoracja zwycięzców oklaskiwana wyłącznie przez trenerów lub rodziców? Jest. Pracownik urzędu wręczający trofea w zastępstwie nieobecnego burmistrza? Mamy to!

    Noclegi w podrzędnych kwaterach, podróże z zawodów na zawody leciwym busem, treningi gdzie popadnie, bo co by się nie działo przecież „muszą zostać odbyte”… a przy tym dbałość o dietę, niewyleczone kontuzje i gasnące marzenia o wynikach, karierze lub jakiejkolwiek innej formie pozostania przy sporcie, wokół którego zbudowane jest życie. Bohaterów filmu lub po prostu nasze. 

    Można jeszcze poruszyć temat perspektyw, jakie mają młodzi ludzie wchodzący w dorosłość, zarówno tę życiową i tę sportową. Przyszłości, której wizji w wyczynie zazwyczaj nie ma o ile nie jest się w wąskim gronie najbardziej utalentowanych i zamożnych jednostek. 

    Ponieważ jednak „Córka Trenera” jest sama w sobie małym, bezpretensjonalnym filmikiem, sam też nie powinienem uderzać w zbyt poważny ton, zatem w tym miejscu się zatrzymam i mimo kilku drobnych niedociągnięć po prostu go polecę. 

    „Córka Trenera”, 2018
    Reżyseria: Łukasz Grzegorzek
    90 minut. 
    Film miał premierę kinową wiosną 2019; w listopadzie 2019 jest dostępny w HBO Go.

  • Polskie momenty sezonu 2015

    Polskie momenty sezonu 2015

    To był dobry rok dla polskiego kolarstwa. Zwycięstw i dobrych wyników w najważniejszych wyścigach było tyle, że musiałem się chwilę zastanowić, by wskazać te najbardziej wartościowe.

    Wyróżnienie dla kobiet

    Polki zaczynają być znaczącą siłą w zawodowym, kobiecym peletonie. Niekwestionowaną gwiazdą jest Katarzyna Niewiadoma, jedna z czołowych postaci w ekipie Rabo Liv. W sezonie 2015 zajęła 7. miejsce na mistrzostwach świata, wygrała mistrzostwo Europy u23, była 5. w kobiecym Giro d?Italia, trzecia w klasyku Boels Rental Hills, piąta w Walońskiej Strzale, szósta w Strade Bianche i wygrała wyścig Euskal Emakumeen Bira. Eugenia Bujak z ekipy BTC City Ljubljana wygrała etap Thuringen Rundfahrt, Małgorzata Jasińska z Ale Cipollini była najlepsza w etapówce Premondiale Giro Toscana. Sporo cennych wyników zaliczyły też Paulina Brzeźna, Katarzyna Pawłowska czy Anna Plichta. Choć kobiece kolarstwo dopiero zaczyna wychodzić z cienia męskiego peletonu, dobre wyniki Polek cieszą a spora grupa mocnych zawodniczek daje nadzieję, że to raczej trend a nie jednostkowe przypadki.

    6. CCC Sprandi Polkowice na zapleczu światowej czołówki

    Zespół sponsorowany przez Dariusza Miłka i prowadzony przez Piotra Wadeckiego systematycznie pnie się w hierarchii europejskich zespołów zawodowych. Sezon 2015 był dla kolarzy jeżdżących w pomarańczowych strojach kolejnym, w których ekipa zaliczyła wyraźny postęp. Kalendarz startów był bardzo bogaty: jako drużyna prokontynentalna, CCC Sprandi Polkowice wystartowało ?z dziką kartą? w worldtourowych: Giro d?Italia, Tour de Suisse, Mediolan Sanremo, Volta a Catalunya, Amstel Gold Race, Tour de Pologne, GP Plouay i Giro di Lombardia. Nawet jeśli start we włoskim wielkim tourze nie był zbyt udany (kolarze Wadeckiego uczestniczyli w wielu ucieczkach, jednak bez sukcesu), w pozostałych imprezach zgromadzili wiele wartościowych wyników. 17 zwycięstw (m.in. etap Volta a Catalunya, Coppa Agostoni, Tour of Turkey oraz jazda drużynowa podczas Settimana Coppi e Bartali) a do tego wiele cennych miejsc w prestiżowych wyścigach: 9. Macieja Paterskiego w Amstel Gold Race i Brabanckiej Strzale (i piąte Rebellina tamże), 4. Gregi Bole w GP Plouay, 3. Jana Hirta w Tour of Austria to naprawdę ładne portfolio, które zaowocowało 8. lokatą w rankingu Europe Tour. CCC Sprandi Polkowice jest więc solidną drużyną i choć za gros zdobytych przez nią punktów odpowiada włoski weteran, Davide Rebellin, to jednak inwestycje w polską młodzież dają nadzieję na długoterminowy sukces.

    5. Wiosna Paterskiego

    W tym roku trasa Mediolan-Sanremo miała 293km. Wyścig rozgrywany był w trudnych warunkach, sporą część dystansu kolarze pokonali w deszczu i chłodzie. Ekipa CCC Sprandi Polkowice startowała we włoskim klasyku z ?dziką kartą?. Kolarze w pomarańczowych koszulkach, których liderem był Słoweniec Grega Bole spisali się całkiem nieźle. Dwóch z nich: właśnie Bole i Maciej Paterski znalazło się w pierwszej grupie, która dojechała do mety z przewagą nad resztą stawki. Paterski zajął 22. miejsce i nie byłoby w tym nic niespotykanego gdyby nie fakt, że dzień później w oddalonej o prawie 700km od Sanremo, katalońskiej miejscowości Callela, po całodziennej ucieczce triumfował na pierwszym etapie worldtourowego wyścigu Volta a Catalunya. To imponujący wyczyn, niespotykany we współczesnym kolarstwie.
    Jakby tego było mało, kolarz CCC zaliczył znakomitą kampanię aredeńskich klasyków: był 9. w Amstel Gold Race i również 9. w Brabanckiej Strzale. To imponujące wyniki, zwłaszcza, że jeszcze niedawno Paterski był ?tylko? pomocnikiem w ekipie Cannondale. Rola lidera ?drugoligowej? CCC Sprandi Polkowice najwyraźniej mu służy.

    4. Cierpliwi Bodnar i Białobłocki

    Doświadczeni kolarze, którzy w swoich karierach nie mieli wielu okazji by pokazać się jako zwycięzcy najważniejszych wyścigów w tym roku dostali swoje ?pięć minut?. Najpierw Marcin Białobłocki wygrał w mistrzostwach Polski w jeździe indywidualnej na czas, co dało mu przepustkę do reprezentacji narodowej jadącej w Tour de Pologne. Następnie na naszym wyścigu zaskoczył gwiazdy World Touru sięgając po pierwszą lokatę w jeździe indywidualnej na czas. Klasę potwierdził podczas mistrzostw świata, gdzie zajął dziewiąte miejsce właśnie w czasówce. Z kolei Maciej Bodnar, który za Peterem Saganem przeszedł z Cannondale do Tinkoff-Saxo zaliczył udaną pierwszą część sezonu okraszoną drugim miejscem w Tour of Qatar. Gdy wydawało się, że może mieć poważne problemy po kontuzji, której doznał na trasie Tour of California, powrócił do formy i wygrał kończący się w Nowym Sączu etap Tour de Pologne. Tym samym na wyścigu Czesława Langa dwóch Polaków stawało na etapowym podium a warto dodać jeszcze fakt, że Kamil Zieliński przez jeden dzień był liderem tej imprezy. Wracając do Bodnara, ten pokazał wysoką dyspozycję na trasie hiszpańskiej Vuelty, gdzie nie tylko pilotował Rafała Majkę w drodze do podium, ale też zajął drugie miejsce w czasówce. Na koniec sezonu Bodnar zdołał jeszcze wykręcić ósmy czas podczas mistrzostw świata w jeździe indywidualnej.

    3. Rafał Majka skutecznym góralem

    Zanim Rafał Majka stanął na podium Vuelta a Espana, sprawdził się na trasie Tour de France pełniąc funkcję pomocnika Alberto Contadora. Ponieważ jego lider był zmęczony po Giro d?Italia, na jednym z etapów Polak dostał szansy jazdę na własne konto. Wykorzystał ją perfekcyjnie, sięgając po zwycięstwo na pirenejskim odcinku prowadzącym przez słynną przełęcz Tourmalet. Teoretycznie po kolarzu tej klasy można spodziewać się sukcesów w najważniejszych imprezach, ale mimo wszystko seryjne (rok temy był najszybszy na dwóch finiszach: w Alpach i Pirenejach) wygrywanie górskich etapów Tour de France nie jest sprawą oczywistą. Skuteczność, jaką prezentuje Majka jest od pewnego czasu imponująca co zdecydowanie stawia go na pozycji jednego z najlepszych kolarzy.

    2. Michał Kwiatkowski wygrywa Amstel Gold Race

    Mistrz świata w sezonie 2015 triumfował ?zaledwie? dwa razy. Najpierw w prologu Paryż-Nicea co poprzedziło świetną jazdę w całym wyścigu (drugie miejsce w klasyfikacji generalnej) a następnie w kwietniu zrealizował jeden z głównych celów. Zwycięstwo w Amstel Gold Race to potwierdzenie nieprzeciętnych możliwości polskiego kolarza. To, że ma on predyspozycje do górzystych klasyków wiedzieliśmy już wcześniej. Wygrana w Strade Bianche, drugie miejsce w Tour de Pologne, trzecie w Liege-Bastogne-Liege i Walońskiej Strzale oraz Mistrzostwo Świata ze startu wspólnego to wystarczające argumenty, by traktować go jako specjalistę właśnie takich wyścigów. Co innego jednak ?mieć potencjał? a co innego go zrealizować. Wygrana w Amstel Gold Race, jednej z odsłon ?Ardeńskiego Tryptyku? pokazała nie tylko moc, ale i kolarską dojrzałość Kwiatkowskiego. Utrzymanie tempa na Caubergu poprzedziło skuteczny finisz z grupy, w której pokonani zostały takie asy Valverde, Matthews, Costab czy Van Avermaet.

    1. Rafał Majka na podium Vuelta a Espana

    Wydarte na ostatnim, górskim etapie podium wielkiego touru to dla Rafała Majki i całego polskiego kolarstwa sprawa wyjątkowa. Kolarz Tinkoff-Saxo przy czwartym podejściu (dwukrotnie był liderem drużyny na włoskim Giro i raz na Vuelcie) wszedł do ?Top 3? klasyfikacji generalnej. Część komentatorów narzeka na styl, w jakim to uczynił, zarzucając Majce zbyt defensywną jazdę. Być może tak było, ale w bardzo wyrównanej stawce i przy dominującej postawie zespołu Astana trudno oczekiwać samobójczych ataków w imię większego widowiska. Rafał Majka odjechał grupie właściwie tylko raz – współpracując z Nairo Quintaną, co dało mu upragnione miejsce nie tylko na podium Vuelty, ale i w kronikach polskiego i światowego kolarstwa.