Tag: życie

  • Jak nie cierpieć zimą

    Jak nie cierpieć zimą

    Lubię trenować w zimie. I nie chodzi o tę całą otoczkę o budowaniu charakteru i wyrzeczeniach, które hartują stal. Jak każda część sezonu, tak i ta ma swój urok a wszystko tak naprawdę zależy od nastawienia.

    Powiedzmy sobie szczerze. Jeśli decydujesz się na uprawianie sportu, z dobrodziejstwem inwentarza otrzymujesz elementy, które nie są przyjemne same w sobie. Boli, brakuje oddechu, jeśli pojedziesz faktycznie mocno, chce ci się rzygać. Latem pot zalewa ci oczy a gdy jest cieplej niż 35 stopni, dyskomfort może być równie poważny co przemarzanie zimą. Jeśli by patrzeć na aktywność fizyczną, bez względu na to, czy wyczynową czy rekreacyjną, tylko od strony wad, lepiej byłoby nie wychodzić z domu.

    Etos zimowego cierpienia może być ciekawą kreacją, zwłaszcza, gdy chcemy wśród znajomych odgrywać rolę kompletnego, rowerowego freaka. Opowieści o wielogodzinnym przymarzaniu do szosówki podczas lutowej zamieci mogą zrobić wrażenie raz, albo dwa. W tak zwanym okresie przygotowawczym jest jednak o wiele więcej fajnych elementów niż tylko krew, pot i zamarzające łzy.

    https://www.instagram.com/p/BAPGXpOkcoc/

    Po pierwsze, do weryfikacji wykonanej pracy jest jeszcze daleko. Nawet, jeśli robisz po drodze badania wydolnościowe czy testy, jeżdżenie, obojętne czy metodą ciągłą czy z interwałami, jest samym jeżdżeniem w formie czystej. Jeździsz, żeby jeździć, efekty przyjdą później. Bez nerwowych ruchów, korekt planu, dostosowywania się do rywali (realnych lub wyimaginowanych). Każdy robi swoje. To czas, gdy w pełni można kontemplować kolarstwo jako takie bez dodatkowych bodźców z zewnątrz.

    https://www.instagram.com/p/_hry2kkcpz/

    Z drugiej strony, panujące warunki utrudniają tę kontemplację, za to wprowadzają element różnorodności. Gdy sypnie śniegiem, zamiast na szosę, możesz pojeździć na góralu i poćwiczyć technikę. Gdy na kilka dni przymrozi, możesz zrobić marszobieg a jeśli lubisz, to wsiąść na trenażer i wykonać ćwiczenia w bardziej precyzyjny i kontrolowany sposób. Wreszcie, zawsze możesz wyjechać w ciepłe kraje. W ten sposób będziesz mieć wakacje w środku zimy, po przerwie wrócisz opalony i niczym gad, ze zgromadzonymi zapasami energii.

    I tak dochodzimy do miejsca, w którym nie ma złych wyborów. Każda, sytuacja ma rozstrzygnięcie win-win. Lans na cierpiętnika jest najsłabszym z dostępnych rozwiązań.

     

    ZOSTAŃ PATRONEM XOUTED

    O tym, co to jest Patronite, do czego służy i czemu właściwie proszę Was o wsparcie przeczytacie tutaj. A klikając w banner poniżej możecie zobaczyć mój profil i zrobić zrzutę na dobrą treść o kolarstwie:
    Zostań patronem XOUTED patronite.pl/xouted

  • Rok po odśnieżaniu

    Rok po odśnieżaniu

    Znów jest mróz, znów jest śnieg. Zawodowcy znów ścigają się w ciepłych krajach. Minął rok od restartu bloga i teraz muszę zmierzyć się z cyklicznością wydarzeń. Bo choć każdy wyścig jest inny, pewne schematy pozostają.

    To zawsze było zmorą, gdy pracowałem i współpracowałem z mediami rowerowymi. Sztampa. Kalendarz wyścigów określa tematykę wpisów. Pory roku nadają rytm artykułów o sprzęcie. Jak jest zima, to jest zimno, więc piszemy o ochraniaczach na buty. Gdy przychodzą wakacje, to o camelbackach. Co tydzień przełaje, potem Puchar Świata MTB i klasyki. Patronaty nad lokalnymi imprezami? Proszę bardzo: zapowiedź, zdjęcie, relacja. Tour de France? Lecimy. Zapowiedźzdjęcierelacja, zapowiedźzdjęcierel?

    Co więcej, można na tym bazować w nieskończoność. Co roku producenci oferują nowe modele, które chcą zaprezentować publiczności. W każdym, kolejnym sezonie nowe gwiazdy aspirują do miejsc na podium najważniejszych wyników. Wreszcie rosnąca popularność kolarstwa sprawia, że co 12 miesięcy dochodzi grupa począkujących fanów, których można wprowadzić w zawiły acz piękny świat rowerowania. I wiecie co, to nawet nie jest takie złe. Jeśli lubisz kolarstwo, to możesz dostarczać taką treść bez uszczerbku na zdrowiu i honorze.

    Wybrałem jednak inaczej. Nie relacjonuję a komentuję. Nie testuję a co najwyżej dzielę się opinią. Wygląda na to, że przypadło Wam to do gustu, bo jest Was tu coraz więcej, co bardzo mnie cieszy. Nie jestem też sam, bo w minionym roku zanotowałem wysyp blogów rowerowych i rozwój tych, które wcześniej działały bardziej dyskretnie, prywatnie i kameralnie. Rowerowanie i kolarstwo przestają być tylko pretekstem do promocji firm z branży, stają się otwarcie stylem życia i elementem wyrażania indywidualności.

    Tu jednak pojawia się pułapka. Media internetowe w wielu przypadkach wciąż przegrywają z tradycyjnymi na kilku płaszczyznach. Są zbyt biedne, by oferować dopracowaną treść autorską. Oczywiście są wyjątki, ale one potwierdzają regułę. Dobry reportaż, dziennikarstwo śledcze a nawet profesjonalny wywiad wymagają środków, które niekoniecznie się zwrócą. ?Jakościowy content? klika się gorzej niż przysłowiowe [MAJTKI DODY SZOK I NIEDOWIERZANIE], za to jego produkcja jest kilkukrotnie droższa niż prostych treści rozrywkowych czy bezrefleksyjne przeklejenie informacji prasowych.

    Idąc tym tropem, praca blogera ma same zalety. Jest tania, bo ogranicza się do jego opinii i wiedzy. Niepotrzebny jest research, wyjazdy i sprzęt. Niepotrzebne jest też zabieganie o względy reklamodawcy czy czytelnika, skoro pisze się szczerze od serca. Z drugiej strony to wciąż tylko opinia a chcąc dostarczać możliwie najlepszą treść, trzeba zacząć wychodzić poza swoje głębokie przekonanie.

    Zeszłoroczne odśnieżanie bloga, choć całkiem spontaniczne, miało nieprzypadkową datę. W końcu domenę miałem od trzech lat i czasem coś sobie w niej pisałem. Własne urodziny to dobry czas na zmiany i choć pomysł na restart pojawił się jako autoprezent, okazało się, że pociągnąłem go przez cały rok, niemal bez przerw. Aż sam siebie zadziwiłem. Nadal robię to bez napinki, bo cieszy mnie praca nad słowami a fakt, że interesuję się kolarstwem jest niezaprzeczalny. Mimo wszystko pojawiają się koncepcje, by robić to lepiej i dostarczać treść ciekawszą, bardziej intrygującą i lepiej opakowaną. Oby mi starczyło czasu i środków, bo przecież nie chcielibyście, żebym popadł w sztampę, czyż nie? Zobaczymy, co z tego wyjdzie, ale mam nadzieję, że za rok znowu się tu spotkamy a w międzyczasie przeczytacie sporo ciekawych słów.

  • Live, Death and the Art of Cycling. Dawno nie było wojny.

    Live, Death and the Art of Cycling. Dawno nie było wojny.

    Żyjemy w najwspanialszym ze światów w najbardziej przyjaznej z możliwych rzeczywistości. Przynajmniej co do zasady. Powszechny spokój i dobrobyt sprawia, że pierwotne popędy kanalizujemy w mniej szkodliwych aktywnościach niż polowanie czy wojna. Na przykład w kolarstwie.

    https://www.youtube.com/watch?v=da9IZqXJuGk

    Zaczynamy zimą. Tak, właśnie teraz. W garażach, piwnicach, salonach, sypialniach i gdzie tam jeszcze trzymamy swoje rowery, trwa wyścig zbrojeń. Lżejsze koła, tytanowe śrubki a może i cały, nowy sprzęt. Szukamy przewagi nad rywalami tam, gdzie to możliwe. Nie liczy się tylko waga, ale i efekt psychiczny, jaki możemy wywrzeć na konkurentach gdy tylko sprzęt startowy ujrzy światło dzienne w pierwszych promieniach wiosennego słońca.

    Do tego dochodzi praca nad własnym ciałem. Trening. Pot na rolce, mróz na szosie, tętno, waty, mleczan, badania, fiting i wszystko, co można zrobić, by ze zwykłego śmiertelnika stać się herosem. Bohaterem, wybijającym się z szarego tłumu otyłych korposzczurów. Doskonałym w formie i bogatym w treść wysiłku włożonego w proces samooptymalizacji.

    podia

    A potem przychodzi najważniejsze. Konfrontacja. Nieważne, czy to weekendowa przejażdżka z grupą lokalnych mastersów, ?ogórek? dla amatorów bez licencji czy wyścig z oficjalnego kalendarza. Nawet, jeśli post factum pójdziesz z kolegami na piwo, na trasie będziesz czerwonym baronem, który chce wyjść ze starcia niezwyciężony, samemu pozostając bez szwanku. Każdy wiadukt, każdy zakręt na singletracku, każda zmiana wiatru to okazja, by uwolnić instynkty tłumione przez najlepszą w dziejach cywilizację .

    Długo oczekiwany film Life, Death and the Art of Cycling od podia.cc ujrzał światło dziennie. Widziałem go już kilka dni wcześniej, miałem też przyjemność spotkać się z jego pomysłodawcą i autorem bloga. Wideo możecie zobaczyć na okładce tego wpisu. Mam nadzieję, że się Wam spodobało. Ma świetny styl, opowiada fajną historię i zostało przygotowane przez profesjonalną ekipę (sprawdźcie napisy końcowe!). Liczę, że ?wygra internety?, choćby dlatego, że pokazuje ładne kadry z okolic Krakowa i polsko-słowackiego pogranicza. Niech świat zobaczy, jak tu jest pięknie.

  • Czy twój rower jest etyczny?

    Czy twój rower jest etyczny?

    Brytyjski Halfords zamawia swoje rowery w Kambodży. Podobno sprzęt marki Raleigh również stamtąd pochodzi. Duża część kolarskiej odzieży szyta jest w Bangladeszu czy Pakistanie, gdzie pracownicy zarabiają miesięcznie mniej, niż Ty płacisz za parę skarpetek?

    Sprawa chodziła mi po głowie od dłuższego czasu. Na podpowiedź dotyczącą Halfordsa trafiłem na twitterze. Z brytyjską siecią marketów sportowych ściśle współpracuje Chris Boardman, który od niedawna sprzedaje rowery sygnowane swoim nazwiskiem. Charakteryzują się głównie tzw. dobrymi cenami.

    Nie ma co epatować kwotami i marżą właścicieli marek. To rodzaj tajemnicy poliszynela, z resztą nie chodzi o to, by komuś ograniczać zysk, jeśli sami chętnie wchodzimy w tę grę, nie zadając żadnych pytań.

    Postawmy sprawę jasno. Rower, całe to nasze kolarstwo, to zbytek. Działalność dodatkowa, hobby, pasja itd. Choć dla wielu z nas to ?sposób na życie?, zdecydowanie można bez niego egzystować. Jako obywateli państwa należącego do grupy najbogatszych na świecie (i nie ma znaczenia, że w tej grupie jesteśmy jednymi z najbiedniejszych), zwyczajnie stać nas na takie fanaberie. Może w związku z tym, należałoby zacząć zwracać uwagę na szczegóły?

    Kto ponad dekadę temu czytał ?No Logo?, ten wie: złem wcielonym są uberkorporacje w rodzaju Nike, Wallmartu, Carrefoura, Gapa czy Starbucksa. Bez skrupułów wycinają konkurencję w pień, nie zważając na jakiekolwiek aspekty prowadzenia biznesu związane z etyką. Prawa pracownicze, uczciwa konkurencja czy nawet podstawowe prawa człowieka są mniej ważne niż zysk. Branża rowerowa nie jest ani tak bogata ani nie ma tak wielkiego zasięgu jak choćby ?lajfstajlowo-sportowy? brand Nike. Mimo to wiele firm idzie ścieżką wytyczoną przez największych.

    Abstrahując od kwestii jakości i bezpieczeństwa użytkowania sprzętu wytworzonego w nieludzkich warunkach przez niewolników w południowo-wschodniej Azji trzeba szczególnie podkreślić właśnie humanitarny aspekt takiej produkcji. Czy jeśli wydajesz kilka lub kilkanaście tysięcy złotych na rower i akcesoria stać Cię na dołożenie kilkunastu procent na zakup tych, które powstały w etycznych warunkach? A jeśli tak, to w jaki sposób rozpoznać, kto produkuje legalnie a kto trzyma niewolników z lufą karabinu przy głowie w podziemnych hangarach gdzieś na krańcu świata? Wreszcie, nawet, jeśli właściciel marki należycie traktuje i opłaca swoich wykonawców: szwaczki, spawaczy czy zaplataczy kół, skąd pochodzą używane przez niego materiały? W jakich warunkach pracował hutnik, który przygotował rury do ramy twojego nowego roweru – przedmiotu dumy i lansu wśród znajomych?

    Co można zrobić? Cóż, w pierwszej kolejności przychodzi na myśl poszukiwanie producentów czy też marek, które działają bardziej lokalnie. Druga kwestia to śledzenie doniesień z rynku i kupowanie u zaufanych sprzedawców. Oczywiście, że można podważyć ideę mówiąc, że każdy certyfikat da się kupić a ?Fair Trade? to tylko kolejna marka służąca marketingowcom do zwiększenia sprzedaży. W całej sprawie chodzi po prostu głównie o zdrowy rozsądek i odrobinę empatii.

    Zdjęcie okładkowe przedstawia pracownice sweatshopu, autorstwo: marissaorton, flickr CC BY SA 2.0

  • Jak przejechać 12000km

    Jak przejechać 12000km

    Zakończenie ?offseasonu? uczciłem poranną przejażdżką po Lasku Wolskim. Temperatura 6 stopni i brak wychładzającej mgły powodują, że takie warunki odbieram jako nad wyraz sprzyjające. To niesamowite, jak wiele zależy od punktu odniesienia.

    Jutro pierwszy dzień nowego sezonu. Ten miniony zakończyłem z bilansem  około 12,3tys kilometrów, około 540 godzin aktywności. Gdyby przeliczyć to na średnią, krajową wartość godziny pracy, wyszłoby ponad dziewięć tysięcy nowych, polskich złotych, za które mógłbym kupić? no właśnie, co? Pierwsza myśl, to rower. Ale skoro bym nie jeździł, to po co mi rower? To może samochód. Albo telewizor. Pytanie tylko, kto by mi za te nadgodziny zapłacił. Zresztą, wcześniej pewnie mózg by mi eksplodował i tyle byłoby z pieniędzy.

    lasek1

    Skoro tak się sprawy mają, wolny czas spędzam w sposób, który po prostu lubię. Wychodzi tego sporo. Średnio 1,5h dziennie. Kładąc większy nacisk na maratony lub wyścigi szosowe a nie na xc, wyszłoby jeszcze więcej. Jaki za tego wniosek? Przede wszystkim: da się. Po drugie da się chodząc do normalnej pracy. Po trzecie, to wcale nie wymaga specjalnych wyrzeczeń, o których można przeczytać tu i ówdzie. Skoro poświęcam się temu, co lubię, to trudno płakać za tym, co lubię mniej. Proste, czyż nie?

    Główna refleksja, jaka wiąże się z przejechanym dystansem jest jednak inna. O ile kilka lat temu, gdy kończyłem pewien etap i rower z przymusu powędrował w odstawkę, 10000km rocznie było wydarzeniem. Teraz może nie wszyscy tyle jeżdżą, ale jest to dość powszechne. Chętnych do zabawy w zawodowców jest coraz więcej. To fajne, bo od wszystkich wymaga ciągłej optymalizacji. Lepszy plan treningowy, lepsza organizacja dnia i nocy, sprzętowy wyścig zbrojeń… Sport to zdrowie. No to zaczynamy kolejny sezon!

  • Nie przegap w ten weekend – wykorzystaj chwilę ciszy

    Nie przegap w ten weekend – wykorzystaj chwilę ciszy

    Brak ważnych wydarzeń sportowych i nienajlepsza pogoda dają czas na odrobinę odpoczynku. To nie tak, że ?październik=roztrenowanie?. Przecież, jak zawsze, jest tyle rzeczy do zrobienia!

    Szosowcy zakończyli sezon na dobre. Przy najszczerszych chęciach, wyścigi na dalekim wschodzie trudno traktować inaczej, niż egzotyczny sposób na poprawę statystyk i realizowanie zobowiązań sponsorskich. Przełajowcy niby już rozpoczęli rywalizację, ale do regularnych, ważnych imprez tydzień w tydzień zostało jeszcze kilka tygodni. Kolarze górscy z kolei zapadają w chwilową drzemkę. Już nie mają gdzie się ścigać i jeszcze nie muszą trenować.

    Jeśli jesteś tylko biernym fanem sportu, możesz się w 100% odprężyć. Zmasowany atak transmisji z biegów i skoków narciarskich dostaniemy dopiero za miesiąc. Lekkoatleci, jak kolarze, jadą na wakacje. Sporty motorowe oferują ostatnie emocje, ale tam także trwają ?dożynki? i pogoń za ostatnimi punktami. Pozostają oczywiście piłkarze, ale jeśli śledzisz ich poczynania, to znam kilka blogów lepszych dla Ciebie niż ten.

    Jeżeli cały sezon bawiłeś się z zawodowca i każdy weekend spędzałeś na wyścigach, to tak jak Twoi idole zasłużyłeś na chwilę wytchnienia. Wycieczki rowerowe, piesze czy co tam lubisz. Jeśli cały sezon jeździsz, to i tak nie wierzę, że długo wysiedzisz w jednym miejscu.

    Taki weekend jak ten, to dobry moment, by zastanowić się co dalej. Nie ma jeszcze kalendarzy startów, dlatego łatwiej będzie wybrać, czego chcesz naprawdę a nie do czego skłaniasz się za namową kolegów czy sponsorów.

    Ile chcesz jeździć? Jak wiele czasu możesz na to poświęcić? Ile to wszystko będzie kosztowało? Kto może Ci pomóc w realizacji nowych celów? Zycie amatora uprawiającego sport wyczynowy jest pełne wyzwań. Jesień z siąpiącym za oknem deszczem, kiedy ?musisz? mniej niż zazwyczaj to najlepsza pora, żeby to wszystko ogarnąć. A potem w nagrodę zrobić sobie zupę z dyni.

  • Jestę kolarzę

    Jestę kolarzę

    Nowa praca, nowa szkoła, znajomi poznani na imprezie? Spotykając nowych ludzi każdy z nas przynajmniej kilka razy zmierzył się z takimi pytaniami, gdy świat dowiedział się się, że jesteśmy kolarzami…

    Zestaw dylematów i zdziwień jest standardowy, ale zdarzają się w nim perełki. Powyższa animacja jest wprost genialna i absolutnie trafia w sedno. Ze swojej strony dodam jeszcze kilka elementów do scenariusza zapoznawczego small talku z dziwakiem-golinogą.

    Jesteś kolarzem? To fajnie, ja też mam rower…

    …i wiesz, kiedyś byłem na wycieczce w Ojcowie/Kampinosie/Nad Maltą. To było jakieś 25km i na koniec padłem jak nieżywy. A potem przez trzy dni bolał mnie tyłek. Jak ty się tak znasz na rowerach, to doradź mi, jakie siodełko wybrać. Tylko wiesz, ja jeżdżę tak amatorsko, nie to co ty.

    Serio, startujesz w zawodach?

    …takich jak Tour de Pologne?
    – Nie, jeżdżę na rowerze górskim
    – To znaczy skaczesz po takich hopkach?
    – Niee? jeżdżę w cross country, to takie wyścigi na rundach, Maja Włoszczowska w nich startuje. Słyszałeś o Mai Włoszczowskiej?
    – No coś tam kojarzę
    – To mniej więcej tak jak ona.

    Jeździsz maratony? To ile kilometrów tam jest?

    – 50, 80, to zależy czy w górach czy po płaskim?
    – Wow, mi by się tak nie chciało!

    Na wiosnę chciałbym się zacząć trochę ruszać?

    …doradź mi, jaki rower mam sobie kupić. Tylko pamiętaj, że jeżdżę amatorsko. Najlepiej taki do 1500 złotych, wiesz, nie chcę wydawać za dużo, ale kupić już jakiś solidny, żeby mi starczył na długo!

    Gdy znajomość wejdzie już na nieco bliższy etap, musi paść sakramentalne pytanie:

    – Czy to prawda, że kolarze golą sobie nogi?
    – Tak.
    – Ty też?
    – Tak
    – Serioo? a po co?
    – (zieeew, znowu muszę to robić), to skomplikowane, bo….

    Jeździsz rowerem do pracy, to masz od razu trening, co?

    – Nie, ten rower to grat, trzymam go na ulicy i traktuję jak tramwaj.
    – Aha? no ale to tak dla zdrowia chociaż, prawda? Jakbym ja tak pół godziny codziennie pojeździł, to byłbym zdrowszy (w wersji damskiej, to bym nieco schudła)
    – Możliwe, ale to mniejszy wydatek energetyczny, niż gdybym szedł
    – Czyli ten rower to taki zwykły jest a nie profesjonalny? to ile ty masz rowerów?
    – 3. A moja żona 4.
    – Aha?.

    Chcesz colę?

    – Nie dzięki, muszę trochę schudnąć
    – Ty? Z kości na ości?

    To ile razy w tygodniu jeździsz na tym rowerze?

    – Pięć albo sześć. Poniedziałki mam wolne
    – O łał. A kiedy właściwie to robisz, bo ja nie mam czasu za bardzo.
    – No przed pracą, wstaję o szóstej, jem śniadanie, potem na dwie godzinki na rower, mycie, śniadanie i gotowe.
    – Serio? Podziwiam cię. MNIE BY SIĘ TAK NIE CHCIAŁO!

    Przerabiałem to wiele razy. Ale może tym razem będzie inaczej :) A wy jakie macie doświadczenia z wyjaśnianiem swojego kolarstwa?

     

  • L?verove 1.10.2014

    L?verove 1.10.2014

    Żegnaj Filutku, czyli loverove prywatne.

    Przez ostatni rok mieszkałem w Krakowie przy ul. Małej, w lokalu, który przez lata zajmował Marian Eile, założyciel i pierwszy redaktor naczelny tygodnika „Przekrój”. Nie wiem, czy miało to jakiś wpływ na fakt, że na dobre reaktywowałem swojego bloga i w tym czasie napisałem naprawdę wiele artykułów. Mam nadzieję, że mimo wszystko nie i w nowym miejscu nadal będę mógł generować dla Was literki poskładane w sensowne zdania. Tak czy inaczej, jako pożegnanie z miejscem, w którym dobrze mi się żyło mały zestaw przekrojowo-rowerowych nawiązań.

    filutek1

    filutek2

     

     
    wpid-dsc_0236.jpg